Cienkie ściany

Ograniczenie: 15+

Dla Żura i Vegs ♥

Światło w pokoju pochodziło z małej lampki nocnej ustawionej na stoliku w kącie. Zajmujące większość ściany, nieszczelne okno przesłonięte było zasłoną w kolorze starego złota. Feliks nie miał pojęcia, kto wpadł na pomysł sprzedawania takich zasłon do małych, krzywych mieszkanek klasy robotniczej. Wyglądały w nich jak marna próba nadania pokoikom splendoru wielkich pałaców. Patrz, ty też możesz mieć takie złote zasłony, co z tego, że nie będą ci pasowały i dadzą się opisać jednym słowem: tandetne. Jednak nie narzekał na nie głośno. Cieszył się, że w ogóle je miał i mógł się mamić pozorem prywatności. Nie tak jak sąsiedzi z bloku na wprost, którzy mieli tylko króciutkie firaneczki i Feliks bez trudu był w stanie zajrzeć im w talerze z obiadem. Przekrzywił klosz lampki tak, aby świeciła bardziej na ścianę.
— I co ja mam z tobą zrobić? — zapytał zmęczonym głosem człowieka, który najchętniej już by spał.
Iwan tylko spojrzał na niego podkrążonymi oczami. Wyglądał jak siedem nieszczęść skrzyżowane z siódmym dzieckiem stróża. Schudł, zarósł, wzrok miał rozbiegany, a ruchy nerwowe. Nawet nie dało się go drażnić, nazywając ruskim pierożkiem, bo nijak do pierożka nie był podobny. Chyba, że do takiego, który się rozkleił i cały farsz z niego wypłynął.
— Nie wiem — odezwał się w końcu zachrypniętym głosem. Czytaj dalej

Reklamy

Instytut Badań Magii i Czarów

    Historia szalonego Instytutu Badań Magii i Czarów, którym ma nieszczęście zarządzać Ludwig Beilschmidt. Życie pracowników toczy się wokół destylacji i marnotrawienia czasu. Nieliczni usiłują dokonać czegoś pożytecznego. Choć Ludwig dwoi się i troi nie może przeforsować żadnych zmian w statucie, dopóki w Radzie prawo do liberum veto ma wyjątkowo silny Związek Słowian…
Ostrzeżenia: wulgarny język.
Autor: Noxi
Wspomagający pomysłami: Shen
AU, crossover: Hetalia oraz Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Znajomość książki nie potrzebna do zrozumienia.
Isabella Maes jako Belgia – Darya
Till vam der Vaart jako Holandia – Heinrich
Eirik Naess jako Eirik Naess – Shen

Instytut Badań Magii i Czarów

Ludwig starannie wygładził roboczy fartuch. Westchnął. Tej części roboty zdecydowanie nie lubił. Najchętniej siedziałby w swoim przyjaznym biurze na Wydziale Administracji i Zarządzania. Biuro to przez większość istnienia miało poważny plus – nie zawierało żadnych naukowców, chyba że przytrafił się Łušćanski, ale zwykle wystarczyło obudzić mężczyznę kopniakiem, żeby się wyniósł. Czytaj dalej

Nocą zimną, nocą ciemną

Ostrzeżenia: klną

Za oknem zima. Zima zim śniegiem przysypana, przepalona bielą i unieruchomiona mrozem szuka szczelin, aby wedrzeć się do domu. Samobójczy pęd lodu do ognia. Wiatr wyje na polu. Woda ścieka po szybie. Lód i ogień. Świat i nie-świat. Tu i tam. Feliks patrzy i się uśmiecha. Siedzi w fotelu. Miękki plusz, ogień na kominku, kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną w dłoniach. Na ławie lap, a na ekranie uśmiechnięta gęba Iwana via skajp. Pucułowata niczym dobrze wypchany pierożek. Pod Iwanem messendżer miga konwulsyjnie. Z wieży idą Dwie wieże. Tatatatadaama wypełnia pokój. Stary film. Skojarzenia bliskie zeru, bo to było już dawno temu. Wiele zim, wiele lat.
Iwan rechocze patrząc na komórkę. Odbiera nie pauzując ani fonii, ani wizji. Rozmowa dwa do trzech vojs do vizu. Feliks nie chce słuchać. Podnosi się (koc osuwa się na podłogę) i idzie do kuchni zamieszać wolno grzejące się wino. Z salonu słychać ruską angielszczyznę Iwana i się robi Feliksowi cieplej na duszy. Oko ucieka w głąb pamięci.
Eksplodują fajerwerki przeżycia.
Późna wiosna – w nazewnictwie Europy Północnej wręcz lato, ale Arthur mówi wiosna. Niech więc będzie, że wiosna, skoro on taki uparty. Rześka nieco, ale piękna, bo brytyjska. Jego piękna i własna wiosna. Jego wyspa jedyna. On – Korona (Taurys się śmieje – skojarzenia ponadczasowe odzywają się echem kościelnych dzwonów); On – Królestwo; On – Anglia ponad innymi. Potęga herbaty zabielonej, hegemon funta, arystokrata manier i arcymag wiedzy (Raivis ziewa znudzony). Czytaj dalej

Jak dzień długi i noc ciemna

 

10 listopada 1805

 

– Wot to jest? Będzie bitewka?
Książę smoleński spojrzał na mężczyznę stojącego u wejścia do namiotu. Iwan musiał się schylić, aby się w nim w ogóle zmieścić. I w takiej właśnie przygarbionej pozie przyglądał się mapie i rozstawionym na niej ciężarkom, symbolizującym rozmieszczenie wojsk w zakolu Dunaju. Na jego twarzy malowała się dziecięca ciekawość.
– Najprawdopodobniej będzie. Francuzi są po drugiej stronie gór – odparł Kutuzow.
– Mogę zobaczyć? – Iwan zapytał radośnie.
Pozostali oficerowie spojrzeli na dowódcę pytająco, ale Kutuzow nie czuł się w powinności, aby cokolwiek tłumaczyć.
– Później Iwanie, później. Czytaj dalej

Ciepło

Uwagi: Wulgaryzmy

 

Biel. Wszędzie biało. Człowiek patrzył przed siebie i widział tylko biel. Patrzył za siebie i widział biel. Tak jakby maszerował, poruszał nogami, ale jednocześnie stał w miejscu. Gdy zawiewał wiatr, nie sposób było dostrzec nawet zostawianych przez siebie śladów. Absolutne zawieszenie w próżni. Żadnego dowodu, że nadal znajduje się na Ziemi, a nie w innym wymiarze. Żadnego dowodu, że człowiek po prostu śpi i śni, i nie może się obudzić. Żadnego dowodu, że już nie umarł.

– Przestań myśleć dyrdymały, czeska mendo – usłyszał głos, bynajmniej nie swój. Czytaj dalej

Jak dobrze wstać skoro świt

Małe conieco z czasów PRL-u

Jak dobrze wstać skoro świt

Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blasku duszkiem pić…
Trzask!
Łukasiewicz włożył w zamknięcie okna trzy razy więcej siły niż było to konieczne, nawet jeśli uwzględnić, że okno było wypaczone i trzeba je było naprawdę mocno docisnąć, aby klamka zaskoczyła. Kobieta z sąsiedniego pionu od kilku dni bawiła się w jakąś cholerną zegarynkę i punkt siódma trzydzieści rano wychodziła na balkon, żeby odśpiewać jakiś szlagier, pijąc inkę. Niestety Bóg… Skreśl to, władza mówi, że Boga nie ma, więc gwoli poprawności politycznej względem najdroższego przyjaciela, niech będzie to Matka Natura, czy inne takie małe zielone od Alfreda, w każdym razie owo „coś” nie obdarzyło kobieciny ani głosem dźwięcznym, ani słuchem dobrym. Dlatego też, co rano do pokoju Łukasiewicza wdzierała się kakofonia nut różnych i ze sobą nieskojarzonych, a on niestety ucho miał akurat wrażliwe. Sąsiad zza ściany zasugerował mu kilka dni wcześniej zamykanie okna na noc, ale szybko doszli do wniosku, że wtedy to już w ogóle nie pośpi. Betonowa ściana wielkiej płyty wychodziła akurat na południe i rozgrzewała się niemiłosiernie w ciągu dnia, a że w nocy temperatury spadały jakby chciały, ale nie mogły, to można by się było z zamkniętym oknem ugotować. Siłą rzeczy Łukasiewicz musiał do pobudek przywyknąć. Czytaj dalej

Bajka o Wielkim Iwanie i jeszcze większym Niedźwiedziu

Bajka o Wielkim Iwanie i jeszcze większym Niedźwiedziu


Wielki Niedźwiedź leżał na skrawku polany, gdzie śnieg już się stopił i ziemia zaczęła rozmakać. Nie żeby była już wiosna. Marzenie. Do wiosny daleko, a tu to tylko Iwan rozpalił wielkie ognisko.
Iwan był dla Wielkiego Niedźwiedzia Wielkim Człowiekiem. Naprawdę, tak wielkich ludzi Niedźwiedź nie widywał często. Iwan był wysoki, szeroki w barach, miał wielkie dłonie, donośny głos, gdy się śmiał lub śpiewał w ciemną noc. Zęby miał białe, przednie niczym łopaty… ale nic to nie miało do rzeczy, bo Niedźwiedź był wyższy, jak na tylnich łapach stanął, łapska miał większe, ryk głośniejszy, a zęby ostrzejsze i większe. Po prawdzie, Niedźwiedź nie wiedział, czemu idzie za Iwanem. O czym jeszcze nie miał pojęcia, to o tym, że Iwan też nie wiedział, czemu pozwala zwierzowi spać przy swoim ognisku i iść za nim przez bezkresy swojej własnej ziemi, czemu do niego mówi, czemu niby z nim żartuje, zamiast zastrzelić i mieć dobrego mięsa na czas jakiś.
Ta noc niczym nie różniła się od poprzednich dwóch, pięciu, dziesięciu. Iwan nie pamiętał. Nie liczył. Niedźwiedź nie zajmował się tym w ogóle. Ogień płonął, strzelał iskrami w ciemne niebo. Głupie iskry myślały chyba, że sięgną swoich kuzynek – gwiazd. Naiwne, pomyślałoby się, ale ani Iwan, ani Niedźwiedź nie dostrzegali tej naiwności. Wręcz przeciwnie. Iwan patrzył na iskierki złote, z uśmiechem i wypiekami na twarzy – jak dziecko. Wielkie dziecko. Niedźwiedź zaś zerkał sennie, nie myślał o tym, czym są iskry i co je od gwiazd odróżnia. Były podobne i to mu wystarczyło. Nie dociekał rzeczy tak abstrakcyjnych. Żerdzie w ognisku przepaliły się i konstrukcja posypała się strzelając snopem iskier w niebo. Iwan zaczął się śmiać.
– A ty wiesz, Niedźwiedź, że tam za morzem na wschodzie mają takie coś jak noc Walpurgii i oni takie ogniska wielkie palą i palą? – zagruchał. Czytaj dalej