Litwa-srytfa

– Litwa-srytfa – mruknęła Natasza i odwróciła się gwałtownie.
Obcas buta pozostawił w parkiecie ledwo widoczne wgłębienie. Nie obchodziło jej to. Konferencja się skończyła. Bankiet pokonferencyjny trwał już ponad godzinę. Same kraje. Politycy w innej nieco atmosferze bankietowali gdzie indziej. W błyskach fleszy i pod okiem dziennikarzy. Tu było inaczej. Część tak zwanych gości zdążyła już wyjść. Część była na dobrej drodze, aby niedługo stoczyć się pod stół i zostać wyniesionym. Iwan zaliczał się głównie do pierwszej grupy, a pośrednio także do drugiej. Natasza była pewna, że siłą swojej przyciężkiej perswazji, nie tyle wyprowadził stąd klika osób, co zaciągnął do jakiegoś baru, gdzie alkohol lał się strumieniami niczym woda w Prypeci. A może wręcz w Dnieprze. Tam, topiąc się w tej wodzie, stoczą się pod stoły i zostaną wyniesieni. Wrócą do hotelu rano. „Litwa-srytfa” razem z nimi. Tego, co prawda, pewna nie była, ale zasłyszana rozmowa stanowiła niezgorszy dowód, a ona nie miała ochoty dociekać prawdy. Prawda absolutna to domena Boga, a ludziom wystarczają półprawdy kojące sumienie. Narodom prawd przypuszczenie uśrednione wiekami doświadczenia. Upijający się w trupa, stawianą przez Iwana wódką, „Litwa-srytfa” całkowicie zaspokajał potrzeby jej sumienia wypaczonego przez wieki, a może jedynie dekady. Pijany, gadający bez sensu, a kolejnego ranka toczący walkę z kacem gigantem. To nie była taka zła wizja, a samego alkoholu Natasza mu nie zazdrościła. W walizce w hotelu miała butelkę-pocieszycielkę, z którą miała zamiar się nieco zaprzyjaźnić tego wieczoru.
Myśl o tym wszystkim wywołała nikły uśmiech na jej twarzy akurat wtedy, gdy odbierała płaszcz z szatni. Pracujący tam mężczyzna uśmiechnął się do niej promienniej niż do pozostałych gości. Nie zwróciła uwagi. Długim, nieprzystojącym kobiecie krokiem udała się do windy. Czytaj dalej

Reklamy

Nocą zimną, nocą ciemną

Ostrzeżenia: klną

Za oknem zima. Zima zim śniegiem przysypana, przepalona bielą i unieruchomiona mrozem szuka szczelin, aby wedrzeć się do domu. Samobójczy pęd lodu do ognia. Wiatr wyje na polu. Woda ścieka po szybie. Lód i ogień. Świat i nie-świat. Tu i tam. Feliks patrzy i się uśmiecha. Siedzi w fotelu. Miękki plusz, ogień na kominku, kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną w dłoniach. Na ławie lap, a na ekranie uśmiechnięta gęba Iwana via skajp. Pucułowata niczym dobrze wypchany pierożek. Pod Iwanem messendżer miga konwulsyjnie. Z wieży idą Dwie wieże. Tatatatadaama wypełnia pokój. Stary film. Skojarzenia bliskie zeru, bo to było już dawno temu. Wiele zim, wiele lat.
Iwan rechocze patrząc na komórkę. Odbiera nie pauzując ani fonii, ani wizji. Rozmowa dwa do trzech vojs do vizu. Feliks nie chce słuchać. Podnosi się (koc osuwa się na podłogę) i idzie do kuchni zamieszać wolno grzejące się wino. Z salonu słychać ruską angielszczyznę Iwana i się robi Feliksowi cieplej na duszy. Oko ucieka w głąb pamięci.
Eksplodują fajerwerki przeżycia.
Późna wiosna – w nazewnictwie Europy Północnej wręcz lato, ale Arthur mówi wiosna. Niech więc będzie, że wiosna, skoro on taki uparty. Rześka nieco, ale piękna, bo brytyjska. Jego piękna i własna wiosna. Jego wyspa jedyna. On – Korona (Taurys się śmieje – skojarzenia ponadczasowe odzywają się echem kościelnych dzwonów); On – Królestwo; On – Anglia ponad innymi. Potęga herbaty zabielonej, hegemon funta, arystokrata manier i arcymag wiedzy (Raivis ziewa znudzony). Czytaj dalej

Wkurwiadełko

Postaci: Litwa [Taurys Laurinaitis], Polska [Feliks Łukasiewicz], niekanoniczne: Słowacja [Michaela Macháčková]

Ostrzeżenia: klną i raczą się trunkami wysokoprocentowymi.

Wkurwidełko

– No i mnie kurwica wzięła – zakończył Taurys i dla poprawy efektu uderzył o blat kuflem. Piwo w środku zachowało się tak jak oczekiwała tego od niego fizyka i się częściowo wychlustało na stół. Taurys nic sobie z tego nie zrobił. Feliks również. Piwo piwem, a relacja Taurysa relacją Taurysa. To drugie zdecydowanie było ciekawsze.  Przytrafiało mu się rzadziej, bo po piwo mógł pójść do Żabki i je sobie kupić. Wkurzenie Taurysa było trudniejsze. Albo raczej, jeśli chciał, to umiał zrobić to wręcz perfekcyjnie, ale innym się ta sztuka tak często nie udawała. A zdecydowanie przyjemniejszym – ciekawszym – było popatrzyć i posłuchać, a nie być atakowanym.

– No ci się nie dziwię – odezwał się na znak, że słucha i w ogóle jest zainteresowany. Nawet nie udawał. Przecież był. Wręcz podzielał część Taurysowego wkurwa, z tą różnicą, że mu jedynie wmawiano, że mówi po rosyjsku. O bycie częścią Rosji, na szczęście, go nie podejrzewano. Laurinaitis miał widać większego pecha w tej mierze i dlatego w dniu dzisiejszym Feliks się szarpnął i stawiał. Szarpnął się też dnia poprzedniego i tego przed nim również. Był totalnie zarąbisty i spełniał dobre uczynki.

– Ja rozumiem, że dla niego Europa to takie małe coś po drugiej stronie globu, gdzie siedzi dużo ludzi i każdy gada innym językiem, ale mógłby się podstaw nauczyć!

Feliks przytaknął.

– A nie upraszczać sobie. U niego na mapach chyba drukują nazwy w stylu „pasta”, „pierwotni imigranci meksykańscy”, „żaboland”, Anglia, Niemcy, Kocioł, Skandynawia, Rosja i tyle. Czytaj dalej

Białe noce

Tragikomedia chyba.

Ostrzeżenia i tym podobne rzeczy: Niepoprawne politycznie. Alkohol. Trochę przeklinania średniego pułapu. Maltretowanie języka francuskiego (bo, że polskiego to norma). Wszelkie przejawy znęcania się nad nim – czyli zapisywanie go fonetycznie – jak najbardziej zamierzone. Ja naprawdę wiem jak to tam się pisze (niestety), i że kreska nad e w prawo czy w lewo robi różnicę… a i tak na co dzień wszyscy mówią to na jedno kopyto i mają to głęboko gdzieś. Dla tych, co się napalili na Nataszę, to jej tu personalnie nie ma… o czym wy myślicie x_X

Białe noce

Czyli pewniej nocy na Białorusi

Feliks obiecał sobie, że tego wieczoru upije się na amen, a kolejny dzień prześpi na kacu i będzie miał wszystkich w dupie. A co! Upicie się samo w sobie wiązało się w sumie z jednym tylko problemem – finansowaniem, ale dlatego nie spijał się gdzieś w Szwecji czy Finlandii, gdzie alkohol był wkurzająco drogi, ale na wycieczce za wschodnią granicę. Ponadto w ramach „i niech mi kurwa nikt nie przeszkadza” wybrał się w tym celu rzut beretem za białoruską ziemię. Nataszy tu raczej spotkać szans nie miał – była w Mińsku lub może u Iwana, a nikt inny by się tu nie zapałętał – w końcu to był dom Nataszy! Strasznej Nataszki, która terroryzowała Iwana, wszystkich innych mając głęboko gdzieś, o ile nie stawali na jej drodze do kochanego Wani. I w ten to sposób taki Licia czy taka Karelia byli u niej z miejsca na straconej pozycji, chociaż naprawdę żadne z nich nie miało ciągot do Rosji. No Karelia była częścią Federacji i tyle – tak przynajmniej twierdził Estonia, a że to jego rodzina, to chyba wiedział. Ale kogo by to tam obchodziło… Alfred umysłowo zatrzymał się dwadzieścia lat temu i nie do końca czasami czaił, co i kiedy się od ZSRR odłączyło. Zresztą nie tylko on miewał zaćmienia umysłowe. Taurysa wzorowo przy tym szlag jasny trafiał, jak ktoś się dziwił, że nie mieszka już z Rosją i w ogóle to od kiedy? Pierwszy się z tego bagna wyrwał, ale cóż… Niektórym się nawet równo pieprzyło Lithuania i Latvia, więc czego tu oczekiwać. Czytaj dalej

Jak dobrze wstać skoro świt

Małe conieco z czasów PRL-u

Jak dobrze wstać skoro świt

Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blasku duszkiem pić…
Trzask!
Łukasiewicz włożył w zamknięcie okna trzy razy więcej siły niż było to konieczne, nawet jeśli uwzględnić, że okno było wypaczone i trzeba je było naprawdę mocno docisnąć, aby klamka zaskoczyła. Kobieta z sąsiedniego pionu od kilku dni bawiła się w jakąś cholerną zegarynkę i punkt siódma trzydzieści rano wychodziła na balkon, żeby odśpiewać jakiś szlagier, pijąc inkę. Niestety Bóg… Skreśl to, władza mówi, że Boga nie ma, więc gwoli poprawności politycznej względem najdroższego przyjaciela, niech będzie to Matka Natura, czy inne takie małe zielone od Alfreda, w każdym razie owo „coś” nie obdarzyło kobieciny ani głosem dźwięcznym, ani słuchem dobrym. Dlatego też, co rano do pokoju Łukasiewicza wdzierała się kakofonia nut różnych i ze sobą nieskojarzonych, a on niestety ucho miał akurat wrażliwe. Sąsiad zza ściany zasugerował mu kilka dni wcześniej zamykanie okna na noc, ale szybko doszli do wniosku, że wtedy to już w ogóle nie pośpi. Betonowa ściana wielkiej płyty wychodziła akurat na południe i rozgrzewała się niemiłosiernie w ciągu dnia, a że w nocy temperatury spadały jakby chciały, ale nie mogły, to można by się było z zamkniętym oknem ugotować. Siłą rzeczy Łukasiewicz musiał do pobudek przywyknąć. Czytaj dalej

1986

Uwagi:
1. traci cokolwiek LitPol lub PolLit, jak kto woli.
2. Przypisy do gwiazdek są na końcu.
3. Troszku angst.

1 9 8 6


– To ile jeszcze potrzymasz tę pamiątkę po Iwanie przy życiu? – Łukasiewicz zapytał w sumie niezobowiązująco, gdy przejeżdżali nieopodal Ignalino. Elektrowni atomowej z drogi nie było widać, ale przecież obaj wiedzieli, że tam jest.
– Jakoś do końca tego roku.
– Całe szczęście.
– Feliks!
– No co? Mam się smucić, że będziesz tę bombę zamykał i niech się jej to paliwo w spokoju dalej wyczerpuje, ale przynajmniej nie stanowi zagrożenia? Generalnie, to ja nic do atomówek nie mam. Zajefajne są. Prądu w diabły i się nie trzeba cykać z limitami na dwutlenek węgla, siarkę czy te, te… jak im było? NOxy*! I się cieszę, że razem z Raivisem i Edwardem wybudujemy tę nową dla siebie, ale ona będzie właśnie nowa. A w tej tu, to…
Łukasiewicz przewrócił oczami, ale Lorinaitis siedząc za kierownicą, niespecjalnie mógł to zauważyć. Ale po prawdzie widok nie był mu do zrozumienia potrzebny. Pauza i westchnięcie, jakie ją przerwało, były dostatecznie wymowne.
– No wiesz, tak w ogóle toto, co tam w środku siedzi, to jest dokładnie ta sama konstrukcja, co walnęła w Czarnobylu i obaj wiemy, że to ta konstrukcja była temu głównie winna, a nie cała reszta. Po prostu te RBMK są do dupy! Ludwig pozamykał wszystkie swoje na Wschodzie zaraz po obaleniu muru, kiedy Iwan mógł mu już jedynie naskoczyć. A twój w dodatku ma większą moc od tego od Oleńki**! Czytaj dalej

Pech

„Żajebiście żółty rzepak” należy do mojej mamy i jej chłopaka. Nie wiem kiedy oni to wymyślili, ale perfekcyjnie oddaje wygład tych pól, zwłaszcza, jak jest ich duuuuuużo xD

Pech


Ukraina westchnęła i oparła się o klapę bagażnika swojego jeździdła szumnie nazywanego samochodem. Klapa była brudna i opieranie się o nią z pewnością nie było rozsądnym, ale to aktualnie był najmniejszy z jej problemów. Stała na poboczu jakiejś drogi pośrodku niczego, lub mówiąc inaczej pośród pól żajebiście żółtego rzepaku. Niebo było stalowe, droga mokra, samochód też – tak jakby brudu na nim było mało. Jeszcze przed chwilą padało, teraz przestało, ale nie wierzyła, aby na długo. W zasadzie czuła, że winna być za ten deszcz wdzięczna niebiosom, bo dzięki niemu nie ugotowała silnika na twardo. Westchnęła raz jeszcze i wyciągnęła komórkę. Sama o autach wiedziała tyle, że jeżdżą, jak się do nich naleje benzyny, ropy lub gazu i będzie, co jakiś czas sprawdzało poziom oleju, płynu w chłodnicy, płynu hamulcowego. No i wiedziała jeszcze gdzie wlewać ten płyn do spryskiwaczy, ale to już była kwestia wygody. Jak kto lubi z brudną szybą jeździć lub ze szmatą latać, to robić przecież tego nie musi. Wiedziała również, że z jej autem stanowczo jest coś nie tak i trzeba by się z kimś skonsultować nim spróbuje, chociaż przejechać następne sto metrów. Czytaj dalej