Dwie uncje uśmiechu – część 3 [koniec]

– Johann, byłeś kiedykolwiek tak zakochany aż ci się wydawało, że nic innego się nie liczy? Po prostu tak na amen i nie ma zmiłuj? –  zapytała, gdy im napad chichotu przeszedł i odzyskali oddechy oraz jako taką powagę.

Zamyślił się i dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Nawet nie próbowała wstać mu z kolan. Nie skarżył się, że mu ciężko (spróbowałby tylko!), a jej było wygodnie. I nagle dorwała ją taka refleksyjna nuta w myślach. Z tu i teraz przeskoczyła na całe wieki swojego życia, wobec których ten wieczór był mgnieniem, a cała zabawa w szukanie prezentu, którego tak naprawdę nie potrzebowała – ot pretekst, przyznała przed samą sobą – nic nie wartym detalem.

– Chyba tak – Johann odezwał się w końcu, a ton głosu miał taki, że była pewna, iż wpadł do tego samego jeziora melancholii, co ona. Westchnęła. Teraz tonęli w nim oboje.

– Nie żyje?

– Nie żyje.

– Życie bywa do dupy – westchnęła filozoficznie. – Kiedyś sobie powiedziałam, że dość. Koniec i nie oglądam się za nikim, kto umrze najpewniej w przeciągu najbliższych sześćdziesięciu lat. Dwa dni później szlag trafił to postanowienie przez jakiegoś Novika czy innego, co komplementy prawił. I mogłam sobie wmawiać, że nie ma sensu się interesować. Że on przeminie lada moment, a ja zostanę ze swoim uczuciem. Próżność i samotność brały nade mną górę. Czytaj dalej

Dwie uncje uśmiechu – część 2

W kuchni była po dziesięciu minutach. Zapachy wywabiły ją z łazienki. Wyszła z zawiniętymi w ręcznik włosami i bez cienia makijażu. Robienie się na bóstwo z pewnością mogło poczekać. Skręcający się żołądek jasno dawał to do zrozumienia. Jedzenie jest konieczne do przeżycia, a ogromna pizza z poprzedniego wieczoru była już tylko wspomnieniem.

– Jesteś sadystą. W dodatku dobrze się z tym ukrywasz – powiedziała stojąc w progu.

Wzruszył ramionami i wskazał stół pod oknem. Usiadła. Chwilę później postawił przed nią kawę. Żołądek skręcił się jej ponownie.

– I to jednym z najgorszych.

Do kawy dołączyły talerzyki i słoiki z dżemem oraz miodem.

– Iwan będzie wysyłał do ciebie Waniuszkę na nauki.

Po chwili były i pierwsze grzanki. I to nie z opiekacza, a francuskie z patelni.

– Nienawidzę cię – zawyrokowała i sięgnęła po pierwszą z brzegu.

– Myślę, że jakoś to przeżyję, o ile nie naślesz na mnie swoich braci w odwecie.

– Dasz im po piwie i sznyclu, czy innym takim, i tyle z tego będzie. I jeszcze się będziecie ze mnie śmiać. Ja was facetów znam. Wszak mam trzech braci.

Nie kłócił się. Sam przyznawał się tylko do jednego, więc nie porównywał. Z kubkiem czarnej jak smoła kawy usiadł po drugiej stronie stołu i sam zaatakował grzanki. Czytaj dalej

Dwie uncje uśmiechu

Postaci: Słowacja [Michaela Macháčková], Saksonia [Johann Wärzner] i w zakresie mniejszym: Czechy [Josef Havel], Prusy [Gilbert Beilschmidt], oraz różni wspomniani.

Ostrzeżenia: brak

– Ty jesteś pewien?

Joszka popatrzył na Gilberta ponad kuflem i zmarszczył brwi. Upór Prus w drążeniu tematu zaczynał być już nawet, nie tyle co babski, a polski i to mu się nie podobało.

– Nie jestem jej niańką – mruknął. – A ona nie jest dzieckiem i może robić, co chce. Poza tym nie wyróżnia się jakoś wybitnie w tłumie, więc to mogła być jeszcze, co najmniej setka innych kobiet.

Gilbert się nie zgadzał. Był pewien, że z okien pociągu stojącego na drezdeńskim dworcu widział Michaelę, a nie jakąś setkę innych kobiet. Wysiadła ze składu, który zatrzymał się po drugiej stronie platformy. Miał nawet sporo czasu, aby się przypatrzyć.

– Po co w ogóle miałaby tam być? – ciągnął Joszka. – Daj mi, choć jeden dobry powód. To naprawdę mógł być ktokolwiek.

– A ja ci mówię, że to była ona. – Gilbert uderzył kuflem o blat, jakby to mogło dodać kilka punktów do wiarygodności temu, co powiedział. – Rękę sobie dam uciąć. Drugą za to, że mi tam chyba Johann mignął.

– To mógł być równie dobrze Ludowit, żeby daleko nie szukać – zaoponował Joszka.

– Fakt – Gilbert wyraźnie oklapł. Przez chwilę pił piwo przesadnie małymi łyczkami.

– A nawet jeśli to był Johann, bo przyznam, że o ile kobiet podobnych z daleka do Misi jest wiele, to takich Johannopodobnych mężczyzn jest mniej, to naprawdę nie trzyma się to kupy. Zresztą, jeśli cię tak ta teoria spiskowa gnębi, to mogę do niej zadzwonić na numer domowy i się przekonasz.

– Dajesz.

– Z takimi teoriami spiskowymi trącisz Felkiem – stwierdził Joszka wybierając numer, a Gilbert skrzywił się paskudnie na to porównanie. Nijak to jednak nie zmniejszyło ciekawości. Czytaj dalej