Szpilki [cz. 1]

 

– Kobieto, jedziemy na pogotowie!
Spojrzałam na Josefa spode łba, ale nic nie powiedziałam. Dalej wytrwale kuśtykałam w stronę zaparkowanego przed teatrem auta. Krok, krok, krok, wcale mnie nie boli kosta, wcale…
–Nikt normalny nie wygiąłby tej nogi w taki sposób! Poszły ci ścięgna jak nic. Zabijesz się kiedyś w tych szpilkach!
– Chciałbyś– mruknęłam i prawie zawyłam z bólu, gdy czubek obcasa minimalnie zahaczył o wystający kawałek bruku. – I tylko naciągnęłam czy coś – dodałam, kiedy pulsowanie w kostce nieco zelżało.
– A ten ułamany obcas to tak o!
Pomachał mi kawałkiem buta przed oczami, jakbym nie wiedziała, że zniszczyłam but. Przecież ciągle miałam resztkę tego czółenka na nodze i asymetria wysokości obcasów nie ułatwiała chodzenia. W sumie pewnie łatwiej by się szło, jakbym w ogóle zdjęła buty albo przynajmniej ten, który upadek przetrwał nietknięty.
– To się buta, a nie mnie pytaj – wydałam z siebie pełne zniechęcenia mrukniecie, jednocześnie rozważając, czy jestem w stanie zzuć czółenko z lewej stopy, nie obciążając przy tym prawej kostki… Odpuściłam. Bez podparcia nie było szans, a najbliższym było auto. Bez sensu.– Poza tym od ciebie je dostałam – dodałam zrezygnowana i poniewczasie zorientowałam się, że oto właśnie wrzuciłam petardę do ogniska.
– Masz ci los! Jak te baby wszystko przeciwko człowiekowi obrócą! Jasne! Moja wina, moja wina! – wybuchnął mój brat, mąż, gospodarz dzisiejszego wieczoru… nieważne. Nie krzyczał do mnie, a do świata, i nie potrafiłam zdecydować, którą opcję wolałam. Chyba tę, gdzie siedziałabym już w aucie, a najlepiej w domu. – Noga jej odpadnie, ale idzie! Słowacka duma!
Przechadzające się drugą stroną drogi małżeństwo w wieku średnim spojrzało na nas. Akurat mijali latarnię, więc aż za dobrze widziałam zdegustowanie na twarzy czeskiej matrony. Może ją w młodości jakiś Słowak w sobie rozkochał, a potem rzucił? Przeszłam te ostatnie kilka metrów i oparłam się o bagażnik i dopiero ponownie spojrzałam na Josefa. Nerwowo szukał po kieszeni kluczyków od Skody, co nijak nie przeszkadzało mu dalej wygłaszać swoje opinie.
– Jedziemy do szpitala! Ledwo idziesz!
– Daj spokój – zaprotestowałam z całą stanowczością, na jaką byłomnie akurat stać. – Jestem zmęczona i chcę do domu! Potknęłam się, przewróciłam, a ty od razu robisz z tego dramat. Butów szkoda, ale sukienka przynajmniej cała…
Nie dodałam, że to ja tu zniszczyłam buty, porwałam rajstopy, uszkodziłam sobie nogę, obtarłam dłoń i złamałam dwa paznokcie, i jeśli ktoś tu miałby dramatyzować, to ja!
– Do szpitala, absolutnie– oświadczył tonem, którego nie cierpiałam i otworzył mi drzwi. – Nie będziesz spać całą noc! Spuchnie ci jak diabli, po co się męczyć?!
Wsiadłam z trudem i odpowiedziałam dopiero, gdy mogłam przestać zaciskać zęby.
– Spać będę na pewno. Mi już nawet twoje chrapanie nie straszne – prychnęłam, ale oczywiście było już za późno.
Zatrzasnął drzwi i obchodził auto. Może tak stało się lepiej? Spojrzałam w bok. Pod sąsiednim rzędem samochodów przemykał duży, bury kot. Chwilami się zatrzymywał i pocierał pyszczkiem o zderzaki. Ten jego, tamten jego, i kolejny. Zdawał się preferować jasne kolory, bo granatowym zderzakiem wzgardził.
– Aż taki kiepski ten spektakl nie był. Zawsze masz jakiś problem, jeśli aktorzy są Czechami.
Zdębiałam na moment, pojęcia nie mając, do czego on pije. Jeszcze kilka sekund wcześniej mówiliśmy o moim spaniu, a teraz… Oświecenie spłynęło w chwili, gdy odpalał silnik. A tak, chodzi mu o moje zmęczenie – pomyślałam. Tylko że ja przecież powiedziałam, że jestem zmęczona, a nie znudzona. Jak dla mnie to duża różnica. Westchnęłam ciężko. Czy on się musiał w tym tragizmie tak rozpędzać?
Musiał. Wiedziałam to. Znałam go od tak dawna, że doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że tak właśnie może zareagować. Trochę popadał przy tym w polską martyrologię, że to oczywiście wszystko jego – Czech – wina. Nie miałam siły mówić, że przesadza.
– A ta noga, to ci odpadnie, i też będzie na mnie, bo w swej niewiedzy kupiłem te szpilki! Oczywiście, że zwali się to na moją biedną głowę. To jest Josef. Kopnij go!
– Nie truj – stwierdziłam zapatrzona w auto stojące przed nami. – Moja noga, moja sprawa. Butów szkoda – westchnęłam. – Lubiłam je, a teraz są już nie do odratowania – dodałam, bo naprawdę lubiłam te nieszczęsne czeskie buciki i bardzo się cieszyłam, gdy je dostałam trzy lata temu na gwiazdkę. Miały piękny kolor, ładnie wyprofilowany obcas i były naprawdę wygodne, a on mi tu sugerował, że mógłby ich nie kupić? Cóż, sama bym je wtedy kupiła.
–Naprawdę nie chce mi się tłuc po nocy po szpitalach. Chcę do łóżeczka –dodałam z nieco żałosną nutą w głosie.
Teraz chciałam położyć się w znajomym pokoju, ułożyć nogę tak, aby nie bolała, okutać się kołderką i może jeszcze trochę porozmawiać przed snem. Nie miałam ochoty na Josefowe samobiczowanie się. To było takie polskie. Tylko że w wykonaniu Feliksa mi to nie przeszkadzało, za to w wykonaniu Josefa nabierało czegoś irytującego. Nigdy nie pofatygowałam się zgłębić, dlaczego tak się działo i nic nie wróżyło, że się to szybko zmieni.
– A ja nie chcę cię mieć jutro umierającej! Jedziemy do szpitala. Noż, patrz, jak pacan zaparkował! I jak ja mam teraz wyjechać?!
– Wyjedziesz, bo jesteś bardzo zdolnym kierowcą– odparłam pogodnie.– A nogi nie odpadają od tego, że się człowiek przewróci. Chyba że masz mnie za jakieś zombie i tylko czekasz, aż się rozpadnę!
– Oczywiście. Powiedz coś, człowieku, kierując się troską o DOBRO kochanej osoby, to jeszcze ci zarzucą PAZERNOŚĆ i CHCIWOŚĆ!
Skrzywiłam się pewna, że do bólu nogi niebawem dojdzie ból głowy. Tymczasem Josef bez większego problemu wyjechał z parkingu. Ot, zdolny kierowca. Zastanowiłam się, czy mu sprawić taki komplement, czy może jednak nie, bo wyjdzie, że mówię to, bo wcześniej śmiałam w niego wątpić i w ogóle nie doceniam jego troski. A tam nie doceniam! Po prostu, co za dużo tej czeskiej troski, to nie zdrowo. Josef czasami sprawiał wrażenie, że tą troską on mi udowadnia, jaka jestem niezaradna. A gówno, nie niezaradna – przeszło mi przez myśli i szybko się za to zganiłam. Nie zamierzałam upierać się przy tak negatywnej ocenie motywów Joszkowych wrzasków.
– I widzisz jakiś zdolny– stwierdziłam zupełnie jakby jego ostatnie oskarżenia w ogóle do mnie nie dotarły. – To teraz jeszcze powieź mnie do domu, a potem pomóż dojść do łóżka i uznam cię za anioła.
Marzyłam o łóżku. Gdyby tylko udało mi się tak ułożyć nogę, aby nie ruszała się, gdy auto podskakiwało na nierównościach, to byłabym w stanie zapomnieć całą tyradę sprzed chwili i być po prostu szczęśliwą. Tymczasem odzywający się raz po raz przenikliwy ból w kostce sprowadzał mnie z krainy marzeń do wnętrza Josefowej skodziny, przebijającej się przez nocną Pragę.
Jedziemy do szpitala – oświadczył Josef tonem nieznoszącym sprzeciwu, poczym sam sobie zaprzeczył skręcając w stronę domu.
Nie powstrzymałam uśmiechu rozciągającego mi usta. Czasami fajnie być młodszą siostrzyczką. Zazwyczaj sobie tego nie chwaliłam, ale Josef próbujący mnie karcić, a jednocześnie robiący, to co jego siostrzyczka chciała, był niczym duża kostka cukru wrzucona do gorzkiej herbaty. Lubiłam być rozpieszcza ogólnie, a przez niego szczególnie. Westchnęłam głęboko.
– Jutro rano, jeśli będzie mnie dalej bolało – powiedziałam z uśmiechem.
Jakoś w tym momencie dotarło do mnie, że o ile Joszka mówił podniesionym głosem w zasadzie od momentu, kiedy spadłam ze schodów, tak ja jeszcze tego nie zrobiłam. Poczułam się z tym nieswojo.
–A potem będzie na mnie, że boli…– mruknął bardziej do kierownicy niż do mnie.
Cóż. Skodzinę swoją kochał, choć nie zdarzyło mi się być o nią jakoś bardzo zazdrosną. Bo tak trochę, to owszem. Zwłaszcza jak zaszywał się z nią w garażu na cały boży dzień, wyściubiając nos tylko po kolejne piwo. Czasami musiałam mu tam obiad przynosić, bo padłby z głodu, ten mój dbający o swoje autko mąż. Wtedy to w ogóle była inna skoda, ale też czerwona, i inne czasy, równie czerwone, co tamten lakier. Wtedy to żadne z nas nie miało jeszcze pojęcia, w którą stronę potoczy się nasza przyszłość.
– Sztuka była niezła, tylko długa – spróbowałam zawrócić rozmowę na wcześniejszy temat i obronić swój marny honor bywalczyni teatru, żeby nie wyszło, że naprawdę oceniam przedstawienie po paszportach aktorów.
Naprawdę starałam się tego nie robić, a że kiedyś, za Czechosłowacji, zdarzyło się kilka razy, że faktycznie Czesi na scenie zostawali jakby krok w z tyłu za Słowakami, to była inna bajka. Oni tam byli jacyś tacy pampuchowaci.
W przedłużającej się ciszy otworzyłam oczy i spojrzałam na Josefa. Prowadził zapatrzony na drogę, co nie było takie normalne. Wyglądał na dziesięć razy bardziej skupionego niż zwykle, ale gdyby mu to wytknęła, to na pewno by zaprzeczył. A przecież to tak rzucało się w oczy! Jechaliśmy idealnie prostym kawałkiem drogi, a on trzymał ręce na kierownicy na za dziesięć druga, a nie jak zwykle druga trzydzieści albo dziewiąta z prawą ręką na skrzyni biegów. Marszczył w dodatku brwi i była pewna, że gdyby nie wąsy, to widziałabym jego usta zaciśnięte w prostą linię.
– Joszko…
Przekrzywiłam głowę. W sumie nie zwracałam na to uwagi ostatnio, ale chyba miał włosy niemal równie długie jak ja. W ostatnich latach, kiedy zapuścił je na nowo, zwykle prześcigałam go o kilka centymetrów, ale teraz miałam nieodparte wrażenie, że straciłam swoją przewagę. Może się fryzjerce nożyczki ostatnio za bardzo rozpędziły? A prosiłam, żeby cięła najmniej jak się da. Machinalnie przesunęłam dłonią po swoich włosach, ale z okazji wyjścia do teatru upięłam je wysoko i skończyły się ledwie się zaczęły. Odruchowo sięgnęłam w stronę Joszki. On swoje związał i teraz miał je na ramieniu o tuż obok mnie.
– Miśka…
Cofnęłam rękę jak oparzona. Moje myśli zatrzymały się na chwilę i rozejrzały spanikowane. Odezwałam się, bo tak. Bo mu się przyglądałam i mi się wymsknęło. Kiedyś po prostu powiedziałabym w takiej sytuacji, że go kocham i tyle, ale teraz jakoś mi to nie pasowało. Wspomnienia przywołane przez czerwone skodziny, czerwone buty, czerwone czasy wychynęły z odmętów mojej pamięci i zatrzymały słowa w moje głowie. A przecież nie byłyby wymuszone, nie byłyby kłamstwem, ale…
– Jak myślisz, bohaterowie tej sztuki żyliby długo i szczęśliwie, gdyby powstała o nich jej druga część? – zapytałam cicho.
Dłoń na powrót położyłam na kolanach, a drugą wsparłam łokciem na uszczelce okna i zrobiłam sobie podpórkę pod głowę. Nie spojrzał na mnie, chociaż właśnie stanęliśmy na światłach. Neon pobliskiej apteki odbijał mu się w oczach błyskiem, który napawał mnie ją niepewnością. Nie zależało mi na odpowiedzi, ale im dłużej patrzyłam, tym bardziej zaczynałam się obawiać, że to milczenie zaowocuje czymś złym. Czym? Nie miałam pojęcia. Całe uczucie miało w sobie coś szalenie dziecinnego. Zastanawiałam się, o czym myśli. Czy jemu też skojarzyły się dawne czasy i zaraz znowu wybuchnie, że śmiem go oskarżać o to, że u nas nie było do końca jak w bajce? Niby to sobie wyjaśniliśmy i…
– Nie, ponieważ, gdyby powstała druga część o ich długim i szczęśliwym życiu, byłaby ona cholernie nudna – odparł wciąż tak samo zapatrzony na drogę.
– Ja tam nie mam nic przeciwko długiemu, szczęśliwemu i spokojnemu życiu – zaprotestowałam za szybko, aby tylko nie zrobiło się znów cicho. Rozmawiajmy – myślałam.
– I nie masz wyczucia literatury. Kto chciałby czytać o długim, spokojny i szczęśliwym życiu? Ludzie by nienawidzili tej książki, zazdrościli jej bohaterom. Ja też lubię długi, spokojne i szczęśliwe życie, ale w literaturze to się nie sprawdza. Nie masz wyczucia… I czucie w nodze pewnie też stracisz i będzie na mnie…
– Ja mówiłam tak ogólnie – sprostowałam szczęśliwa, że nie podchwycił toru, którym biegły moje niechciane skojarzenia. – Polubiłam tych bohaterów i życzyłabym im dobrze. A moja noga ma się… – Poruszyłam nią, aby to sprawdzić i syknęłam z bólu. – Nieźle – stwierdziłam.
– Gramatyki też źle używasz. Mówi się, że noga ma się źle albo że noga się NIE ma dobrze – wypomniał mi i pierwszy raz, od kiedy wyjechaliśmy spod teatru spojrzał na mnie. Akurat dojeżdżaliśmy do skrzyżowania, a koło nas wystawa sklepowa zalewała wnętrze auta światłem. – Już puchnie! – znowu podniósł głos. – Zawracam do szpitala!
– Patrz na drogę, a nie na moją kostkę! – sparowałam podnosząc przy tym głos. Wrażenie, że wszystko zaczyna wracać do normy rozlało się po mnie przyjemnym ciepłem. Skoro dawałam się ponieść nerwom, to on powinien był się uspokajać. – Nie chcę skończyć dnia na słupie! Wystarczy mi uszkodzeń ciała jak na jeden dzień!
– Oczywiście, źle prowadzę – mruknął. – Martwię się, ale koszmarnie prowadzę. Może od razu wjadę na słup, to zaoszczędzę na paliwie, kiedy karetka zabierze nas oboje do szpitala?
– Nie rozbijaj skodowki… – zaprotestowałam.– I jedź do domu, p r o s z ę – dodałam niemal drukowanymi literami.
– Jadę, jadę, no przecież, że jadę. Jadę – ciągle mówił tym zirytowanym tonem, ale nie krzyczał. Wręcz miałam chwilami problem, aby go usłyszeć.
– Dziękuję – powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Nie byłam pewna, czy to zobaczył, ale jego westchnięcie zabrzmiało tak bezsilnie, że aż mi się głupio zrobiło. Rozumiałam, że się martwił i chciał dobrze. Mogłam mówić swoje i być uparta, ale nie przesadzajmy, że byłam od razu ślepa na takie rzeczy. Mogłam przed samą sobą przyznać, że nie jestem aniołem, ale bez przesady. Wiedziałam, że gdyby mu nie zależało, to jeszcze tam w teatrze wymruczałby jedynie coś o potykaniu się na prostej drodze i może zaniósłby mnie do auta bez pytania, czy mi się to podoba, czy nie. A co ważniejsze, przez cały czas byłby spokojny, bo nie miałby powodów, aby się denerwować. Odetchnęłam głęboko i znów na niego spojrzałam.
– Ja bym tam chętnie poczytała o kimś, komu się dobrze i miło żyje – odezwałam się i przez myśl przeszło mi, że przecież zupełnie nie jestem miarodajna. Ludzie piszą dla ludzi, a ja tak nie do końca byłam zwykłym człowiekiem. Żadne z nas nie było. Nasze średnio długie małżeństwo trwało dłużej niż wiele innych. Byłam niemal pewna, że zaraz mi o tym powie.
Czemu ja ciągle do tego wracałam myślami?
– Poczytaj Hrabala. Jego postaciom przeważnie żyje się dobrze. Albo przynajmniej są zadowolone ze swojego życia – stwierdził i znowu westchnął. – To miał być miły wieczór. Mogłem cię zabrać do kina, tam nie ma takich koszmarnych schodów.
Roześmiałam się cicho.
– Podobało mi się, więc nie narzekaj. Zresztą sprawdzaliśmy i nic w kinie ciekawego nie było.
Tyrpnęłam go w ramię zaczepnie.
– Albo mogłem nie zamawiać tego balkonu. Z sali też nieźle widać… – mówił dalej na tę samą nutę.
– Ale tak było ciekawiej. Podobało mi się móc tak z góry patrzeć – sparowałam radośnie.
– Ty na wszystkich patrzysz z góry. W tych szpilach byłaś niemal wyższa ode mnie – stwierdził sucho.
– Josefie Havlu, jak zaraz nie przestaniesz narzekać, to uznam, że podmienili cię z Goranem albo którąś z jego sióstr! – Znowupodniosłam głos i nie miałam z tego powodów wyrzutów sumienia.
Tak właśnie powinno było być.Widziałam, jak zrobił zbolałą minę i zerknął na mnie. Gdyby miał piwne oczy, to powiedziałabym, że było to spojrzenie smutnego basseta. Ale z tymi naszymi zachodniosłowiańskimi zielonymi ślepiami żadne barwne porównanie mi się nie kojarzyło. Po prostu było po nim widać, że mu przykro i jakoś to do niego nie pasowało.
– To naprawdę miał być miły wieczór. Może ja cię odwiozę do szpitala? To będzie moment. Albo zadzwonię i pojedziemy do pani doktor Horskovej, zawsze ją lubiłaś, jeszcze jak była studentką – mówił nie za bardzo dając mi czas na odpowiedź.
Zmierzwiłam mu włosy trochę, aby przerwać ten monolog, a trochę, bo chciałam pocieszyć tego mojego czeskiego niedźwiedzia. Taki przygnębiony wyraz twarzy był zaraźliwy. A przynajmniej mnie zwykł zarażać.
– Joszko, jest już dość późno – wyjaśniłam spokojnie – nie będziemy jej teraz niepokoić. Jakby to wyglądało? Obiecuję, ze przeżyję do rana.
– A potem wykitujesz i będzie na mnie. Dostanę w mordę od Feliksa jak nic… No, może Elka się ucieszy.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Czy on to ostatnie powiedział bardziej jako stwierdzenie faktu czy próbował się ze mą droczyć? To drugie ucieszyłoby mnie bardziej. Spróbowałam pochylić się nieco w przód, aby lepiej widzieć jego twarz i syknęłam z bólu. Poruszona kostka przypomniała o swoim istnieniu przeszywającą szpilą bólu. Odczekałam chwilę oddychając powoli i gdy tylko wrażenie, że ktoś mi wbił w nogę gwóźdź zaczęło mijać, odezwałam się wkładając w słowa całą energię, jakiej nie zużyłam na sklęcie bólu.
– Oj, jej nie dam tej satysfakcji! Mowy nie ma! – zarzekłam się i prychnęłam. Na pewno by się ucieszyła… Jakbym zaczęła ja jako duch nawiedzać. – Mamy w domu jeszcze jakieś piwo? Napilibyśmy się przed snem…
– Piwo, wino, chyba nawet whisky, bo mi ostatnio pan Novak dał za małą przysługę.
– Wino! – ucieszyłam się i zepchnęłam wizję latania po domu Erzsi jako półprzeźroczysta mara na dalszy plan. – Tak z lampeczkę czy dwie na ukoronowanie miłego wieczoru, dobrze?
– Dwie czy piętnaście… – mruknął pod nosem.
– Ty mi wypominasz czy gdybiesz? – zapytałam rozbawiona. O tak, już byliśmy na właściwych torach. Znowu wieczór był przyjemny. Pomijając to ścierwo sprzedajne, czyli moją kostkę, która co jakiś czas musiała dać o sobie znać. – Bo jak to drugie, to ty tu masz słabszą głowę – przypomniałam mu – i, jakby co, ja cię dziś do łóżka nie doprowadzę – oświadczyłam i zamyśliłam się na chwilę. – Chyba że w nim będziemy pić.
– Oczywiście, że w nim będziemy pić – niemalże prychnął jak obrażona kotka, że śmiałam mieć inną wizję. A ja wizji w ogóle nie miałam, ale ta jego pasowała mi.
– Nie odpowiedziałeś na pierwsze pytanie.
– Wypominam ci – przyznał bez skrupułów, a ja jedynie uśmiechnęłam się szerzej i zmrużyłam oczy. – Ale mogę gdybać, kiedy w grę wchodzi picie w łóżku. Oczywiście w piżamkach, bo jesteś kontuzjowana.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s