Cienkie ściany

Ograniczenie: 15+

Dla Żura i Vegs ♥

Światło w pokoju pochodziło z małej lampki nocnej ustawionej na stoliku w kącie. Zajmujące większość ściany, nieszczelne okno przesłonięte było zasłoną w kolorze starego złota. Feliks nie miał pojęcia, kto wpadł na pomysł sprzedawania takich zasłon do małych, krzywych mieszkanek klasy robotniczej. Wyglądały w nich jak marna próba nadania pokoikom splendoru wielkich pałaców. Patrz, ty też możesz mieć takie złote zasłony, co z tego, że nie będą ci pasowały i dadzą się opisać jednym słowem: tandetne. Jednak nie narzekał na nie głośno. Cieszył się, że w ogóle je miał i mógł się mamić pozorem prywatności. Nie tak jak sąsiedzi z bloku na wprost, którzy mieli tylko króciutkie firaneczki i Feliks bez trudu był w stanie zajrzeć im w talerze z obiadem. Przekrzywił klosz lampki tak, aby świeciła bardziej na ścianę.
— I co ja mam z tobą zrobić? — zapytał zmęczonym głosem człowieka, który najchętniej już by spał.
Iwan tylko spojrzał na niego podkrążonymi oczami. Wyglądał jak siedem nieszczęść skrzyżowane z siódmym dzieckiem stróża. Schudł, zarósł, wzrok miał rozbiegany, a ruchy nerwowe. Nawet nie dało się go drażnić, nazywając ruskim pierożkiem, bo nijak do pierożka nie był podobny. Chyba, że do takiego, który się rozkleił i cały farsz z niego wypłynął.
— Nie wiem — odezwał się w końcu zachrypniętym głosem. Czytaj dalej

Reklamy

Szpilki [cz. 3 – koniec]

— Tak, Josefie?
Pogłaskał mnie po włosach i uśmiechnął się szeroko. Nawet jego oczy się śmiały. Miałam ochotę go pocałować. Objąć mocno i przyciągnąć do siebie, ale zamiast tego jedynie zmrużyłam oczy. Miał rację, mówiąc w aucie, że dzikiego seksu nie będzie, zatem pozostawał flirt. Opcja, że zaraz przypomnimy sobie, iż już nie jesteśmy małżeństwem i wykaraskamy się z łóżka, żeby zasiąść na krzesełkach w salonie i prowadzić dysputy o polityce, pogodzie, chorobach i robotach drogowych w ogóle nie miała racji bytu.
— Joszko… To wejdziesz pod kołdrę czy będziesz tak nade mną wisiał? Nie żeby mi to wadziło. Masz ładne oczy, wiesz?
Ostrożnie położył się na mnie. Wielki czeski miś na wątłej Słowaczce, ale nie było mi niewygodnie. Kolejna sztuczka, którą opanowaliśmy dawno temu.
— Masz takie same, wiesz? — powiedział mi niemal do ucha, a ja słyszałam, że prawie się śmieje.
— Co nijak nie zmienia faktu, że masz bardzo ładne prawda? — odpowiedziałam z równym rozbawianiem. — I ty masz chyba nieco wyraźniejsze te takie jakby żyłki na tęczówce. Moje są o pół tonu jaśniejsze od tęczówki, a twoje o cały ton. A Feliks ma chyba najjaśniejsze.
— Kobieca gama kolorów — roześmiał się spokojnie. Czytaj dalej

Szpilki [cz. 2]

— Cały ty — roześmiałam się bez złych intencji. — Picie w piżamkach w łóżku bardzo mi się podoba.
— Mnie by się bardziej podobało bez piżamek — odpowiedział.
Zaczęłam się śmiać. Zabrzmiał tak żałośnie jak wcześniej, kiedy gdybał o tym, że może trzeba było iść do kina. Jakby mi moja kostka pozwalała, to nachyliłabym się wtedy ku niemu i pocałowała w policzek. Niestety Joszkowa skoda była bajecznie duża i taki manewr wymagał ode mnie lekkiego przesunięcia nieszczęsnej nogi, a właśnie tak ją ułożyłam, że nawet na przejazdach przez torowiska siedziała cicho. Musiałam zadowolić się czułym pogłaskaniem zarośniętego policzka. Lubiłam, gdy miał brodę. Bez niej wyglądał jakoś tak nie do końca poważnie i wręcz nie czesko. Josef z brodą i mówiący o piciu wina bez piżamek w jego sypialni był kwintesencją Josefa, dla którego tu przyjechałam. Bo przecież mogłam pojechać sobie w Tatry, a nie rwać do dalekiej Pragi.
— Ja na razie myślę, jak zdejmę podziurawione rajstopy… — westchnęłam, ściągając nas oboje z progu krainy fantazji do świata brutalnej rzeczywistości i aż źle się z tym poczułam.
— Rozetniemy… — stwierdził beznamiętnie, poczym dodał już bardziej obecnym tonem — a spuchła bardzo? Zaraz będziemy.
— Nie spuchła, tylko ruszanie nią tak nieco mi nie w smak — stwierdziłam oczywistość.
— Złamana…
— Kostki nie da się złamać — zaprotestowałam stanowczo. — A piszczel i to drugie mam całe. Wiem jak to boli, gdy są złamane. Czytaj dalej

Szpilki [cz. 1]

 

– Kobieto, jedziemy na pogotowie!
Spojrzałam na Josefa spode łba, ale nic nie powiedziałam. Dalej wytrwale kuśtykałam w stronę zaparkowanego przed teatrem auta. Krok, krok, krok, wcale mnie nie boli kosta, wcale…
–Nikt normalny nie wygiąłby tej nogi w taki sposób! Poszły ci ścięgna jak nic. Zabijesz się kiedyś w tych szpilkach!
– Chciałbyś– mruknęłam i prawie zawyłam z bólu, gdy czubek obcasa minimalnie zahaczył o wystający kawałek bruku. – I tylko naciągnęłam czy coś – dodałam, kiedy pulsowanie w kostce nieco zelżało.
– A ten ułamany obcas to tak o!
Pomachał mi kawałkiem buta przed oczami, jakbym nie wiedziała, że zniszczyłam but. Przecież ciągle miałam resztkę tego czółenka na nodze i asymetria wysokości obcasów nie ułatwiała chodzenia. W sumie pewnie łatwiej by się szło, jakbym w ogóle zdjęła buty albo przynajmniej ten, który upadek przetrwał nietknięty.
– To się buta, a nie mnie pytaj – wydałam z siebie pełne zniechęcenia mrukniecie, jednocześnie rozważając, czy jestem w stanie zzuć czółenko z lewej stopy, nie obciążając przy tym prawej kostki… Odpuściłam. Bez podparcia nie było szans, a najbliższym było auto. Bez sensu.– Poza tym od ciebie je dostałam – dodałam zrezygnowana i poniewczasie zorientowałam się, że oto właśnie wrzuciłam petardę do ogniska. Czytaj dalej

Litwa-srytfa

– Litwa-srytfa – mruknęła Natasza i odwróciła się gwałtownie.
Obcas buta pozostawił w parkiecie ledwo widoczne wgłębienie. Nie obchodziło jej to. Konferencja się skończyła. Bankiet pokonferencyjny trwał już ponad godzinę. Same kraje. Politycy w innej nieco atmosferze bankietowali gdzie indziej. W błyskach fleszy i pod okiem dziennikarzy. Tu było inaczej. Część tak zwanych gości zdążyła już wyjść. Część była na dobrej drodze, aby niedługo stoczyć się pod stół i zostać wyniesionym. Iwan zaliczał się głównie do pierwszej grupy, a pośrednio także do drugiej. Natasza była pewna, że siłą swojej przyciężkiej perswazji, nie tyle wyprowadził stąd klika osób, co zaciągnął do jakiegoś baru, gdzie alkohol lał się strumieniami niczym woda w Prypeci. A może wręcz w Dnieprze. Tam, topiąc się w tej wodzie, stoczą się pod stoły i zostaną wyniesieni. Wrócą do hotelu rano. „Litwa-srytfa” razem z nimi. Tego, co prawda, pewna nie była, ale zasłyszana rozmowa stanowiła niezgorszy dowód, a ona nie miała ochoty dociekać prawdy. Prawda absolutna to domena Boga, a ludziom wystarczają półprawdy kojące sumienie. Narodom prawd przypuszczenie uśrednione wiekami doświadczenia. Upijający się w trupa, stawianą przez Iwana wódką, „Litwa-srytfa” całkowicie zaspokajał potrzeby jej sumienia wypaczonego przez wieki, a może jedynie dekady. Pijany, gadający bez sensu, a kolejnego ranka toczący walkę z kacem gigantem. To nie była taka zła wizja, a samego alkoholu Natasza mu nie zazdrościła. W walizce w hotelu miała butelkę-pocieszycielkę, z którą miała zamiar się nieco zaprzyjaźnić tego wieczoru.
Myśl o tym wszystkim wywołała nikły uśmiech na jej twarzy akurat wtedy, gdy odbierała płaszcz z szatni. Pracujący tam mężczyzna uśmiechnął się do niej promienniej niż do pozostałych gości. Nie zwróciła uwagi. Długim, nieprzystojącym kobiecie krokiem udała się do windy. Czytaj dalej

Nocą zimną, nocą ciemną

Ostrzeżenia: klną

Za oknem zima. Zima zim śniegiem przysypana, przepalona bielą i unieruchomiona mrozem szuka szczelin, aby wedrzeć się do domu. Samobójczy pęd lodu do ognia. Wiatr wyje na polu. Woda ścieka po szybie. Lód i ogień. Świat i nie-świat. Tu i tam. Feliks patrzy i się uśmiecha. Siedzi w fotelu. Miękki plusz, ogień na kominku, kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną w dłoniach. Na ławie lap, a na ekranie uśmiechnięta gęba Iwana via skajp. Pucułowata niczym dobrze wypchany pierożek. Pod Iwanem messendżer miga konwulsyjnie. Z wieży idą Dwie wieże. Tatatatadaama wypełnia pokój. Stary film. Skojarzenia bliskie zeru, bo to było już dawno temu. Wiele zim, wiele lat.
Iwan rechocze patrząc na komórkę. Odbiera nie pauzując ani fonii, ani wizji. Rozmowa dwa do trzech vojs do vizu. Feliks nie chce słuchać. Podnosi się (koc osuwa się na podłogę) i idzie do kuchni zamieszać wolno grzejące się wino. Z salonu słychać ruską angielszczyznę Iwana i się robi Feliksowi cieplej na duszy. Oko ucieka w głąb pamięci.
Eksplodują fajerwerki przeżycia.
Późna wiosna – w nazewnictwie Europy Północnej wręcz lato, ale Arthur mówi wiosna. Niech więc będzie, że wiosna, skoro on taki uparty. Rześka nieco, ale piękna, bo brytyjska. Jego piękna i własna wiosna. Jego wyspa jedyna. On – Korona (Taurys się śmieje – skojarzenia ponadczasowe odzywają się echem kościelnych dzwonów); On – Królestwo; On – Anglia ponad innymi. Potęga herbaty zabielonej, hegemon funta, arystokrata manier i arcymag wiedzy (Raivis ziewa znudzony). Czytaj dalej

Ciepło

Uwagi: Wulgaryzmy

 

Biel. Wszędzie biało. Człowiek patrzył przed siebie i widział tylko biel. Patrzył za siebie i widział biel. Tak jakby maszerował, poruszał nogami, ale jednocześnie stał w miejscu. Gdy zawiewał wiatr, nie sposób było dostrzec nawet zostawianych przez siebie śladów. Absolutne zawieszenie w próżni. Żadnego dowodu, że nadal znajduje się na Ziemi, a nie w innym wymiarze. Żadnego dowodu, że człowiek po prostu śpi i śni, i nie może się obudzić. Żadnego dowodu, że już nie umarł.

– Przestań myśleć dyrdymały, czeska mendo – usłyszał głos, bynajmniej nie swój. Czytaj dalej