Czarne słońce 1.2

Julia przyjrzała się sobie w lustrze. Miodowa spódnica i biała bluzka leżały na niej idealnie. Może nie uszyto ich z najdroższych materiałów i miały raczej prosty krój, to jednak uważała je za najlepsze w swojej garderobie i nie rozumiała, czemu niektórzy tutaj nie umieją ich docenić. Przesunęła dłońmi po swojej wciąż niemalże płaskiej klatce piersiowej i westchnęła. Czasami wolałaby wyglądać na nieco starszą, a przede wszystkim mieć biust, ale w tej chwila rada była, że wciąż go nie posiada. Pamiętała słowa krawca o tym, że gdyby go miała, to można by dekolt sukni bardziej wyciąć, a tak, to zabieg zupełnie nieprzystający. Nieodpowiedni, jej zdaniem, byłby właśnie ten głębszy dekolt, ale ugryzła się w język i nie powiedziała tego na głos, bo za drzwiami komnaty czekał Feliks i obawiała się, że by ją usłyszał. Od tamtego śniadania był bardzo drażliwy, jeśli tylko przypomniało mu się o zbliżającej się wizycie w Prusach Książęcych. Zastanawiała się, czy nie zmienił zdania przez ostatni tydzień i może jednak niebawem ogłosi, że nie jedzie. Gorąco by go wtedy poparła, a dla dobra ogółu pojechała sama. To rozwiązanie wydawało się jej doskonałe i żałowała, że nie zaproponowała go wcześniej. Teraz było za późno. Raz nawet spróbowała o tym wspomnieć, ale nim doszła do sedna, Feliks zmienił temat. Trochę się jej z tego śmiać chciało. Ten jego upór, aby pojechać, chociaż przecież widziała, że nie chce, był zabawny.

Przeciągnęła się. Miała ochotę wybrać się poza granice stolicy. Odwiedzić podwarszawskie wsie i porozmawiać z ludźmi o rzeczach, które na dworze królewskim mało którą damę interesowały. Kiedyś w takich chwilach schodziła do pomieszczeń służby i plotkowała z kucharkami, ale ostatnimi czasy zabroniono jej tego. Co gorsza, przestrzeżono służbę, aby się z nią nie bratała. Takie dyrygowanie jej życiem było bardzo irytujące i tylko miłość do brata powstrzymała ją od wyjazdu.

Przysunęła sobie krzesło do okna i usiadła. Lipiec był w tym roku deszczowy i niebrukowane ulice spływały błotem, którego zapewne nie sprałaby ze spódnicy, gdyby wybrała się na konną przejażdżkę. W przeciwieństwie do starej balowej sukni, tego stroju byłoby jej szkoda. Ziewnęła zapatrzona w spływające po szybie krople. W takie dni czuła się tu najbardziej obco. Tęskniła do swojego własnego domu położonego na wzgórzu poza granicami Lwowa. Do pamiątek stojących na półkach i miękkiego fotela przed kominkiem. To tam miała swoje ulubione książki, tam była jej spiżarnia pełna przetworów, którymi mogłaby osłodzić sobie takie szare popołudnie.

Wstała i przeszła się po komnacie. Była za duża, aby Julia mogła uznać ją za przytulną. Nawet jej salon był mniejszy niż ona. Równocześnie wiedziała, że w zamku jest wiele większych pomieszczeń. Chociażby sypialnia jej brata połączona z gabinetem. I po co to? — pytała samą siebie. Po co mieć takie duże i wysokie pokoje. Więcej z tym problemu niż korzyści. Ile drewna potrzeba, aby to ogrzać, ile wysiłku, aby umyć okna.

Przysiadła na łóżku i sięgnęła po leżącą przy poduszce książkę. Otworzyła ją tam, gdzie kawałek kolorowego sznurka znaczył ostatnio czytany fragment. Żadne tam francuskie wiersze wydumane; one nie interesowały Julii. Jeśli już miała czytać, to wolała bardziej życiową literaturę. Uśmiechnęła się do tekstu i zaczęła czytać na głos.

Leszko

        Witajże nasz cnotliwy Miłoszku!

Miłosz

        Dla Boga! A skąd żeście tu spadli?

Samuiło

        Twa miluchna droga

        Jako się ma? potomstwo wiedzie się wam zdrowo?

Miłosz

        Ta jakożkolwiek jeszcze, pan bóg zabrał owo.

Samuiło

        A nic wam nie zostawił dla przypłodku?

Miłosz

        Prawie.

        Z czworga ani jednego.

Leszko

        Nie bardzo łaskawie

        Obszedł się z wami[1]

Uśmiechnęła się smutno i spojrzała w okno. Deszczowe lato mogło odbić się na plonach, wiedziała o tym i nie mogła przestać myśleć o tym, że kto wie, czy tej zimy jej najbiedniejsi ludzie nie będą głodowali. Ile dzieci umrze, gdy nastaną chłody? I gdzie ona wtedy będzie? W Warszawie?

— Mowy nie ma! — niemalże krzyknęła. — Jak mogłabym siedzieć w tym przepychu! Wrócę do siebie i tyle! Nawet niech Feliks nie próbuje mnie powstrzymać!

Chciała nawet teraz pójść mu o tym powiedzieć, ale nigdzie nie mogła go znaleźć. Zaszła do jego gabinetu, wypytała służbę, ale jej brat opuścił zamek i nie powiedział na jak długo. Zła wróciła do siebie. Mógł ją uprzedzić! Może nawet z nim by się wybrała! A tak nie pozostało jej nic innego, niż dotrzymać sobie samej towarzystwa. Po cichu przemknęła nieopodal komnat królowej. Nie miała ochoty na rozmowy z nią. Na poezję, żarty i plotki nie miała nastroju, a o tym zwykle królowa chciała mówić, jakby nie było ciekawszych tematów! Słyszała kilka razy rozmowy królowej z jej bratem i Taurysem albo z królem. Nie podsłuchiwała, ot po prostu usłyszała i poczuła się zaciekawiona. Wyjść wtedy z podziwu nie mogła jak swobodnie Ludwika Maria wypowiadała się o armii, o wojnie i jak się z nią jej brat i Taurys zgadzali. Dlaczego z nią nie chciała o tym mówić?!

Opadła na fotel przy kominku. Pod jej nieobecność ktoś z służby dorzucił nieco drewna, jakby sama nie mogła tego zrobić. Wszystko i wszyscy za nią. Posprzątać, ugotować, uszyć… Nudziła się.

Pogoda nie sprzyjała jej przez kolejne dni. Wydawało się, że deszczom nie będzie końca. Ledwie kałuże zaczynały wysychać, a już kolejna ulewa rozmiękczała ogrodowe ścieżki i zmieniała polne trakty w błotniste bajora. Nikomu nie spieszyło się opuszczać zamku. Bawiono się na nim, a Julia nie mogła znaleźć swojego miejsca. Przebywała w swoim pokoju i grzecznie odrzucała wszelkie zaproszenia. Gdyby tak ktoś zaproponował jej krótką wprawkę w walce szablą, to skorzystałaby z chęcią, ale wszyscy chcieli tańców, śpiewów i rozmów. Zastanawiała się chwilami, czy to nie spisek królowej albo jej barta, a może nawet obojga. Jedynym urozmaiceniem jej dni był zjawiający się raz na jakiś czas krawiec, a on nie stanowił wymarzonego towarzystwa. Pojawiał się zapowiedziany dzień wcześniej przez posłańca i dokonywał szybkiej przymiarki. Wbijał szpilki, notował w kajecie uwagi i znikał. Musiał zostać dobrze opłacony, bo pracował bardzo szybko. Aż za szybko zdaniem Julii. Po cichu liczyła, że nie zdąży uszyć sukni i będzie mogła pojechać w starej, albo w swej ukochanej spódnicy. Nowa kreacja nie odpowiadała jej. Jeśli poprzednia miała głęboki dekolt, to nowa przekraczała już wszystkie granice odkrywając również ramiona. W dodatku jej gorset był ciaśniejszy niż jakikolwiek, który kiedykolwiek była zmuszona nosić. Na szczęście nie uparł się przy szerokich halkach i suknia miała spływać ku ziemi swobodnie, choć Julia w ogóle ograniczyłaby rozmiar spódnicy. Ciemnoniebieska satyna też nie do końca odpowiadała jej upodobaniom, ale była w stanie się z nią pogodzić. Zwłaszcza po ujrzeniu próbek innych kolorów rekomendowanych przez krawca. Blady róż wyglądałby na niej jak na małej dziewczynce, nie musiała nawet patrzeć w lustro, aby to wiedzieć. Widywała już panny w sukniach w tym kolorze i uważała, że wyglądają jakby zupełnie pozbawiono je charakteru. W dodatku po prostu źle by w tym wyglądała. Niczym duch samej siebie. Tak samo było z błękitem. Najchętniej wybrałaby mocną czerwień lub zieleń, ale tu krawiec zaczął przepraszać, że chwilowo one są dla niego nieosiągalne i nie zdąży sprowadzić na czas. Nie słuchała go, gdy tłumaczył, że za późno go poproszono, że na taką suknię potrzeba mu więcej czasu, ale da z siebie wszystko, ale tylko ten granat może zaproponować. Jedyne, co zdobyło uznanie Julii, to luźne kończące się w okolicy łokcia rękawy. Krótsze i mniej obszerne niż w jej poprzedniej sukni, były o wiele bardziej praktyczne.

Na trzy dni przed wyjazdem pogoda odmieniła się. Ostatnie krople deszczu spadły, gdy jadła z bratem śniadanie, a przed wieczorem zupełnie się rozpogodziło i przez kolejne dwa dni lato gościło w Warszawie.

— Jeśli tam u Gilberta będzie padało — odezwała się przy kolacji. — A tu nie, to będę zła.

Ponownie byli w jadalni tylko we dwójkę.

— Miejmy nadzieję, że Bóg da dobrą pogodę. Zresztą, jeśli liczyłaś na to, że deszcz nie ustanie i nie pojedziemy, to tak by się nie stało.

— Taurys się pojawi?

— Nie. Przysłał mi kilka dni temu wiadomość, że pozostanie u siebie — skłamał, bo żadnego listu nie dostał.

Julia zacisnęła usta w cienką linię i utkwiła w bracie zagniewane spojrzenie. Spotykali się codziennie w czasie posiłków, a on jej o tym nie powiedział. Znowu ją ignorował.

— Wyjedziemy jutro rano — oznajmił.

— Nie będziemy za wcześnie? — zdziwiła się, bo wiedziała już, że zaćmienie ma być dwunastego sierpnia, a tu się ledwie miesiąc zaczął.

— Nie — odparł. — Zaproszenie nie jest na jeden dzień. Niektórzy będą potrzebowali przeszło dwóch tygodni na dotarcie. Po takiej podróży należy wypocząć. Podejrzewam nawet, że nie będziemy pierwsi. Poleć służącym spakować twój bagaż.

— Sama się spakuję — oznajmiła.

Feliks wzruszył ramionami i otarł dłonią sos z ust.

— Suknia jest już gotowa?

— Tak — mruknęła.

— To dobrze.

— Jest niewygodna, nie pojadę w niej.

— Nie oczekuję tego — odparł i uśmiechnął się. — Twoje starsze i bardziej przaśne będą dobre na podróż i większość czasu na miejscu, ale nowa zwłaszcza na pierwszy pełny dzień będzie odpowiednia do wywarcia wrażenia.

— Nie mam zamiaru wywierać żadnego wrażenia na takim padalcu, jak Gilbert — oświadczyła stanowczo. — I nie interesuje mnie, co on będzie myślał o moich sukienkach!

Feliks roześmiał się głośno. Gdyby to od niego zależało, to sam wolałby, aby się Gilbert za bardzo Julią nie zachwycił, ale tu na scenę wchodziła polityka. Poza tym nie tylko on miał tam być, a to ściągało jeszcze więcej polityki.

— Co w tym śmiesznego?!

— Nic — zapewnił wyraźnie rozkojarzony.

— Co cię rozśmieszyło. Nie mów, że ty chcesz, aby Gilbertowi spodobała się moja sukienka i ja!?

— Chcę, aby się zachwycił i przypomniał sobie, że Rzeczpospolitej nie można ignorować. W zasadzie, to chcę, aby wszyscy tam zdali sobie z tego sprawę już w pierwszej minucie. Taurys mówi, że to wiele ułatwia potem. Takie szybkie przedstawienie stanowisk, ustanowienie hierarchii, po którym można się odprężyć. A o niczym innym nie marzę, aby się odprężyć. Wojna z Rosją lada moment zacznie się naprawdę, a nie tylko w słowach. [marti1]

Julia nie skomentowała tego. Jej brat był silny, poza tym miał Taurysa, Natalję no i oczywiście miał ją. Uważała, że nie ma takiej siły, która mogłaby im zagrozić, a Feliks jak zwykle wyolbrzymia. Bardzo często to robił i to zarówno na plus jak i na minus. To było takie dziecinne.

— Bądź gotowa do wyjazdu pojutrze rano. Wybierz służącą, która z tobą pojedzie. Jeśli któraś z twoich zna choć odrobinę język niemiecki, to najlepiej ją — dodał.

Dziewczyna zjeżyła się w sobie i zmierzyła brata zagniewanym wzrokiem, ale nie powiedziała nic. Uważała, że jest w stanie sobie sama radzić i nie potrzebuje ciągać za sobą kogokolwiek, by jej pomagał w podstawowych czynnościach. Że niby kim ona jest? Kaleką?!

Sebastian w ciszy oranżerii pił reńskie wino z bogato zdobionego kielicha. Promienie słońca załamywały się na liniach wzoru i sprawiały wrażenie, jakby to samo wino błyskało niczym klejnot. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się. Wiele silnej woli kosztowało go odwlekanie przyjazdu do Miśni. Najchętniej byłby tu już tydzień temu i spędził ostatnie dni nad Łabą, ale obiecał, że tego nie zrobi. Słowa danego pewnym osobom się nie łamie bez względu na to, jak bardzo serce się tego domaga.

— Sebastianie.

Odwrócił się w stronę wejścia i poderwał z krzesła ledwie jego wzrok padł na stojącą w nim kobietę. Przez moment pożerał ją wzrokiem. Misternie ułożone loki, odkryte ramiona podkreślone haftem na dekolcie sukni działały na niego niczym magnes. Ciasno związany gorset przechodził w rozkloszowaną spódnicę, spod której nie widać było nawet czubka pantofelka. Uśmiechnął się.

— Wyglądasz pięknie, ale jeśli to dla tych loków i pięknej sukni tyle musiałem na ciebie czekać, to wiedz, że nawet w żebraczej szmacie byłabyś dla mnie najpiękniejsza.

— Tak mówisz teraz — odparła. — A jakbym tu faktycznie przyszła przystrojona w gałgany, to byś się krzywił — odparła podając mu dłoń do ucałowania.

Sebastian nie byłby sobą, gdyby w zaciszu oranżerii, z daleka od niepowołanych oczu ograniczył się tylko do jednego pocałunku. I to w dłoń! Obyczaje obyczajami, a on jej nie widział od pięciu miesięcy. Ponadto znali się tak długo, że jakże mógłby zadowolić się tak pospolitym gestem. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Pisnęła zlękniona, ale oczy się jej śmiały. Pogładził dłonią policzek i obrócił w palcach piękny złoty lok.

— Moja śliczna — szepnął nachylając się do jej ucha.

Zachichotała i zadarła głowę.

— Sebastianie, czy to wypada, abyś tak mnie obejmował? Wszak jestem panną i —

— Gdyby nie sprawy niezależne od nas, gdybyśmy byli zwykłymi ludźmi, to pobralibyśmy się już wieki temu, więc nie widzę w tym nic nieobyczajnego. Ponadto jesteśmy tu sami.

— Może powinnam była przyprowadzić chociażby pokojówkę? — zapytała jakby samą siebie.

— Johanno — szepnął jej do ucha.

Zadrżała.

— Mam wrażenie, że zmalałaś od naszego ostatniego spotkania.

Prychnęła i wyswobodziła się z jego objęć, a raczej on jej pozwolił to uczynić. Gdyby chciał, mógłby ją w swoich ramionach uwięzić na wieki. Usiadła na jednym z krzeseł, złożyła dłonie na podołku i westchnęła.

— Zaraz zresztą nie będziemy sami — przestrzegła. — Też mam ochotę się czegoś napić i poprosiłam o kawę. Jeszcze się nie przekonałam czy mi ten wynalazek smakuje, czy nie.

Zmarszczył brwi i usiadł naprzeciw niej.

— Żeby dama piła kawę? To w ogóle dziwny napój i więcej o nim słyszałem złego niż dobrego i jestem zaskoczony, że go u ciebie widzę. W Królestwie Anglii jest ponoć szalenie popularny, ale jak tak na niego patrzę… Skąd go masz?

— Od pewnego Anglika, którego spotkałam jakiś czas temu na przyjęciu. Podarował mi nieco — odparła. — Jeśli widzisz w nim dzieło diabła, to nie pij. Ja tymczasem chętnie wypiję i potem będziemy mogli ruszyć w drogę, o ile nie jesteś zbyt zmęczony.

— Czym? Siedzeniem w powozie? — prychnął urażony, czym wystraszył młodziutką służkę, która właśnie weszła z tacą. — Trochę mnie wytrzęsło, ale to nic takiego. Ale czy ty jesteś pewna, że chcesz tam jechać? — zapytał z troską.

— Czyżbyś się obawiał konkurencji? — odparła patrząc na niego spod na w pół przymkniętych powiek.

— Czyjej? Polski? Prus!? — fuknął i się dziewczę służebne zlękło ponownie. W pośpiechu rozłożyło nakrycia do śniadania i czmychnęło. Półmisek z jedzeniem przyniósł już kto inny.

Johanna westchnęła i zmrużyła oczy. Tak też wyglądała pięknie, gdyby ktoś Sebastiana pytał o zdanie, ale zarazem czaiła się w jej spojrzeniu dawna groza. W innych czasach może powiedziałby otwarcie, że w chwilach, gdy tak patrzy na świat, najbardziej go podnieca. Teraz ograniczył się jedynie do pogładzenia jej dłoni. Z satysfakcją zauważył, że wciąż nosi pierścionek od niego. Oprawiony w złoto diament pasował do jej sukni.

— Będzie jeszcze Roderich i Węgry. I z Feliksem ktoś przyjedzie. Kobieta, ale ponoć z rodziny. Nic więcej się jednak o niej nie dowiedziałam.

— Rodericha się nie obawiam — mruknął.

— Doprawdy? — zdziwiła się.

Przyłożyła opuszki palców do skóry tuż nad lewą piersią i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma. Panna zdziwiona, panna zaskoczona — skomentował w myślach odruchowo spoglądając na dłoń spoczywającą nad krawędzią sukni i wątpił, aby ktokolwiek uwierzył, że zrobił to zwabiony przez błysk diamentu.

— Zatem wydawało mi się, że przy ostatnim naszym spotkaniu raczyłeś czynić mi wyrzuty ledwie się dowiedziałeś, że byłam w między czasie dwa razy w Wiedniu?

— Zatem ci się nie wydawało — odparł. — Ale sam fakt, że nie byłaś w Monachium od ponad dwóch lat, podczas gdy Wiedeń odwiedziłaś tyle razy nijak się ma do tego, o kogo jestem zazdrosny. Kochana moja, ty i Roderich skoczylibyście sobie do gardeł i zadźgalibyście się smyczkami po roku czy dwóch wspólnego pożycia. Zbyt jesteście do siebie podobni, żeby móc siebie wytrzymać.

— Skakanie do gardeł, jak ty się wyrażasz przy damie — westchnęła.

— Wybacz — szepnął i ucałował wnętrze jej nadgarstka. — Choć pamiętam czasy, gdy wyrażałaś się bardziej niepięknie, a nóż w twej dłoni był zabójczy.

— Sebastianie…

Patrzył na nią wyczekująco, ale ona nie dodała nic ponadto. W milczeniu piła trzymając filiżankę długimi, drobnymi palcami, których nikt nie podejrzewałby o niegdysiejszą przyjaźń z bronią białą. I gdyby teraz w towarzystwie zaproponował prostą zabawę w rzucanie nożami w tarczę, to ciekaw był czy wciąż byłaby w tym znakomita, czy jednak wyszła z wprawy.

Udałaby, że nie umie — pomyślał i był pewien, że dokładnie tak by się to odbyło. Zamrugałaby słodko, chwyciła nóż niewłaściwie, dałaby się instruować i ucieszyłaby się, że trafiła w skraj tarczy. A wszyscy zebrani biliby jej brawo. Kawalerowie myśleliby, jaka ona słodka i niewinna.

Wzdrygnął się.

— Johanno…

Chciał znowu zapytać, czy chce tam jechać i tym razem nie zadowoliłby się zmianą tematu, ale podniosła na niego wzrok i zrozumiał, że pojedzie z nim lub bez niego i nijak tego nie zmieni.

— Zechcesz jechać ze mną w powozie?

Zamyśliła się i przez moment to, co uważał za pytanie retoryczne stało się pytaniem prawdziwym. A przecież, dlatego zatrzymywał się w Miśni, aby dalszą podróż mogli odbyć razem. A razem, nie oznaczało dla niego jazdy jedno za drugim.

— Z tobą i twoim służącym, i moją Gretel będzie nam ciasno — odpowiedziała zatroskana.

— Twoja Gretel i Leo mogą pojechać wtedy drugim powozem. Chyba twoja służąca nie jest tak młodziutka i niewinna, aby uznać to za nieobyczajne?

— To zależy od —

— A Leo — przerwał jej — to dobry młodzieniec. Oddałby się kościołowi, gdyby nie jego pochodzenie i dwie młodsze siostry na utrzymaniu.

— Dobrze zatem, ale niech usłyszę od niej choć jedną skargę —

— Zadbam, abyś żadnych skarg nie słyszała.

Zarumieniła się słysząc ten komentarz, a on nie mógł rozstrzygnąć czy zrobiła to szczerze, czy znów tylko grała.

— A może to ja powinnam się obawiać o twoją wierność w czasie tej wycieczki? — zapytała nie patrząc na niego. — Erzsébet, to ponoć piękna kobieta o wielu przymiotach. Widywałam ją rzadko i jeszcze rzadziej z nią rozmawiałam, ale wywarła na mnie wrażenie intrygującej osoby. Dama, ale z tym zacięciem dawnego umiłowania walki. Wciśnięta w gorset, który nosi dumnie, ale w jej oczach widać pazur, którego nie uświadczysz u Rodericha. I mimo że to on jest potęgą, a ona związana jest z jego krajem wolą monarchii Habsburskiej, to nie straciła ducha. Jej piękno jest nieco dzikie, wymaga przyjrzenia się jej bliżej. Wychwycenia spojrzeń, zaciskania dłoni na sztućcach, zauważenia ust otwieranych, aby odezwać się w męskim gronie o tym, jak należy prowadzić wojnę i zamykanych, gdy przypomina sobie, że nie powinna… A i tak się czasami odzywa. I wtedy Roderich patrzy na nią tym swoim krytycznym spojrzeniem, a ona nie spuszcza oczu z niego, nie skłania głowy i nie przeprasza. Mogłaby ci się —

— Ja mam raczej wrażenie, że to ty się w tej dzikości zakochałaś — przerwał jej i z trudem zniósł pełne wyrzutu spojrzenie, jakim go obdarzyła.

— Sebastianie… Lepiej będzie, jeśli się już będziemy zbierać.

Poderwał się z miejsca i pomógł jej wstać. Cisza, która zapadła w oranżerii była przejmująca.  Uśmiechnął się, gdy położyła dłoń na jego ramieniu i szepnęła dwa słowa tak cicho, że niemal zlały się one z szelestem sukni.

cdn.


[1] Na podstawie: „Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów” 1857 Przemyśl

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s