Przywidziało mi się

Przywidziało mi się

Dawno, dawno temu, czyli za Drugiej Wojny Światowej Ludwig powierzył Bawarii, Wirtembergii, Prusom, Austrii i Saksonii pewną ważką misję na południu Europy. Mieli odzyskać wykradziony prototyp czołgu. Przygotowano plan i jeszcze nim go na dobre wdrożono w życie wszytko zaczęło się pieprzyć. Ich samolot zestrzelono, zaginęli, potem się znaleźli i Ludwig na moment odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że nie zostali przez Anglię wzięci do niewoli.

Przedwcześnie, bo po pierwszym kontakcie radiowym łączność została zerwana na długie miesiące…

  Prolog

W Berlinie trwał pogodny dzień. Jeden z tych, w które wojna wydawała się nie istnieć. Heike siedziała na tarasie i piła herbatę. Po drugiej stronie stolika siedział Ludwig. Był nie w sosie – to zauważyła od razu po tym, jak usiadł i zaczął bawić się swoim kubkiem.
– Coś się stało? – zapytała.
– Nie – odpowiedział, jej zdaniem za szybko.
– Na pewno?
– Takie tam miraże podświadomości – odpowiedział i uśmiechnął się nieznacznie. – Znalazłem wieczorem moje notatki do raportu z misji w Chorwacji. Dużo się tam wydarzyło i niewiele z tego przyszło, jak wiesz.
Przytaknęła, ale nie odezwała się, pozwalając mu tym samym mówić dalej.
– Był tam taki moment, że miałem wrażenie, że tych wariatów znalazłem. Naprawdę, wiem że to nielogiczne, ale coś mi w głowie szeptało, że to oni. Oczywiście musiało mi się zdawać. Chciałem ich znaleźć, to podświadomość sama szukała podobieństw. Takie rzeczy są udokumentowanym sposobem działania ludzkiego umysłu i to był tego doskonały przykład, bo cała sytuacja była tak absurdalna, że szkoda słów.
– To znaczy? – zaciekawiła się.

   Jugosławia (tereny dzisiejszej Chorwacji) 1941

– Ty, a to co za banda dziwna? – zapytał przypitym głosem mężczyzna stojący przy traktorze. Jego towarzysz przyglądał się mocowaniu brony, a raczej temu, co z niego zostało. Czytaj dalej

Reklamy

Goworit po russki

Z pozdrowieniami dla osoby, która wklepała ostatnio w Google m.in. to:

malum necessarum, pozdrawiam cię shen ❤

oraz to:

malum necessarium, shen, czytasz ty to w ogóle?

Tak, czytam to i też pozdrawiam ❤

• • •

Goworit po russki?
(Говорит по-русски?)

Droga stawała się węższa i węższa. Dla nawigacji w samochodzie Ludwiga już w ogóle nie istniała, ale przed szybą nadal coś było. Nierówne, prowincjonalne, ale pewnikiem dokądś prowadzące. Co komu strzeliło do głowy, aby dostawać się do Mińska samochodami, tego nie wiedział nikt. Nikt już nawet o to nie pytał. Nie było sensu. Tylko Ludwig klął cicho pod nosem i coraz poważniej rozważał zatrzymanie się gdzieś i zapytanie o drogę, ale los stawiał na ich trasie tylko pola i ugory, zagajniki, laski, jeszcze trochę pól i łąk, i ani jednej żywej duszy, a Anglią Niemcy nie był, aby zadawać się z martwymi.
– Po prawej masz jakieś domy, które wyglądają na zamieszkane – zagadało CB radio. – Może tam skręcimy i się dopytamy, gdzie do diabła jesteśmy, zanim dojedziemy do Rosyjskiej granicy?
Ludwig spojrzał w tamtą stronę i faktycznie jakieś budynki tam były. Trochę chat, blok, jakieś wielkie podłużne coś. Ewidentna spuścizna ruskich, jak to skomentował Gilbert. Nie prezentowało się to zbyt pięknie pod szarym niebem.
– Możemy zjechać – odpowiedział i odruchowo spojrzał w lusterko na samochód za sobą, ale w gęstniejącym zmierzchu niewiele tam zobaczył. Jego myśli, zrezygnowawszy z próby zgłębienia tajemnicy: czemu my tam jedziemy, a nie poczekaliśmy po prostu na przywrócenie połączeń lotniczych? podjęły się zadania zrozumienia: czemu jedziemy w tak licznej grupie. To było zdecydowanie łatwiejsze do prześledzenia. Początkowo zamierzał pojechać sam, ale Gilbert, jako drugi kierowca, to było całkiem logiczne. Lawina poszła później. Wirtembergia stwierdził, że on chce wiedzieć z pierwszej ręki, na co mają iść ICH pieniądze. Bawaria uznał, że to on tych pieniędzy najwięcej do wspólnej kiesy wkłada i też chce wiedzieć. Nadrenię-Westfalię zaprosił, aby pomogła mu nad nimi zapanować. Prusy, Bawaria i Wirtembergia potrafili sprawiać nie lada kłopoty, a dzięki niej to było trzech na dwóje, a nie na jednego Nie mógł jedynie dojść do tego, jak w tym zestawieniu wylądował Saksonia. Chyba, jako dodatkowy kierowca…
Skręcił i wjechał pomiędzy ruino-domki. Tynk odpadał od nich grubymi płatami, szyby w oknach były nieco mętne i białe firanki zdawały się szare. Kolorowa pościel przewieszona przez parapety wyglądała irracjonalnie. A najbardziej surrealistyczny był sklep z kolorowym szyldem. Na ławce na przeciwko niego siedział folklor lokalny w osobie trzech przygarbionych mężczyzn pijących z plastikowych kubeczków i jednego młodszego pociągającego z puszki. Ludwig przezornie zatrzymał samochód kilkadziesiąt metrów od nich. Gdy wysiadł czuł na sobie ich badawcze spojrzenie, ale je zignorował. Odmierzanymi krokami podszedł do drugiego auta. Kątem oka widział, że Gilbert z uśmiechem przyklejonym do twarzy idzie w tę samą stronę. Jurgena miał za sobą. Sebastian i Heike też już wysiedli. Tylko Johann siedział za kierownicą i nie wyglądał jakby zamierzał się ruszać.
– Zabłądziliśmy – Heike powiedziała to tonem niedającym się dopasować do końca ani do stwierdzenia, ani do pytania.
Przytaknął. Czytaj dalej