Instytut Badań Magii i Czarów

    Historia szalonego Instytutu Badań Magii i Czarów, którym ma nieszczęście zarządzać Ludwig Beilschmidt. Życie pracowników toczy się wokół destylacji i marnotrawienia czasu. Nieliczni usiłują dokonać czegoś pożytecznego. Choć Ludwig dwoi się i troi nie może przeforsować żadnych zmian w statucie, dopóki w Radzie prawo do liberum veto ma wyjątkowo silny Związek Słowian…
Ostrzeżenia: wulgarny język.
Autor: Noxi
Wspomagający pomysłami: Shen
AU, crossover: Hetalia oraz Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Znajomość książki nie potrzebna do zrozumienia.
Isabella Maes jako Belgia – Darya
Till vam der Vaart jako Holandia – Heinrich
Eirik Naess jako Eirik Naess – Shen

Instytut Badań Magii i Czarów

Ludwig starannie wygładził roboczy fartuch. Westchnął. Tej części roboty zdecydowanie nie lubił. Najchętniej siedziałby w swoim przyjaznym biurze na Wydziale Administracji i Zarządzania. Biuro to przez większość istnienia miało poważny plus – nie zawierało żadnych naukowców, chyba że przytrafił się Łušćanski, ale zwykle wystarczyło obudzić mężczyznę kopniakiem, żeby się wyniósł. Czytaj dalej

Reklamy

Hej ciągnij Lili, małą Lili, Hej ciągnij ją za fał…

Sugerowane 15+

„Hej ciągnij Lili małą Lili,
Hej ciągnij ją za fał…”

Mechanicy Szanty
Słowa: Lech Klupś, Henryk („Szkot”) Czekała
Muzyka: Lech Klupś

Ludwig rzucał gromami z oczu. W bajkach dla dzieci ponad stołem fruwałby już świetliste błyskawice, a burzowe chmury wisiałby pod sufitem. Rzeczywistość posługiwała się metaforami i musiała zadowolić zwykłym wyobrażeniem. Turyngia powiódł wzrokiem po zebranych. Gromy i wrzaski odnosiły mierny skutek. Nadrenia Północna-Westfalia wyglądała na faktycznie poruszoną, ale już siedzący obok niej Erich nie. Hamburg półgębkiem mówił coś do Benedikta i spoglądał porozumiewawczo w stronę drugiego z Sasów. Ten obczytywał tekturowy kubek po kawie. Obok niego Brandenburgia turlał po stole długopis i sprawiał wrażenie, że mu myśli odpłynęły gdzieś daleko. Ludwig zaś pieklił się i na nich, i na Palatynat, co się w okno zapatrzył, i na stół, krzesło, pogodę, rozkład DB i Max nie wiedział, co jeszcze, a niby starał się słuchać. Siedzący najbliżej Ludwiga, z racji bycia stolicą, Gieselbert jęknął i przewrócił oczami, ale zdawało się, że nie dotarło to do Ludwiga. W swojej tyradzie pognał dalej ku wątpliwej jakości spuściźnie po NRD, przeoczył kilka spojrzeń sugerujących rychły bunt w szeregach, przeszedł na sprawy budżetu, na który oni przecież nie mieli większego wpływu. No może Wirtembergia mógłby mieć. Ze swoim charakterem nadawałby się na pracownika roku działu windykacji. Ludwig tego jednak nie zauważał. Za bardzo lubił mieć nad wszystkim kontrolę, aby docierały do niego takie szczegóły, jak demokratyczne decyzje podejmowane większością głosów, na które oni mogą najwyżej kląć. Turyngia przestał słuchać. Na palcach jednej ręki dałoby się policzyć tych, co jeszcze przykładali uwagę do słów Ludwiga. Zainteresowali się dopiero, gdy zamilkł. Głowy poodwracane w najróżniejszych kierunkach nagle obróciły się ku niemu i patrzyły ciekawe, co się w ogóle stało? Czytaj dalej

Słowa

Zapalono wszystkie świece na kryształowych żyrandolach. Z wysokości antresoli dziecko niewyglądające na więcej jak dwanaście lat przyglądało się z nieukrywanym zachwytem. Nigdy wcześniej nie wpuszczono go tu w czasie balu. Nigdy nie widział tylu strojnie ubranych ludzi, jak tego wieczoru. Barwne suknie, klejnoty tak wielkie, że widoczne aż z tak wysoka; szum głosów. Gilbert trzymał go od tego z daleka. Powtarzał, że nadejdzie ku temu pora, a na razie Ludwig ma się uczyć. Przysyłał co rusz nowych tutorów, aby zaznajamiali chłopca ze sztuką strategii, dyskusji, dziejów minionych. Pokazywali pełne przepychu drzeworyty z herbami rodów pruskich. Wielkich dynastii europejskich. Ich pnie i gałęzi boczne. Wittelsbachowie, Habsburgowie, Hohenzollernowie, Glücksburgowie, Bernadottowie, Wettinów… Tarcza askańska, biało-czarna, lew i tarcza biało-niebieska… Miał to wszystko w pamięci, a teraz widział kryjących się za tym ludzi. Przywarł do balustrady i spoglądał w dół, szukając twarzy z portretów.
– Twój brat jest tam – odezwał się zachrypnięty głos tutora, który przybył z nim.
Ludwig pamiętał, że preceptor pochodzi z bocznej linii rodu Meklemburskiego ze Strelitz. Pamiętał też, że zdaje się być niezdolny do uśmiechu, a jego małe oczka widzą więcej, niż skłonny był przypuszczać. – Rozmawia z Zofią Charlottą, księżniczką Orléans-Alençon. Jej narzeczony, król Bawarii, zaniemógł i nie mógł przyjechać. Sam Bawaria stoi nieopodal orkiestry. Ten, który teraz mówi. Zapamiętaj go, bowiem nie raz pewnie przyjdzie ci się z nim mierzyć na arenie politycznej. Czytaj dalej

Przywidziało mi się

Przywidziało mi się

Dawno, dawno temu, czyli za Drugiej Wojny Światowej Ludwig powierzył Bawarii, Wirtembergii, Prusom, Austrii i Saksonii pewną ważką misję na południu Europy. Mieli odzyskać wykradziony prototyp czołgu. Przygotowano plan i jeszcze nim go na dobre wdrożono w życie wszytko zaczęło się pieprzyć. Ich samolot zestrzelono, zaginęli, potem się znaleźli i Ludwig na moment odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że nie zostali przez Anglię wzięci do niewoli.

Przedwcześnie, bo po pierwszym kontakcie radiowym łączność została zerwana na długie miesiące…

  Prolog

W Berlinie trwał pogodny dzień. Jeden z tych, w które wojna wydawała się nie istnieć. Heike siedziała na tarasie i piła herbatę. Po drugiej stronie stolika siedział Ludwig. Był nie w sosie – to zauważyła od razu po tym, jak usiadł i zaczął bawić się swoim kubkiem.
– Coś się stało? – zapytała.
– Nie – odpowiedział, jej zdaniem za szybko.
– Na pewno?
– Takie tam miraże podświadomości – odpowiedział i uśmiechnął się nieznacznie. – Znalazłem wieczorem moje notatki do raportu z misji w Chorwacji. Dużo się tam wydarzyło i niewiele z tego przyszło, jak wiesz.
Przytaknęła, ale nie odezwała się, pozwalając mu tym samym mówić dalej.
– Był tam taki moment, że miałem wrażenie, że tych wariatów znalazłem. Naprawdę, wiem że to nielogiczne, ale coś mi w głowie szeptało, że to oni. Oczywiście musiało mi się zdawać. Chciałem ich znaleźć, to podświadomość sama szukała podobieństw. Takie rzeczy są udokumentowanym sposobem działania ludzkiego umysłu i to był tego doskonały przykład, bo cała sytuacja była tak absurdalna, że szkoda słów.
– To znaczy? – zaciekawiła się.

   Jugosławia (tereny dzisiejszej Chorwacji) 1941

– Ty, a to co za banda dziwna? – zapytał przypitym głosem mężczyzna stojący przy traktorze. Jego towarzysz przyglądał się mocowaniu brony, a raczej temu, co z niego zostało. Czytaj dalej

Goworit po russki

Z pozdrowieniami dla osoby, która wklepała ostatnio w Google m.in. to:

malum necessarum, pozdrawiam cię shen ❤

oraz to:

malum necessarium, shen, czytasz ty to w ogóle?

Tak, czytam to i też pozdrawiam ❤

• • •

Goworit po russki?
(Говорит по-русски?)

Droga stawała się węższa i węższa. Dla nawigacji w samochodzie Ludwiga już w ogóle nie istniała, ale przed szybą nadal coś było. Nierówne, prowincjonalne, ale pewnikiem dokądś prowadzące. Co komu strzeliło do głowy, aby dostawać się do Mińska samochodami, tego nie wiedział nikt. Nikt już nawet o to nie pytał. Nie było sensu. Tylko Ludwig klął cicho pod nosem i coraz poważniej rozważał zatrzymanie się gdzieś i zapytanie o drogę, ale los stawiał na ich trasie tylko pola i ugory, zagajniki, laski, jeszcze trochę pól i łąk, i ani jednej żywej duszy, a Anglią Niemcy nie był, aby zadawać się z martwymi.
– Po prawej masz jakieś domy, które wyglądają na zamieszkane – zagadało CB radio. – Może tam skręcimy i się dopytamy, gdzie do diabła jesteśmy, zanim dojedziemy do Rosyjskiej granicy?
Ludwig spojrzał w tamtą stronę i faktycznie jakieś budynki tam były. Trochę chat, blok, jakieś wielkie podłużne coś. Ewidentna spuścizna ruskich, jak to skomentował Gilbert. Nie prezentowało się to zbyt pięknie pod szarym niebem.
– Możemy zjechać – odpowiedział i odruchowo spojrzał w lusterko na samochód za sobą, ale w gęstniejącym zmierzchu niewiele tam zobaczył. Jego myśli, zrezygnowawszy z próby zgłębienia tajemnicy: czemu my tam jedziemy, a nie poczekaliśmy po prostu na przywrócenie połączeń lotniczych? podjęły się zadania zrozumienia: czemu jedziemy w tak licznej grupie. To było zdecydowanie łatwiejsze do prześledzenia. Początkowo zamierzał pojechać sam, ale Gilbert, jako drugi kierowca, to było całkiem logiczne. Lawina poszła później. Wirtembergia stwierdził, że on chce wiedzieć z pierwszej ręki, na co mają iść ICH pieniądze. Bawaria uznał, że to on tych pieniędzy najwięcej do wspólnej kiesy wkłada i też chce wiedzieć. Nadrenię-Westfalię zaprosił, aby pomogła mu nad nimi zapanować. Prusy, Bawaria i Wirtembergia potrafili sprawiać nie lada kłopoty, a dzięki niej to było trzech na dwóje, a nie na jednego Nie mógł jedynie dojść do tego, jak w tym zestawieniu wylądował Saksonia. Chyba, jako dodatkowy kierowca…
Skręcił i wjechał pomiędzy ruino-domki. Tynk odpadał od nich grubymi płatami, szyby w oknach były nieco mętne i białe firanki zdawały się szare. Kolorowa pościel przewieszona przez parapety wyglądała irracjonalnie. A najbardziej surrealistyczny był sklep z kolorowym szyldem. Na ławce na przeciwko niego siedział folklor lokalny w osobie trzech przygarbionych mężczyzn pijących z plastikowych kubeczków i jednego młodszego pociągającego z puszki. Ludwig przezornie zatrzymał samochód kilkadziesiąt metrów od nich. Gdy wysiadł czuł na sobie ich badawcze spojrzenie, ale je zignorował. Odmierzanymi krokami podszedł do drugiego auta. Kątem oka widział, że Gilbert z uśmiechem przyklejonym do twarzy idzie w tę samą stronę. Jurgena miał za sobą. Sebastian i Heike też już wysiedli. Tylko Johann siedział za kierownicą i nie wyglądał jakby zamierzał się ruszać.
– Zabłądziliśmy – Heike powiedziała to tonem niedającym się dopasować do końca ani do stwierdzenia, ani do pytania.
Przytaknął. Czytaj dalej

Zamotani – I

Łużyce chciał zaznajomić tych i owych z tym, kim on w sumie jest. Na wykładzie stawiło się wielu, ale co z tego w sumie wyszło to…
Komedia.

Ostrzeżenia: klną, nie ma się co oszukiwać; chaos ludzki; wzmiankowany ŁotEst x]

Postaci: Łużyce [Ludowit Łušćanski]; Słowacja [Michaela Macháčková], Czechy [Josef Havel]; Polska [Feliks Łukasiewicz]; Prusy [Gilbert Beillschmidt]; Litwa [Toris Lorinaitis]; Łotwa [Raivis Galante]; Niemcy [Ludwig]; Słowenia [Dunja Vošnjak]; Chorwacja [Silvija Butkovic]; Wojwodina [Jovana Andrić]; Czarnogóra [Radmila Njegoš]; Serbia [Goran Andrić]; Kosowo [Viktor Jashari]; Ukraina [Olena Marczenko]; Białoruś [Natasza Alfroskaja]; Rosja [Iwan Bragiński]; Obwód Kaliningradzki [Waniuszka]

 

Zamotani

– I co ja robię tu, uuuuu… I co ja tutaj robię – zaśpiewał pod nosem Łukasiewicz, patrząc z wysokości przedostatniego – piątego, rzędu ławek w Sali wykładowej. Pierwsze trzy zgodnie świeciły pustką, a przed nimi miotał się Łušćanski. Laptop – pożyczony w dodatku – wybitnie nie chciał się dogadać z rzutnikiem – tutejszym – skutkiem czego był błękitny prostokąt na zwieszającym się z sufitu ekranie.
– Ten sprzęt go nie lubi – westchnęła Macháčková – Słowacja, siedząca obok Łukasiewicza, a także obok Czech. Było to posunięcie strategiczne, choć ze względu na osobę prelegenta istniała spora szansa, że bracia jednak sobie do gardeł nawet słownie nie skoczą.
– Konflikt pokoleń – stwierdził Havel aż nadto poważnym tonem, co wywołało atak powszechnej wesołości wśród najbliżej mu siedzących.
– Niech mu ktoś pomoże.
– Zgłaszasz się na ochotnika rozumiem? – Czechy z powątpiewaniem spojrzał na siedzącego rząd niżej Laurinaitisa. Ten się przykładnie speszył, mruknął coś, chrząknął i rozejrzał za kimś, kogo najwyraźniej nie znalazł, bo wrócił do przeglądania kolorowej broszurki, jaką każdemu z nich wcisnął Łużyce. Łotwa swoją zdążył już stłamsić, teraz zupełnie nieświadomie przerabiał Estońską na samolocik. Raz po raz zerkał to na Litwę, to na drzwi, za którymi chwilę wcześniej zniknął von Bock. I to zniknął z premedytacją, bo uznał, że za wsparcie techniczne robić nie zamierza, a jakoś oczywistym było, że ktoś go w to wrobić spróbuje.
– Ludziu – Łukasiewicz przekrzyczał ogólną wrzawę. – To może my sobie pójdziemy w diabły, albo tak, chociaż na papierosa?
Niedoszły prelegent spojrzał na niego nienawistnie, a że siłą rzeczy spoglądał też na Czechy i Słowację, to od każdego z nich otrzymał odpowiednio spojrzenie pełne znudzenia i wystawiony język. Wymruczał coś i wrócił do prób porozumienia się z pilotem do rzutnika. Czytaj dalej