Instytut Badań Czarów i Magii cz.9

Ta część była pisana wspólnie z Sauerkirschlein. Dzięki za pomoc i fantastyczne pomysły!
Borys Andrei Dimitar Weselinow jako Bułgaria – imię jest mieszanką pomysłu Sauerkirschlein i Malezji.

Młodszy Beilschmidt miał tylko cichą nadzieję, że Wärzner zdąży przyjść, zanim przerobi wszystkich Słowian w promieniu pięciu metrów na pierze do służbowych poduszek.
Właściwie w głowie Ludwiga zrodziło się pytanie, czemu on prowadzi, a nie rzeczony właściciel pola, skoro znał miejsca pobytu podejrzanego Rumuna.
Stanął więc nagle, a w niego wbił się zaskoczony (niemal tak bardzo jak jego posiadacz) nos Łukasiewicza. Po chwili Ludwig poczuł lekkie pchnięcie oznaczające, że cała reszta się zatrzymała na kierowniku Wydziału Klątw. Chyba nikt nie mógł odpuścić okazji, by go podręczyć.
– Bragiński, w którą stronę teraz?
Bragiński podrapał się po wielkim nosie. Czy u niego koniecznie wszystko musiało przekraczać normy?
– Przechodzili ostatnio obok waszego wydziału, towarzyszu kierowniku.
I wtedy się w Ludwigu zagotowało. Zrobił się cały czerwony na twarzy, żyłka na szyi pulsowała. Jak oni śmieli przejść obok Jego Drzwi? Jego! Przecież to szczyt bezczelności, farsa ostateczna! Nawet ten cholerny Związek Słowian miał na tyle przyzwoitości, żeby się kryć ze swoimi niekoniecznie legalnymi eksperymentami.
Młodszy Beilschmidt popędził co sił w kierunku Wydziału Administracji i Zarządzania. Jego stopy lewitowały nad schodami. Można by nawet rzec, że się za nim kurzyło, jednak na korytarzu nawet Edelstein nie znalazłby cząstki kurzu, głównie za sprawą pani Gieni, sprzątaczki, a także czujnego wzroku Jürgena Löfflera, przy którym perfekcyjna pani domu popadała w alkoholizm, widząc syf, kiłę i mogiłę swego żywota.
Gdy tak pędził niczym chyża gazela po afrykańskich stepach (a cała reszta personelu gnała za nim, co przywodziło nieco na myśl show Benny’ego Hilla), nagle drogę zagrodził mu Wärzner z nieodłącznym kubkiem kawy, wychodzący ze swojej kanciapy. Ludwig niemieckim cudem gospodarczym (dobra kondycja) wyhamował przed nim, Łukasiewicz zboczył z kursu i uderzył w ścianę (widać spotkanie z polem grawitacyjnym Bragińskiego odcisnęło na blondynie trwały ślad i stracił sterowność), a Bragiński niczym najwspanialsza z baletnic zatoczył piruet wokół parki. Na szczęście Lorinaitis nie podołał wyczynom lekkoatletycznym pozostałych i wlókł się powoli korytarzem. Nie było mu jakoś śpieszono do złodzieja. Ani do Ludowita, ani do Wärzner z kawą. Szczególnie tego ostatniego, który właśnie spowodował mały, ale bolesny w skutkach wypadek korytarzowy. Kierownik Wydziału Klątw odklejał się od ściany i zeskrobywał farbę z gipsem z policzka. Kierownik Wydziału Ściśle Tajnych Badań prowadził ściśle tajny eksperyment na własnej kostce, próbując zobaczyć, czy nie jest skręcona i powodując więcej szkód niż początkowo na siebie przyjęła. Ludwig usiłował zapanować nad szaleńczym biciem serca. Zapewne nikt w Instytucie nie starałby się tak bardzo uniknąć kraksy z kimś z kawą. Tylko że to nie był ktoś z kawą. To był Wärzner z kawą. To był Wärzner z wczesnopopołudniową kawą, dokładnie taką z dwóch łyżeczek rozpuszczalnej, a kubek zalany mlekiem równiutko do jednej trzeciej. Wszyscy nadal pamiętali tego biedaka, który kiedyś potrącił pracownika administracji do spraw Słowian i wylał drogocenny czarny napój. Podobno do teraz szukali jego głowy gdzieś po drugiej stronie globu ziemskiego. A przynajmniej lewego ucha, bo reszty nawet Atlantydzi nie widzieli. Niech pokój będzie tej zbłąkanej duszy.
Niedoszły kierownik Wydziału Zgonów Magicznych otaksował chłodnym wzrokiem Ludwiga i Lorinaitisa, po czym na widok dwóch Słowian twarz rozjaśniła mu się w lekko nieprzytomnym uśmiechu. Zaczynało robić się coraz ciekawiej.
Młodszego Beischmidta nawiedziło niejasne wspomnienie, że zlecił Vladowi (nie dość, że wampirowi, to jeszcze rudemu), aby przysłał Wärznera. Widać Zwingli nie umiał sobie poradzić z Łukasiewiczową klątwą rzuconą na zgryz Enescu. Cóż, kierownik Wydziału Klątw chyba zacznie tapetować sufit naganami dyscyplinarnymi.
– Ktoś jakby totalnie ukradł nam Ludowita i jakieś tam piętro – oznajmił Łukasiewicz, wyjmując z kieszeni gogle ochronne. Szczęście go dzisiaj opuściło, więc przygotowywał się na wytoczenie ciężkich dział. Kiedy świat się od ciebie odwróci, kopnij go w dupę, czy jak to tam było w tym Królu lwie. Chociaż ciężko wyobrazić sobie cięższy kaliber niż spotkanie trzeciego stopnia z Nataszą Arlowskają, to jako Słowianin zdawał sobie sprawę, że istnieją na ziemi rzeczy, o których nawet Bragińskiemu nie majaczyło się po spirytusie.
– Czwarte piętro – odwarknął z sekundy na sekundę coraz bardziej zdenerwowany Ludwig, a Lorinaitis zastanawiał się, czy nie ma w dyrektorze czegoś z wilkołaka.
Reakcja Wärznera była dość łatwa do przewidzenia. Życzył im tylko powodzenia i już miał ruszać w dalsze snucie się po korytarzach ze swą czarną kochanką, gdy nagle zatrzymała go potężna dłoń Bragińskiego. Pracownik administracji spojrzał na łapsko, a potem w fiołkowe oczy właściciela jaśniejące kilka dobre centymetrów nad jego głową.
– Nie pomożecie, towarzyszu? Widzieliśmy, jak Łušćanski szykuje wam śniadanko…
Być może w głowie bezwzględnego Wärznera pojawiło się coś w stylu empatii czy pożałowania, ale bardziej przeważały względy żołądkowe i to, że nikt nie zrobi mu kanapek, nawet jeśli kanapki zawierały w sobie wszystko, od sushi i kiełbasy, przez makaron z chińskiej zupki i płatki opuncji, po stary keczup musztardowy z jogurtem truskawkowym, bo Ludowit nawet kulinarnie preferował dygresje.
– Myślę, że doszło do pewnych zaniedbań i jako osoba mająca w swoich obowiązkach wynikających z prawa pracy ochronę dobra Związku Słowian w postaci Łušćanskiego muszę podjąć odpowiednie kroki, aby zapanować nad sytuacją – powiedział powoli i czule pogładził kubek z kawą. – Musisz poczekać na mnie, maleńka. Wrócę, nie bój się.
Ludwig zmrużył oczy i z lekko uchylonymi ustami spojrzał niedowierzająco na kompanów. Nie znalazł w nich wsparcia, bo Łukasiewicz zajęty był czyszczeniem gogli, Lorinaitis ziewał, a Bragiński delikatnie pieścił ramię Wärznera, dorzucając krwiak w promocji.
Pracownik administracji odniósł kawę do kanciapy, zerknął ostatni raz na ukochaną i ze łzami w oczach spojrzał na ekipę ratunkową. Członkowie oddziału bojowego z kolei wlepił oczekujący wzrok w Bragińskiego, który miał dalej poprowadzić ekspedycję ku świetlanej przyszłości i Ludowitowi.
Ludwig stracił zapał do odbijania czwartego piętra i Łušćanskiego, minął gniew spowodowany zbezczeszczeniem jego wydziału. Po prostu dał się prowadzić kierownikowi Wydziału Ściśle Tajnych Badań przez puste korytarze.
– Łukasiewiczu, jak zdezerterujecie, to was tak urządzę, że nawet biurokracja Wärznera nie pomoże – rzucił zmęczonym głosem przez ramię. Kierownik Wydziału Klątw z niechęcią zrezygnował z ewakuowania się z budynku przez klapę dla kotów. Lorinaitis westchnął niepocieszony, bo miał nadzieję, że Feliks się w niej zaklinuje.
– Jakiś plan uderzeniowy? – zapytał jakby od niechcenia Wärzner, przeczesując palcami długie włosy.
– Mamy tutaj kierowników wydziałów Klątw, Ściśle Tajnych Badań oraz Likantropii. Myślę, że będziemy potrafili przeciwstawić się porywaczowi – powiedział młodszy Beilschmidt, ale w głębi ducha przeżywał fakt, iż Johann tak bezczelnie wypunktował mu zaniedbania i nieprzygotowanie. – Zresztą, sądzę, że w tej chwili porywacz usiłuje usilnie wydostać się z piętra czwartego, bo gonią go potwory wielopoziomowe, a alternatywą jest Łušćanski. Odnalezienie złodzieja i porywacza w jednej osobie to właściwie akt łaski z naszej strony.
– Jestem podekscytowany, towarzysze – oznajmił radośnie Bragiński, klaszcząc z uciechy. – Dotychczas nic takiego się nie wydarzyło w Instytucie! Nikt z zewnątrz nas nigdy nie napadł, zawsze sami sobie wystarczaliśmy do robienia krzywdy i świństw, a tu przyszedł ktoś odważny z zewnątrz. – Cieszył się jak dziecko.
Ludwig poczuł się niczym trafiony obuchem. Nie dość, że pracownik jego własnego wydziału wypominał niekompetencję, to jeszcze Bragiński musiał wspomnieć, że za czasów starego Beilschmidta, ojca Ludwiga, podobny występek nigdy nie miał miejsca. Biedny kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania nie mógł wiedzieć, że za panowania wcześniejszego dyrektora działy się rzeczy o wiele gorsze, jak przypadkowe wysadzenie delegacji istot rozumnych z innego wymiaru, wytrucie pięciu szesnastych personelu naukowego poprzez zjełczałe masło użyte do smażenia krewetek, czy przykry wypadek z mydłem i słuchawką prysznica, w jakim uczestniczył ojciec Bernharda Oxenstierny i przez który Bernhard Oxenstierna pozostał jedynakiem. Ludwig nigdy nie dowiedział się o tym i nie zanosiło się na zmianę takowego stanu rzeczy, bo wszystko zostało skrzętnie zatuszowane, a najstarszym góralom ośmielającym się pamiętać te wydarzenia zasugerowano, że albo nic się nie stało, albo w śliwowicy mogą znaleźć coś paskudnego i utrata wzroku będzie ich najmniejszym problemem.
Łukasiewicz też szedł z naburmuszoną miną. Wnerwiony mrużył oczy ukryte za goglami, usta wydął w dzióbek, a policzki nadymał. Bywały dni, kiedy robił dużo świństw i wszystko uchodziło mu na sucho, bo nie od parady był kierownikiem Wydziału Szczęścia przy Głupocie. Jednak w egzystencję wpisane były także takie dni jak ten, kiedy właściwie nie zrobił nic partykularnego, nikogo nie wysadził, nie zaatakował niesprowokowany, nie dosypał nic do żarcia ani nie rozpuścił ani jednej wrednej plotki, a i tak cierpiał.
Lorinaitis powłóczył nogami, z rękami w kieszeniach fartucha, zastanawiając się, po co on w tej misji. I jak się trzyma pan Roman. Nie powinien był go samego zostawiać.
– Panie kierowniku, muszę wracać na wydział – powiedział. – Ostatnio przyszli się do mnie jacyś łowcy wilkołaków, rozumie pan? Dobre sobie, mordercy ośmielili się przyjść do takiej szanowanej placówki. Szczególnie taki pojeb niemyty, Hellsing czy jakoś tak, przyjebał się do pana Romana, a to istota o wrażliwym sercu… Myślę, że źle czuje się z myślą, że urwał komuś głowę, szczególnie postaci tak medialnej, chciałbym, żeby to się nie powtórzyło, muszę czuwać przy nim.
– Towarzyszu, nie wykręcaj się, będzie śmiesznie! – Bragiński trząsł się z radości. Tanecznym krokiem przemierzył kilka metrów, zatrzymał się gwałtownie. – W lewo zwrot! – krzyknął i odwrócił się do białych drzwi. – To tutaj – oznajmił.
Ludwig wstrzymał oddech. Drzwi wyglądały zwyczajnie. Młodszy Beilschmidt wprawny kopem wywarzył je z zawiasów. Z początku nic się nie zdarzyło, co było już wyjątkowym ewenementem w Instytucie. Spomiędzy framug ziała nuda przed zorientowaniem się, że do egzaminów za blisko.
– Nie ruszać się, bo użyję Łukasiewicza! – krzyknął ostrzegawczo kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania. Taki instytutowy odpowiednik „stój, bo strzelam!”. Chociaż żeby oddać całą grozę sytuacji, powinno się to ująć „stój, bo odpalam bombę wodorową i mam w dupie konwencje genewskie – żywcem nie biorę!”.
Cisza potrwała jeszcze moment. Po chwili z mroku wynurzyła się rumuńska postać.
– Idź z rękami nad głową – krzyczał dalej Ludwig. – Powoli! Wypuść Łušćanskiego!
Porywacz i złodziej w jednym założył ręce za głowę i stanął w drzwiach. Na młodszego Beilschmidta spojrzała para brązowych oczu spod czarnej grzywki.
– Coś ty za jeden? – zapytał dyrektor Instytutu, oszołomiony normalnym wyglądem młodzieńca.
– Borys Andrei Dimitar Weselinow, B.A.D. Waselinow w skrócie, złodziej, proszę pana. Jeden z lepszych w swoim fachu – oznajmił skromnie chłopak. – Bardzo chciałbym oddać pana Łušćanskiego, ale zaginął mi przed chwilą. Szczerze mówiąc, to sobie właściwie poszedł tam. – Wskazał kierunek za plecami, w głębi kanciapy. – Ja osobiście bym tam nie podążył, proszę pana, bo już mnie kilka razy coś tam prawie zeżarło, a ja lubię swoje kończyny i jestem bardzo do nich przywiązany. Pozwalają mi uczciwie zarabiać na życie kradzieżami. Obawiam się też, że pan Łušćanski poszedł tam zwabiony przez coś bardzo dziwnego, coś tak strasznego, że postanowiłem poddać się panom, chociaż wiem, jak straszną reputację ma pan Beilschmidt oraz pan Bragiński. I pan Wärzner. – Pokłonił się nieco.
Ludwiga uderzyła normalność młodzieńca. Ot, taki niepozorny, trochę obdarty, ale przystojny, śmierdział papryką i wodą różaną. Nic specjalnego, a jednak ukradł czwarte piętro z całym jego niedobrodziejstwem oraz Łušćanskiego, co graniczyło z cudem.
– Koleś, jesteś totalnie przejebany! – roześmiał się Feliks. – Mateczko, skąd żeś się urwał? Ja tu się spodziewam rozpieduchy jak w sądny dzień, a tu taki kolo!
Piętro wyżej, na Wydziale Czarnowidztwa, Olena Marczenko poczuła dreszcz, jaki towarzyszył jej zawsze, gdy ktoś wypowiedział Słowa Przepowiedni. Usiłowała wyłowić Formułę z plątaniny przekazów, ale usłyszała tylko po raz czwarty nadany jutro w radiu przepis na ciasto marchewkowe. Westchnęła.
– To bardzo miłe, proszę pana, ale sugerowałbym ratowanie kolegi z pracy – oznajmił potulnie B.A.D. Waselinow. Z łobuzerskim błyskiem w oku odrzucił grzywkę gwałtownym ruchem głowy.
– Nie wykpisz się tak łatwo, Waselinow – zaprotestował Lorinaitis. Sztuczny kwiatek zaszeleścił złowieszczo liśćmi. – Gdzie jest czwarte piętro? Nie mam całego dnia na takie zagrywki.
– Ale… Pan Łušćanski… – autentycznie zmartwił się chłopak.
Wärzner stał z rękoma założonymi na piersi, bawiąc się puklem włosów. Przyglądał się chłopakowi z dużym zainteresowaniem. Coś we wzroku blondyna przywodziło na myśl farmera wyceniającego krowę. Bragiński huśtał się na piętach i wydawało się, że bardzo dobrze się bawi i ogólnie chyba już polubił nowego kolegę. Lorinaitis z kolei wydawał się wyprany w dużej temperaturze z długim wirowaniem. Łukasiewicz w goglach ochronnych ochoczo przeszukiwał kieszenie Borysa Andreia Dimitara Weselinowa.
– Lampa z bąbelkami, to chyba zginęło z Wydziału Zastosowań Dzieci. Kapcie w kształcie pand, hm, no zgadnijmy czyje to. Automatyczna strącarka do sopli, model Utah dwa zero. Może być przydatne. Szczotka dla jeży, użyteczna jako broń biała albo narzędzie do intensywnych pieszczot. To chyba z Wydziału Samozadowolenia. Szalik z ze zmutowanym orłem. Iwanowicz, nie wiedziałem, że pozwalasz Goranowi haftować swoje robótki… Podręcznik do kogniwistyki. Co to, kurwa, jest kogniwistyka? Broszura „Napoje fermentacyjne we wczesnym osadnictwie na piętrze piątym”. Ach, wspomnienia, stare czasy, kiedy trzeba było wyruszać na podbój demonów, żeby założyć sobie gabinet. Roleta w kwiaty z Biblioteki, Raivis myślał, że zjadły ją Dzieła Zebrane Tołstoja w twardej okładce. Cygaro z maryśką. – Łukasiewicz schował jointa do kieszeni na piersi fartucha. – Butelka kremowego piwa… Zaraz, to nie to uniwersum… Od kiedy ty tu kradniesz?
B.A.D. skromnie spuścił wzrok, ale kpiący półuśmieszek nie zniknął z jego twarzy. – Dość długo, proszę pana. Rąbnąłem panu jeden z obelisków z wydziału.
– Ha! – ucieszył się kierownik Wydziału Klątw. – Czyli jednak nie wynieśliśmy go na śmietnik po pijaku! No bo na drugi dzień śmieciara była i myślałem, że go nie odzyskam – dodał, widząc minę dyrektora.
Zza pleców chłopaka dobiegł potępieńczy jęk. Grupa antyterrorystyczna zamarła.

CDN.

Reklamy

One thought on “Instytut Badań Czarów i Magii cz.9

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s