Czarne słońce – 1.1

٭

Feliks odłożył list i w milczeniu wrócił do śniadania. Julia, na daremne, wpatrywała się w niego, mrużąc gniewnie oczy. Co to miało znaczyć, że czytał list z Prus, przyniesiony przy śniadaniu, i nie raczył się nawet zająknąć na temat jego treści?! Przecież miała prawo wiedzieć, co też Gilbert od nich chciał! Nie cierpiała tego, że niekiedy zarówno on, jak i Taurys traktowali ją jak kogoś mniej ważnego. Nie dzielili się z nią przemyśleniami, nie pytali jej o zdanie na temat spraw ważkich dla Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a przecież była jej częścią! No może mniej niż Feliks, wszak sama była częścią Korony, a on Koroną samą w sobie. No i może nieco mniej niż Taurys, który był Wielkim Księstwem rozmiarami przewyższającym Koronę i w nazwie zaraz obok niej wymienianym. I może nie była tak zasobna w ziemię i ludzi jak Natalja Minska, ale była siostrą Feliksa i chociażby dlatego nie powinien kryć nią przed pewnych spraw. On jednak milczał niczym mnich po ślubach i kontynuował posiłek, jakby go w ogóle nie przerwał.

— Czego on chciał!? — Niewytrzymała w końcu.

— Słucham? — Feliks podniósł wzrok znad szklanki słabego piwa.

— Czego chciał od nas Gilbert!?

— Ode mnie chciał — sprostował i spłukał gardło.

Julia zacisnęła dłonie w pięści.

— Astronomowie przewidują na sierpień tego roku zaćmienie słońca i z tej okazji zaprosił mnie do podkrólewieckiego dworu, skąd sam zamierza obserwować to zjawisko — wyjaśnił spokojnie, po czym dodał tonem sugerującym zirytowanie — a moje towarzystwo potrzebne jest mu tylko po to, aby mógł się nieco poprzechwalać i poopowiadać o tym, jak niebawem razem z Hohenzollernami i Brandenburgią się w końcu ode mnie uniezależni. Słyszałem to już wiele razy. Mam wrażenie, że ta zaraza chce mnie tak wkurzyć, aż go osobiście wywalę na zbity pysk. Niedoczekanie jego — prychnął zirytowany, czym miał nadzieją zagłuszyć własne wątpliwości odnośnie listu.

— Jakbyśmy nie mogli obserwować tego z Warszawy, albo możemy pojechać do mnie?! Do Lwowa! — zaproponowała nie kryjąc swojej pogardy dla pomysłu Gilberta.

— Zapomnij. — Wzruszył ramionami. — Miło mieć tu do kogoś gębę otworzyć i pogadać o tym, co było sto lat temu jakby to było wczoraj, ale trzymać cię tu na siłę to ja nie zamierzam, to jednak do Lwowa cię nie puszczę. Zbyt niebezpiecznie tam ostatnio i wolałbym, abyś jeszcze tu trochę posiedziała — roześmiał się krótko. — A do Królewca pojadę sam, bez obaw.

— Po co w ogóle?

— Nie da rady inaczej.

— A to dlaczego?! Groził ci?!

Feliks roześmiał się głośno i przeczesał palcami włosy. W zasadzie jego siostra miała rację, że Gilbert mu zagroził, choć nie uczynił tego wprost. Taurys nazwałby postępowanie Gilberta zmyślnym i przebiegłym, ale go tu nie było. Przebywał w Wielkim Księstwie i obserwował poczynania Kozaków, którym coraz bardziej sprzyjało państwo moskiewskie. Zaćmienie słońca pod koniec lata wydawało się być znakiem od przeznaczenia. Zupełnie jakby dawni bogowie dawali im ostatnią szansę na podjęcie działań na własną rękę.

— Zaprosił nie tylko mnie, ale także kilkoro naszych sąsiadów. Jeśli się nie pojawię, to psi syn będzie mógł gadać, że się go boję i dlatego zostałem w Warszawie. Zwłaszcza, że miałem najbliżej ze wszystkich. Wiedeń, Drezno, Pressburg, Poczdam, Monachium — wszystkie są dalej. A jeśli ruszę się z Warszawy na południe, to wyjdzie, że wręcz przed nim uciekam. Niedoczekanie!

Uderzył szklanką o stół i wypuścił głośno resztkę powietrza z płuc. Julia zacisnęła mocniej pieści. Mogła się spodziewać po Gilbercie takiego podłego zagrania! Bardzo chciała dostać ten list w swoje ręce i przeczytać jakże on to napisał, chociaż miała na ten temat całkiem niezłe wyobrażenie. Śliskie słowa rzekomej przyjaźni, pruska perfidia pod płaszczykiem niezobowiązujących fraz — dokładnie tak.

— Niech Litwa pojedzie, ma jeszcze bliżej — powiedziała stanowczo.

Feliks spojrzał na nią i zmrużył oczy. Milczał przez chwilę nim westchnął ciężko.

— Tak by było najlepiej i podejrzewam, że dostał on takie samo zaproszenie jak ja — stwierdził. — Sam zresztą zaraz do niego napiszę —

— To w czym problem!? — przerwała mu.

— Ale niepokoje na wschodzie narastają i nie zdziwiłbym się, gdyby go zatrzymały przy Radziwille — dokończył. — Nie zamierzam go nawet od tego odwodzić. I tak mamy tę wygodę, że możemy dzielić między siebie pewne obowiązki. A że ten teraz mi się cholernie nie podoba i mam najszczerszą chęć napisać Gilbertowi, aby się tym dworkiem, przyjęciem i całym zaćmieniem udławił, to rzecz inna. Dlatego już teraz zacznę uzbrajać się w cierpliwość. Inna rzecz, że jestem nawet ciekaw tego zaćmienia, a stamtąd ma być lepiej widoczne niż z Warszawy.

Julia zamyśliła się. Nie żeby słowa jej brata nie miały dla niej sensu. Pamiętała przecież powstanie Chmielnickiego i coś gdzieś się jej o uszy obiło, że Rosja zdaje się mu sprzyjać. Ktoś mówił o tym, jak wycofali się z planowanego ataku na chanat Krymski. Chyba nawet Feliks o tym wspominał w rozmowie z kimś, kogo Julia nie znała i nie przywiązywała do niego uwagi. Teraz próbowała sobie przypomnieć, o co w tym dokładnie chodziło, ale nie potrafiła. Jeśli jednak Feliks mówił, że Taurys musi pozostać u siebie, to może faktycznie tak było?

— To ja pojadę z tobą — oznajmiła w końcu.

— Nie musisz — odparł ze zrezygnowaniem. — Wiem, że go nie lubisz, że mierzi cię dworskie życie, a zapewniam cię, że sprosił sobie okoliczną śmietankę, więc nawet wiejska okolica nie zrobi tu różnicy. Będzie dworsko.

Julia stropiła się. Nie rozumiała, czemu Feliks próbuje ją zniechęcić. Miał rację, że pokomplikowanie dworskich zwyczajów męczyło ją. Wolała wiejską prostotę, bezpośredniość tamtejszych ludzi i ich bardziej życiowe podejście do świata, a nie jakieś tam poezje, książki wydumane, kryształy, rozmowy o dalekich stolicach… Ale nie chciała, żeby jej kochany braciszek tak sam tam jechał. Chciała go obronić przed Gilbertem, a on, zamiast się ucieszyć, to podtykał jej pod nos powody, przez które mogła się rozmyślić!

— Dam sobie radę — prychnęła.

— Jeśli chcesz — wzruszył ramionami. — Mi tam będzie miło. Tylko trzeba by krawca na dwór zawezwać i jeszcze go opłacić, aby się sprężył.

— Krawca!?

— Przecież nie pojedziesz w swojej starej sukni balowej. Nie znam się na modzie, ale ona ma już kilka lat i zdążyła się zniszczyć — wyjaśnił nieco zrezygnowanym tonem.

— Mam moją piękną brązową spódnicę — zaprotestowała. — I białą bluzkę kupioną zaledwie miesiąc temu i —

— Juleczko — przerwał jej starając się brzmieć miło i ciepło. — Jeśli je założysz, to będziesz wyglądała niczym wiejska dziewczyna idąca na mszę. Nie mówię tego, aby cię obrazić i w ogóle, ale ten strój nie będzie tam pasował.

— To piękny i wygodny strój — zaprotestowała podrywając się z krzesła. — A jak nie on, to mam swoją suknię balową i nosiłam ją rzadko, więc się nie zniszczyła!

Nie lubiła tej sukni. Uważała, że jest za sztywna, aby móc się w niej swobodnie poruszać, chociaż przynajmniej daleka była od nowych krojów, w których szerokość sukni sięgała niekiedy rozpiętości jej ramion. Widziała na dworze kilka dam, które przyjechały odwiedzić królową, i pojąć nie mogła, jak one są w stanie się w tym poruszać?! Przecież niemożnością było w tym chociażby swobodnie nakryć do stołu! W dodatku te odkryte ramiona i głębokie dekolty! Jej suknia miała o wiele bardziej przyzwoity, a w dodatku przesłonięty koronkowym kołnierzem. No i granatowa tkanina, z której ją uszyto była o wiele mniej krzykliwa niż te obecnie stosowane.

— Juleczko…

Uderzyła dłońmi o stół aż zadzwoniła zastawa. Czy on myślał, że ją miłym słówkiem skusi!? Za kogo on ją miał? Czasami odnosiła wrażenie, że jest równie głupi, co Gilbert.

— Julio, twoja suknia balowa ma już kilka lat. Nie znam się na modzie i nie zamierzam, cię przekonywać, że z jej powodu powinnaś zgodzić się na nową. Ale ta suknia jest już naprawdę zniszczona. Ostatnim razem, gdy ją nosiłaś udałaś się na przechadzkę do lasu i praczkom nie udało się doczyścić niektórych fragmentów, a ja nie chcę, aby Gilbert mógł mi docinać, że nie stać mnie na nową suknię dla ciebie i przez to musisz chodzić w czymś niegodnym nawet najmniejszego dworu królewskiego Europy!

Spojrzała na niego dużymi oczami i powoli usiadła na krześle. On na nią krzyczał! I to w takiej sprawie! Przecież ona lepiej wiedziała, w czym wygląda dobrze i dobrze się czuje, a on chciał jej narzucić jakieś nowomodne trendy dla zakutych w ramy dworskiej etykiety nic niewartych dam!

— Dlatego — Feliks ciągnął powoli — spotkasz się z krawcem i dasz sobie uszyć suknię na miarę dzisiejszej mody, lub zostaniesz tutaj bądź udasz się do Krakowa. Ludwika Maria już od jakiegoś czasu skarży mi się na ciebie. Robi to bardzo taktownie, jak przystało na tak dobrze wychowaną i inteligentną kobietę, ale zaczyna mnie to męczyć. Mam dość spraw na głowie, aby jeszcze pilnować ciebie.

— Nikt ci nie każe mnie pilnować — zaprotestowała. — Doskonale daję sobie radę!

— Królowa zaprosiła cię na jedno ze swoich spotkań, a ty odmówiłaś.

— Odmówiłam, bo czytanie wierszy o miłości i rozwodzenie się nad nimi jest nudne.

— Powinnaś była się wybrać i przemęczyć, jeśli tak cię to mierzi. Ponadto właśnie o tych nudnych wierszach będą się toczyły rozmowy u Gilberta, dlatego… — zawiesił głos i spojrzał na Julię nieco przygnębionym wzrokiem.

— Pojadę z tobą — oznajmiła z jeszcze większą stanowczością. — Dam sobie uszyć tę suknię, choć uważam to za stratę czasu.

Feliks skapitulował. Jasnym było, że nie odwiedzie Julii od podjętej decyzji ani perspektywą noszenia wytwornej sukni, ani „nudą” tego, co ja czeka na miejscu. Mógłby kazać jej zostać. Zamknąć ją pod kluczem i tyle, ale nie miał do tego serca. Obawiał się jedynie, czy nie będzie tej decyzji żałował.

— W takim razie poślę po krawca — powiedział ugodowo.

Zasłony gabinetu były zaciągnięte i na drewnianym biurku stała jedna samotna świeca, w dodatku kiepskiej jakości, bo dawała niemal tyle samo dymu co światła. Feliks od dłuższego czasu przyglądał się jego ciemnym smugom unoszącym się w pomieszczeniu i rozmyślał. Tego popołudnia ponownie minął się w korytarzu z krawcem, który wracał ze spotkania z Julią i jak za każdym razem wyglądał na do głębi urażonego. To spotkanie, nietrwające nawet minuty, aż za bardzo przypomniało mu o zbliżającym się wyjeździe i zepsuło humor na cały wieczór. Nie zjawił się nawet na kolacji, tylko kazał ją sobie przynieść tutaj. Teraz obgryzione kości kapłona leżały na półmisku poza kręgiem światła. Feliks również trzymał się od niego z daleka, jakby spoczywające w nim listy mogły go ugryźć. Sarknął pod nosem i podszedł do okna. Uchylił zasłonę i zobaczył jedynie ciemność. Nie miał pojęcia, która mogła być godzina. Jego wewnętrzny zegar rozstroił się ostatnio do reszty. Spojrzał przez ramię na listy. Ten na wierzchu był najstarszy. Nawet stojąc kilka metrów od biurka rozpoznawał nieco toporne, ale bez wątpienia kobiece pismo, pokrywające kartkę papieru. Słowa zapisano po polsku, ale fonetycznie cyrylicą. Nie podejrzewał, że była to złośliwość ze strony Natalji. Wręcz przeciwnie, sam fakt pisania przez nią po polsku był ukłonem w jego stronę i podkreśleniem tego, jak bardzo jej zależy, aby przeczytał, co ma mu do powiedzenia. A że nie znała zasad polskiej pisowni, to już poniekąd była jego, a nie jej, wina. Westchnął i podszedł do biurka. Jego dłoń zawisła kilka centymetrów ponad papierem na długie sekundy.

Zabobony pogańskie! Porażająca naiwność i brak wiary! — Pamiętał, że tak zareagował, gdy pierwszy raz go czytał. Oburzył się wtedy szczerze i przez długie miesiące nawet o tym liście nie myślał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zmienił zdanie, gdy kilka tygodni wcześniej otrzymał list z Prus. Tamten poranek wciąż był żywy w jego wspomnieniach. Gdy podano mu zalakowany arkusz papieru z odciśniętym herbem, którym posługiwał się Gilbert, zorientował się, że od dłuższego czasu podświadomie obawiał się wieści z Prus Książęcych. Zły był na siebie, że nie opanował nerwów i przeczytał list przy Julii, zamiast poczekać do końca posiłku i zrobić to w zaciszu swojego gabinetu. Nie chciał jej mieszać w coś, co aż nadto śmierdziało herezją i najgorszym możliwym plugastwem, jakie mógł sobie wyobrazić.

W końcu rozprostował kartkę i przyjrzał się słowom napisanym przez Natalję.

…a gdy patrzę na zachód to niekiedy mam wrażenie, jakbym widziała słup czarnego dymu. Bije w niebo. Znika, gdy zamrugam. To nie jest złudzenie. Nie ja jedna go widziałam. Na wsiach o nim szepczą. Są dni, gdy niemal go nie widać i takie, gdy boję się patrzeć w tamtą stronę, ale patrzyłam ostatnio. Patrzyłam, choć niedobrze mi się od tego robiło, i przyjrzałam się mu uważnie. Tak nie płoną domy, tak nie płoną lasy, a trupy. Dziesiątki, setki trupów. Tu i tam rozmawiałam z wieszczkami, tymi, które według księży i popów są obłąkane lub zaprzedały się diabłu i one twierdzą, że to dym prosto z piekieł. Jeśli faktycznie mają pakt z diabłem, to chyba dobrze wiedzą, co mówią.

Ale to nie u nas ten diabeł siedzi, tylko gdzieś dalej na zachód. Byłam w Wilnie i za nim, a dym wciąż widziałam przed sobą. Nie wiem czy to w Prusach, czy jeszcze dalej, ale źle ci nie życzę, więc miej się na baczności…

      Opanował chęć ponownego wyjrzenia na dwór i zlustrowania horyzontu. W nocnych ciemnościach niczego by nie zobaczył zwłaszcza, że niczego nie dostrzegał nawet w dzień. Teraz jednak wątpił w swoje oczy. Odetchnął głęboko i zakrztusił się dymem ze świecy. Dłuższą chwilę walczył o odzyskanie oddechu i w końcu udało mu się to dopiero, gdy stanął w uchylonym oknie, jakby podejście do niego było jego przeznaczeniem, którego nie mógł uniknąć. Noc była pochmurna, smoliście czarna i rześka jak na początek lipca. W pewnym stopniu koiła nerwy i gdyby nie przesadnie wyraźne echo jego rozmowy z Gilbertem sprzed kilku lat, to Feliks może zapomniałby o listach do rana i w końcu udał się a spoczynek. Tak się jednak sie stało. Jego myśli rozszarpywały słowa Gilberta na czynniki pierwsze.

To było w Poznaniu po hołdzie lennym złożonym przed Janem Olbrachtem. Przeszło sto pięćdziesiąt lat temu — pomyślał i aż go rozbawiło, jak dobrze pamiętał tamten majowy wieczór. Wypili wtedy sporo nawet jak na siebie i Gilbertowi wymsknęło się coś, czym nie chciał się dzielić. A może jedynie chciał, aby tak to wyglądało? Feliks nigdy tego nie rozstrzygnął i niespecjalnie się tym przejmował.

— Miło tak na zamku posiedzieć. Co solidne mury zamkowe, to nie drewno i cegły zwyklejszych domów. Od razu wino jakoś lepiej smakuje! — roześmiał się i pociągnął słuszny łyk z butelki.

— Tak podpadłeś komuś, że cię na zamek w Królewcu już nie wpuszczają? — odparł Feliks jeszcze weselszy.

— A tam nie wpuszczają — prychnął Gilbert. — Nie wiem czy to wilgoć, czy co, ale źle mi tam. Posiedzę trochę i tu mnie kłuć zaczyna, tam się wyspać nie mogę. Sny, to mam takie, że szkoda mówić. Zostało coś jeszcze w jakiejś butelce, bo moja już pusta?

Feliks podał mu kolejną niedopitą. Ze szklanek i kielichów zrezygnowali, gdy ostatni z gości opuścił salę niemal wynoszony przez służbę. To był zabawny widok, ale kiedy zamknęły się za nimi drzwi obaj nieco posmutnieli, jakby w jednej chwili ciężar wspomnień zawisł im u gardeł.

— Powiedziałbym ci, że to starość, ale jesteś młodszy ode mnie, więc albo z ciebie słabeusz, że się koszmarom dajesz wystraszyć, albo nie wiem.

Gilbert prychnął oburzony i uderzył butelką o blat z taką siłą, że pękła z hukiem i resztka wina spłynęła na podłogę.

—  Tchórzem nie jestem, ale to… a zresztą — mruknął i podniósł się z ławy.

Świat zatańczył wokół niego i niewiele brakowało, aby upadł. Zatoczył się i wsparł o ścianę. Chwilę odczekał, rozejrzał się i niepewnym krokiem ruszył po duży półmisek z wystygłym mięsem i dzban, w którym miał nadzieję znaleźć jeszcze wino. Opróżniający je biesiadnicy mieli wybitnie słabe głowy i odpadli, jako pierwsi, za co był im teraz wdzięczny. Feliks powiódł za nim wzrokiem. Połowa świec już się wypaliła i w komnacie panował gęsty półmrok, ale to mu nie przeszkadzało. Przyjrzał się Gilbertowi i spróbował rozsądzić, co jest skutkiem podróży, co wina, a co całą resztą. Nie było to łatwe i na dłuższą chwilę zupełnie pochłonęło jego uwagę. Z zamyślenia wybił go głośny śmiech.

— Co rżysz? — warknął.

— Bo wyglądasz jak jakiś żebrak z takimi wybałuszonymi oczami i pustą butelką przytkniętą do ust — odpowiedział mu Gilbert.

Zwalił się z powrotem na ławę i pociągnął łyk wina.

Feliks zapchał sobie usta pieczonym schabem i przyglądał się dalej już bardziej kontrolując jak to robi.

— To koszmary, powiadasz? — zachęcił lennika do mówienia, siląc się, aby w jego głosie nie było słychać kpiny. Spróbował sobie wyobrazić, któregoś ze swoich starszych braci wciągniętego w opowiadanie jakiejś historii. Obaj mieli w sobie coś z gawędziarzy, przy czym Josef przy okazji niekiedy umiał do gawędy wciągnąć innych. Feliks nie raz się przejechał na tym i wygadał aż za dużo. Teraz jednak o tym nie myślał. Przyssał się do kostki kurczaka i zerkał na Gilberta ciekaw, czy złapie rzuconą przynętę.

— Też. Sam nie wiem. To nie tak, że coś mnie boli konkretnie, ale raczej tak pobolewa, a jak próbuję określić co, to zwykle przestaje, choć mam wrażenie, że coraz oporniej. Zresztą to tak dopiero od kilku lat — mruknął i przepił.

— Wyobraźnia. — Wzruszył ramionami.

— Co mi się wyobraża, a co czuję, to umiem odróżnić — oburzył się Gilbert. — A to jest takie dziwnie znajome. Jak w Ziemi Świętej byłem, to czasami czułem się podobnie, ale tam byli niewierni i ich bezbożne sztuczki, więc to było jasne, a tu?

Feliks zamarł, a Gilbert też nie spieszył się z kontynuowaniem. Zupełnie, jakby powiedział wszystko, co chciał powiedzieć i mu przysłowiowy kamień spadł z serca.

Zamrugał i otarł załzawione od dymu oczy wierzchem dłoni. Wyrwał się ze wspomnienia i znowu był myślami w dusznym gabinecie. Świeca stopiła się już niemal do końca i lada moment groziło mu zatonięcie w zupełnych ciemnościach, a mimo tego uśmiechnął się. Coś było miłego w tamtym wspomnieniu. To były jeszcze te czasy, gdy Gilbert nie zaprzyjaźnił się z Elektoratem Brandenburgii. Wielkim mistrzem był wówczas Szwajcar, o ile go pamięć nie myliła, i między nim a Hohenzollernami stał jeszcze książę saski i wojna. Gdyby było inaczej, to pewnie Gilbert w ogóle nic by mu nie powiedział, a tak chyba nie miał się komu wygadać. Feliks potrafił to zrozumieć, ale czemu teraz Gilbert powołał się w swoim zaproszeniu na tamtą rozmowę było dla niego bardziej mętne. Żałował, że Taurys był daleko na wschodzie i nie mógł zasięgnąć jego zdania. Skłamał, mówiąc Julii, że on pewnikiem otrzymał podobne zaproszenie. Był niemal pewien, że tak się nie stało.

…tak rzadkie i owiane legendami zjawisko warto obserwować z ciekawych miejsc, choć ponownie, jak za panowania Johanna von Tieffena nie mogę zaprosić na sam zamek w Królewcu, to jednak z chęcią zapewnię gościnę w dworku ulokowanym pod miastem, gdzie nie będzie nam dokuczał zgiełk stolicy…

Przeczytał raz jeszcze niepokojący go fragment. Bywał na zamku w Królewcu nie raz od tamtego hołdu. Kilka wizyt odbył chociażby za panowania opornego Wettyna, aby mu swoją osobą przypomnieć o tym, że należałoby w końcu złożyć hołd lenny Koronie. Spotykał tam wówczas również Gilberta, więc wspomnienie von Tieffena w kontekście niemożności przyjęcia go na zamku obudziło w nim obawy. Jakby chciał mi powiedzieć, że coś łączy obecne wydarzenia z tymi sprzed stu pięćdziesięciu lat, a jednocześnie nie zamierzał tego robić wprost — myślał. Co akurat do niego teraz pasuje. Wprost to pewnie z Albrechtem rozmawia, od kiedy łączy ich przyjaźń umocniona przez dynastię Hohenzollernów. Mi tylko wspomina. Powinienem być chyba wdzięczny, że tak wysoko ceni moją pamięć i moją głowę, że założył, iż w ogóle pamiętam tamten wieczór. Roześmiał się, ale szybko mu wesołość minęła. Nic wtedy nie wymyślili i kolejne butelki wykończyli opowiadając sobie plotki o czarnej magii, zakazanej stronie alchemii i bezbożnikach zawierających pakt z diabłem. Spojrzał na list Natalji i wzdrygnął się. Pytanie czy napisał to, aby mnie zaciekawić i ściągnąć do siebie, czy… I co dalej? Na pewno nie wiem więcej niż on sam. Cokolwiek widzi Natalja i cokolwiek sprawia, że on nie jest w stanie przebywać dłużej na zamku mnie nic nie mówi. Chce, aby mu pomóc, czy sprowadzić na mnie nieszczęście i może przy okazji wykorzystać do własnych celów? A może wystraszyć, abym faktycznie się nie stawił…

Jęknął zirytowany i świeca zgasła, jakby się go przestraszyła. Zaklął szpetnie i podszedł do okna. Zdecydowanym ruchem przesunął ciężką zasłonę i spojrzał w zachmurzone niebo. Przed sobą, zatopiony w ciemności, miał wschodni horyzont.

— Gdybym tylko mógł poprosić kogoś o radę — mruknął z trudem utrzymując nerwy na wodzy. Naszła go nieodparta pokusa rozbicia szyby, która oddzielała go od świata. — Nawet nie o radę, a po prostu inny punkt widzenia! Król, królowa… będą mieli tysiąc powodów, aby mi nie pozwolić wyjechać. Szlag by to trafił, czemu akurat teraz?!

Podświadomie doskonale zdawał sobie sprawę, czemu właśnie teraz Gilbert do niego pisał i to go przerażało.

Advertisements

2 thoughts on “Czarne słońce – 1.1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s