Czarne słońce 1.3

Gilbert nie był w stanie powstrzymać się od zerkania raz po raz na wschodzące słońce. Jego złota tarcza zaledwie za kilkanaście dni miała na chwilę zostać pożarta przez cień i choć zjawisko to zostało już opisane przez astronomów, to ilekroć pomyślał o zaćmieniu, czuł nieprzyjemne uwieranie w żołądku. Jakby to właśnie w nim siedział cały jego strach. Zamrugał, aby wyzbyć się czarnych mroczków, które wykwitły mu przed oczami i wrócił spojrzeniem do kartek papieru i książek, które zasłaniały cały blat biurka. Listy z Austrii i Saksonii, księgi wyniesione z biblioteki na zamku, traktaty naukowe, mapy i jego własne notatki tworzyły tu nieprzyjemny dla oka chaos, który zamierzał w końcu uporządkować. Dowiedział się z nich już wszystkiego i śmiać mu się chciało, że koniec jego badań nad wąskim fragmentem jego własnej historii zbiegł się w czasie z niesamowitym zjawiskiem na niebie. Zupełnie jakby faktycznie było w nim coś więcej niż prawa nauki, którymi opisywali je astronomowie.

— Proszę — odpowiedział na pukanie do drzwi.

Albrecht stanął w nich i obrzucił znużonym spojrzeniem bałagan.

— Właśnie to sprzątam — mruknął Gilbert. — Przyjdź za godzinę i —

— Bałagan mi nie przeszkadza — przerwał mu Brandenburczyk i zamknął za sobą drzwi. — Co innego twoje chorobliwe poświęcenie temu i niechęć mówienia czym to jest — dodał.

Gilbert nie usłyszał w słowach Albrechta wyrzutu ani nagany, a jedynie lekkie znużenie, ale domyślił się, że to wcale nie znaczy, że ich tam nie było. Jego przyjaciel niemal zawsze wyglądał na lekko znudzonego i niezainteresowanego tym, co działo się wokół niego, ale już kilka dekad wcześniej Prusak odkrył, że to w dużej mierze gra pozorów.

— To jest twój problem, Gilbercie i przyjmij to jako radę przyjaciela, a nie rozkaz — mówił dalej spokojnie jak znudzony problemami młodych tutor. Prusak słuchał go uważnie, ale powstrzymanie się od wejścia mu w słowo przychodziło mu z trudem. — Jesteś młodym krajem i wiele chcesz udowodnić chyba nawet samemu sobie i pomoc przyjmujesz tylko na warunkach, które nie godzą w twoje ego. Duma jest twoją najbardziej charakterystyczną cechą, ale w takiej sprawie mógłbyś schować ją do jednej z tych zamykanych na klucz szuflad tego biurka. A także uraczyć mnie bajką o tym, co próbujesz zgłębić nawet, jeśli wciąż nie jesteś pewien czy masz rację. Od maja powtarzasz mi, że niedługo będziesz wiedział na pewno i wtedy mi opowiesz. Ktoś mógłby się zacząć zastanawiać, czy przypadkiem nie knujesz czegoś przeciwko mnie…

Gilbert nie zaprzeczył od razu, przeczuwając że to jeszcze nie koniec. Zacisnął dłonie w pięści i w milczeniu znosił spojrzenie Albrechta. Jak rzadko dało się je opisać przymiotnikami bystre i przenikliwe, i to samo w sobie go niepokoiło. Tak długa wypowiedź stanowiła jedynie uzupełnienie. Albrecht naprawdę zaczynał w niego wątpić, a to było coś, do czego nie chciał doprowadzić.

— Mniej więcej od kwietnia ilość wiadomości, które wysyłasz i otrzymujesz z Austrii, Królestwa Czech i z Saksonii znacznie się zwiększyła. Nie kryjesz się z tym zbytnio, a chyba nie byłeś dość naiwny, aby sądzić, że w Königsbergu nie ma poczdamskich szpiegów. — Zamilkł na chwilę i uśmiechnął się pobłażliwie. — Tylko głupcy wierzą w to, że spiski przygotowuje się jedynie szeptem i z kapturami naciągniętymi na głowę — roześmiał się. — Na początku maja zapytałem cię o przyczynę tego, na pewno pamiętasz mój list… W kilka tygodni później przeniosłeś się z zamku tutaj, jakbyś uciekał spod wzroku ludzi naszego władcy.

— Albrechcie — wycedził wciąż zaciskając dłonie w pięści.

To oskarżenie uderzyło prosto w dumę, o której ledwie chwilę wcześniej mówił Brandenburczyk. Gdyby chciał spiskować, to zrobiłby to tak, żeby się Albrecht o tym nie dowiedział! Ale po co miałby zdradzać przyjaciela?!

— Słucham?

Albrecht oparł się wygodniej, rozpiął kilka guzików długiej granatowej kamizeli i dolał sobie wina, ale ani na chwilę nie spuścił z niego wzroku.

— Rozumiem — Gilbert próbował mówić spokojnie, ale nie do końca zapanował nad nutą zdenerwowania we własnym głosie — jak to z twojego punktu widzenia wygląda, ale —

— Słucham — powtórzył Brandenburczyk tonem, który dawał do zrozumienia, że „ale” nie ma racji bytu w tej rozmowie.

Gilbert poddał się. Niechętnie uznał radę przyjaciela i stłamsił własną dumę. Wiedział, że nie zdoła doprowadzić sprawy do końca tylko własnymi siłami i jego niezadowolenie tego nie zmieniało. Wyciągnął na wierzch plik zmiętych kartek i rozprostował je dłońmi. Miały nierówną jedną krawędź i Albrechta zaciekawiło skąd je wyrwano. Nim jego przyjaciel odezwał się on miał dość czasu, aby przyjrzeć się pismu, które je pokrywało. Litery były równe, dość małe i lekko pochylone na prawo. Miejscami atrament tworzył brzydkie smugi, jakby ktoś przesunął po stronie dłonią nim ten na dobre wysechł. Język z całą pewnością był niemieckim.

— To kawałek dziennika Johanny — oznajmił Gilbert nie oderwawszy od nich wzroku.

Albrecht nie poganiał go. Milczał i cierpliwie czekał na wyjaśnienia.

— Wyrwała strony, które uznała za ważne dla mojej sprawy i zamazała wszystko, co byłoby dla niej kompromitujące. To wpisy z początku 1507 roku, nie zawierają wiele, ale ona dużo z tego pamięta i mi dopowiedziała. To było już po tym, gdy Fryderyk Wettyn opuścił Königsberg i zarządzał zakonem z Saksonii. Za jego poprzednika pierwszy i ostatni raz zdarzyło mi się, że sam pobyt na zamku był dla mnie trudny. — Po jego głosie dało się poznać, że przyznanie się do tego nie przychodzi mu lekko. — Miewałem wtedy koszmary, dokuczał mi ból niekiedy tak potworny, że miałem wrażenie, iż coś próbuje rozerwać mnie od środka. Nie całego, ale rękę lub nogę, czasami głowę. Mijało mi, gdy opuszczałem zamkowe mury, a najlepiej miasto w ogóle.

Wzdrygnął się na wspomnienie tego i mówił dalej, gdy Albrecht nic nie powiedział, tylko w milczeniu mu się przyglądał.

— To nie były dobre czasy dla mnie. Znaczenie zakonu osłabło i wśród ludzi szerzył się niepokój. Potem Wielki Mistrz zmarł w czasie wyprawy na Turków i wybrano Wettyna. Niektórzy źle się o tym wyborze wyrażali, bo on w ogóle nie był w Zakonie. Tak więc trwał wewnętrzny spór o to, czy ktoś, kto nie jest członkiem zgromadzenia, nieważne z którym z okolicznych władców spokrewniony, może zostać Wielkim Mistrzem. W końcu nim został w 1498 a niecałą dekadę później opuścił Królewiec. Przez ten czas nie złożył hołdu lennego Koronie i czasami miałem wrażenie, że coś go bardzo niepokoi. Gdy wyjeżdżał, po tym jak król Polski dał mu ultimatum w sprawie złożenia hołdu, odniosłem wrażenie, że wcale nie próbował się skryć przed nim w rodzinnej Saksonii, ale chodziło o coś jeszcze. Nigdy jednak już z nim nie rozmawiałem. Co innego Johanna. I tu na scenę wchodzą jej notatki. Są pełne przypuszczeń. Fryderyk nigdy nikomu niczego nie udowodnił, nie upublicznił i nie przedstawił dowodów silniejszych niż jego słowo, ale jego przypuszczenia są… Zresztą… — Przesunął kartki w stronę Albrechta, nie dał mu ich jednak w spokoju przeczytać. Po chwili mówił znowu. — Według niego, wewnątrz zakonu powstało drugie zgromadzenie, o którym nawet ja nic nie wiedziałem, bo czemu bym miał. Będąc ucieleśnieniem kraju, jaki założył zakon, nie byłem zakonem, a przynajmniej nie wszyscy postrzegali mnie jako jego członka. Niektórzy zapewne widzieli we mnie nawet ucieleśnienie herezji, ale mniejsza o to — prychnął. — Fryderyk trafił na ślad ich działalności. To było półtorej wieku temu. Znaczenie zakonu znacznie wtedy osłabło, zresztą już to mówiłem. Wszystkim zależało, aby odzyskać dawną znakomitość. Jedni przez politykę i stąd Fryderyk jako Wielki Mistrz, a inni przez naukę, że tak nazwę ich praktyki.

— I jaki to ma związek z naszym obecnym problemem?

— Znowu się zaczęło. Na początku wiosny, nim spłynął cały śnieg zacząłem mieć koszmary. Potem przyszedł ból. Kilkakrotnie niemal traciłem przytomność, nie byłem w stanie wypocząć, skupić się… To narastało, aż pod koniec maja wyjechałem z Königsbergu i większość objawów minęła. Nadal mam niekiedy wrażenie, że coś próbuje mi się przegryźć przez kości, ale mogę spać, pracować i jeść. Cokolwiek było w zamku jest tam znowu, a może nawet nigdy go nie opuściło. Przez ostatnie miesiące próbowałem zrozumieć, dlaczego po ponad półtorej wieku znowu mi się to przytrafia.

— I nie raczyłeś mi o tym powiedzieć…

— Wsparcie Hohenzollernów i twoja przyjaźń za dużo dla mnie znaczą, żebym pozwolił, aby się to rozniosło. Oto w sercu Prus czai się nie wiadomo jakie plugastwo, które zżera mnie od środka! — prychnął wściekły.

— Ale tajemnicą też sobie nie pomogłeś.

Znajoma nuta znużenia w głosie Albrechta przyniosła Gilbertowi ulgę.

— Wiem — odparł i odetchnął ciężko. — Wiem… Ale z dwojga złego ona wydała mi się lepsza niż przypuszczenia przypominające pogańskie legendy. Pamiętnik Johanny zarazem nadał im więcej sensu i uczynił bardziej przerażającymi.

Przez chwilę szukał czegoś wśród dokumentów zaściełających biurko i dopiero znalazłszy pierwszą stronę listu Johanny odezwał się.

Może powinnam była ci o tym powiedzieć wcześniej, ale chyba tak jak Fryderyk chciałam wierzyć, że cokolwiek działo się w Twoim zamku, należy już do przeszłości… — przeczytał pierwsze zdanie. — Gdyby nie to, co czułem wtedy i teraz, to uznałbym jej zapiski za bajkę, ale… Nie wiem, czemu miałaby kłamać i podrobić własny pamiętnik. Fryderyk owszem. Mógłby ją okłamać, ale ja mu się nigdy na swoje dolegliwości nie skarżyłem. Nawet pod jego rządami mi one w dużym stopniu przeszły. Minęły zupełnie wkrótce po jego wyjeździe. I tak, też pomyślałem o tym, że mógł on być tak naprawdę nie ofiarą, a częścią spisku. Kimś, kto tylko udawał nieświadomego… Zresztą przeczytaj i sam mi powiedz, co myślisz.

Albrecht obrócił zapiski w swoją i czytał, omijając wzrokiem zamazane fragmenty. Strony nie były numerowane, a jedynie przedziurawione w jednym rogu i przewiązane zieloną wstążką. Mógł jedynie przypuszczać, że następujące po sobie kartki niekoniecznie były kolejnymi wpisami. Gilbert milczał.

 

Julia była zła. Przez całą drogę miała wrażenie, że Feliks ją ignoruje. Na każdym postoju doganiał ich posłaniec z listami i jej brat zdawał się poza nimi świata nie widzieć. Zamykał się w swoich pokojach razem z nimi i nie wychodził z nich, zanim nie napisał odpowiedzi i nie odprawił posłańca z powrotem do… Tego właśnie nie wiedziała i działało to niczym olej na ogień jej zirytowania. Zapytała go już kilka razy, kto do niego tak pisze, że jest to ważniejsze od zjedzenia z nią kolacji, ale nie doczekała się odpowiedzi. Mruknął jedynie coś nie wyraźnie, że to nie jej sprawa. Aż jej wtedy mowę odjęło i do kolejnego poranka nie wróciła do tematu. Nawet gdyby chciała, to by nie mogła, bo Feliks znowu zamknął się i nie reagował na jej pukanie. Ba! Wysłał nawet swojego służącego z wiadomością, aby Julia poszła lepiej spać, a nie się do niego dobijała zwłaszcza, że młodej damie nie wypada po nocy dobijać się do pokoi kawalera. Tego było za wiele! Przez moment żałowała, że przekupiła swoją służącą, aby wkrótce po wyjeździe zaczęła symulować chorobę. Anna została o dwa dni drogi za nimi i Julia nie miała jak odpłacić się bratu pięknym za nadobne. A mogłaby mu posłać równie protekcjonalne słowa w równie bezosobowy sposób.

Rozprostowała chusteczkę, którą od dłuższego czasu gniotła w dłoniach i oderwała wzrok od nocy za oknem. Spojrzała na pościelone łóżko i prychnęła. Noc była jeszcze młoda, a ona ani trochę zmęczona. Feliks nie pozwalał jej jechać konno. Sam zresztą również podróżował w powozie. Gdyby nie ta trzęsąca się kupa drewna już dawno byli by na miejscu. Pogoda im sprzyjała i od wyjazdu z Warszawy padało tylko raz, a i to przelotnie. Jazda wierzchem byłaby przyjemna. O wiele przyjemniejsza niż w powozie, ale Feliks ucinał rozmowę ilekroć mu to wypomniała.

Wygładziła prostą suknię i wzdrygnęła się na myśl, że jutro przyjdzie założyć tą nową, której nawet nie mogła ubrać sama, bo gorset wiązany był z tyłu. Kto w ogóle wymyślił coś, czego nie można ubrać samemu?! Póki co jednak postanowiła przejść się na spacer. Spojrzała czule na skrzynię ze swoimi sukniami. One się dla niej nie liczyły, ale pod nimi ukryła swój skarb. Szablę, którą dostała od niegdyś od Taurysa. Jak on to powiedział „do zabawy”, co uraziło Julię i nie omieszkała mu tego powiedzieć. Teraz tamto odeszło w niepamięć. Liczyła się szabelka. Chęć zabrania jej ze sobą na krótki spacer była wielka i Julia się jej nie oparła. Wszak jechali do Gilberta! Powinna była wykorzystać wolny czas, aby jeszcze trochę poćwiczyć, bo kto wie, co ta szuja wymyśli? Feliks może być naiwny i wierzyć, że nic im nie grozi, ale ona nigdy nie ufała temu padalcowi. Uniosła ciężkie malowane w kwiaty wieko i ostrożnie wyciągnęła szablę spod zwojów barwnych materiałów. Obawiała się, czy będzie w stanie dobrze walczyć w swojej nowej sukni. Dotychczas miała ją na sobie tylko raz i to krótko, ale nie zapamiętała miło tego doświadczenia.

Zważyła szablę w dłoni i zamachnęła się o centymetry mijając ostrzem ścianę.

O tak. Niech mnie ten zdradliwy szczur sprowokuje — pomyślała. — Niech tylko spróbuje się doczepić Feliksa, to posmakuje tej stali. Ja mu pokaże gdzie jego miejsce, bo Feliks jest stanowczo dla niego za dobry i tyle.

Uchyliła drzwi i wyjrzała na korytarz. Tonął w mroku, ale jedne z pobliskich drzwi były otwarte i słyszała urywki rozmowy. Wsłuchała się w nią, ale nie mogła rozsądzić, czy jest tam jej brat czy nie. Pewna była za to, że jeśli zauważyłby ją wychodzącą teraz, to zrobiłby jej kolejną pogadankę. Już kilka godzin wcześniej praktycznie zmusił ją do udania się do pokoju i pójścia spać. I nie docierało do niego, że ona nie jest śpiąca! Westchnęła i odwróciła się na pięcie. Otworzyła na oścież okno i wychyliła się przez nie. Nie było wysoko. Wyskoczenie przez nie, to była dla niej łatwizna. Wejście gorzej, ale pamiętała, że gdzieś niedaleko stała pusta skrzynia, na której, gdy przyjeżdżali, siedziała kucharka i skubała kurę. To jej wystarczyło, aby podkasała koszulę nocną i z szablą przyciśniętą do piersi stanęła na parapecie.

— No to hop — powiedziała do siebie i już była po drugiej stronie.

Noc była duszna. Księżyc wisiał nisko nad zachodnim horyzontem i patrzył na świat lekko pomarańczowym okiem. W rozgrzanym, po całodziennym upale, powietrzu latały świetliki, a z pobliskich krzewów słyszała granie świerszcza. Rozejrzała się w około i nie dostrzegłszy żadnego świadka jej wieczornej wycieczki ruszyła dziarsko przed siebie. Minęła stajnię i wyszła na łąkę rozciągająca się za nią. Tak — pomyślała. — Idealnie.

Odłożyła szablę i podkasała koszulę aż do kolan. Dostała ją od brata jakiś czas temu i tylko dlatego w ogóle ją używała. Jej zdaniem była ona zbyt udziwniona jak na coś, w czym miało się tylko spać. Hafciki, koronki, sznureczki… chociaż za sznureczki i tasiemki była teraz wdzięczna. Dzięki nim udało się jej podwiązać dół na tyle skutecznie, że była niemal pewna, iż w czasie ćwiczeń nie potknie się o zdobiącą dół koronkę. Wzięła szablę i zważyła ją w dłoni. Kiedyś przymierzyła ją do szabli Feliksa i ze złością stwierdziła, że jej jest mniejsza. Uważała to za swoistą obrazę, bo wyglądało to tak, jakby jej dostała jakąś zabawkę, a nie prawdziwą broń. Tyle dobrego — uznała — że była ostra.

Chwyciła mocniej rękojeść i cięła szablą na odlew przez powietrze. Uśmiechnęła się, gdy usłyszała cichutki świst towarzyszący temu ruchowi i wykonała go ponownie. Wymach wcale nie wytrącał jej z równowagi, a ta prędkość… Była z siebie dumna. Powtórzyła to w drugą stronę z tym samym efektem. Żałowała, że nie ma z kim ćwiczyć. Od miesięcy walczyła z powietrzem, bo Taurys cięgle przebywał na swoich ziemiach, a ona u siebie nie miała dobrego partnera. Za to Feliks traktował ją jak dziecko i tylko udawał, że z nią walczy. Oczywiście nie powiedział jej tego, ale uśmiechał się przy każdym treningu, jakby się wyśmienicie bawił, kiedy ona dawała z siebie wszystko! Znowu cięła na odlew wkładając w to całą swoją frustrację. Wielkie było jej zaskoczenie, gdy usłyszała brzdęk metalu.

— Nieźle — odezwał się nieco sennie Feliks i zabrał krótki nóż, którym zablokował jej cios. — Ale to trochę nie pora na takie zabawy.

— A kiedy niby mam ćwiczyć!? — żachnęła się Julia. — W dzień robimy jedynie krótkie postoje, a ja nie mogę wyjść z wprawy, skoro jedziemy do tego zdradzieckiego szczura!

— Ciszej — syknął wystraszony i spojrzał na dworek. — Ludzie śpią.

— W Warszawie też nie mogłam dobrze ćwiczyć, bo ty nie ćwiczyłeś ze mną na serio!

Zerknął na nią i nie umknęło Julii rozbawienie w jego oczach.

— Szkoda, że nie było tam Taurysa — prychnęła.

— Taurys też nie walczy z tobą na serio — odezwał się, przerywając tym samym ciszę, jaka między nimi zaległa. — Technicznie oczywiście nie folguje tobie, ale uderza słabiej i wolniej. Gdyby z taką siłą walczył na polu bitwy, to by nie przeżył. — Spojrzał na nią kątem oka i westchnął. — Jesteś kobietą.

— To nie ma nic do rzeczy! — fuknęła.

— Podnieś tamtą skrzynię.

— Co?!

— Nie co, a słucham. Podnieś ją.

Skrzynia była pełna jabłek i Julia podejrzewała, że może ważyć z piętnaście, a może dwadzieścia kilo. Podeszła do niej, chwyciła za przygotowane w tym celu otwory, zaparła się mocno nogami o ziemię i uniosła ją.

— I co teraz!? — zapytała hardo.

— A teraz ją tak trzymaj — odparł. — W sumie pytałaś mnie dzisiaj, kto poza Erzsébet i Roderichem będzie u Gilberta, tylko chyba ci nie odpowiedziałem. Uciekło mi — roześmiał się. — Będą jeszcze Bawaria i Brandenburgia. Oboje są ważnymi elektoratami w Świętym Cesarstwie. Wiesz, czym jest elektorat? — zapytał, ale uznał to za tak podstawową wiedzę, że w sumie nawet nie poczekał na jej odpowiedź. — No i będzie Saksonia. Też elektorat, choć mniej znaczący. No i Saksonia jest kobietą, więc za —

Głuchy odgłos skrzyni uderzającej o ziemię przerwał mu. Kilka jabłek radośnie potoczyło się po trawie. Wbił szablę koło drzewa i zebrał je. Odłożył na miejsce i sam nachylił się po skrzynię. Chwycił mocno i po chwili podniósł ją tak, jak przed chwilą Julia.

— W każdym razie to pewnie z nią poznasz się najlepiej. Ja nie znam jej jakoś wybitnie dobrze, ale zdarzało mi się z nią rozmawiać. No i w dużej mierze, to ona jest odpowiedzialna za to, że Słowian Połabskich już nie ma, nie żebym po nim płakał — roześmiał się. — Stare dzieje. Teraz to raczej spokojna dama i prosiłbym, abyś wzięła to pod uwagę. Nie wiem w sumie, jak łatwo jest ją obrazić. Brandenburgia jest, to wiem na pewno, raczej spokojny i wolałbym, aby tak pozostało. To duży elektorat. W dodatku przyjaźni się z Gilbertem, a jego znasz dobrze. Nie chciałbym mu dawać pretekstów do wszczynania jatki w imię honoru jego przyjaciela. Należy też uważać na stosunki bawarsko-austriackie. Arcyksiążę Austrii, a zarazem król Węgier, ma matkę z bawarskiej rodziny królewskiej. Obrażenie jednego, może sprawić, że drugi zamiast pozostać obojętnym i dać się sprawie rozejść po kościach, stanie w jego obronie. Jeśli o władców chodzi, to Albrecht i Gilbert też mają wspólnego. Elektor Saksonii z kolei ma matkę księżniczkę brandenburską, ale tym bym się nie przejmował. Za to za żonę ma księżniczkę pruską. Johanna nie za bardzo lubi pruski styl życia i raczej by to przemilczała, ale trudno mi czy Gilbert nie byłby skłonny się nas przyczepić, gdybyśmy księżną obrazili.

Julia słuchała go, ale niewiele z tego zostawało jej w głowie. Jakie to miało znaczenie, kto kogo miał za żonę!? Jej wystarczyło wiedzieć, że wszyscy poza Erzsébet są skoligaceni ze Świętym Cesarstwem i z Gilbertem, czyli zupełnie niegodni jej zaufania.

— Dziwi mnie, że Gilbert nie zaprosił również księstwa Meklemburgii, który ma w miarę niedaleko. A może zaprosił, tylko nie wspomniał o tym. Dowiemy się jutro. Auć! Starczy tego dobrego.

Odstawił skrzynię na ziemię i roztarł dłonie.

— Taurys jest silniejszy ode mnie — stwierdził z wyraźnym żalem w głosie. — Jeszcze z pięć czy dziesięć minut mógłby to trzymać. A teraz wyobraź sobie z jaką siłą jest w stanie uderzyć szablą — westchnął. — Oczywiście można nieco nadrobić techniką i dlatego nie zawsze ze mną zwycięża w pojedynkach, ale co jak co siła ma znaczenie, a młoda kobieta nigdy nie będzie silniejsza od dorosłego mężczyzny. Zapamiętaj to sobie, proszę Julciu.

Wyjął z ziemi szablę i zakręcił nią. Metal ciął powietrze ze świstem. Zrobił młynka i zatrzymał się nagle, obróciwszy szablę jelcem ku Julii.

— Lepiej będzie, jeśli teraz pójdziemy spać. Jutro czeka nas długi dzień.

 

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s