Wojenka – I

Ekhem… to miał być mały łanszucik do szuflady, napisany od tak, aby odreagować (sic). Nie wyszło.

Postaci, które tu się pojawiają i przewijają rzadziej lub częściej, w kolejności alfabetycznej (ze ściągą imienno-nazwiskową):
Czechy – Josef Havel; Estonia – Eduard von Bock; Finlandia – Timo Väinämöinen; Litwa – Taurys Laurinaitis; Łotwa – Raivis Galante;  Polska – Feliks Łukasiewicz; Słowacja – Michaela Macháčková; Szwecja – Bernhard Oxenstierna; Ukraina – Olena Marczenko; Węgry – Erzsébet Héderváry…

Czas akcji bliżej nieokreślony, jakiś wojenny… to dla fabuły nieważne.

Miejsce to gdzieś na Łotwie i Litwie, ale to też nie znaczenia, to tylko ja siedziałam nad mapami i knułam czy i jak w ogóle się da… Google Maps między innymi bardzo chciało zrobić z Venty rzekę bezodpływową… a na satelicie nawet port widać xD Mieszkańcy Ventspils byliby nie pocieszeni.

Ostrzeżenia: Hymmmm jest wojna, a wojny nie są piękne, a bohaterowie nie są kwintesencja ogłady, czyli zdarza się przeklinanie, czy też nieco bardziej szczegółowy opis tego, co zostaje z człowieka, gdy koło niego coś eksploduje… myślę że 15+ to da radę, niemniej powyższe niech mają na uwadze wszyscy ^^”
Poza tym klasycznie makaronizuję, głównie pod koniec tekstu, ale przypisy będą… o ile nie zapomnę.

Jak ktoś czuję potrzebę gatunkowego nazwania tego, to ja nie wiem. Wszystko od angstu, przez obyczaj, po komedię?

—————————————-

Wojenka

„Za dzień – za dwa, za noc – za trzy,
Choć nie dziś, za noc-za dzień,
Doczekasz się: wstanie świt.”
Edmund Fetting „Nim wstanie świt”


Było cicho. Taurys przytulił go mocniej do siebie nieomal wyciskając powietrze z płuc, ale Raivis nie zaprotestował. Nawet tego nie zauważył. Rzeczywistość nie docierała do niego. Jego myśli… Jego świadomość była zupełnie gdzie indziej. W miejscu, gdzie deszcz nie przestawał padać, a bura deszczówka zbierała się w głębokim leju po bombie. Wokół poniewierały się deski. Deski całe, deski połamane, a na nich porozwieszane girlandy ludzkich szczątków nasiąkały wodą. Tu ręka z kawałkiem munduru, tam but co się sznurówką zahaczył, a z jego wnętrza wygląda nieśmiało ochłap ludzkiej nogi. Usta w bólu wykrzywione, oczy na wierzchu… Bang! I on siedzący na powalonym drzewie. Zastygły w bezradności. Nie zaufałby sobie nawet na tyle, by spróbować wstać, bo nogi niechybnie by się pod nim ugięły – bezsilne, jak dłonie, które nie były już w stanie niczego podnieść. Nie było celu, nadziei. Bang! Bang!
Taurys delikatnie otarł łzy z policzka Raivisa, jakby to robiło jakąś różnicę. Miał wrażenie, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Zaczyna akceptować ten bezruch, bezwolność lalki i to go przerażało. Myśl o tym, że już go nigdy nie wybudzi, że nadejdzie taki dzień, gdy przełamie się i spełni tę niemą prośbę o śmierć, nie pytając już nawet „dlaczego?” straszyła go w chwilach absolutnej ciszy. A przecież minęło tak niewiele czasu.
Dlaczego teraz? Nie może przecież chodzić o tamtą wieś – tych ludzi co zginęli. To było straszne, ale nie tak, więc…
Odgłos pukania do drzwi wdarł się w jego myśli.
– Proszę. Czytaj dalej

Reklamy

Wojenka – II

„Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani,
Że za tobą idą, że za tobą idą,
Chłopcy malowani.
[…]
Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie,
Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz
W zimnym leży grobie.”


Feliks wiedział, że jest farciarzem i optymistą. Wiedział, że inni tak go widzą, ale wbrew temu, co czasami myśleli – nie był głupi. Josef miał rację w sprawie ucieczki z mostu, a nalot był tylko jednym z przejawów Feliksowego szczęścia – inaczej musiałby się tłumaczyć, na co nie miał ochoty. Miał za to plan. Dziurawy jak sito, niepewny i generalnie nikomu innemu by go nie zaproponował, ale samemu go wykonać, to czemu nie? Wszystko lepsze od siedzenia na dupie – i z tą myślą jeszcze raz uważnie zabrał się do przeglądu furgonetki. Element po elemencie, może nawet zbyt dokładnie.
– Uda się – przekonywał sam siebie. – A jak się nie uda, to się nie uda. Krótka piłka. Nie ma co za daleko wybiegać myślą w przyszłość, bo przecież i tak się ktoś totalnie w piękne plany wtryni i wszystko cholera jasna weźmie! Jak zawsze.
Zajrzał pod maskę…
– Teraz priorytetem jest most, to jeden z ostatnich, a poziom wód ładnie idzie w górę i niech się potopią z tym swoim sprzętem. Idą na wycieńczenie, to wiele go nie mają. Nie żal mi ich będzie. Utopią się i będzie spokój.
Poluzował dodatkowo kilka przewodów…
– Albo nie będzie. Za dużo ich. Tego mięsa armatniego. I po co to wszy –
Splunął.
– Liczy się tu i teraz. Furgonetka, most…
Szkoda tylko, że nie było już z kim pogadać. Rozmawianie z samym sobą było ponoć objawem szaleństwa. Miał to gdzieś, bo jak nie z samym sobą, to z kim? Wszedł pod furgonetkę i zaczął nucić piosenkę. Bał się przestać, bo cisza przerażała. Była jak stara znienawidzona znajoma i dlatego nucił jedną melodię za drugą. Czytaj dalej

Wojenka – III

„Brzegi rozejdą się w dół rzeki
zerwane mosty braknie łódki
więc nie dojdziecie na brzeg morza
co będzie brzegiem tej wędrówki. ”
Grzegorz Turnau „Wędrówka”


Przestało padać, ale nie wyszło słońce. Było zupełnie tak, jakby niebo wyschło i choć chciało, to nie mogło spuścić na ziemię już ani jednej kropli. Wyschnięta na wiór wata przesłaniała błękit od horyzontu po horyzont i myśl, że tam za nią może być coś takiego jak błękit, jak piękne niebieskie niebo, przerażała własną absurdalnością. Drapała w gardle i wywoływała przerażający chichot. Raivis siedział wciąż w tym samym miejscu i śmiał się charczącym śmiechem, którego sam nawet nie słyszał. Niebieskie niebo… Niebieski, co to był za kolor? W tym świecie czarnego błocka, trupów nim oblepionych, nieba w stal przybranego, czarnej zwęglonej stodoły i krwi barwiącej kałuże, kolor niebieski był abstrakcją. Bytem wyimaginowanym. Nierealnym. A jednak gdzieś, na dnie myśli, czaiła się sugestia zrozumienia. Gdzieś tam tkwił ten kolor. Trzeba było tylko po niego sięgnąć. Łaskotał opuszki palców wyciągniętych myśli. Drażnił je. Droczył się z nimi. Podchodził i uciekał jak szczeniak. A gdy był już tuż, tuż, gdy zrozumienie nieistniejącego koloru było kwestią chwili… Szczeniak ugryzł i łzy spłynęły po policzkach nowym potokiem. Niebieski jak morze, niebieski jak niebo, niebieski jak oczy…
Skulił się w sobie i schował twarz w dłoniach. Jeden odcień niebieskiego zalewał mu myśli, spoglądał na niego i na nie, a spojrzenie to owijało się sznurem wokół piersi i wyciskało z niej powietrze. Nie pozwalało uciec w bezduszną ciszę zapomnienia.
Pod wyschniętym niebem na nowo zerwał się wiatr szepcząc zasłyszane słowa.
Zasadzka skontaktujemy cholera później cholera ilu zasadzka
Chciał się obudzić, ale nie potrafił. Czytaj dalej

Wojenka – IV

„Dom mam na nizinach i wrócić tam chcę.
I Ty także powrócisz do rodzinnej swej wsi.
Jesteś mym towarzyszem broni, bratem krwi.”
Dire Straits „Brothers in Arms”


Timo miał ochotę się śmiać. Nie żeby wydarzyło się coś zabawnego, bo grupa wyrostków po kilkanaście lat w towarzystwie kilku ciut starszych i jednego co bardziej bogatego w doświadczenia mężczyzny nie była tu po to, aby go rozśmieszać. Mówiły o tym ich zacięte miny, wymieniane cicho uwagi w języku, którego nie rozumiał, a przede wszystkim zaświadczały o tym trzymane przez nich karabiny. Nie było wśród nich dwóch takich samych – zauważył, choć to nie miało znaczenia. Podobnie jak to, że co najmniej kilka z tych konstrukcji znał, bo sam ich kiedyś używał. U niego je wyprodukowano, choć teraz dni swej świetności miały stanowczo za sobą. Taka zbieranina wszystkiego. Zerknął na Eduarda i to ostudziło jego rozbawienie. Bock stał koło niego, choć wyraźnie było widać, że wolałby już usiąść. Na twarzy miał odmalowane skupienie i Timo był pewien, że przysłuchuje się tym cichym rozmowom łowiąc niewyraźnie wymawiane słowa i podobnie jak on, wyczekując chwili, gdy ktoś w końcu odezwie się głośno. Omal nie parsknął, gdy te pierwsze słowa rozbrzmiały w powietrzu melodyjnym rosyjskim, a Eduard skrzywił się odruchowo.
– Skąd wy?
– Z północy – Eduard odpowiedział po łotewsku i nawet nie silił się na bardzo poprawy akcent czy wymowę. Nie. Po co? Było wyraźnie słychać, że łotewski zna, ale nie jest to jego własny język. Nie udawał. Młodziki w tyle zaczęły wymieniać uwagi między sobą, mówiąc jeszcze szybciej niż poprzednio, wyraźnie speszeni tym, że mogli zostać zrozumiani. Timo to wszystko trąciło absurdem, bo nikt tu na jakiegoś szpiega jego zdaniem nie pasował. To nie była jego pierwsza wojna i może nie uważał się za autorytet w tych sprawach, ale jednak. Zresztą siebie i Eduarda znał, a ta zbieranina przed nimi… No chyba że to tak specjalnie, dla zmylenia… Tylko po co? Może jednak zboczyliśmy z drogi i weszliśmy na teren, gdzie ma się wydarzyć coś większego? Tylko co tu się większego mogłoby wydarzyć. Uprzedzono by nas, te kilka dni bez radia nie mogło przecież wszystkiego wywrócić do góry nogami! A może mogło…?
To było bez sensu. Czytaj dalej

Wojenka – V

„to tu, to tam
ktoś umiera to znów rodzi się ktoś
to tu, to tam
ktoś chce więcej a ktoś i tego ma dość
to tu, to tam
ktoś się śmieje a ktoś płacze i łka
to tu, to tam
ktoś kuleje – ktoś się bawi i gra
to tam, to tu
życie płynie lub wstrzymuje swój bieg
to tu, to tam
ktoś utonie lub dopłynie na brzeg”
Muzyka: Grzegorz Turnau
Słowa: Michał Zabłocki


Partyzanci całkiem miło urządzili się w pozostałościach po tartaku. Mieli tu dach nad głową, studnię, a nawet agregat, ale obecnie nie było co do niego wlać, więc stał tylko w szopie i porastał kurzem. Minimum energii zapewniało kilka paneli fotowoltaicznych, które do tego obrazu powolnego rozkładu pasowały jak pięść do nosa i może dlatego Eduard przyglądał im się niewidzącym wzrokiem. W myślach liczył stracone dni i te, które może uda im się odzyskać. Bał się przed samym sobą przyznać, że cudem bo cudem, ale mogą zdążyć. To było robienie sobie nadziei. Był realistą.
– Uważaj, gorące.
Szklanka w metalowym koszyczku pojawiła się nagle w polu jego widzenia, a on odruchowo odsunął się od niej. Zamrugał, by dać oczom szansę przestawienia się z jednej odległości na drugą i odetchnął.
– Dziękuję.
Timo usiadł koło niego i sam zaczął pić swoją. Płyn był gorący, choć na smaku mu nie zbywało i może w innych warunkach podziękowałby za niego i wylał, ale tutaj? Eduard sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął manierkę. Na moment w powietrzu pojawił się ostry zapach alkoholu. Timo uśmiechnął się. Nie musiał prosić. Eduard najpierw dolał do jego szklanki, potem do swojej i herbata od razu nabrała jakiegoś znajomego posmaku.
– Mają radiostację…
– Na świętego nigdy pozwolą nam z niej skorzystać.
Timo westchnął. Trudno się było z tym nie zgodzić. Tu dowieźli ich z zawiązanymi oczami. Ci ludzie nawet gdyby mieli sami nadać komunikat po łotewsku na wskazanej przez nich częstotliwości i tak by tego nie zrobili, a on nie mógł mieć o to do nich pretensji. Obawiali się. Byli ostrożni. Nadając zwykłe „cześć” mogli nadać coś o tysiącu innych znaczeń i ściągnąć na siebie nieszczęście. Sam na ich miejscu postąpiłby dokładnie tak samo.
– Rozmawiałeś z tym mężczyzną, który nimi dowodzi –
– Kārlisem – wszedł mu w słowo Eduard.
– Yhym. W każdym razie rozmawiałeś z nim, jak tu jechaliśmy. Wiesz ile będziemy musieli tu siedzieć i czekać?
Spróbował ukryć zniecierpliwienie, sam nie był pewien czemu. Chyba żeby nie udzieliło się ono Eduardowi – jakby już tego nie zrobiło.
– Do rana – odpowiedział szybko i upił herbaty. – A po południu powinniśmy być na miejscu, jeśli drogi nie wysadzono. Tak mówił – dodał i roześmiał się. – Mamy szczęście, że zaatakowali nas tu, a nie bardziej na południe. Żeby spotkać się z pozostałymi nadłożylibyśmy drogi, a tak…
– Dogonimy ich?
– Może nawet przegonimy, bo oni mieli się trzymać bocznych dróg. My pojedziemy głównymi.
Dwóch wyrostków stanęło pod ścianą sąsiedniego budynku niewiadomego przeznaczenia i zaczęło o czymś rozmawiać raz po raz zerkając w ich stronę. Nie mogli mieć więcej jak szesnaście lat i niewielkie były ich szanse na dożycie dwudziestu. Dwadzieścia lat. Co to było? Timo odstawił szklankę i przeciągnął się. Dwieście, to może już bardziej.
– Najważniejsze, że ich spotkamy.
– Jeśli jest kogo spotykać…
– Eduard! Przestań!
Von Bock zamknął oczy i w milczeniu pił herbatę. Zdawał sobie sprawę z tego, że Timo przygląda mu się uporczywie i czeka aż sam zaprzeczy własnym słowom. Zapewni, że na pewno się spotkają, ale to nie było takie łatwe. W tym pozornie spokojnym miejscu, w leniwym wyczekiwaniu pory odjazdu, bez troski o to, jak dotrzeć na miejsce inne problemy poczynały wykluwać się w jego myślach. Skoro oni mieli pecha i wpadli w zasadzkę, to czemu nie inni? A jeśli tak, to… Przełknął powoli ślinę. Tyle już przeżyli, nie tylko w tej wojnie, ale przecież wszystko ma swój koniec. Prawda? Cuda…
– Ymmm, poczęstujecie…?
W myśli wdarł mu się zakłopotany głos jednego z wyrostków. Otworzył oczy i spojrzał na niego. Chłopak wpatrywał się w piersiówkę opartą o jego udo.
– Odwdzięczymy się – zapewnił żarliwie drugi i pokazał kawałek trzymanej pod rozpiętą kurtką kiełbasy. Czytaj dalej

Wojenka – VI


„Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył ?
Kto pierwszy z nas rozpoznał ?
Kto wrogów ? Kto przyjaciół”
Marek Grechuta „Korowód


Zatrzymali się gdzieś w środku nocy i w środku lasu. W środku niczego. Było ciemno i niejasne wrażenie, że pomylili drogi było trudne do odparcia. Ale jechali na zachód, a przynajmniej tak się im wydawało, więc kierunek był dobry i to na razie wystarczyło. W końcu przecież musieli dotrzeć do jakiejś normalnej drogi. Gdyby nie to, że Taurys doskonale zdawał sobie sprawę, że wszędzie tu jest płasko i tyle, to pewnikiem wyobraźnia raczyłaby go wizją olbrzymiej skarpy kończącej drogę. No ale wiedział…
Gdy Josef zgasił silnik półciężarówki otoczyła ich cisza. Erzsébet chciała powiedzieć coś o tym, że ona obawia się, czy drugi raz to auto odpali, ale cisza ją przytłoczyła. Nie odezwała się, tylko szybko wysiadła. Zastałe stawy zabolały, gdy zeskakiwała na ziemię. Olena wolniej, bo wolniej, ale poszła w jej ślady, wkrótce dołączył do nich Josef i tylko Taurys został w szoferce. Raivisa trudno było nawet liczyć. Laurinaitis westchnął i oparł głowę o szybę. W końcu mógł to zrobić, bez narażenia się na zbicie nią okna. Spojrzał na Raivisa i pogłaskał go po policzku. Wyglądał jakby spał (może zresztą faktycznie to robił). Bez względu na to, co działo się w jego głowie, to organizm mógł w końcu potrzebować normalnego odpoczynku i tyle. Litwa chętnie poszedłby w jego ślady, gdyby nie te wszystkie myśli, które za nic nie dawały się przepłoszyć. Gdyby nie te podskoki, których nie dało się przewidzieć. Chwilami napadała go myśl, że Czechy robi to specjalnie. Wjeżdża w największe wądoły i zmienia półciężarówkę w shaker. Ale to były chwile i szybko docierało do niego, że po co miałby to robić? To by mogło w sposób ostateczny uszkodzić pojazd i donikąd by nie dojechali. Chyba że o to właśnie chodziło?! Chyba że w gniewie powiedział prawdę… Miał rację…
Mocniej przytulił Raivisa i zacisnął zęby. Daj spokój – rozkazał sobie. – Nie popadaj w paranoję. Nie zrobiłby tego. Pomyśl. Nawet Feliks nie oskarżyłby go o takie coś naprawdę.
Ale ludzie się zmieniają…
Odpuść, nie myśl o tym i –
Otwierające się drzwi szoferki przepłoszyły na chwilę jego myśli. Erzsébet podciągnęła się na klamce i po chwili siedziała koło niego. W sączącym się przez zżółkły plastik świetle żarówki widział, że się uśmiecha mimo zmęczenia i zdenerwowania.
– Daj go – odezwała się. – Popilnuję go, a ty rozprostuj nogi. Skoro nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy, to będziemy jechać całą noc. Teraz ja zastąpię Josefa, potem ty. Olena…
– Dobrze – przerwał jej.
Nie musiała mu przecież tłumaczyć. Jechał obok Ukrainy ostatnie kilka godzin i na kimś wzrok zatrzymywać czasami musiał, a to co nią targało było doskonale widoczne nawet w półmroku. Miał wrażenie, że z godziny na godzinę wręcz coraz bardziej. Przytłoczony własną bezsilnością w myślach wygrażał chwilami Feliksowi poniewczasie orientując się, że teraz to bez sensu. Że gdybanie o tym, jakby się teraz czuli, gdyby nie dał się zabić, donikąd nie prowadzi, a jedynie wzmaga jego własną frustrację. Jak długo by o tym nie myślał i tak przecież nigdy nie zrozumie dlaczego Feliks tym razem pobił samego siebie i czy zdawał sobie sprawę z konsekwencji. A samo myślenie o tym im samym teraz nijak nie pomoże. Nie przyniesie ulgi Olenie, nie obudzi Raivisa, ani jego samego nie uspokoi. Wiedział to wszystko, ale i tak…
– Dobrze – powtórzył i ostrożnie zdjął Raivisa ze swoich kolan.
Dopiero teraz poczuł, że niemal nie czuje stóp. Maleństwo było małe, ale bez przesady. Uśmiechnął się do tej myśli, a Erzsébet po prostu uśmiechnęła się do niego i przysunęła bliżej Łotwy. Delikatnie pogłaskała go po policzku i jeszcze na moment spojrzała na Litwę. Skinieniem głowy nakazała mu, żeby w końcu się ruszył. Tak. Nie mieli wiele czasu. Postój nie mógł trwać wiecznie. Czytaj dalej

Wojenka – VII

„Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans

Odetchnij więc, zastanów się
Znajdź jego sens, bierz życie takim jakie jest
I ciągle szarp, i zmieniaj je
Przed siebie idź, bierz życie takim jakie jest
I zmieniaj je, i ciągle walcz, przed siebie idź”
Myslovitz „Acidland”


Obudziło go wrażenie, że coś jest nie tak. Coś się zmieniło w stosunku do stanu poprzedniego i organizm poczuł za uzasadnione poinformować o tym świadomość. Zmianę określić nie było trudno. Traktor nie podskakiwał, a skrawek pola, który widział ze swojego miejsca, tkwił w miejscu i za nic nie chciał się ruszyć. Nawet warkot silnika zniknął. Zamiast niego, gdzieś z pewnej odległości, dawał się słyszeć jakiś inny silnik i z trudem przebijające się ponad niego odgłosy rozmowy. Spróbował coś z niej zrozumieć i miał nadzieję, że traktor nie postanowił się na przykład zepsuć. Wobec całego fartu, jaki ostatnio miał, byłoby to całkiem niezłym wyrównaniem szali. Tylko że jemu nijak to nie odpowiadało, a i zasadę „ile szczęścia tyle pecha” miał za zwykłe gadanie i nie brał jej sobie do serca.
Przeciągnął się na tyle, na ile pozwalało mu własne nieposkładanie i wyjrzał na drogę poprzez szczeliny w drewnianym podwyższeniu ścianek przyczepy. Wyjrzał, skrzywił się, zamrugał i zwątpił. Zwątpił szczerze, bo wszystko zwykło mieć jakieś granice – co do tego się zgadzał. Usiadł z powrotem na beli siana i wsłuchał się w prowadzoną kawałek dalej rozmowę. Języka nie rozumiał, ale melodię kojarzył. Chwilami była nieco inna, nie taka do jakiej przywykł, ale chwilami wręcz idealnie taka, jak ta co przez wieki zdążyła mu się wryć w pamięć. Absolutnie nie do zapomnienia po wiekach Unii.
– Taurys! – wrzasnął.
Na tyle szybko, na ile był w stanie zszedł z przyczepy na ziemię. Omal się przy tym z nią bliżej nie zaprzyjaźnił, z trudem ratując się kilkoma podskokami i chwyceniem się wystającego elementu wehikułu. Skutek jednak osiągnął zamierzony, bo wszystkie głowy obróciły się w jego stronę.
– Feliks…?
Laurinaitis przemógł oniemienie jako pierwszy, choć przyszło mu to z trudem. Wyjechali z lasu chwilę wcześniej. Z prawej pole. Z lewej pole. Z przodu pole, a z tyłu las, co się noc całą nie chciał skończyć. Niby wiedzieli, gdzie jadą, jaki jest cel, ale po wydostaniu się na otwartą przestrzeń, ogarnęło ich zagubienie. Niby na zachód, ale ile jeszcze? Dlatego traktor powitali z pewną radością. Traktor – człowiek – informacja. Gdyby nie bariera językowa, to w ogóle by z auta nie wysiadł, ale nie było wyboru. Ze starym Łotyszem tylko on miał szansę się dogadać… No i Raivis. Ale to akurat… A teraz… Świat po raz kolejny robił fikołka. To było męczące. Wytrącało z ledwie zdobytej równowagi, nawet jeśli ten fikołek wcale nie kończył się połamaniem karku, a zgrabnym wstaniem na nogi. Był zmianą na dobre…
– Noż kurna olek! W cuda uwierzę!
– Feliks…
Umysł usilnie bronił się przed zaakceptowaniem tego, co podsuwały oczy. Omam. Majak zbiorowy, bo co innego?! Przecież Feliks zginął.
Chyba że… Cuda, cuda, polskie cuda, ale wszystko przecież miało swoje granice! Zaakceptowali to, a przynajmniej spróbowali zaakceptować to, że i polski fart się kiedyś kończy. Prędzej czy później, brutalna rzeczywistość w końcu przeważa i tyle, a tu tymczasem co? Znowu na opak, na przekór wszystkim, na złość… Nie na złość – zaprzeczył szybko tej myśli. Nie był zły. Dlaczego miałby być? Może, gdyby dłużej łudził się, że i tym razem polski cud się ziści, to jeszcze mógłby być zły za te niepewne godziny, ale przecież wmówił sobie ten koniec szybko i skutecznie. Więc tak o – na przekór wszystkim. Czytaj dalej