Instytut Badań Czarów i Magii cz.8

– Łukasiewicz. Enescu, Lorinaitis, idziecie ze mną na Wydział Ściśle Tajnych Badań w poszukiwaniu piętra czwartego.
Dlaczego tylko on ma cierpieć? Wymienieni pracownicy nie mieli wesołych min, ale wiedzieli, że w tej sytuacji nie ma co dyskutować z kierownikiem. Chociaż Vlad sprawiał wrażenie, że go to bawi, ale istniała też opcja, iż wiecznie zadowolona mina to efekt wady zgryzu.
Arlowskaja złożyła w końcu ważkę, która odżyła i przefrunęła kilka metrów, żeby zostać zgnieciona przez łapę pana Romana, wilkołaka. To chyba dostatecznie zadowoliło kierowniczkę Wydziału Zgonów Magicznych.
Po małej drace młodszemu Beilschmidtowi udało się w końcu zaciągnąć trójkę podwładnych do piwnicy. Co prawda, Łukasiewicz niebezpiecznie zbliżył się do argumentacji, którą Ludwig powinien uznać, to znaczy – pomaganie dyrektorowi nie należy do obowiązków pracowników.
– Ale wypełnianie jego poleceń owszem – odwarknął kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania z refleksem godnym tego stanowiska. Coś dźgnęło go w podświadomość, że wkracza na grząski grunt interakcji ze Związkiem Słowian oraz wyzysku jego członków.
Minęli pierwsze piętro, gdzie Vlad koniecznie chciał zabrać z nimi kierownika Wydziału Psychomagii jako wsparcie moralne, ale Edelsteina w dalszym ciągu nie było. Przejście przez parter stanowiło dla Ludwiga bolesne przeżycie, bo bardzo pragnął pobiec do bezpiecznego gabinetu i zaszyć się w nim aż poczucie obowiązku znowu nie wpakuje go w paszczę lwa.
Z Wydziału Stworów Magicznych dochodziły dziwne dźwięki oraz smród łajna, ale młodszy Beilschmidt wiedział, że zwierzaki żyły w bardzo dobrych warunkach. Kirkland mógł głodować przez tydzień, ale każda satyroryba stołowała się jak król. Poza tym, istniał jeszcze jeden powód, żeby tam nie wchodzić. Norek. Nikt nie wiedział, skąd się pojawił, ale miał trolla i to był dobry argument, żeby nie pytać o nic więcej. W dodatku podobno krewniak Oxenstierny, co jeszcze bardziej skłaniało wszystkich do omijania Norka – wszyscy pracownicy wiedzieli jak upierdliwym przeżyciem było podpadnięcie kierownikowi Wydziału Bezpieczeństwa.
Wydział Ściśle Tajnych Badań położony był jeszcze pół piętra niżej – nikt nie wiedział dlaczego. Plany budynku dawno zaginęły, no i trzeba wziąć pod uwagę, że w trakcie swojego istnienia Instytut rozbudowywał się według własnego widzimisię, zawzięcie ignorując fizykę, logikę i architekturę krajobrazu. Kilku urbanistów próbujących wziąć go w ryzy zniknęło bez śladu.
Lorinaitis w przypływie złego humoru kopnął schodzącego przed nim Łukasiewicza między łopatki. Kierownik Wydziału Klątw rzucił w locie paskudny czar, który zboczył z kursu i zgodnie z prawami oczywistości trafił we Vlada. Wampirze kły zamieniły się w dwie bombki choinkowe koloru czerwonego. Mircea Enescu (nie dość, że wampir, to jeszcze rudy) spojrzał na lewitującego w powietrzu Łukasiewicza. Jego wzrok jasno wypowiedział się, co zaraz urwie Feliksowi i w co mu to wsadzi.
– Panowie, uspokoić się – zagrzmiał Ludwig. – Łukasiewicz, zdejmijcie klątwę i przestańcie lewitować do góry nogami.
Kierownik Wydziału Klątw odczynił czar i przekręcił się w powietrzu.
– Ne spanuj, zlaz – wyseplenił Vlad ku własnemu przerażeniu.
– Nie mogę – oświadczył Feliks, a w jego głosie także zabrzmiały pierwsze tony paniki. – Wpadłem w ruską przestrzeń powietrzną. Mówcie mi Sputnik.
Kierownik Wydziału Badań nad Krwią nerwowo macał swoje kły. Lorinaitis wydawał się bardzo zadowolony z zamieszania jakie wywołał.
– Lorinaitis, nie mścijcie się na Łukasiewiczu tylko dlatego, że traktował was jak śmiecia podczas wspólnego zarządzania Wydziałem Metod Denerwowania Innych. – Ludwig poszedł w ojcowskie tony. – U Jonesa też nie byliście szczęśliwi.
– Jestem bardzo zadowolony z Wydziału Likantropii – potulnie oznajmił Lorinaitis.
– Ściągnijcie mnie!!
– Mofe kfy…
– Beczycie jakby wam po pensji ciachnęli – mruknął Lorinaitis. – Tam, gdzie idziemy, czekają was gorsze rzeczy.
– Chcę im stawić czoła na twardym gruncie!
– Mofe kfy…
Młodszy Beilschmitd przeanalizował sytuację. Grupa uderzeniowa traciła morale.
– Vlad, pójdziecie do Sekretariatu, żeby opatrzyli wam zgryz. Przy okazji przyślijcie tu Wärznera. Istnieje podejrzenie popełnienia wykroczenia przez członka Związku Słowian.
Kierownik Wydziału Badań nad Krwią skinął powoli głową. Rzeczywiście, jego twarz wydała się nieco dziwniejsza niż zwykle.
– Ty kfetynie – powiedział do Lorinaitisa, który aż się zjeżył.
– Ja kretynem? Może porozmawiajmy o inteligencji osób lewitujących tutaj!
– Jeśli masz coś do mnie, powiedz mi to prosto w buta! – zirytował się Łukasiewicz.
Nagle coś huknęło. Ludwig wiedziony instynktem zachowawczym, rzucił się na ziemię. Feliks nie miał tej szansy i ciężkie, opancerzone drzwi trafiły go w nogi, wprawiając w szaleńczy ruch wirowy. Było to tak widowiskowe, że młodszy Beilschmidt zastanawiał się, czy nie stworzyć dubleta i posłać po Sadiqa Adnana, kierownika Wydziału Wirowań. Uznał jednak, że wirujący kebab jest bezpieczniejszy niż wirujący Feliks. Sama fala akustyczna powalała. Łukasiewicz darł się tak, że z pewnością słyszeli go na lądowisku dla UFO.
Lorinaitis stał jeszcze na schodach, dzięki czemu uniknął choćby sugestii spotkania się z drzwiami. Kierownik Wydziału Klątw wydryfował w końcu z ruskiej przestrzeni powietrznej i po raz drugi tego dnia spotkał się twarzą w twarz z podłogą.
Ludwig wkroczył do Wydziały Ściśle Tajnych Badań, zaklęciem rozwiewając tumany kurzu i pyłu.
– Ale jebło – oznajmił Bragiński z sufitu, z głową w rurze.
Wydział Ściśle Tajnych Badań był metaforycznym cierniem w stopie dyrektora Instytutu. Pojawił się całkiem nie wiadomo skąd i trochę nie wiadomo po co. Młodszy Beilschmidt miał prywatną teorię spiskową, której nie mógł jednak szerzyć poza zaufanym gronem, bo nie posiadał żadnych dowodów, chyba że brak dowodów to też dowód. Sądził, że Bragiński zrobił podkop pod Instytut, zamelinował się, a kiedy ktoś wreszcie odkrył norę, okazało się, że ten był już szanowanym członkiem Związku Słowian, kierownikiem Wydziału Ściśle Tajnych Badań, a także przewodniczącym Kółka Dziewiarskiego, co wyjaśniałoby kosmiczną ilość szalików na tym wydziale. Niektóre z badań Bragińskiego miały status tak tajnych, że sam Ludwig o nich nie wiedział. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że jego jurysdykcja nie sięga tu w stu procentach.
Z dymu wyłonił się spłoszony kucyk z Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu, ominął Ludwiga i wpadł na Lorinaitisa i Łukasiewicza, prawie ich tratując. A na pewno przewracając na siebie.
– Feliksie, mógłbyś przełożyć nogę? Zaraz odseparuje mały palec od mojej stopy, a mam pewien sentyment do niego – oznajmił lodowatym tonem kierownik Wydziału Likantropii.
Na Wydziale Ściśle Tajnych Badań panował półmrok i atmosfera tajemnicy. Właściwie to mogła być z niego całkiem przyzwoita piwnica, ale jakoś obecność Bragińskiego wpływała na odbiór miejsca. Latające w powietrzu fosforyzujące kule bardziej rzucały cienie niż światło, a nieliczne żarówki zdawałby się być bardzo zmęczone robotą. Wzdłuż sufity biegły rury z kotłowni, choć Ludwig dałby sobie nogę uciąć, że kotłownia znajdowała się na jego wydziale. Nie można umiejscawiać tak ważnej aparatury w niestabilnych częściach Instytutu, czyli wszędzie poza Wydziałem Administracji i Zarządzania.
Feliks, nadal wpół leżąc na Taurysie, podniósł samotną dłoń bez właściciela.
– Iwan! To Taurysa czy ty znowu gubisz części ciała?
– Spierdalaj – odrzekł Iwan z głową w rurze, dzięki czemu jego głos zabrzmiał śmiesznie dudniąco.
– Co ty robisz? – zainteresował się Łukasiewicz, spoglądając w górę, na dyndające ciało Bragińskeigo.
– Obserwuję żerującą rdzę.
– W ciemnej rurze?
– To tajne badania.
Oczy młodszego Beilschmidta przyzwyczaiły się do mroku i ich właściciel dostał nagłego ataku klaustrofobii. Nie potrafił zidentyfikować pięciu szóstych otaczających go sprzętów. Wielkie machiny potęgowały uczucie stłamszenia.
Obok Ludwiga spadł but. Spojrzał na Bragińskiego.
– Czemu mam wrażenie, że świeci ci się stopa? – zapytał Łukasiewicz, a kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania dopiero odkrył, co nie pasowało mu w tym widoku.
– Dużo masz jeszcze tych pytań? – zabulgotał Iwan, chociaż zapewne w intencji leżało wydanie nieco innego dźwięku.
Lorinaitis kopniakiem pozbył się z siebie Łukasiewicza.
– Kierowniku, but Bragińskiego warczy na mnie – poskarżył się.
– Z Czelabińska. Mama przysłała. Wujek ma tam fabrykę – powiedział Iwan, bez jednego buta, w fosforyzującej skarpetce, dyndając smętnie z głową wbitą w rurę.
– Kierowniku, odczuwam ból w stopie, który zidentyfikowałem jako podgryzający mi śródstopie but – skarżył się dalej kierownik Wydziału Likantropii.
Bragiński położył dłonie na rurze i mocno się zaparł. But zaczął kaszleć i obrósł futrem.
– Przecież nie ma dziś pełni – autentycznie zdziwił się Lorinaitis.
Iwan pchnął mocniej i spadł. Wylądował niezgrabnie, a zważywszy na jego masę, Ludwig był gotów przysiąc, że Instytut zatrząsł się w posadach.
– Co ty zrobiłeś z moim butem? – Bragiński zabrzmiał żałośnie.
– Wersja zimowa? – Młodszy Beilschmidt, słysząc przy uchu głos Łukasiewicza, odkrył z pewną zgrozą, że Feliks chowa się za nim.
– Mamy lato – smęcił dalej Bragiński, kucając i usiłując dźgnąć buta końcem ołówka.
– To wydepiluj go – rzucił wesoło kierownik Wydziału Klątw.
– Słucham?
– Zrób se z niego czapkę futrzaną. Buta straciłeś, ale możesz zyskać czapkę – kombinował dalej Łukasiewicz. Ludwigowi wcale nie podobało się, że używa go jak tarczy.
– Nie włożę na głowę buta–wilkołaka na głowę.
– Gatunkista z ciebie! – wybuchnął Lorinaitis.
Bragiński spojrzał uważnie na Lorinaitisa i spróbował przestroić się na jego fale.
– To nie…
– Dyskryminujesz go, bo jest wilkołakiem – wygarnął kierownik Wydziału Likantropii.
– Buta–człowieka też bym nie włożył – zapewnił go Iwan.
– Bragiński, co to właściwie było, ten wybuch? – zapytał Ludwig, przypominając sobie o swej roli. Drzwi na klatce schodowej wciąż dymiły.
Kierownik Wydziału Ściśle Tajnych Badań wydawał się teraz osobą bardzo niewinną. Cnotliwość wręcz wypływała z fiołkowych oczu, niczym wódka z kranu na Sybirze.
– Jaki wybuch? – zapytał równie niewinnie, co jeszcze bardziej rozjuszyło Młodszego Beilschmidta.
– Nie udawajcie, macie sadzę w nosie.
Mimo wszystko jakaś tam troska o zdrowie pracowników nadal buszowała w serduszku kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania. Głównym powodem było to, że Zwingli pewnie wyrwałby to serduszko, gdyby się dowiedział o kolejnych odszkodowaniach z powodu wypadku przy pracy.
– Wszystko ze mną w porządku, towarzyszu. Mi już nic nie zaszkodzi.
Ale nosisz kamizelkę ze smoczej skóry, pomyślał Ludwig, rozglądając się baczniej po pomieszczeniu. Wyjątek wśród niezidentyfikowanych maszyn, które od czasu do czasu wydawały dziwne pomruki, stanowił zeszyt z nutami, leżący samotnie na stoliku pośród tego całego chaosu. Szkoda tracić czas na takie głupoty. Jeszcze później wpadnie z inspekcją do tej meliny. I ze wsparciem. Zbrojnym.
– Widzieliście może czwarte piętro?
– Tak, uciekał z nim jakiś podejrzany Rumun. Taszczył też za sobą Ludowita.
Ludwig wytrzeszczył oczy, zastanawiając się, czy Bragiński robi sobie z niego najzwyczajniej w świecie jaja (co było bardzo prawdopodobne), czy może tym razem mówi poważnie (co było mało prawdopodobne). Mimo rzetelnej logiki, druga opcja nagle wydała się o wiele bardziej rzeczywista. Wtedy dotarło do niego, że po pierwsze podejrzanym nie może być Vlad (nie dość, że rudy, to jeszcze wampir), a po drugie skradziono część sprzętu instytutowego w postaci Łuszczańskiego. Ludwig pozwalał się poniżać, bić, strzelać do siebie podejrzanymi zaklęciami, ale żaden obcy Rumun nie będzie rozkradał jego – znaczy, tego – Instytutu dziedzictwa.
– Gdzie i kiedy ich widzieliście?
Iwan podszedł do jednego ze sprzętów. Nacisnął duży czerwony przycisk z czaszką i powoli obserwował, jak maszyna zaczyna robić kakao.
– Jakąś godzinę temu… Przemykali się prawie niezauważeni po parterze. Prawie, bo Ludowit zdeptał mi nowe bamboszki. – Iwan zrobił stosowną przerwę, w sam raz by napić się gorącego napoju. – A coś się stało kierowniku?
Przyjemnie było oglądać, jak Ludwig niczym rozjuszony byk wciąga powietrze, po czym wypuszcza je powoli. Bragiński po cichu podziwiał opanowanie kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania. Gdyby mu ktoś taki numer odwalił, pewnie skończyłby zinwentaryzowany gdzieś na jego wydziale.
– Zadajcie głupie pytania. Idziecie z nami. – Ludwig zdawał sobie sprawę, że poziom jego prywatnej wredności zbliża się niebezpiecznie do poziomu reprezentowanego przez Związek Słowian.
Młodszy Beilschmidt miał tylko cichą nadzieję, że Warzner zdąży przyjść, zanim przerobi wszystkich Słowian w promieniu pięciu metrów na pierze.

CDN.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s