Instytut Badań Czarów i Magii cz.7

Podłożył Łukasiewiczowi nogę.
Feliks zaliczył długi i pełen gracji lot zakończony spotkaniem czoło–zad kucyka. Spłoszone zwierzę wierzgnęło i pognało po klatce schodowej.
– No zajebiście! Gratuluję, popaprańcu! – wrzasnął Sørensen. – Rozjebałeś ostatniego kucyka!
Łukasiewicz nie raczył odpowiedzieć na to niesprawiedliwe oskarżenie, zajęty tamowaniem krwotoku z nosa. Lorinaitis i Vlad przyglądali się temu, jeden z mściwą satysfakcją, drugi z żywym zainteresowaniem.
– Dobrze, że już nie jesteś kierownikiem Wydziału Szczęścia przy Głupocie, bo szczęście cię ostatnio opuściło, a głupota się podwoiła – stwierdził pogodnie Vlad.
– Powi–ene–s u–odz–ć sie t–ollem, a n–e –ampi–em – powiedział Feliks przez nos.
– Nie urodziłem się wampirem – żachnął się teatralnie Vlad.
– PO PIERWSZE! – ryknął Ludwig. – Nataszo Arlowskajo, mówiłem, żebyście nie prowadziła badań na pracownikach Instytutu. To w złym guście.
– Chyba że już nie żyją – Lorinaitis stanął w obronie kierowniczki Wydziału Zgonów Magicznych.
– Nie, to nadal jest w złym guście – mruknął Vlad.
– Gatunkista – syknął Taurys. – A zombie?
– PO DRUGIE! – ryknął po raz kolejny Ludwig. Pan Roman, wilkołak, naciągnął uszy na policzki. – Sørensen! Czemu prowadzicie badania na kucykach!? Są niebezpieczne, w przeciwieństwie do tęczowych pand, które mają ten sam poziom niestabilności egzystencjalnej.
Kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu aż zgubił czapeczkę z oburzenia.
– Niższy – wycedził przez zęby – panie kierowniku…
– Widziałem wskaźniki…
– Z całym szacunkiem, dyrektorze, ale to ja jestem kierownikiem Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu – oznajmił rozeźlony kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu.
Ludwigowi zadrgała brew. – Tak czy inaczej, dlaczego nie używacie tęczowych pand? Wyniki badań mieściłyby się w odchyleniu standardowym!
Łukasiewicz krwawił. Lorinaitis spoglądał na pana Romana, wilkołaka. Pan Roman, wilkołak, spoglądał na Łukasiewicza. Arlowskaja wyjęła trzy świadectwa zgonu. Na górze dwóch wpisała dane kucyków: Kucyk zagryziony i Kucyk rozstrzelany, po czym utkwiła wyczekujący wzrok w Feliksie.
Vlad przekrzywił głowę, jakby krwawy szlaczek na ścianie miał od tego diametralnie zmienić swój wygląd.
– Bo Wang powiedział, że jeśli jeszcze raz tkniemy tęczowe pandy, to nabije nam zadki prochem, wystrzeli z przybudówki dla smoków i rozpryśnie w napis Chiny – poskarżył się Sørensen. Przez chwilę analizował specyficzną minę Ludwiga i stwierdził, że musi dokonać korekty swojego oskarżenia. – No, nie ujął tego dokładnie tak, ale to wyzierało z jego oczu!
Młodszy Beilschmidt wykonał gest, który obecnie rozwydrzona przez nadmiar pieniędzy i Internetu młodzież nazywa facepalmem.
– A lamy? – zaryzykował.
– Lamy? – oburzył się Sørensen. – Lamy nie są egzystencjalne.
– A kucyki są…?
– Wskaźniki nie kłamią, panie dyrektorze.
Dalszą rozmowę zakłócił krótki, ale bardzo znaczący wrzask. Pan Roman, wilkołak, wgryzł się w prawy pośladek Vlada.
– Przepraszam!? – syknął wampir, zerkając pod pachę.
– Ije, ho a pszehaszam – wycedził pan Roman, wilkołak. – Ahe w pszehiwnym hazie habiłbym hana Hukahiewiha.
– Tylko że ja wcale nie chciałem poświęcić swojej dupy na ratowanie Łukasiewicza – oznajmił Vlad.
– Czy teraz jego tyłek obrośnie rudym włosiem? – zapytał Feliks.
Lorinairis, specjalista od tematu odrzekł, spełniając przy tym oczekiwania, jakie ludzie mają przeważnie wobec specjalistów, czyli potwierdzenie tego, co już wiedzą:
– Niewykluczone. Panie Romanie, to świadomy atak, brawo, robi pan postępy.
Pan Roman, wilkołak, puścił pośladek Vlada, przysiadł w kucki i zamerdał ogonem. Arlowskaja patrzyła na trzeci, pusty formularz i nie wyglądała na zadowoloną. Ludzie ogólnie nie lubili tego momentu, kiedy Natasza Arlowskaja była niezadowolona. Większość pracowników Instytutu preferowała raczej sytuację, w której jakiś nieszczęśnik – zapewne inny pracownik należący w tej chwili do mniejszości – leżał w kałuży krwi, jego członki zwisały z mebli, a kierowniczka Wydziału Zgonów Magicznych była usatysfakcjonowana. To nie generowało kłopotów i dawało złudne poczucie bezpieczeństwa, że śmierć i wypadki przytrafiają się innym. Krążyły instytutowe plotki, jakoby Związek Słowian miał mieć tajną umowę z Kostuchą. Co bardziej inteligentni wiedzieli, że nawet Ponury Żniwiarz nie odważyłby się podpisywać żadnych dokumentów sporządzonych przez Wärznera. Ten człowiek dbał tylko i wyłącznie o interes podopiecznych, a czasami w przypływie dobrego humoru znajdował kompromis pomiędzy Związkiem Słowian a Ludwigiem.
Johanna Wärznera jednak w zasięgu wzroku nie było i młodszy Beilschmidt musiał radzić sobie z rozczarowaniem Arlowskaji sam.
– Nataszo Arlowskajo – zaczął tonem zarezerwowanym dla osób noszących dwudziestocentymetrowy nóż pod spódnicą, jakby to była pończoszka. Nie mógł jednak kontynuować wywodu, bo po pierwsze nie miał pomysłu, a po drugie tuż obok niego przeleciał topór i wbił się w ścianę. Ważka, nieszczęsne stworzenie mające wyjątkowego pecha, opadło po dwóch stronach narzędzia zbrodni.
Pan Roman, wilkołak, zjeżył sierść i zawarczał. Lorinaitis westchnął:
– Musicie tak go stresować? Pogorszyło mu się.
Wyciągnął z kieszeni psiego chrupka i tym obłaskawił pana Romana. Łukasiewicz przyjrzał się uważnie, po czym sam buchnął z kieszeni kierownika Wydziału Likantropii kolejne ukruszone ciasteczko i też poczęstował wilkołaka. Pan Roman z zaangażowaniem polizał go po twarzy. Mircea Enescu, zwany Vladem, skrzywił się, co pewnie spotęgowałoby pogwałcenie już i tak dostatecznie obrażonych uczuć estetycznych każdego ortodonty, gdyby takowy przechadzał się po trzecim piętrze. Arlowskaja kucnęła przy równych połowach ważki. Ludwig poczuł, że po karku spływa mu kropla potu. Topór wbity był w ścianę pod takim kątem, że nie mógł nim rzucić Sørensen.
– Ładne rzeczy! Bez raportu i skargi się nie obędzie – powiedział stanowczo kierownik Wydziału Bezpieczeństwa.
Bernhard Oxenstierna wynurzył się znikąd, choć istniało prawdopodobieństwo, że schodził właśnie po schodach. Kiedy spojrzało się kolejno na kierowników Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu i Wydziału Bezpieczeństwa, trudno było uwierzyć, że są ze sobą spokrewnieni.
– Ej no, kuzynie, egzystencja nigdy nie kopnęła cię w zad? – zapytał markotnie Sørensen, a Ludwig zaczął się zastanawiać, czy wszystko na tym piętrze musi przejawiać zainteresowanie częściami ciała poniżej pasa.
– Nie – odparł Oxenstierna i wyciągnął kajecik.
– Nawet taka agresywna? No przecież zdarza się, że nam wszystkim puszczają nerwy, czemu z egzystencją miałoby być inaczej?
Kierownik Wydziału Bezpieczeństwa posłał kuzynowi firmowe spojrzenie.
– Co to jest? – zapytał wskazując na Ludwiga. Po chwili zreflektował się i przesunął palec odrobinę w prawo. – Co to jest? To jest topór. Zaczarowany topór. Broń magiczna jest zakazana, chyba że stanowi materiał badań, ale na to trzeba mieć pozwolenie e sto pięć albo f trzysta dwa. Produkowanie broni magicznej zabronione jest w statucie, rozdział drugi, ustęp czwarty, paragraf piąty. Można jednak uzyskać specjalne pozwolenie o sto osiem. Do tego należy wypełnić formularz sto dziewięć be, a także załączyć zaświadczenie o posiadaniu formularza dwieście dwadzieścia pięć zet.
– Dwieście dwadzieścia pięć wu – oznajmił Ludwig.
Bernhard Oxenstierna poprawił okulary na nosie i rzucił przelotne spojrzenie na kierowników Wydziału Likantropii, Wydziału Badań nad Krwią oraz Wydziału Klątw. Ten ostatni siedział na podłodze i głaskał pana Romana, wilkołaka, przedostatni miał zazdrosną minę, a jeszcze wcześniejszy przyglądał się Nataszy Arlowskaji, stukając małym palcem w kieł.
– Z całym szacunkiem, dyrektorze, ale jestem pewien, że było to zaświadczenie o posiadaniu formularza dwieście dwadzieścia pięć ZET.
– Obawiam się, że będę musiał was wysłać na szkolenie douczające, ponieważ dałbym sobie pensję obciąć, że w sprawie produkcji broni niezbędne jest pozwolenie o sto osiem, a dodatkowo wypełnienie formularzu sto dziewięć be i załączenie zaświadczenia o posiadaniu formularza dwieście dwadzieścia pięć WU.
Atmosfera na piętrze trzecim zgęstniała. Lorinaitis zaczął odciągać pana Romana z wyraźnym zamiarem zaszycia się na swoim wydziale. Vlad splótł ręce za głową. Arlowskaja próbowała złączyć dwie połówki ważki w jedną całą ważkę.
– Ja się w tym nie orientuję, my od tego mamy Jaśka, co nie Tasiu? – powiedział Łukasiewicz.
– Ja mam Gilberta od tego, żeby obchodzić przepisy – mruknął kierownik Wydziału Badań nad Krwią, którego autorka z pewnością nazwałaby wampirem, gdyby Lorinaitis nie zarzucił jej gatunkizmu.
– Wszystko jedno! – Sørensen zaczął wymachiwać rękami w panice. – I tak nie mam zamiaru składać tego podania! To jest różdżka!
– W kształcie topora? – zachmurzył się Oxenstierna.
– A co? – burknął buńczucznie kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu. – Nie można?
– NIE.
Sørensen jęknął przeciągle, załamał ręce i podszedł do topora, mijając Ludwiga. Zręcznie wyciągnął broń ze ściany, ignorując kucającą u jego stóp Arlowskaję. Większość mężczyzn chciałaby mieć głowę młodej kobiety na tym poziomie, lecz w przypadku kierowniczki Wydziału Zgonów Magicznych każdy szanujący się przedstawiciel brzydszej płci pomyślałby raczej o podwójnych ochraniaczach na nabiał. Sørensen zgrabnym ruchem wydłużył rączkę topora.
– Teraz lepiej?
Oxenstierna patrzył na kuzyna jak na mrówkojada z alergią na mrówki. Sprawiał wrażenie, że ma ochotę napisać na czole Sørensena „SIEROTA”.
– To jest halabarda – oznajmił w końcu po dłuższej chwili walki ze sobą. – Nie różni się od topora, jeśli chodzi o zaklasyfikowanie jej jako broń.
Kierownik Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu spróbował zrobić dobrą minę do złej gry, ale ciężko mu szło, prawdopodobnie głównie dlatego, że ze zbałamuceniem Bernharda miał problemy nawet Vlad.
– Co więcej – kontynuował Oxenstierna, a Ludwig nie umiał ukryć podziwu dla niego – lepiej się pilnujcie, bo w ramach obcinania kosztów sugerowano połączenie was i Héderváry w jeden wydział. Z tego co mi wiadomo, Héderváry podeszła do tego entuzjastycznie. Jedynie Macháčková wyraziła wątpliwości natury etycznej, że wystawienie was na działanie depresjomagii jest bestialstwem.
O ile Ludwig pamiętał, to Macháčková faktycznie mówiła, że połączenie Wydziału Agresywnego Egzystencjalizmu i Wydziału Depresjomagii jest bestialstwem, ale tylko dlatego, że Sørensen będzie wystawiony na działanie towarzystwa Héderváry. Młodszy Beilschmidt nie do końca rozumiał animozje pomiędzy tymi dwoma pracownicami.
Jakikolwiek był powód, Sørensen zbladł. Ludwig uznał, że nie ma nic do roboty na tym piętrze, a potem przypomniał sobie, że teraz czeka go piwnica, chyba że postanowi spróbować jeszcze raz sprawdzić Wydział Psychomagii albo też skontroluje Wydział Kontroli i Nadzoru, co było raczej samo w sobie debilizmem. Sekretariatu także wolał nie odwiedzać. Zwingli wystarczająco dobrze na każdym kroku pokazywał, że nie obejmuje go Ludwigowa strefa wpływów. Mógł sobie połazić po przybudówce na jednorożce…
Nie. Podjął męską decyzję.
– Łukasiewicz. Enescu, Lorinaitis, idziecie ze mną na Wydział Ściśle Tajnych Badań w poszukiwaniu piętra czwartego.

CDN.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s