Instytut Badań Czarów i Magii cz.4

Na Wydziale Komunikacji Międzyświatowej młodszy Beilschmidt zastał Kirklanda tulącego do siebie lazurową kulkę z frędzlami jak macki oraz Jonesa wygrażającego mu pięścią.
– Odłóż go, popieprzeńcu!
– Niedoczekanie twoje! Męczysz zwierzęta!
– To nie jest zwierzę! To Marsjanin! Rozmawiał ze mną!
– KIRK-LAND – powiedziała nosowo kulka z frędzlami. – Yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, UH-UM HEL-LO!
– To Marsjańskie zwierzę – rzekł nieco oszołomiony Kirkland, przyglądając się mackom.
Jones tak się oburzył, że chwycił arkebuz i wycelował w kolegę po fachu. Współkierownik Wydziału Stworów Magicznych zasłonił się Marsjaninem.
– Alfredzie F. Jonesie! – zagrzmiał Ludwig, postanowiwszy wkroczyć na scenę.
Kierownik Wydziału Komunikacji Międzyświatowej zamrugał zdziwiony.
– Szefie? O, jak dobrze, że szefa widzę! Widzi szefunio, co ta menda robi? Chciał uprowadzić mojego gościa!
– To jest stworzenie i ja żądam, żeby zapewnić mu godne warunki!
– LUD-WIG – ucieszyło się marsjańskie zwierzę – yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, UH-UM, HEL-LO.
Jones zrobił krok w kierunku Kirklanda.
– Odłóż arkebuz! – rozkazał Ludwig. Musiał być opanowany, bo cała ta farsa mogła skończyć się nieszczęściem. Wystarczył już jeden poszkodowany, pogryziony przez lamę. A do tego rano Benedikt Brandt, jeden z pracowników administracji, wylał kawę, która skropiła podłogę nad Wydziałem Ściśle Tajnych Badań i pół biura spłynęło brązową substancją. Po szczegółowym badaniu okazało się, że kawa zamieniła się w lepkie kakao i to na mleku.
Cóż, postrzelenie któregoś z pracowników na pewno byłoby mniejszą tragedią niż zalana i klejąca się dokumentacja, ale ranni mieli to do siebie, że krwawili i mogliby coś Zwingliemu zapaskudzić.
Jones spojrzał bez zrozumienia na broń w swoich rękach.
– To nie jest arkebuz – stwierdził w końcu. – To najnowszy model anteny: ohio trzydzieści siedem washington. Z teleskopową arizoną. Niestety odbiera tylko sygnały z Charona i to jakieś chrobotania.
Zamachał anteną.
– To dlaczego celowaliście z tego do Kirklanda? – zapytał Ludwig.
– Chciałem mu nią przez łeb strzelić! – odpowiedział gniewnie Jones.
Uniósł antenę wysoko w górę, jak kij, a ta wypaliła, wyrywając okno dachowe z framugą.
– ROZ-PIEPRZ – stwierdził wesoło Marsjanin, gdy Ludwig pozbywał się zaklęciem pisku w uszach. – Yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, UH-UM, HEL-LO.
Jones generalnie nie był złym naukowcem. Miał forsy jak lodu z jakiś podejrzanych źródeł, więc rzadko zgłaszał się po wypłatę. Zwingli zwęszył na tym interes i wymusił zmianę w statucie. Jeśli dany pracownik nie zgłosił się po wynagrodzenie czterdzieści trzy godziny od zaistnienia możliwości odbioru, wypłata przechodziła na własność Instytutu. Jak można się było domyśleć, wszyscy zwalali się dokładnie czterdzieści dwie godziny i pięćdziesiąt trzy minuty od pierwszego każdego miesiąca i w końcu ktoś biegł po Butković z Wydziału Spowalniania Czasu. Albo jej dubleta.
Wypłaty Jonesa przeważnie zasilały konto Instytutu. A sam kierownik Wydziału Komunikacji Międzyświatowej z pasją oddawał się swojej pracy, a także własnoręcznie naprawiał straty oraz rozbudowywał aparaturę. Jedynym problemem z jego wynalazkami był fakt, że nader często zamiast przydatnego urządzenia do nawiązania kontaktu z istotami pozaziemskimi, udawało mu się stworzyć broń. Małe, zabawne nieporozumienie niemalże doprowadziło do ostrego konfliktu pomiędzy Jonesem a Bragińskim. Gdyby ten ostatni w kluczowym momencie nie stwierdził, że szkoda bimbrowni, połowa Instytutu wyleciałaby w powietrze, a druga świeciłaby jak Las Vegas przez kilka następnych wieków. Ludwig musiał odbyć parę sesji u Edelsteina, żeby przestać moczyć się w nocy po tym wydarzeniu. I z tego co wiedział, nie był jedyny.
Bragiński w piwnicy, Jones na poddaszu – póki co, sprawdzało się.
Kirkland wypuścił małego, lazurowego Marsjanina. Kulka z frędzlami spoglądała zaciekawiona, jak Jones klnąc, włazi na dach.
– Noż faken szit! Poszła cała bateria i talerz typu oregon pięćset! Teraz nie znajdę już do niego części. Moje antenki – dodał płaczliwie.
– Jesteś nieodpowiedzialnym błaznem! – wrzasnął za nim Kirkland, wyraźnie jeszcze ogłuszony.
Ludwig cofnął się. Zaklęcie leczące uszy miało tę wadę, że przez kilka minut człowiek nadsłyszał. Pewno dlatego był w stanie zarejestrować zawodzenie z drugiego skrzydła. Wprawnym okiem ocenił szkody, uznał, że właściwie nikt nie ucierpiał, Jones sam pokryje straty, więc nie ma sensu tu tkwić. Ruszył na dalszy obchód.
Na Wydziale Bibliotecznym okazało się, że jęczał Väinämöinen. Kopał w wielkiej górze książek. Ludwig przyglądał się temu zdębiały, póki nie dostrzegł wyłaniającej się spod sterty ręki bibliotekarza, Raivisa Galante. Skoczył jak oparzony i zaczął pomagać. Po chwili wyciągnęli Galante, który nie wyglądał na zbytnio przejętego.
– Pewnie znowu coś pieprzło na Wydziale Alchemii i naruszyło równowagę – skomentował, ocierając krew z policzka. – Nie moja – dodał, widząc minę kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania. – Wielkiej Historii Morza Czerwonego rozdarła się okładka. A może i nie… Ona czasami krwawi sama z siebie.
Väinämöinen, kierownik Biura Pośrednictwa, okazjonalnie kierownik Koła Strzeleckiego, nadal klęczał i kopał w książkach. Pachniał… sterylnością, więc Ludwig uznał za stosowne wytłumaczyć mu, że akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem, bo najwyraźniej nie dotarło to do jego zalanej procentami świadomości.
– Eduard! – krzyknął Galante. – Jego też przysypało!
Wspólnymi siłami odgruzowali von Bocka, naczelnego matematyka Instytutu. Wydawał się wyraźnie nie w sosie, chociaż Ludwig zwalił to na karb faktu, że leżał na Seksualności angielskiej, a to była raczej zimna książka, która lubiła przytulać się do odkrytych nerek. Väinämöinen zaczął szlochać i dalej zawzięcie odgarniał opasłe tomiszcza, ignorując akty agresji ze strony papieru.
– Mówiłem, że układanie na fikcyjnej półce skończy się wypadkiem – rozległ się zimny i rzeczowy głos.
Ludwig obrócił się i ukłonił Bernhardowi Oxenstiernie, kierownikowi Wydziału Bezpieczeństwa. Gilbert zawsze mówił o nim, że jest świętszy niż sam papież i miał rację. Młodszy Beilschmidt był wielkim służbistą i zdawał sobie z tego sprawę, ale jeśli chodzi o Oxenstiernę, odpadał w przedbiegach. Facet miał spore skrzywienie na punkcie bezpieczeństwa i nie krył się z tym. Na każdym zgromadzeniu Rady zgłaszał wniosek o rozwiązanie Związku Słowian, uzasadniony wysokim ryzykiem wypadku spowodowanego przez tę jednostkę. Oczywiście, wniosek odrzucano, ale nawet sami Słowianie czuli respekt, że próbował.
– A gdzie to miałem wcisnąć? – warknął Galante.
Kierownik Wydziału Bibliotecznego był jednym z najważniejszych ludzi w Instytucie. Mały, z oczami wiecznie zaczerwienionymi od kurzu, dygoczący przypadkowo stanowił uosobienie powiedzenia „nie oceniaj książki po okładce”. Za fasadą nieporadnego dzieciaka krył się wyborowy strzelec, błyskotliwy kpiarz (z tak ciętą ripostą, że Związek Słowian błagał go na kolanach, żeby do niego wstąpił), a także rzadkiej klasy bibliofil.
Bibliotekarze, głównie przez nagromadzenie książek, które – jak wiadomo – zakrzywiają czasoprzestrzeń, nierzadko gubili się na kilka lat, a częściej ginęli raz po raz, przysypani, zmiażdżeni, zagryzieni, rozerwani albo pocięci. Czasami także ustawiali się na półka i uparcie twierdzili, że są biografią, powieścią, a w skrajnych przypadkach książką kucharską. Raivis Galante radził sobie za to znakomicie. Kości miał chyba z gumy, a oddychał farbą drukarską, zważywszy na ilość godzin jakie spędzał przywalony ciężkimi knigami.
A co najważniejsze – książki kochały go. Kiedyś jedna z lektur o wdzięcznym tytule Trujący bluszcz usiłowała zadusić Lorinaitisa zielonymi łodyżkami pełniącymi funkcję zakładek. Nie pomogły strzały, maczety ani kilka klątw. Musiano poszukać Galante, odnaleźć go pod stertą dwustutomowej encyklopedii czarów domowych, wyciągnąć i przyprowadzić. Chłopak tylko warknął – książka puściła sinego, półżywego Lorinaitisa, a na końcówkach łodyżek dało się nawet dostrzec cień rumieńca.
Raivis Galante był zdecydowanie właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i z pewnością nie dałby Oxenstiernie przełożyć ani jednej książki, choćby na Wydziale Bibliotecznym miało ginąć po kilku ludzi dziennie. (Na razie ginęło kilku co miesiąc, ale ta liczba i tak się zmniejszyła, od kiedy Galante został kierownikiem. Trafnie dobierał podwładnych, a jeśli książki kogoś nie lubiły, w dwie minuty był w stanie wywalczyć w administracji zakaz wstępu do biblioteki dla delikwenta.)
Z kolei nawet dublet Oxenstierny nie odpuściłby, widząc tak poważne uchybienie.
– Bez raportu i skargi się nie obędzie – powiedział stanowczo kierownik Wydziału Bezpieczeństwa.
– A raportuj se i skarż ile chcesz – odparował Galante. – I tak mnie nie wywalisz. Nie znajdziecie frajera z połową moich kwalifikacji, który zgodziłby się robić za szklankę wódki dziennie i te grosze, które nazywacie wypłatą!
– Ostrzegałem, że to nie wytrzyma – mruczał Oxenstierna, notując zawzięcie. – Ostrzegałem, żeby dorzucić zaklęcie wzmacniające. Teraz to tylko raport…
– Goń się! – Galante zaczął układać książki w stosy. Niektóre potulnie podpełzały do jego ręki, inne próbowały zwiać, a jeszcze inne przewracały się na grzbiety i falowały kartkami w podnieceniu. Gdy próbował je podnieć von Bock, zamykały się gwałtownie i kłapały okładką agresywnie.
– Kierownik podpisze – oznajmił Oxenstierna, podając dokument Ludwigowi.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania przestudiował uważnie treść pisma.
– Myślę, że wniosek o odwołanie Raivisa Galante z funkcji jest zbyt mocnym środkiem – powiedział w końcu, patrząc na załączniki do raportu.
– Bujaj się, reniferze – skomentował bibliotekarz.
Kilka książek przekartkowało się, sycząc na Oxenstiernę. Egzemplarz Broni magiwyrzutnej ostrzelał but kierownika Wydziału Bezpieczeństwa numerami stron.
– Cenię wkład Galante w rozwój Wydziału Bibliotecznego, ale naraża on na niebezpieczeństwo siebie i osoby postronne. Takie są przepisy – oświadczył Oxenstierna.
– Wniosek zostanie odrzucony, kiedy tylko trafi do administracji – uprzedził lojalnie Ludwig.
– Taką właśnie mam nadzieję – mruknął Oxenstierna. – Poprzedni bibliotekarz był o wiele bardziej wypadkowy. Pozwoliłem sobie zawiadomić Macháčkovą i poprosić ją o częstsze kontrole biblioteki.
– Nie moja wina, jak ją coś zeżre – sapnął Galante, stojąc na drabinie. Eduard von Bock podawał mu tomiszcza. Väinämöinen odgruzowywał ostatnią część dywanu. Widać było, że w chwili obecnej łatwiej porusza się na czterech kończynach niż na dwóch.
Oxenstierna nie zdążył wyjść, gdy przybiegła zdyszana Macháčková, kierowniczka Wydziału Kontroli i Nadzoru. Szybko rozeznała się w sytuacji.
– To po cholerę mnie tu wzywacie? Przecież wszyscy żyją! On żyje, on żyje i on żyje. I kierownik żyje, i ty też, Bernhardzie. Ktoś umarł?
Väinämöinen podciągnął się na kolana, wzniósł ręce do góry i zapłakał.
– Pani Macháčková, wódka się rozlała. – W jednej dłoni trzymał utłuczoną szyjkę butelki.
Galante i von Bock zwiesili głowy ze smutkiem.
Macháčková podeszła bliżej obadać sprawę.
– To faktycznie nieszczęście. Nie da się nic uratować? – zapytała i od jakby niechcenia stworzyła machnięciem ręki dubleta. Był skąpo ubrany, piersiasty i dupiasty. Wybiegł chyżo z biblioteki.
Kierownik Biura Pośrednictwa przekształcanego okazyjnie w Koło Strzeleckie znał się na rzeczy, bo przecież nie płakałby nad wódką, którą mógłby wypić. Część alkoholu wsiąknął dywan, a część wpiły Klechdy fiołkowe, drukowane na chłonnym, żółtym papierze.
Dublet wrócił, ciągnąc za sobą Josefa Havla. Właściwie to nie musiał ciągnąć.
– Mam wydestylować wódkę z dywanu? – zapytał wesoło, gdy Macháčková przedstawiła sprawę.
– I z Klechd fiołkowych – dodał z nadzieją Väinämöinen.
– Teraz to są Baśnie polskie – zauważył kierownik Wydziału Alchemii.
– Chcecie destylować książki? – zapytał wstrząśnięty Ludwig. – Raivisie Galante, pozwalasz im na to?
– Lepsze to niż skończyć żywot na makulaturze – oznajmił przytomnie bibliotekarz. – Literaturę można przyjmować pod różnymi postaciami. Nie jestem za monopolizowaniem formy doocznej.
Coś otarło się o kostkę młodszego Beilschmidta. Mały, lazurowy Marsjanin z pracowni Wydziału Komunikacji Międzyświatowej skierował okrągłe oczka na mężczyznę. W dotyku przypominał ciężkie zasłony z salonu jednej z ciotek Ludwiga.
– But – oznajmił. – Yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, UH-UM, HEL-LO – dodał, zadowolony.
– Ciekawe, czy to by przez rurki przeszło. – Havel wykazał zainteresowanie kosmitą.
– HAV-EL. Yip, yip, yip, yip, yip, yip, yip, UH-UM, HEL-LO.
Macháčková wzięła się pod boki i spojrzała sceptycznie.
– Nie jestem pewna, czy chcę pić coś, co zna moje imię.
Ludwig przyjrzał się jej. Faktycznie, piersi ładnie odznaczały się pod obcisłym golfem.
– To gość Jonesa, nie będziecie go destylować. – Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania pogroził Słowianom palcem.
– A Bajki polskie? – zapytał z nadzieją Väinämöinen.
– Teraz to już są Legendy ruskie – zauważył Havel. – Czekaj, nie podnoś jej, chcę zobaczyć, w co teraz wyewoluuje.
– To raczej jej końcowe stadium, wciągnęła cały alkohol – powiedziała Macháčková.
– A liczyłem na Opowiadania słowackie – rzucił niepocieszony kierownik Wydziału Alchemii i zarobił kuksańca od kierowniczki Wydziału Kontroli i Nadzoru. A zaraz potem kopniaka w goleń od jej dubletu, który to zasalutował i rozwiał się.
Ludwig pomyślał, że musiało im być ciężko w małżeństwie.
Galante podniósł książkę i wręczył ją Havlowi.
– Spoko, Ludwigu – powiedział alchemik. – To już mamy przetestowane. Bimber z pisarzy rosyjskich jest strasznie mocny i ma się po nim ciężkiego kaca.
– Z pisarzy czeskich wychodzi piwówka – zauważył kąśliwie von Bock. – I dostaje się po niej słowotoku.
– Wolę destylować czeskie książki niż piwo. – Havel uniósł się wyższością. Książkę umieścił pod pachą, jako że chwiała się niebezpiecznie i już dwa razy zwymiotowała literkami. Razem z Väinämöinenem zwinęli i wynieśli dywan.
Macháčková przyjrzała się niewidzialnej półce i obiecała, że przyśle jak najszybciej technika, żeby Oxenstierna się nie czepiał. Eduard von Bock machnął ręką, bo technik i tak najpierw musiał przyjść do niego po wyliczenia.
Ludwig spojrzał na kosmitę. Marsjanin wydał z siebie głośne „BYE-BYE”, zatrząsnął się i zniknął. Młodszy Beilschmidt westchnął i udał się do sąsiedniego Wydziału Nieśmiertelności.

Reklamy

2 thoughts on “Instytut Badań Czarów i Magii cz.4

  1. Hej! Strasznie podoba mi się cała ta koncepcja i to jak podstawiłaś hetalie pod jedną z moich ulubionych książek. Dobranie bohaterów, humor, język. Strasznie Ci zazdroszczę takiego talentu. Czy masz zamiar to kontynuować?

    • Sorry za spóźnioną reakcję, ale nie byłam pewna. Teraz raczej jestem, że będzie kontynuacja. Chyba że praca licencjacka wcześniej mnie zabije 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s