Instytut Badań Magii i Czarów

    Historia szalonego Instytutu Badań Magii i Czarów, którym ma nieszczęście zarządzać Ludwig Beilschmidt. Życie pracowników toczy się wokół destylacji i marnotrawienia czasu. Nieliczni usiłują dokonać czegoś pożytecznego. Choć Ludwig dwoi się i troi nie może przeforsować żadnych zmian w statucie, dopóki w Radzie prawo do liberum veto ma wyjątkowo silny Związek Słowian…
Ostrzeżenia: wulgarny język.
Autor: Noxi
Wspomagający pomysłami: Shen
AU, crossover: Hetalia oraz Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Znajomość książki nie potrzebna do zrozumienia.
Isabella Maes jako Belgia – Darya
Till vam der Vaart jako Holandia – Heinrich
Eirik Naess jako Eirik Naess – Shen

Instytut Badań Magii i Czarów

Ludwig starannie wygładził roboczy fartuch. Westchnął. Tej części roboty zdecydowanie nie lubił. Najchętniej siedziałby w swoim przyjaznym biurze na Wydziale Administracji i Zarządzania. Biuro to przez większość istnienia miało poważny plus – nie zawierało żadnych naukowców, chyba że przytrafił się Łušćanski, ale zwykle wystarczyło obudzić mężczyznę kopniakiem, żeby się wyniósł. Czytaj dalej

Reklamy

…i się potrzęsę

Informacja wstępna sprostowująca zawartą w fanfiku pomyłkę: Łotwa wprowadziła ten sam system udzielanie obywatelstw co Estonia, zatem informacja znajdująca się w ficu jest błedna. O tym jednakże dowiedziało mi się już po opublikowaniu powyższego i przerabianie byłoby raczej kłopotliwe. Mea culpa.

…i się potrzęsę


Chodnik, przebiegający wskroś trawnika, urwał się nagle na dwa metry przed skrzyżowaniem z prostopadłym do siebie kolegą, no bo czemu w sumie miałby do niego dołączyć? Skoro się skończył, to dalej trzeba przejść po trawie lub zawrócić i pójść jakimś innym, który, być może, docierał do celu idącego po nim. Tylko że Galante nie miał zupełnie ochoty zawracać. Siły również. Plecak wbijał mu się w ramiona i przyczyniał do powstania garbu już dostatecznie długo, aby jego jedynym celem stało się dotarcie do domu. Trawnik nie trawnik, to nie miało znaczenia. Przeszedł go skupiony na poszukiwaniu kluczy, które – był tego pewien – włożył do jakiejś kieszeni. Sedno problemu tkwiło w słowie „jakiejś” i oczywiście okazało się, że chodzi o tą ostatnią, w jakiej postanowił szukać. Bo czemu by nie?
„Nie” było dla niego ważnym słowem tego popołudnia. Można było NIE pójść do Maximy po zakupy, można było NIE zrobić tak dużych zakupów, można było NIE pójść przy okazji do biblioteki i NIE wypożyczyć tylu książek i finalnie NIE narzekać na zbyt ciężki plecak. No i tak na deser, to Galante naprawdę NIE chciał wiedzieć, co w owym plecaku waży więcej: zakupy czy książki.
Winda w bloku nie działała, na pocieszenie stało przy niej trzech panów w firmowych kamizelkach. Bardzo żywiołowo o czymś dyskutowali, ale o czym, tego Galante nie wychwycił. Zbyt szybko czmychnął na schody, zostawiając ich gdzieś za sobą. Poświęcił im tyle uwagi, że zastanowiło go tylko, cóż takiego mogą wymyślić stojąc na parterze, podczas gdy dźwig jest na górze? Ale się na windach nie znał, więc może naprawdę coś mogli. Czytaj dalej

Deszczowe dni

Ostrzeżenia:
– sugestia EstŁotu,
– fluff fic is fluffy.

Deszczowe dni

Ryga

– No i wiesz, co on zrobił?!
– Ymmm? – Raivis wykrzesał z siebie odrobinę zainteresowania względem opowiadanej mu przez telefon historii. Jego uwaga bowiem zajęta była czymś zgoła innym i w sumie opowieść Petera wpadała mu do głowy jednym uchem i wypadała drugim.
– Zabrał mi to. Tak po prostu! Jakby było jego!!!
– Co?! – spróbował się oburzyć, ale aż wstyd mu było przed samym sobą przyznać, że mu gdzieś umknęło, czym konkretnie było owo TO, którego zabranie tak bardzo bulwersowało Petera, że zaczynał połykać litery lub całe słowa. Stopień niezrozumiałości osiągał już niemal szwedzki, tylko że Szwecja mówił mniej i miało się więcej czasu na domyślenie się, czego w przekazie brakowało. Peter nie dawał mu nawet cienia takiej szansy i może w bardziej normalnej sytuacji Raivis jakoś by nadążał choć trochę, ale akurat biometr mu padł.
– No właśnie – trajkotał Peter. – To niesprawiedliwe, i ja mu jeszcze dam nauczkę, że mu w pięty pójdzie! Normalnie pożałuje! I nie będzie się śmiał, ha! Bo w ogóle wiesz, co czytałem na Face?
– Tak? – zainteresował się na chwilę, ale zaraz mu minęło.
Skrzywił się i syknął patrząc, jak dziewczyna z butami w jednej dłoni i torebką w drugiej omal się nie przewróciła do sięgającej jej do połowy łydki wody po tym, jak półciężarówka zrobiła całkiem konkretną falę. Rzeka płynąca ulicą w dole wzburzyła się, szczyty brązowawych fal przystroiła na moment piana. Dziewczyna w ostatniej niemal chwili odzyskała jednak równowagę i ruszyła dalej. Przejechał kolejny samochód. Światła na spoilerze robiły mu za podwodne szperacze. Woda wzbierała przed nim złowrogą falą i rozchodziła się na boki, by uderzyć o ściany budynków…
– …i może taką zdemontowaną platformę można by było przewieźć w pobliże Rough Towers i już miałbym archipelag! Niech się ten nadęty bufon śmieje, ale sztuczne wyspy są teraz super popularne! Czytaj dalej

Zamotani – I

Łużyce chciał zaznajomić tych i owych z tym, kim on w sumie jest. Na wykładzie stawiło się wielu, ale co z tego w sumie wyszło to…
Komedia.

Ostrzeżenia: klną, nie ma się co oszukiwać; chaos ludzki; wzmiankowany ŁotEst x]

Postaci: Łużyce [Ludowit Łušćanski]; Słowacja [Michaela Macháčková], Czechy [Josef Havel]; Polska [Feliks Łukasiewicz]; Prusy [Gilbert Beillschmidt]; Litwa [Toris Lorinaitis]; Łotwa [Raivis Galante]; Niemcy [Ludwig]; Słowenia [Dunja Vošnjak]; Chorwacja [Silvija Butkovic]; Wojwodina [Jovana Andrić]; Czarnogóra [Radmila Njegoš]; Serbia [Goran Andrić]; Kosowo [Viktor Jashari]; Ukraina [Olena Marczenko]; Białoruś [Natasza Alfroskaja]; Rosja [Iwan Bragiński]; Obwód Kaliningradzki [Waniuszka]

 

Zamotani

– I co ja robię tu, uuuuu… I co ja tutaj robię – zaśpiewał pod nosem Łukasiewicz, patrząc z wysokości przedostatniego – piątego, rzędu ławek w Sali wykładowej. Pierwsze trzy zgodnie świeciły pustką, a przed nimi miotał się Łušćanski. Laptop – pożyczony w dodatku – wybitnie nie chciał się dogadać z rzutnikiem – tutejszym – skutkiem czego był błękitny prostokąt na zwieszającym się z sufitu ekranie.
– Ten sprzęt go nie lubi – westchnęła Macháčková – Słowacja, siedząca obok Łukasiewicza, a także obok Czech. Było to posunięcie strategiczne, choć ze względu na osobę prelegenta istniała spora szansa, że bracia jednak sobie do gardeł nawet słownie nie skoczą.
– Konflikt pokoleń – stwierdził Havel aż nadto poważnym tonem, co wywołało atak powszechnej wesołości wśród najbliżej mu siedzących.
– Niech mu ktoś pomoże.
– Zgłaszasz się na ochotnika rozumiem? – Czechy z powątpiewaniem spojrzał na siedzącego rząd niżej Laurinaitisa. Ten się przykładnie speszył, mruknął coś, chrząknął i rozejrzał za kimś, kogo najwyraźniej nie znalazł, bo wrócił do przeglądania kolorowej broszurki, jaką każdemu z nich wcisnął Łużyce. Łotwa swoją zdążył już stłamsić, teraz zupełnie nieświadomie przerabiał Estońską na samolocik. Raz po raz zerkał to na Litwę, to na drzwi, za którymi chwilę wcześniej zniknął von Bock. I to zniknął z premedytacją, bo uznał, że za wsparcie techniczne robić nie zamierza, a jakoś oczywistym było, że ktoś go w to wrobić spróbuje.
– Ludziu – Łukasiewicz przekrzyczał ogólną wrzawę. – To może my sobie pójdziemy w diabły, albo tak, chociaż na papierosa?
Niedoszły prelegent spojrzał na niego nienawistnie, a że siłą rzeczy spoglądał też na Czechy i Słowację, to od każdego z nich otrzymał odpowiednio spojrzenie pełne znudzenia i wystawiony język. Wymruczał coś i wrócił do prób porozumienia się z pilotem do rzutnika. Czytaj dalej

Pech

„Żajebiście żółty rzepak” należy do mojej mamy i jej chłopaka. Nie wiem kiedy oni to wymyślili, ale perfekcyjnie oddaje wygład tych pól, zwłaszcza, jak jest ich duuuuuużo xD

Pech


Ukraina westchnęła i oparła się o klapę bagażnika swojego jeździdła szumnie nazywanego samochodem. Klapa była brudna i opieranie się o nią z pewnością nie było rozsądnym, ale to aktualnie był najmniejszy z jej problemów. Stała na poboczu jakiejś drogi pośrodku niczego, lub mówiąc inaczej pośród pól żajebiście żółtego rzepaku. Niebo było stalowe, droga mokra, samochód też – tak jakby brudu na nim było mało. Jeszcze przed chwilą padało, teraz przestało, ale nie wierzyła, aby na długo. W zasadzie czuła, że winna być za ten deszcz wdzięczna niebiosom, bo dzięki niemu nie ugotowała silnika na twardo. Westchnęła raz jeszcze i wyciągnęła komórkę. Sama o autach wiedziała tyle, że jeżdżą, jak się do nich naleje benzyny, ropy lub gazu i będzie, co jakiś czas sprawdzało poziom oleju, płynu w chłodnicy, płynu hamulcowego. No i wiedziała jeszcze gdzie wlewać ten płyn do spryskiwaczy, ale to już była kwestia wygody. Jak kto lubi z brudną szybą jeździć lub ze szmatą latać, to robić przecież tego nie musi. Wiedziała również, że z jej autem stanowczo jest coś nie tak i trzeba by się z kimś skonsultować nim spróbuje, chociaż przejechać następne sto metrów. Czytaj dalej

Wojenka – I

Ekhem… to miał być mały łanszucik do szuflady, napisany od tak, aby odreagować (sic). Nie wyszło.

Postaci, które tu się pojawiają i przewijają rzadziej lub częściej, w kolejności alfabetycznej (ze ściągą imienno-nazwiskową):
Czechy – Josef Havel; Estonia – Eduard von Bock; Finlandia – Timo Väinämöinen; Litwa – Taurys Laurinaitis; Łotwa – Raivis Galante;  Polska – Feliks Łukasiewicz; Słowacja – Michaela Macháčková; Szwecja – Bernhard Oxenstierna; Ukraina – Olena Marczenko; Węgry – Erzsébet Héderváry…

Czas akcji bliżej nieokreślony, jakiś wojenny… to dla fabuły nieważne.

Miejsce to gdzieś na Łotwie i Litwie, ale to też nie znaczenia, to tylko ja siedziałam nad mapami i knułam czy i jak w ogóle się da… Google Maps między innymi bardzo chciało zrobić z Venty rzekę bezodpływową… a na satelicie nawet port widać xD Mieszkańcy Ventspils byliby nie pocieszeni.

Ostrzeżenia: Hymmmm jest wojna, a wojny nie są piękne, a bohaterowie nie są kwintesencja ogłady, czyli zdarza się przeklinanie, czy też nieco bardziej szczegółowy opis tego, co zostaje z człowieka, gdy koło niego coś eksploduje… myślę że 15+ to da radę, niemniej powyższe niech mają na uwadze wszyscy ^^”
Poza tym klasycznie makaronizuję, głównie pod koniec tekstu, ale przypisy będą… o ile nie zapomnę.

Jak ktoś czuję potrzebę gatunkowego nazwania tego, to ja nie wiem. Wszystko od angstu, przez obyczaj, po komedię?

—————————————-

Wojenka

„Za dzień – za dwa, za noc – za trzy,
Choć nie dziś, za noc-za dzień,
Doczekasz się: wstanie świt.”
Edmund Fetting „Nim wstanie świt”


Było cicho. Taurys przytulił go mocniej do siebie nieomal wyciskając powietrze z płuc, ale Raivis nie zaprotestował. Nawet tego nie zauważył. Rzeczywistość nie docierała do niego. Jego myśli… Jego świadomość była zupełnie gdzie indziej. W miejscu, gdzie deszcz nie przestawał padać, a bura deszczówka zbierała się w głębokim leju po bombie. Wokół poniewierały się deski. Deski całe, deski połamane, a na nich porozwieszane girlandy ludzkich szczątków nasiąkały wodą. Tu ręka z kawałkiem munduru, tam but co się sznurówką zahaczył, a z jego wnętrza wygląda nieśmiało ochłap ludzkiej nogi. Usta w bólu wykrzywione, oczy na wierzchu… Bang! I on siedzący na powalonym drzewie. Zastygły w bezradności. Nie zaufałby sobie nawet na tyle, by spróbować wstać, bo nogi niechybnie by się pod nim ugięły – bezsilne, jak dłonie, które nie były już w stanie niczego podnieść. Nie było celu, nadziei. Bang! Bang!
Taurys delikatnie otarł łzy z policzka Raivisa, jakby to robiło jakąś różnicę. Miał wrażenie, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Zaczyna akceptować ten bezruch, bezwolność lalki i to go przerażało. Myśl o tym, że już go nigdy nie wybudzi, że nadejdzie taki dzień, gdy przełamie się i spełni tę niemą prośbę o śmierć, nie pytając już nawet „dlaczego?” straszyła go w chwilach absolutnej ciszy. A przecież minęło tak niewiele czasu.
Dlaczego teraz? Nie może przecież chodzić o tamtą wieś – tych ludzi co zginęli. To było straszne, ale nie tak, więc…
Odgłos pukania do drzwi wdarł się w jego myśli.
– Proszę. Czytaj dalej

Co gryzie Gilberta B.

[Ponoć komedia]
Dla: szeroko pojętego fandomu ]:->
Ograniczenia: a ja wiem… 16+? bo klną, a w sumie to Gilbert klnie. Ktokolwiek wrażliwym jest na pojawiające się czasem w tekście panienki lekkich obyczajów niechaj czuje się ostrzeżony, ci którzy dość się tego na podwórkach nasłuchali, to w sumie nie mają się za bardzo czego obawiać.

Co gryzie Gilberta B.


– Co to kurwa jest?!
Gilbert dał upust swojej ciekawości ostro zaprawionej zdenerwowaniem. Przed nim na stole leżało coś, co jeszcze chwilę wcześniej było całkiem zgrabnie zapakowaną paczką. I to podwójnie zapakowaną, bo pod byle jakim szarym papierem pocztowym znajdował się drugi – kolorowy i bardzo prezentowy. Po jego zerwaniu oczom Pruskim ukazało się kartonowe opakowanie z wyraźnym napisem DoppelHerz… Że co?!
Prusy nerwowo zaczął szukać pomiędzy podartymi i pomiętymi kawałkami szarego papieru jakiegoś ścinka, który zawierałby dane nadawcy, tego… tego… No chyba prezentu. Słowiańszczyzna i okolice zwykli mu takie sprawiać na rocznicę nadania mu ziem na Pomorzu. De facto, to rzecz jasna, Polska całą tę farsę zaczął, a potem się to innym spodobało i raz na ileś lat coś mu tam posyłali – raz ci, raz tamci; Słowian skolko ugodno. W duchu przyznać musiał, że pomijając niekiedy dziwaczność prezentów, to samo to było miłe.
Po długich poszukiwaniach wyłuskał dwa znamienne fragmenty, jeden zawierał nazwę ulicy – tej jednak Gilbert z niczym skojarzyć nie mógł. Drugi natomiast słowo Rīga i to tłumaczyło wiele. W kilku krokach dopadł komputera i z niejakim ukontentowaniem stwierdził, że darczyńca jest nawet on-line. Czytaj dalej