Jak dobrze wstać skoro świt

Małe conieco z czasów PRL-u

Jak dobrze wstać skoro świt

Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blasku duszkiem pić…
Trzask!
Łukasiewicz włożył w zamknięcie okna trzy razy więcej siły niż było to konieczne, nawet jeśli uwzględnić, że okno było wypaczone i trzeba je było naprawdę mocno docisnąć, aby klamka zaskoczyła. Kobieta z sąsiedniego pionu od kilku dni bawiła się w jakąś cholerną zegarynkę i punkt siódma trzydzieści rano wychodziła na balkon, żeby odśpiewać jakiś szlagier, pijąc inkę. Niestety Bóg… Skreśl to, władza mówi, że Boga nie ma, więc gwoli poprawności politycznej względem najdroższego przyjaciela, niech będzie to Matka Natura, czy inne takie małe zielone od Alfreda, w każdym razie owo „coś” nie obdarzyło kobieciny ani głosem dźwięcznym, ani słuchem dobrym. Dlatego też, co rano do pokoju Łukasiewicza wdzierała się kakofonia nut różnych i ze sobą nieskojarzonych, a on niestety ucho miał akurat wrażliwe. Sąsiad zza ściany zasugerował mu kilka dni wcześniej zamykanie okna na noc, ale szybko doszli do wniosku, że wtedy to już w ogóle nie pośpi. Betonowa ściana wielkiej płyty wychodziła akurat na południe i rozgrzewała się niemiłosiernie w ciągu dnia, a że w nocy temperatury spadały jakby chciały, ale nie mogły, to można by się było z zamkniętym oknem ugotować. Siłą rzeczy Łukasiewicz musiał do pobudek przywyknąć. Czytaj dalej

Jak dobrze wstać skoro świt – II

Jak dobrze wstać skoro świt – II

Łukasiewicz obrzucił wzrokiem tłum na przystanku i nadjeżdżający tramwaj.
– My chyba z buta pójdziemy, wiesz? – stwierdził. – Nam się tak nie spieszy, jak im – kiwnął głową na tłumek, który już zszedł z trotuaru na jezdnię, choć tramwaj miał do przystanku jeszcze dobrych kilka metrów. – Możemy pochodzić. No i hop. Dobry facet jest – aż gwizdnął, gdy raczej krępej budowy mężczyzna wskoczył do nadal wyhamowującego pojazdu. Dwóch innych, znacznie wyższych, aż takiego wrażenia na nim nie wywarło. Chwilę później tramwaj minął ich, hałasując niepomiernie. Przez każde drzwi wystawało kilku pasażerów stojących na stopniach i mocno trzymających się barierek. W sumie, w takim upale, to może im tak nawet było wygodniej, niż tym, co się do środka zmieścili.
Minęli kolekturę totalizatora sportowego, pod którą dwóch wątpliwej jakości dżentelmenów rozmawiało o katastrofie w Silesii. Minęli odzieżowy, szewca, kolejny zatłoczony przystanek tramwaju. Jakieś dziecko przecisnęło się między nimi, niosąc wielki wór makulatury, na oko ważący co najmniej jedną trzecią tego co ono. Dalej był jeszcze skwerek, papierniczy, w którym ktoś awanturował się o książkę zażaleń, aż go było na dworze słychać, i w końcu byli na miejscu.
Bar, jak to bar stołówkowy – stoliki, ceratka, obgryzione talerze i kubki w białopodobnym kolorze. Tłum ludzi w pośpiechu pałaszujących obiad, trochę studentów jedzących wolniej, za to więcej rozmawiających. Hałas ulicy wlewał się przez otwarte drzwi. Jadłospis nad ladą składał się z wielu pozycji, ale przy wielu też nie było już ceny – dziś już lub w ogóle niedostępne. Przodowały tu te, które w sposób jawny zawierały mięso.
– Dobrze, że dziś nie jest poniedziałek, to chociaż jakimś mięsem te biedne zupki postraszyli – Łukasiewicz powiedział tak bardziej do siebie niż Lorinaitisa, ale tamten i tak usłyszał. Westchnął. – Taurys, u was też wprowadzili post od mięsa w poniedziałki? – zapytał, ale Lorinaitis nie miał szansy odpowiedzieć, bo przyszła ich kolej. Postawna kobieta za ladą spojrzała na nich niczym pan i władca świata, a przynajmniej tego jego kawałka, który tu i teraz mógł rozstrzygnąć o tym, czy odejdą głodni czy nie. – Dobry! – Rozpromienił się Łukasiewicz. – Ogórkową dwa razy i kompociki.
Kobiecina ni to chrząknęła, ni to wydała z siebie jakiś inny podobny temu dźwięk. Czytaj dalej

Jak dobrze wstać skoro świt – III [koniec]

Jak dobrze wstać skoro świt – III [koniec]

Weszli do ciasnego przedpokoju, z którego przechodziło się do kolejnych pomieszczeń. Tramwajowa kuchnia znajdowała się zaraz na wprost i to do niej z miejsca skierował się Łukasiewicz.
– Weź się rozgość, w ogóle czuj się jak u siebie. W pokoju jest trochę bajzel, bo tam ostatnio śpię. Burżuj ze mnie, bo mam jeszcze ten mniejszy pokoik, ale okno się tam rozwaliło i generalnie to jest tam szybkowar, a ja gwarantuję, że gotowany, duszony, a nawet podawany z warzywkiem i tak smaczny nie będę – stwierdził z przekonaniem i spojrzał przez ramię na stojącego wciąż przy drzwiach Lorinaitisa. – Ty też byś nie był – dodał i roześmiał się. – Miałem jeszcze do sąsiadki skoczyć. Poczekasz sekundkę?
– Poczekam – powiedział. Jakbym mógł zrobić coś innego.
Łukasiewicz wypadł na klatkę schodową, obrzucił windę niechętnym spojrzeniem i zbiegł, przeskakując po dwa stopnie. Lorinaitis został sam w przedpokoju. Stanie tam było w zasadzie pozbawione sensu, ale zagłębienie się w mieszkanie na własną rękę… Kusiło i onieśmielało zarazem. Stare formy… Potrząsnął głową, aby odegnać te wszystkie pytajniki i wielokropki ze swoich myśli. Zajrzał do kuchni. Meblościanka oklejona imitacją drewna niepodzielnie panowała na lewej flance, prawą zaś we władanie wzięła lodówka, kolejne szafki i mały stolik. A na końcu było okno. Podszedł do niego, uważając, żeby o nic nie zahaczyć. Miejsca tu było tyle, co kot napłakał. Okno wychodziło na parking, na boisko, skrawek wyschniętego na wiór trawnika i na kolejny blok. W nocy można było podglądać sąsiadów. Pewnie niektórzy faktycznie podglądali. Zapisywali, o której pogasły światła w oknach, o której ktoś przeszedł z pokoju do kuchni… Cofnął się i usiadł na taborecie. Nie ciągnęło go do salonu. Przypadkiem kopnął coś, zabrzęczało szkło. Zajrzał pod blat tylko po to, aby odkryć stojący tam gąsiorek z rurkami i produkujące się w środku wino. Uśmiechnął się. Domowe najlepsze. Kiedyś to było normalne, normalniejsze – takie własne wino. A potem się porobiło. Skomplikowało. Westchnął i wbił wzrok w rysy na blacie.
Coś szczęknęło. Czytaj dalej