Instytut Badań Magii i Czarów

    Historia szalonego Instytutu Badań Magii i Czarów, którym ma nieszczęście zarządzać Ludwig Beilschmidt. Życie pracowników toczy się wokół destylacji i marnotrawienia czasu. Nieliczni usiłują dokonać czegoś pożytecznego. Choć Ludwig dwoi się i troi nie może przeforsować żadnych zmian w statucie, dopóki w Radzie prawo do liberum veto ma wyjątkowo silny Związek Słowian…
Ostrzeżenia: wulgarny język.
Autor: Noxi
Wspomagający pomysłami: Shen
AU, crossover: Hetalia oraz Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Znajomość książki nie potrzebna do zrozumienia.
Isabella Maes jako Belgia – Darya
Till vam der Vaart jako Holandia – Heinrich
Eirik Naess jako Eirik Naess – Shen

Instytut Badań Magii i Czarów

Ludwig starannie wygładził roboczy fartuch. Westchnął. Tej części roboty zdecydowanie nie lubił. Najchętniej siedziałby w swoim przyjaznym biurze na Wydziale Administracji i Zarządzania. Biuro to przez większość istnienia miało poważny plus – nie zawierało żadnych naukowców, chyba że przytrafił się Łušćanski, ale zwykle wystarczyło obudzić mężczyznę kopniakiem, żeby się wyniósł. Czytaj dalej

Reklamy

Nocą zimną, nocą ciemną

Ostrzeżenia: klną

Za oknem zima. Zima zim śniegiem przysypana, przepalona bielą i unieruchomiona mrozem szuka szczelin, aby wedrzeć się do domu. Samobójczy pęd lodu do ognia. Wiatr wyje na polu. Woda ścieka po szybie. Lód i ogień. Świat i nie-świat. Tu i tam. Feliks patrzy i się uśmiecha. Siedzi w fotelu. Miękki plusz, ogień na kominku, kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną w dłoniach. Na ławie lap, a na ekranie uśmiechnięta gęba Iwana via skajp. Pucułowata niczym dobrze wypchany pierożek. Pod Iwanem messendżer miga konwulsyjnie. Z wieży idą Dwie wieże. Tatatatadaama wypełnia pokój. Stary film. Skojarzenia bliskie zeru, bo to było już dawno temu. Wiele zim, wiele lat.
Iwan rechocze patrząc na komórkę. Odbiera nie pauzując ani fonii, ani wizji. Rozmowa dwa do trzech vojs do vizu. Feliks nie chce słuchać. Podnosi się (koc osuwa się na podłogę) i idzie do kuchni zamieszać wolno grzejące się wino. Z salonu słychać ruską angielszczyznę Iwana i się robi Feliksowi cieplej na duszy. Oko ucieka w głąb pamięci.
Eksplodują fajerwerki przeżycia.
Późna wiosna – w nazewnictwie Europy Północnej wręcz lato, ale Arthur mówi wiosna. Niech więc będzie, że wiosna, skoro on taki uparty. Rześka nieco, ale piękna, bo brytyjska. Jego piękna i własna wiosna. Jego wyspa jedyna. On – Korona (Taurys się śmieje – skojarzenia ponadczasowe odzywają się echem kościelnych dzwonów); On – Królestwo; On – Anglia ponad innymi. Potęga herbaty zabielonej, hegemon funta, arystokrata manier i arcymag wiedzy (Raivis ziewa znudzony). Czytaj dalej

…i się potrzęsę

Informacja wstępna sprostowująca zawartą w fanfiku pomyłkę: Łotwa wprowadziła ten sam system udzielanie obywatelstw co Estonia, zatem informacja znajdująca się w ficu jest błedna. O tym jednakże dowiedziało mi się już po opublikowaniu powyższego i przerabianie byłoby raczej kłopotliwe. Mea culpa.

…i się potrzęsę


Chodnik, przebiegający wskroś trawnika, urwał się nagle na dwa metry przed skrzyżowaniem z prostopadłym do siebie kolegą, no bo czemu w sumie miałby do niego dołączyć? Skoro się skończył, to dalej trzeba przejść po trawie lub zawrócić i pójść jakimś innym, który, być może, docierał do celu idącego po nim. Tylko że Galante nie miał zupełnie ochoty zawracać. Siły również. Plecak wbijał mu się w ramiona i przyczyniał do powstania garbu już dostatecznie długo, aby jego jedynym celem stało się dotarcie do domu. Trawnik nie trawnik, to nie miało znaczenia. Przeszedł go skupiony na poszukiwaniu kluczy, które – był tego pewien – włożył do jakiejś kieszeni. Sedno problemu tkwiło w słowie „jakiejś” i oczywiście okazało się, że chodzi o tą ostatnią, w jakiej postanowił szukać. Bo czemu by nie?
„Nie” było dla niego ważnym słowem tego popołudnia. Można było NIE pójść do Maximy po zakupy, można było NIE zrobić tak dużych zakupów, można było NIE pójść przy okazji do biblioteki i NIE wypożyczyć tylu książek i finalnie NIE narzekać na zbyt ciężki plecak. No i tak na deser, to Galante naprawdę NIE chciał wiedzieć, co w owym plecaku waży więcej: zakupy czy książki.
Winda w bloku nie działała, na pocieszenie stało przy niej trzech panów w firmowych kamizelkach. Bardzo żywiołowo o czymś dyskutowali, ale o czym, tego Galante nie wychwycił. Zbyt szybko czmychnął na schody, zostawiając ich gdzieś za sobą. Poświęcił im tyle uwagi, że zastanowiło go tylko, cóż takiego mogą wymyślić stojąc na parterze, podczas gdy dźwig jest na górze? Ale się na windach nie znał, więc może naprawdę coś mogli. Czytaj dalej

Deszczowe dni

Ostrzeżenia:
– sugestia EstŁotu,
– fluff fic is fluffy.

Deszczowe dni

Ryga

– No i wiesz, co on zrobił?!
– Ymmm? – Raivis wykrzesał z siebie odrobinę zainteresowania względem opowiadanej mu przez telefon historii. Jego uwaga bowiem zajęta była czymś zgoła innym i w sumie opowieść Petera wpadała mu do głowy jednym uchem i wypadała drugim.
– Zabrał mi to. Tak po prostu! Jakby było jego!!!
– Co?! – spróbował się oburzyć, ale aż wstyd mu było przed samym sobą przyznać, że mu gdzieś umknęło, czym konkretnie było owo TO, którego zabranie tak bardzo bulwersowało Petera, że zaczynał połykać litery lub całe słowa. Stopień niezrozumiałości osiągał już niemal szwedzki, tylko że Szwecja mówił mniej i miało się więcej czasu na domyślenie się, czego w przekazie brakowało. Peter nie dawał mu nawet cienia takiej szansy i może w bardziej normalnej sytuacji Raivis jakoś by nadążał choć trochę, ale akurat biometr mu padł.
– No właśnie – trajkotał Peter. – To niesprawiedliwe, i ja mu jeszcze dam nauczkę, że mu w pięty pójdzie! Normalnie pożałuje! I nie będzie się śmiał, ha! Bo w ogóle wiesz, co czytałem na Face?
– Tak? – zainteresował się na chwilę, ale zaraz mu minęło.
Skrzywił się i syknął patrząc, jak dziewczyna z butami w jednej dłoni i torebką w drugiej omal się nie przewróciła do sięgającej jej do połowy łydki wody po tym, jak półciężarówka zrobiła całkiem konkretną falę. Rzeka płynąca ulicą w dole wzburzyła się, szczyty brązowawych fal przystroiła na moment piana. Dziewczyna w ostatniej niemal chwili odzyskała jednak równowagę i ruszyła dalej. Przejechał kolejny samochód. Światła na spoilerze robiły mu za podwodne szperacze. Woda wzbierała przed nim złowrogą falą i rozchodziła się na boki, by uderzyć o ściany budynków…
– …i może taką zdemontowaną platformę można by było przewieźć w pobliże Rough Towers i już miałbym archipelag! Niech się ten nadęty bufon śmieje, ale sztuczne wyspy są teraz super popularne! Czytaj dalej

Wojenka – I

Ekhem… to miał być mały łanszucik do szuflady, napisany od tak, aby odreagować (sic). Nie wyszło.

Postaci, które tu się pojawiają i przewijają rzadziej lub częściej, w kolejności alfabetycznej (ze ściągą imienno-nazwiskową):
Czechy – Josef Havel; Estonia – Eduard von Bock; Finlandia – Timo Väinämöinen; Litwa – Taurys Laurinaitis; Łotwa – Raivis Galante;  Polska – Feliks Łukasiewicz; Słowacja – Michaela Macháčková; Szwecja – Bernhard Oxenstierna; Ukraina – Olena Marczenko; Węgry – Erzsébet Héderváry…

Czas akcji bliżej nieokreślony, jakiś wojenny… to dla fabuły nieważne.

Miejsce to gdzieś na Łotwie i Litwie, ale to też nie znaczenia, to tylko ja siedziałam nad mapami i knułam czy i jak w ogóle się da… Google Maps między innymi bardzo chciało zrobić z Venty rzekę bezodpływową… a na satelicie nawet port widać xD Mieszkańcy Ventspils byliby nie pocieszeni.

Ostrzeżenia: Hymmmm jest wojna, a wojny nie są piękne, a bohaterowie nie są kwintesencja ogłady, czyli zdarza się przeklinanie, czy też nieco bardziej szczegółowy opis tego, co zostaje z człowieka, gdy koło niego coś eksploduje… myślę że 15+ to da radę, niemniej powyższe niech mają na uwadze wszyscy ^^”
Poza tym klasycznie makaronizuję, głównie pod koniec tekstu, ale przypisy będą… o ile nie zapomnę.

Jak ktoś czuję potrzebę gatunkowego nazwania tego, to ja nie wiem. Wszystko od angstu, przez obyczaj, po komedię?

—————————————-

Wojenka

„Za dzień – za dwa, za noc – za trzy,
Choć nie dziś, za noc-za dzień,
Doczekasz się: wstanie świt.”
Edmund Fetting „Nim wstanie świt”


Było cicho. Taurys przytulił go mocniej do siebie nieomal wyciskając powietrze z płuc, ale Raivis nie zaprotestował. Nawet tego nie zauważył. Rzeczywistość nie docierała do niego. Jego myśli… Jego świadomość była zupełnie gdzie indziej. W miejscu, gdzie deszcz nie przestawał padać, a bura deszczówka zbierała się w głębokim leju po bombie. Wokół poniewierały się deski. Deski całe, deski połamane, a na nich porozwieszane girlandy ludzkich szczątków nasiąkały wodą. Tu ręka z kawałkiem munduru, tam but co się sznurówką zahaczył, a z jego wnętrza wygląda nieśmiało ochłap ludzkiej nogi. Usta w bólu wykrzywione, oczy na wierzchu… Bang! I on siedzący na powalonym drzewie. Zastygły w bezradności. Nie zaufałby sobie nawet na tyle, by spróbować wstać, bo nogi niechybnie by się pod nim ugięły – bezsilne, jak dłonie, które nie były już w stanie niczego podnieść. Nie było celu, nadziei. Bang! Bang!
Taurys delikatnie otarł łzy z policzka Raivisa, jakby to robiło jakąś różnicę. Miał wrażenie, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Zaczyna akceptować ten bezruch, bezwolność lalki i to go przerażało. Myśl o tym, że już go nigdy nie wybudzi, że nadejdzie taki dzień, gdy przełamie się i spełni tę niemą prośbę o śmierć, nie pytając już nawet „dlaczego?” straszyła go w chwilach absolutnej ciszy. A przecież minęło tak niewiele czasu.
Dlaczego teraz? Nie może przecież chodzić o tamtą wieś – tych ludzi co zginęli. To było straszne, ale nie tak, więc…
Odgłos pukania do drzwi wdarł się w jego myśli.
– Proszę. Czytaj dalej

Co gryzie Gilberta B.

[Ponoć komedia]
Dla: szeroko pojętego fandomu ]:->
Ograniczenia: a ja wiem… 16+? bo klną, a w sumie to Gilbert klnie. Ktokolwiek wrażliwym jest na pojawiające się czasem w tekście panienki lekkich obyczajów niechaj czuje się ostrzeżony, ci którzy dość się tego na podwórkach nasłuchali, to w sumie nie mają się za bardzo czego obawiać.

Co gryzie Gilberta B.


– Co to kurwa jest?!
Gilbert dał upust swojej ciekawości ostro zaprawionej zdenerwowaniem. Przed nim na stole leżało coś, co jeszcze chwilę wcześniej było całkiem zgrabnie zapakowaną paczką. I to podwójnie zapakowaną, bo pod byle jakim szarym papierem pocztowym znajdował się drugi – kolorowy i bardzo prezentowy. Po jego zerwaniu oczom Pruskim ukazało się kartonowe opakowanie z wyraźnym napisem DoppelHerz… Że co?!
Prusy nerwowo zaczął szukać pomiędzy podartymi i pomiętymi kawałkami szarego papieru jakiegoś ścinka, który zawierałby dane nadawcy, tego… tego… No chyba prezentu. Słowiańszczyzna i okolice zwykli mu takie sprawiać na rocznicę nadania mu ziem na Pomorzu. De facto, to rzecz jasna, Polska całą tę farsę zaczął, a potem się to innym spodobało i raz na ileś lat coś mu tam posyłali – raz ci, raz tamci; Słowian skolko ugodno. W duchu przyznać musiał, że pomijając niekiedy dziwaczność prezentów, to samo to było miłe.
Po długich poszukiwaniach wyłuskał dwa znamienne fragmenty, jeden zawierał nazwę ulicy – tej jednak Gilbert z niczym skojarzyć nie mógł. Drugi natomiast słowo Rīga i to tłumaczyło wiele. W kilku krokach dopadł komputera i z niejakim ukontentowaniem stwierdził, że darczyńca jest nawet on-line. Czytaj dalej

Rzecz o Obwodzie

Takie przegadane maleństwo… Coś w rodzaju prequela do Zjazdu rodzinnego.

Dedykowane Gintaré.

Rzecz o Obwodzie

– Licia! Licia! – Polska wpadł do pokoju jak burza, depcząc po suszących się na dywanie liściach. – Co ty, Licia, jesień narodów już za nami!

Blondyn skakał, krzyczał, śmiał się i prawie tarzał po dywanie. Litwa przypatrywał się ze spokojem.

– Towarzyszu Litwo – stwierdził nagle poważnie Feliks, by po chwili wybuchnąć śmiechem.

– Wybaczę ci dzisiaj te barbarzyńskie żarty – zachichotał Taurys.

Czytaj dalej