Czarne słońce – 2.1

Rozdział drugi

Dojechali nieco po południu. Dworek składał się z dwukondygnacyjnego budynku o wysokich oknach i prostopadłego do niego, skromniejszego, domu dla służby. Julii jednak nie interesowała ani elewacja, ani zadbany podjazd. Z całego serca miała już dość nowej sukni. Pokojówka, która rano pomagała jej zawiązać gorset, bardzo chętnie wdała się w rozmowę i była wyjątkowo miła, ale zdecydowanie za mocno go ścisnęła. Julia musiała siedzieć w powozie wyprostowana, jakby do pleców przywiązano jej deskę. Chciała w końcu wysiąść i jakoś go poluźnić.

Gilbert przywitał ich osobiście. Uśmiechnięty od ucha do ucha wyszedł im na spotkanie przed budynek. Julia z premedytacją udała, że go nie zauważyła. Była ciekawa czy Erzsébet już jest, ale za nic w świecie nie chciała odzywać się do Prus pierwsza. Milczała zatem z trudem znosząc wymianę grzeczności między gospodarzem a jej bratem. Nie rozumiała, po co Feliks stara się być taki miły. Poza tym rozmawiali po łacinie chwilami przeplatając ją z francuskim. To też było dla niej jakieś nienaturalne. Po pierwsze Gilbert znał język polski. Oczywiście kaleczył go, zdaniem Julii okrutnie, ale znał, więc po co było używać innych?

— Edelstein i panna Héderváry jeszcze nie dojechali, ale powinni być tu przed wieczorem. Za to Albrecht już jest. Podobnie panna Wärzner i Schilke, którzy przyjechali razem.

Feliks uśmiechnął się słysząc zawistną nutę w głosie Prus, ale jej nie skomentował. Podobnie Julia, która poza Węgrami niespecjalnie kojarzyła, o kim mowa.

— Zatem wszyscy zjadą się z wyprzedzeniem.

— Na to wygląda.

— Takie zjawisko należy podziwiać wypoczętym — dobiegł ich wysoki kobiecy głos.

Gilbert odwrócił się, a Feliks skłonił się w pół i postąpił kilka kroków do przodu, aby ucałować dłoń kobiety stojącej w progu. Julia przyglądała się jej z niechęcią odmalowaną na twarzy. Panna wyglądała jakby byle silniejszy wiatr mógł ją porwać i unieść gdzieś daleko. Jedyne, co mogło temu zapobiec, to suknia — zadecydowała. Jej własna nie była lekka, a ta noszona przez kobietę wydawał się być jeszcze cięższa. Czerwone sukno spływało kaskadą aż do ziemi, a obszyty perełkami dekolt odsłaniał blade ramiona i lekko opinał drobne piersi. Wzdrygnęła się, gdy Feliks zaczął prawić jej komplementy.

— Julio. — Skinął na nią i chcąc nie chcąc musiała porzucić swoje obserwacje i podejść do niego. Suknia sunęła po wysypanej kamykami ścieżce i zawijała tak, jakby koniecznie chciała, aby Julia ją przydepnęła. — Johanno, pozwól że ci przedstawię — zwrócił się do starszej z kobiet. — Moja… kuzynka, Julia. Województwo ruskie. Julio, poznaj proszę Elektorat Saksonii, Johannę Wärzner.

Kuzynka! — zawyło coś w Julii. A przecież ona od lat uważała go za swojego brata. On sam nazywał ją swoją siostrą, a tu nagle nazwał ją kuzynką! Spojrzała na niego mrużąc oczy, ale on akurat patrzył na Johannę.

— Miło mi poznać — odezwała się kobieta.

— Mi również — bąknęła Julia poświęcając jej jedynie krótkie spojrzenie.

W myślach natomiast układała sobie rozmowę, jaką będzie musiała jeszcze tego dnia przeprowadzić z Feliksem. Kuzynka! Nie mogła tego przeboleć.

— Przed chwilą poprosiłam służbę, aby nakryła nam w ogrodzie do podwieczorku. Dołączycie do nas, czy po podróży chcielibyście raczej odpocząć? Pokoje są przygotowane.

— Ledwie dzień tu jesteś, a już zachowujesz się jak u siebie — roześmiał się Gilbert.

— Ktoś musi z odpowiednią dozą troski zająć się twoimi gośćmi — odparła patrząc na niego lekko zmrużonymi oczyma. — Bardzo chętnie scedowałabym ten obowiązek na kogoś innego, ale widać nie jest mi to dane. Chociaż wskazanie pokoi mogłabym w sumie pozostawić tobie. Jest dziś duszno i pokonywanie schodów w tę i na zad nie jest rozrywką, o której marzyłam. Wraz z Albrechtem i Sebastianem poczekamy na was w ogrodzie — ostatnie powiedziała do Feliksa.

Uśmiechnęła się i wycofała w głąb dworku. Julia odprowadziła ją niechętnym wzrokiem i z niesmakiem zauważyła, że Feliks zdawał się nie podzielać jej uczucia. O tym też musiała z nim porozmawiać. Przecież ta kobietka pewnikiem robiła słodkie oczy do każdego kawalera. I co w ogóle miało znaczyć to jej uśmiechanie się, mrużenie oczu i reszta przedstawienia?! Miała nadzieję, że Węgry szybko przyjedzie, bo nie chciała być skazana na towarzystwo tej kokietki.

Gilbert skinął na jednego z mężczyzn pomagających ściągać kufry z powozu i wydał mu polecenia, których Julia nie zrozumiała.

— Rudolf zadba o wasze rzeczy i zakwaterowanie waszej służby — zwrócił się do nich. — Tymczasem, jeśli chcecie skorzystać z zaproszenia tymczasowej damy na włościach, to zapraszam za mną. I nie mówcie jej, że z niej kpię, bo ona o tym wie, ale póki tkwimy w niedopowiedzeniach, to nie muszę się obawiać o swoje życie — roześmiał się.

— Niebezpieczną grę prowadzisz.

— A gdzieżby tam — prychnął i zatrzymał na moment wzrok na Feliksie, jakby ciekaw był czy ten jakoś na to odpowie. Gdy to nie nastąpiło odezwał się ponownie. — Wszystko takie półżartem, ale kto by tam zrozumiał kobiety. Johanna dziś ma zły dzień i wolę jej nie drażnić bardziej, niż muszę dla zapewnienia sobie minimum rozrywki — dodał patrząc na Julię.

Poprowadził ich przez klatkę schodową i korytarz na drugą stronę budynku. Za każdym razem, gdy przechodzili przez drzwi Gilbert puszczał Julię przodem, skłaniając się nieznaczenie i była pewna, że z niej kpi. Już miała mu powiedzieć, co o tym myśli, gdy przeszli przez ostatnie i stanęli u szczytu schodków prowadzących do ogrodu. Tam w cieniu drzewa ustawiono stół i krzesła. Na misternie dzierganej serwecie pyszniły się talerzyki i kielichy. Johanna siedziała tam samotnie, podczas gdy dwóch nieznanych Julii mężczyzn rozmawiało kawałek dalej. To ku nim skierował się Feliks i dziewczyna postanowiła iść razem z nim. Przede wszystkim chciała się dowiedzieć, kim są. Z porannej rozmowy pamiętała, że poza Gilbertem mieli również być Bawaria, Brandenburgia i Austria. Tego ostatniego kojarzyła, jako kogoś związanego w jakiś sposób z Erzsébet. Widziała go nawet kilka razy, ale nie zapadł jej zbytnio w pamięć. Gdy teraz próbowała go sobie przypomnieć, udało jej się jedynie wyłowić wspomnienie kogoś niepozornego. Takiego, po którym nie było widać, że może być mocarstwem i umieć się bić. Pamiętała, że widząc go była pewna, że mogłaby go pokonać, wszak miała bardzo dobrych nauczycieli i Taurys chwalił jej postępy we władaniu pierw mieczem, a potem szablą. O pierwszych dwóch jednak nie wiedziała nic i nie umiała rozsądzić, kto jest kim, choć mężczyźni różnili się od siebie znacząco. Jeden był blondynem o posturze niedźwiedzia. To on akurat mówił i zdawało się, że nie interesuje go, ile osób może go usłyszeć. Drugi był średniego wzrostu, a jego ciemne włosy kręciły się lekko. Stał bokiem do nich i z rękoma założonymi za plecami przysłuchiwał się pierwszemu. Julia miała wrażenie, że wygląda na nieco znudzonego, ale patrząc pod tym kątem nie była pewna. Zarejestrowała za to, że Johanna na chwilę oderwała się od wyszywania i popatrzyła na nią. Julia znała ten wzrok. Czasami spoglądały na nią w ten sposób dwórki królowej, gdy ćwiczyła posługiwanie się szablą. Odwróciła głowę w stronę mężczyzn, z premedytacją ignorując kobietę.

— Ciekawe, ile twoich koni, by potrzeba, aby rozerwać te…

— Moich na pewno mniej — roześmiał się Gilbert. — Raczej się znacie — dodał ciągnąć swoją rolę gospodarza — Feliks Łukasiewicz, królestwo Polski. Albrecht Jentsch, elektorat Brandenburgii, mój dobry przyjaciel — przedstawił uśmiechając się promiennie. — Oraz Sebastian Schilke, elektorat Bawarii.

Julia zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że jej ten zdradziecki szczur nie miał zamiaru przedstawić. Zmierzyła go wzrokiem, ale on właśnie instruował służącego, jakie wino ma przynieść. Spojrzała zatem na obu mężczyzn. Pierwszy, ten którego Gilbert nazwał Albrechtem, właśnie witał się z jej bratem, drugi natomiast patrzył na nią i uśmiechał się wyraźnie czymś rozbawiony. Już chciała zapytać, co go tak bawi, że szczerzy się jak głupi do sera, gdy Feliks odezwał się głośniej, a zatem zwracając się zapewne do wszystkich.

— Pozwólcie, że przedstawię, moja kuzynka, ale bliska memu sercu niczym siostra, Julia Łukasiewicz, województwo ruskie.

Wyraz jej twarzy złagodniał nieco. Przynajmniej teraz jej brat przedstawił ją lepiej niż wcześniej. Co nie znaczyło, że puści mu płazem ten pierwszy raz. Tymczasem skłoniła lekko głowę w geście powitania i obaj mężczyźni powtórzyli ten gest. Żaden nie rwał się do całowania jej dłoni i niechby tylko spróbował! — pomyślała. To mimo wszystko byli Niemcy. Jednego wręcz Gilbert nazwał swoim przyjacielem! Nawet Feliks jej mówił, że tych dwoje się lubiło. Julia była pewna, że będzie miała oko na ciemnowłosego kawalera przez cały ich pobyt w Prusach Książęcych.

— Właśnie rozmawialiśmy o eksperymencie Magdeburskim — podjął przerwany temat blondyn, Sebastian Schilke, o ile dobrze pamiętała wywód Feliksa. — Słyszeliście o tym?

Julia zmarszczyła brwi. Domyślała się, że Magdeburg to miasto, ale nigdy o nim nie słyszała, widać leżało gdzieś na zachodzie, podczas gdy ona bardziej familiarna była z okolicami Halicza i Lwowa. Jej były Stanisławów, Stryj i Żydaczów nad Dniestrem.

— Doszły do mnie historie o tym, żadna jednak nie była z pierwszej ręki, więc nie wiem czy nieprzesadzone — odparł Feliks.

Coś tak ciekawego, że tu o tym mówią, a on jej nie powiedział — zdziwiła się i zasłuchała w opowieść Bawarczyka.

Mówił, jak wszyscy tu do tej pory, po łacinie, co nie ułatwiało Julii zrozumienia. Trochę ją uczono tego języka, ale za nim nie przepadała.

— Ja też go nie widziałem, ale Johanna tam była i mi opowiedziała. Otóż wzięli tam dwie identyczne półkule półmetrowej może średnicy i ot tak je ze sobą złączyli — powiedział i jakby dla zilustrowania złożył ze sobą dłonie. — Następnie wypompowali spomiędzy nich powietrze i puścili, a one się nie rozpadły. Na to podpięto do każdej półkuli konia, ale i ich siła to było za mało, aby je rozłączyć. Koniec końców szesnaście koni ciągnęło i dopiero takiej ilości udała się ta sztuka. Zaprawdę niesamowite.

— A Gilbert uważa, że jego koni potrzeba by mniej — dodał Albrecht.

— Oczywiście, że mniej! — żachnął się gospodarz. — Gdzie tamtym koniom do moich?!

— Nie mów hop, póki nie przeskoczysz — przestrzegł przyjaciel.

— Zamilknij Brutusie!

Bawaria zaniósł się głośnym śmiechem na ten komentarz, a Brandenburgia jedynie przewrócił oczami. Julia kątem oka pochwyciła jak Johanna kręciła głową, zapewne w dezaprobacie dla takiego głośnego zachowania. Wspomnienie dwórek królowej chichoczących cichutko za wachlarzami było aż nadto wyraźne w jej głowie. I to miało być okazywanie radości? Rozbawiony człowiek powinien się śmiać, jak ten tutaj — pomyślała i przekrzywiła głowę, aby przez chwilę lepiej widzieć Saksonkę. Kobieta już na nich nie patrzyła, choć Julia założyłaby się o swoją szabelkę, że jeszcze chwilę temu spoglądała w ich stronę. Teraz jednak jej uwaga zdawała się skupiać jedynie na trzymanej w dłoni serwecie, na której wyszywała coś błękitną nicią. Dziewczynie trudno było wyobrazić sobie bardziej nieciekawe zajęcie w tak piękny dzień.

— Te konie z pewnością były jakieś słabowite — odezwała się. — U mnie konie potrafią pociągnąć naprawdę wielkie wozy i nie potrzeba byłoby ich aż szesnastu, aby te półkule rozłączyć.

Mężczyźni spojrzeli na nią zaskoczeni i milczeli przez chwilę nieco zbyt długą, aby uznać ją jedynie za czas potrzebny do wymyślenia odpowiedzi. Znowu miała wrażenie, że Saksonka ich obserwuje. To było denerwujące.

— Może powinniśmy posłać umyślnego do Königsbergu, żeby się zorientował, czy ktoś mógłby nam tu taką demonstrację przeprowadzić? — odezwał się w końcu Sebastian. — I jeśli tak, to czym prędzej panienki konie sprowadzić. Czas mamy, o ile nas gospodarz zaraz po zaćmieniu nie postanowi wyrzucić nas z powrotem na piękne ciepłe południe.

Gilbert prychnął.

— Ciepłe południe! Te twoje góry, z których śnieg przez całe lato nie schodzi nazywasz ciepłym południem? Żarty sobie z nas stroisz?

Sebastian jedynie uśmiechnął się szeroko i nic nie odpowiedział. Nie wyglądało, aby Gilbert poczuł się tym obrażony.

— Ja ci pokażę piękno — kontynuował niezrażony. — Jutro, jak już sobie po podróży odpoczniesz, żebyś nie mógł zrzucać swojej niecelności na karb zmęczenia, urządzimy sobie polowanie. Będziesz mógł się napatrzeć jak tu pięknie, a ja się postaram, żeby cię coś nie zjadło, bo by się jeszcze Johanna zmartwiła — to mówiąc zerknął na kobietę i to samo uczynili pozostali, ale ona nawet nie podniosła głowy znad haftu, choć trudno było uwierzyć, że nie usłyszała jego słów. — A może powinienem was zabrać nad morze? Zachody słońca są tu olśniewające.

Sebastian wzdrygnął się, co Gilbert przywitał salwą śmiechu.

Ona sama była ciekawa zarówno morza jak i polowania. Oba pomysły bardzo się jej spodobały, nawet jeśli wyszły od Prus.

— Zawsze możemy zrealizować oba. My zapolujemy, nasze panie pojadą do Königsbergu poodwiedzać tamtejsze sklepy, a wieczorem urządzimy sobie wycieczkę, aby zobaczyć piękny zachód. Nie będziecie mogli narzekać, że nie zapewniam wam rozrywek — stwierdził nie odrywając wzroku od Bawarii.

Tamten jedynie przewrócił oczami.

— Ja chętnie potowarzyszę w polowaniu — oświadczyła Julia.

Feliks spojrzał na nią i westchnął, co jednak przeszło niezauważone.

— Niestety jednorożce ponoć w tych stronach nie żyją — z żalem oświadczył Gilbert. — Wówczas, Julio, na pewno skorzystalibyśmy z twych usług.

— Gilbercie! — pierwszy raz od dłuższego czasu Feliks zabrał głos, ale szybko zamilkł. Wahał się chwilę, a jego wzrok ani na moment nie oderwał się od gospodarza. W jego przenikliwie zielonych oczach czaiło się niewypowiedziane pytanie i dopiero, gdy Gilbert nieznacznie pokręcił głową odezwał się ponownie. — Mogłeś uprzedzić, że będziesz chciał zorganizować polowanie. Przywiózłbym sobie moją cieszynkę, chyba że chcesz polować na grubszego zwierza?

— To możemy ustalić, a jestem tu w posiadaniu kilku niezgorszych guldynek i jeśli ktoś strzelać umie, to z nich na pewno dzika ustrzeli — zapewnił Prusak.

— A na kuchni masz tu kogoś, kto by potem takiego dzika nie zmarnował?

— Bawarskie myślenie żołądkiem — westchnął Albrecht.

— Cóż poradzę, że śniadanie dziś wcześnie jadłem, obiadu żem skubnął na postoju w drodze, a ten podwieczorek to raczej będzie na podrażnienie mojego głodu, a nie jego zaspokojenie — odparł Sebastian pogodnie i spojrzał w stronę stołu, na którym służba skończyła już układać talerze i rychło miało pojawić się ciasto i owoce. Bardziej niż to uwagę Julii zwrócił jednak brak Johanny, która do tej pory siedziała na jednym z krzeseł, niczym jakaś przyzwoitka. Jej zniknięcie ją ucieszyło. Nie było jednak tej radości dostatecznie dużo, aby osłodzić jej to, że wyraźnie ją zignorowano. Co miał znaczyć ten komentarz o jednorożcach?! Naprawdę nie miała najmniejszej ochoty wybierać się do Królewca, aby sobie pooglądać materiały, biżuterię i co też tam jeszcze mogło być do oglądania. Polowanie brzmiało znacznie ciekawiej. I może mogłaby w końcu nauczyć się strzelać. To było coś, w czym ani Feliks, ani Taurys nie chcieli jej szkolić, uważając, że albo nie uniesie nawet cieszynki, albo że sobie krzywdę zrobi przez odrzut, albo podając sto innych wymówek. A przecież kiedyś umiała bardzo dobrze strzelać z łuku i na pewno mogłaby się nauczyć robić to równie dobrze z broni palnej.

— Przepraszam państwa, podano do stołu — odezwał się służący, zanim Julia zdążyła wyartykułować swoje myśli.

Wraz z nim pojawiła się również Johanna. Tym razem zajmowała swoje miejsce bez przyborów do haftowania i dziewczynie przeszło przez myśl, że nie mając tego zajęcia może chcieć zacząć z nią rozmawiać. Pojęcia nie miała, o czym mogłaby być taka dyskusja, aby sprawiła jej choć trochę przyjemności. O pamfletach i innych takich? Toż to było bezgranicznie nudne. Usiadła na wprost Saksonki nie tyle, co z wyboru, ale dlatego, że Feliks odsunął jej tam krzesło i trudno było go to zignorować. Zwłaszcza, że siadanie w jej nowej sukni stało się czynnością wielce niewygodną. Sam Feliks zajął miejsce obok niej, po swojej prawej stronie miała puste krzesło, a na wprost siebie Bawarię. Gilbert zajął miejsce u szczytu stołu skąd zachwalał ciasta pieczone u niego. Albrecht przysłuchiwał się temu z nikłym zainteresowaniem, dość często bowiem już tych ciast próbował, żeby mu ich zachwalać nie trzeba było. Sebastian za to bardziej zainteresowany był rozmową z Johanną. Prowadzili ją cicho, choć ciągle po łacinie, żeby nie wyglądało na to, iż próbują się wyobcować. Czego by jednak nie mówili, Gilbert i tak ich zagłuszał, wychwalając jabłka z sadu.

 

 cdn.

Reklamy

One thought on “Czarne słońce – 2.1

  1. Och… tak bardzo spodobał mi się te fanfick i nie mogę uwierzyć, że już więcej go nie ma! Błagam, kontynuujcie to! *robi słodkie oczy a la kot ze Shreka*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s