Instytut Badań Czarów i Magii cz.5

Ludwig spojrzał na kosmitę. Marsjanin wydał z siebie głośne „BYE-BYE”, zatrząsnął się i zniknął. Młodszy Beilschmidt westchnął i udał się do sąsiedniego Wydziału Nieśmiertelności. Mnóstwo laborantów pracowało mechanicznie w ciszy. Kilka dubletów Wanga Yao przechadzało się i doglądało pracy. Jeden z nich powitał grzecznie Ludwiga i oprowadził po jednostce. Kuleczki rtęci umykały spod stóp, gdy przechodzili obok kolejnych stanowisk.
– Ta oktarynowa wyciskarka do soku wymyślona przez Vargasów w zeszłym roku to tak naprawdę nasz projekt sprzed kilku wieków – mówił bezbarwnym głosem dublet i pokazywał szkice. – A wirujący kebab z Wydziału Wirowań to też nasz projekt. Podobnie jak ostatni hit sezonu Wydziału Obronno-Zaczepnego – długopis samowybijający oko, każdemu próbującemu ugryźć jego końcówkę, a nie będącemu prawowitym właścicielem. Nie chodzi nam o pieniądze, co to, to nie, ale o prawdę, a prawdą jest, że byliśmy pierwsi.
Ludwig potakiwał głową, bo nie widział innego wyjścia. Jeśli nie zaprotokołuje tych słów, one nie będą istniały. Cóż za wspaniała perspektywa…
W przybudówce dla smoków, zawieszonej w powietrzu, pochrapywał Kapursi, a obok niego wygrzewał się smukły smok chiński. Otworzył jedno oko, zerknął na Ludwiga i olał go w iście Njegošowym stylu.
Młodszy Beilschmidt pożegnał się grzecznie. Domyślał się, gdzie może być Wang Yao, więc przyspieszył kroku, przelotnie zaglądając tylko na Wydział Komunikacji Międzyświatowej. Jones przystąpił do remontowania dachu. Ludwig był na półpiętrze, kiedy usłyszał wzburzony krzyk Havla, nie mniej gniewny wrzask Yao i nieco nieśmiałe pytanie Väinämöinena:
– Weź, grzybie, wypierdalaj z tą rtęcią!
– Podły xiaoren!
– Piliśmy kiedyś rtęciówkę?
– Mózg ci przeżarło?! Trzymaj wyżej dywan!
Ludwig na wszelki wypadek wstąpił jeszcze raz na Wydział Marzeń Sennych. Kilka kotów obudziło się i ewakuowało przez odchylone okno. Od wewnątrz może i było to szóste piętro, ale od zewnątrz najwyżej drugie. Liczba zwierzaków śniących o lampie naftowej zwiększyła się do kilkunastu. Kierownik Administracji i Zarządzania postanowił zapytać o to Kapursiego przy okazji.
Na Wydziale Samozadowolenia została tylko samotna trójoka lama i zgraja laborantek malujących z poświęceniem paznokcie. Carriedo najwyraźniej udał się do Sekretariatu w celu opatrzenia dłoni. Lokapala z Biura Pośrednictwa też się ulotniła. Jedynie maszyna von Bocka z Wydziału Mechaniki i Magisieci pikała w swoim własnym rytmie. Może jednak zbyt rytmicznie, żeby działać. Ludwig podszedł do niej. Na niebieskim tle wyskakiwały kolejne białe napisy:
[błąd: za mało kawy] + [błąd: za mało kawy] + [błąd: za mało kawy]
Młodszy Beilschmidt uznał, że von Bock sam sobie z tym poradzi w odpowiednim czasie.
Piętro piąte zajmowały dość przyjazne wydziały. Gupta Muhammad Hassan z Wydziału Historii Magii spokojnie pracował nad monografią Państwo krokodyli. Od jajka po torebkę. Dochodził do siódmego tomu. Był spokojnym człowiekiem, jeśli dało mu się przestrzeń. Naciskany potrafił zrobić zadymę jak Związek Słowian z powodu próby wprowadzenia przepisu o zakazie spożywania napojów fermentacyjnych podczas badań.
Poza Wangiem Yao, Gupta Muhammad Hassan był również najstarszym czynnym badaczem Instytutu i Ludwig odnosił się do niego z szacunkiem. Nie przeszkadzając zbytnio kierownikowi Wydziału Historii Magii, opuścił szybko jednostkę. Na korytarzu spotkał dubleta Wärznera.
– Czemu mi nie powiedzieliście, że Słowianie destylują książki? – zapytał z urazą, właściwie tylko po to, żeby się wyżyć.
Dublet spojrzał na kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania zbyt tępo, żeby być dubletem Wärznera.
– Łušćanski – powiedział zmęczonym głosem Ludwig. – Pomyliłem was z Wärznerem.
Ludowit Łušćanski był… Ciężko powiedzieć kim był. Kiedy młodszy Beilschmidt przejmował kierownictwo Instytutu Łušćanski już tu… istniał. Nie figurował w żadnych dokumentach, nie pobierał pensji, nie przysługiwało mu prawo urlopu ani do opieki zdrowotnej. Jadał na stołówce i sypiał w różnych miejscach Instytutu. Pracownicy darzyli go szacunkiem i udostępniali swoje laboratoria.
Łušćanski prowadził wiele skomplikowanych badań dotyczący autonomii jednostki, wolnej woli oraz specjalizował się w odpędzaniu demonów. Przynajmniej tyle Ludwig słyszał, bo żadnych oficjalnych raportów nie dostawał.
Po Instytucie krążyła plotka, że Łušćanski jest dubletem Wärznera (rzeczywiście, nieco go przypominał, poza tym, że prawdziwe dublety Wärznera miały zdecydowanie przytomniejszy wzrok i lepszy refleks), który zyskał świadomość. Nikt jednak nie chciał tego sprawdzać, choć najprostsza metoda obejmowała wsadzenie szpilki w zad delikwenta. Robienie krzywdy Łušćanskiemu przypominało kopanie zmokłego spaniela.
Wärzner wzięty raz na spytki wyraźnie zaznaczył, że Łušćanski jest znacznie starszy i bardziej uzdolniony niż się wszystkim wydaje, tylko wiele w życiu mu nie wyszło. Ludwig zastanawiał się nad przyznaniem mężczyźnie wydziału i wciągnięcie go na listę naukowców, ale to pociągnęłoby za sobą wiele papierkowej roboty oraz obowiązku zadawania niewygodnych i niedyskretnych pytań. Jeśli Łušćanskiemu taki stan rzeczy odpowiadał, nie należało pchać palców między drzwi.
Mężczyzna zaczął grzebać w kieszeniach poplamionego fartucha. Po chwili wyciągnął kamyczek świecący tak jasno, że Ludwig musiał osłonić oczy. Kiedy minął pierwszy szok, nastąpił kolejny. Światło przybrało postać antropomorficznego ducha, który objął cały korytarz.
– To… Pantarb – wyjąkał młodszy Beischmidt. Legendarny kamień przyciągający złoto.
– Nie – burknął Ludowit – zapalniczka znowu mi się przepaliła. Ma pan ogień?
– To pantarb! – zaprotestował Ludwig.
– Skoro pan tak mówi. – Łušćanski wzruszył ramionami. – Wymienię go na pudełko zapałek. Zapałki zawsze są niezawodne, a od kiedy wprowadzili ewidencję, nie mogę nigdzie dorwać żadnego pudełka. Za pana ojca, za przeproszeniem, kierowniku, było lepiej pod tym względem, mogłem dostać tyle pudełek zapałek, ile chciałem. A zapałki to bardzo przydatna rzecz. Fajka, grill, zioło, kuchenka, świeczka… To się nazywa uniwersalność i przydatność, a nie przypadkowe wybuchanie światłem i przyciąganie starych monet. Gdzie w tym coś dobrego? Gdyby przyciągało banknoty, nie powiem, taka zapalniczka byłaby całkiem niezła, nawet gdyby dało się ją odpalić raz na pięć razy. Ale złoto? To stan zniewolenia umysłu jednostki. Po co ktoś chciałby je mieć? Ładnie wygląda, owszem, ale jaki z niego pożytek?
Duch powstały ze światła obrzucił Łušćanskiego pochmurnym spojrzeniem.
Ludwig drżącymi rękami wziął bezcenny kamień. Z pietyzmem schował go do wewnętrznej kieszeni. Jasność zniknęła.
– Zapałki – zażądał Ludowit.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania uznał, że nawet nie ma sensu pytać o pantarb. Umysł Łušćanskiego wraz z logiką i zdolnością porozumienia znajdował się w zupełnie innych wymiarach niż Ludwigowy. Młodszy Beilschmidt poszukał po kieszeniach zapałek. Pozbywał się ich z niechęcią, bo pudełko zapałek stanowiło przedmiot, bez którego w Instytucie żaden badacz nie mógł się obejść. W dodatku teraz będzie musiał iść do ewidencji i zgłosić zgubę, a potem czekać na wydanie następnej paczki. Z drugiej strony… Wszedł w posiadanie pantrabu.
Z Wydziału Wirowań wyjrzał Sadiq Adnan w ochronnych goglach. Nie rozstawał się z nimi. Nawet w nich jadał i nie straszne mu były walki na jedzenie.
– Czekamy na szefa od godziny.
Mężczyzna o śniadej skórze był wyraźnie podekscytowany. Ludwig udał się za nim do laboratorium Wydziału Wirowań. Laborantki wodziły łakomym wzrokiem za kierownikiem Wydziały Administracji i Zarządzania. Młodszy Beilschmidt zignorował je i zaciekawił się rządkiem urządzeń przypominających pralki.
– Sadiqu Adnanie, a co to za badania?
– To? – Adnan zaśmiał się rubasznie. – Pralnie do nas przenieśli tymczasowo.
– Uh – skomentował Ludwig, próbując ukryć zażenowanie. Zupełnie zapomniał o wypadku sprzed miesiąca, kiedy coś wyszło z kanałów, przepełzło przez Wydział Ściśle Tajnych Badań, skąd wygonił je sam kierownik, Iwan Bragiński, zdechło tuż przy wejściu do pralni, wydzielając smród tak okrutny, że rury odrdzewiały i okazało się, że tak właściwie to nie mają już rur w piwnicy.
Sadiq Adnan wskazał na wielki gar. Na powierzchni naczynia zbierały się szumowiny, wirując spokojnie. Ludwig spojrzał nerwowo.
– To sos – oznajmił kierownik Wydziału Wirowań, a brzmiał jak dumny ojciec.
– Sos – przyznał młodszy Beilschmidt.
– W mojej pracy nad bojowym zastosowaniem kebabu doszedłem do przełomu. Wszystkiemu winien jest sos. ES-O-ES. Sos. To on odpowiada czynności eksterminacyjne. Odpowiednio ostry lub gorzki pozwoli oszczędzić ofiary wśród zwykłych zjadaczy baraniny. Wprowadzając kebab w wirowanie osiąga się celną wyrzutnię sosu.
Ludwig pokiwał głową z uznaniem.
– Kierowniku, nie będę owijał w bawełnę – rzekł poważnie Adnan. Gogle wpatrywały się w Ludwiga. – Potrzebne mi miejsce do przeprowadzenia eksperymentu.
Kierownikowi Administracji i Zarządzania spadł kamień z serca.
– Proszę złożyć podanie numer e sto siedemdziesiąt pięć. Lądowisko UFO zostanie przygotowane na podany przez pana termin.
– Złożyłem już formularz de trzy.
Sos w kociołku zabulgotał złowrogo.
– De trzy tyczy się tylko przeprowadzania niebezpiecznych eksperymentów wewnątrz budynku Instytutu. – Ludwig potarł niecierpliwie nasadę nosa. Adnan chrząkał od jakiegoś czasu, uśmiechając się łobuzersko. Właśnie dlatego młodszy Beischmidt postanowił nie dać mu szybko dojść do głosu. – Ale dobrze. W takim razie będziemy musieli znowu przenieść pralnię. O ile pamiętam przepustowość rur pozwalała na to jeszcze tylko na Wydziale Alchemii. No cóż, Havel będzie musiał się ścieśnić ze swoim sprzętem.
– Nie, kierowniku, nie tutaj. W formularzu zgłosiłem o udostępnienie mi pracowni Wydziału Marzeń Sennych.
– Przecież już dostaliście te pomieszczenia, kiedy wydział przeniesiono piętro niżej – przypomniał zmęczony Ludwig. Animozje między pracownikami denerwowały go.
– No i właśnie o obecne pomieszczenia Wydziału Marzeń mi chodzi. Mają idealne usytuowanie. Kapursi i tak jest na urlopie.
– Nie, jedyne na co możecie liczyć Sadiqu Adnanie to lądowisko dla UFO – zakończył rozmowę kierownik Administracji i Zarządzania.
Wychodząc z Wydziału Wirowań zauważył, że zaczyna boleć go głowa i robi się coraz bardziej poirytowany. Na szczęście męczący kierownik Wydziału Nadekspresji, Im Yong Soo, realnie i fizycznie był na urlopie i zatruwał życie innym. Potrafił składać raporty do raportów Wanga Yao. Dotyczyły plagiatu plagiatu, gdyż Im Yong Soo uważał, że wszystko, co zrobił lub miał zrobić Wydział Nieśmiertelności, nieco wcześniej wymyślił Wydział Nadekspresji, którego ekspresyjność nie pozwalała na wyrażenie pomysłu. A przynajmniej wyrażenie go w dobrym czasie.
W Dziale Wydajności Kiku Honda pracował równie nerwowo, co jego asystenci. Tony makulatury przewalały się z półki na półkę, były księgowane, oznaczane, katalogowane, układane do teczek, teczki do segregatorów, a segregatory do półek. W niespokojnych ruchach Ludwig przeczuwał wcześniejszy cynk, że robi obchód.
– Świetnie wam idzie – pochwalił a wszyscy pracownicy gięli się grzecznie, uśmiechając nieśmiało.
Honda poderwał się gwałtownie znad biurka i pośpieszył do kierownika Administracji i Zarządzania. Szczegółowo opisał, co zostało przerobione, a co dopiero będzie. Ludwig wiedział, że Dział Wydajności działał bezustannie, chyba że wychodziło odgórne rozporządzenie o zawieszeniu pracy.
Uwagę młodszego Beischmidta przykuł kawałek kolorowej okładki wystającej spod stosu papierzysk. Honda pochwycił jego wzrok.
– To czasopismo branżowe! – zapewnił gorliwie.
Ludwig przesunął dokumenty i otworzył magazyn. Nie miał czasu na czytanie takich rzeczy i właściwie mu tego brakowało. Kiepsko orientował się w nowościach w branży. Kiedy dotarło do niego, że widzi wielkiego kraba z gigantycznymi oczami wpychającego duże szczypce do muszelki małego małża, zamknął gazetę. W sumie Honda prawie nie skłamał. Młodszy Beilschmidt wątpił, czy podobne czasopismo znalazłoby rynek zbytu poza Instytutem.
Uśmiechnął się do drżącego i zawstydzonego Hondy. Poklepał go krzepiąco po plecach, ignorując mdłości. Sam nie wiedział, co gorsze: wizja międzygatunkowego molestowania czy perspektywa obchodu piętra trzeciego. Czwarte zdecydowanie sobie odpuścił. W końcu takie urocze miejsce pełne demonów, zapomnianych bogów, diabłów wszelkiego rodzaju, niezbyt przyjemnych zaklęć i tym podobnych mogło sobie egzystować dalej bez wizytacji Ludwiga. Chociaż – po namyśle – i tak było to bardziej przyjazne miejsce niż trzecie piętro…
CDN

Reklamy

2 thoughts on “Instytut Badań Czarów i Magii cz.5

  1. Kolejna część jest cudowna. Naprawdę zazdroszczę Ci pomysłowości. W życiu bym nie potrafiła tak wszystkiego ująć. Bardzo mi się podoba, że postacie są indywidualne. Nie ma żadnych typowych paringów, każdy ma swój charakter, swoje obowiązki i wypełnia je z większym, lub mniejszym zaangażowaniem.

    Btw, Czyli skończyłaś opowiadanie i będziesz tylko wklejać, czy dalej piszesz? Jeśli już skończyłaś to mam nadzieję, że ukaże się jak najszybciej, bo czeka mnie od następnego tygodnia remont i będę musiała na miesiąc pożegnać się z Internetem 

    • Opowiadanie się pisze w zależności od moich humorów lepiej lub gorzej. Widzę światełko na końcu tunelu i wiem, że to nie pociąg, bo ta linia już nieuczęszczana. Następna część zawiśnie przez weekend, a przynajmniej taki jest plan. Cały fanfic będzie składał się z siedmiu albo ośmiu części. Wiem, co mam napisać w ogóle, nie wiem co w szczególe.

      Bardzo dziękuję za komentarz 🙂 To bardzo budujące wiedzieć, że moja zabawa wydaje się zabawna także komuś innemu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s