Instytut Badań Czarów i Magii cz.3

Ludwig życzył im powodzenia z bandikutem i ostrożnie otworzył drzwi. Wyszedł na szóstym piętrze, tuż koło Biura Pośrednictwa okazjonalnie przekształcanego w Koło Strzeleckie.
Zajrzał do środka i zauważył wyjątkowo zdenerwowaną Lokapalę. Siedziała w poczekalni. Na drzwiach Biura Pośrednictwa widniała przyklejona taśmą kartka z napisem: ZARAZ WRACAM.
– Nie będę płacić za kolejną godzinę na parkingu – oznajmiła stanowczo Lokapala.
– A mogę zapytać, co jest waszym wierzchowcem? – zapytał Ludwig.
– Słoń.
– Ten ze skrzydłami i rogami? Stworzenia magicznie nie podlegają opłacie, obawiam się, że ktoś sobie z was zakpił – oznajmił kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania, wyjmując kajecik, aby spisać skargę.
Timo Väinämöinen nie pojawił się, więc Ludwig kontynuował obchód. W Wydziale Mechaniki i Magisieci też nikogo nie znalazł, ale specjalnie się nie spodziewał. Eduard von Bock pozostawał w bliskich stosunkach z Väinämöinenem, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że włóczą się gdzieś razem.
Pomimo Wydziału Nadzoru i Kontroli, który miał za zadanie nadzorować projekty badaczy, aby nie wymknęły się spod kontroli, oraz Wydziału Bezpieczeństwa, to Väinämöinenem był czymś w rodzaju środka wykonawczego, więc nikt się nigdy na niego nie skarżył. Swoje robiła świadomość, że kiedy sięgają po ciebie obślizgłe macki z innych wymiarów, tylko Väinämöinenem może przyjść ci z pomocą i odstrzelić kilka. (Macki lubił zbierać Kiku Honda, kierownik Działu Wydajności, i wszyscy chcieli wierzyć, że to na sushi.)
Maszyna stojąca na Wydziale Mechaniki i Magisieci zapipczała ostrzegawczo. Zamrugało kilka kontrolek i na ekranie pojawił się napis:
[koniec obliczeń] + [drukuję wynik] + [czego się gapisz?]
Ludwig odsunął się gwałtownie i zastanowił się, czy wypada przedstawiać się maszynie. Musi powiedzieć von Bockowi, żeby wprowadził jej program rozpoznawania kierownictwa, bo znosić obelg od wyposażenia nie zamierzał. Ostentacyjnie chwycił wydruk, po czym zorientował się, że udowadnia maszynie swoją wyższość, a skoro to robi, to nisko upadł.
Na kartce widniał szereg wyliczeń dla Wydziału Wizji Ekstatycznych. Ludwig przestudiował go uważnie.
– Więc jednak za mało jabłek – mruknął i odłożył wydruk na miejsce.
Udał się dalej i w drugim skrzydle pocałował klamkę Wydziału Marzeń Sennych. Heracles Kapursi zapewne był na jednym ze swoich nieskończonych urlopów. Ludwig jednak spodziewał się, że go zobaczy w najbliższym czasie. Kiedyś Kirkland został ugryziony przez mało sympatyczne zwierzę i zapadł w dziwny sen. Lunatykował, wydawał z siebie dziwne dźwięki i dławił się własną śliną. Nie dało rady, musieli wezwać Kapursiego. Zdziwiona żona zafundowała niezapomniany ochrzan pracownikom administracji, którzy rzekomo w swoim burdelu mieli się zagubić i nie zauważyć, że kierownik Wydziału Marzeń Sennych wrócił z urlopu miesiąc wcześniej.
– Owszem – jęczał Ingo Wachholz, którego raczej mało co wyprowadzało z równowagi – ale z miejsca wziął następny.
Po kilku godzinach poszukiwań udało się odnaleźć delikwenta wygrzewającego się w przybudówce dla smukłych chińskich smoków na poddaszu.
Ludwig wyciągnął swój specjalny klucz, który pasował do wszystkich drzwi w Instytucie, i otworzył Wydział Marzeń Sennych. Wolał się upewnić, bo Kapursi pisał obecnie obszerną pracę na temat kocich snów, zresztą, te zwierzaki zawsze otaczały go tłumnie, i jakiś mógł się przybłąkać.
O ile gabinet wyglądał przyzwoicie, młodszego Beilschmidta zamurowało w drzwiach laboratorium. Kapursi nie mógł być na urlopie. Ponad połowę płaskiej powierzchni pokoju zajmowały śpiące koty. Nad nimi majaczyła wielka faja wodna. Wybulgiwała od czasu do czasu kolorową bańkę, a następnie wciągała w siebie inną, która podleciała najbliżej. Ludwig przekroczył wyjątkowo spasłą, rudą kotkę i przypatrzył się jednej z banieczek. Potem kolejnej i jeszcze jednej. To były kocie sny.
Wydział Marzeń Sennych opuścił raczej rozczarowany. Połowa kotów śniła o kopulacji, większość pozostałej połowy o jedzeniu, a kilka – co stanowiło jedyną ciekawostkę – o lampie naftowej. Ludwig zastanowił się, na ile mógł w tym maczać palce Łukasiewicz, ale porzucił tę myśl.
Z Wydziału Samozadowolenia dobiegały podejrzane dźwięki, ale kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania był przecież niezłomny. Już miał sięgnąć do klamki, gdy drzwi same otworzyły się i wybiegł przerażony kierownik, Antonio Fernandez Carriedo. Za nim pośpieszył Arthur Kirkland, współkierownik Wydziału Stworów Magicznych.
– Panie kierowniku! – wrzasnął Carriedo, chowając się za młodszym Beilschmidtem. – Weź go pan!
Kirkland przystanął z niezadowoloną miną i zacmokał.
– Pogryzła go lama – oznajmił – trzeba zrobić zastrzyk przeciwko opętaniu.
– Ona mnie nie ugryzła – stwierdził płaczliwie kierownik Wydziału Samozadowolenia – ona mnie tylko chwyciła po przyjacielsku. To tylko otarcie, niech pan spojrzy!
Ludwig przyjrzał się dłoni Carriedo. Z zewnętrznej strony została zdarta prawie cała skóra.
– Nie wygląda to dobrze – zawyrokował młodszy Beilschmidt. – Idźcie z tym do Sekretariatu.
Zwingli, oprócz zarządzania finansami, odpowiadał także za opiekę medyczną.
– Żadnego latania po Instytucie! – stwierdził stanowczo Kirkland. Na ramieniu siedziała mu satyroryba i majtała ogonem, obracając nerwowo głową. – Został ugryziony przez lamę. Mogła być nawiedzona. Trzeba zrobić zastrzyk przeciwko opętaniu. Nie mam ochoty ściągać Bragińskiego albo Łušćanskiego do egzorcyzmów. Szczególnie, że dusze szczególnie łatwo adaptują się w ciele Tośka.
– Mam pogodną naturę! – zaprotestował Carriedo. – Poza tym, on chce, żebym ściągnął spodnie.
– Zastrzyk trzeba zaaplikować w pośladek – powiedział spokojnie współkierownik Wydziału Stworów Magicznych, pełniący obowiązki instytutowego weterynarza. Zręcznie obrócił w palcach strzykawkę. – Kierowniku, proszę go przytrzymać.
Carriedo zrobił się czerwony jak pomidor i z południowym uporem rzekł:
– NIE.
Ludwig westchnął.
– Antonio Fernandezie, jesteście kierownikiem Wydziału Samozadowolenia, opanujcie się.
– Zastrzyki nie mają nic wspólnego z samozadowoleniem!
– A co mają lamy?
– Można się zadowolić głaszcząc ich futro albo patrząc jak opluwają kogoś.
Carriedo mamrotał coś jeszcze niewyraźnie, ale dał się zaciągnąć do gabinetu, skąd Ludwig przegnał rzeszę ciekawskich laborantek. Kirkland uporał się z zadaniem szybko, a satyroryba zachichotała wstrętnie. Współkierownik Wydziału Stworów Magicznych pogłaskał ją po ogonie uspokajająco.
Sprawczyni zamieszania, lama, popatrzyła na Ludwiga najpierw wielkim okiem spod grzywki, a potem drugim malutkim. Następnie obróciła się i młodszemu Beilschmidtowi przyjrzało się jeszcze średnie oko na ogonie. Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania uznał, że nie ma w niej nic dziwnego. Nie dostrzegł jakichkolwiek objawów nawiedzenia przez duszę zmarłej osoby. Jednak procedury to procedury, więc generalnie popierał Kirklanda.
– Antonio Fernandezie, coście robili z tym stworzeniem?
Carriedo pocierał zawzięcie pośladek, ale powoli odzyskiwał humor.
– Lamy generują wysoki poziom samozadowolenia. Szczególnie ogolone, co chciałem sprawdzić na tej odmianie, ale nie pozwoliła zbliżyć się do siebie z maszynką. Ogólnie jest łagodna jak owieczka…
Lama splunęła i Carriedo zmuszony był zrobić przerwę na ścieranie lamiego gluta.
– Nie wiem, co dzisiaj w nią wstąpiło – powiedział z żalem kierownik Wydziału Samozadowolenia. Kirkland niemal zastrzygł uszami. – Oj, uspokój się, tak się tylko mówi…
Współkierownik Wydziału Stworzeń Magicznych wzruszył ramionami i wrócił do pakowania przyrządów.
– Antonio Fernandezie, nie poszukiwaliście wy sensu życia? – zapytał Ludwig, mgliście coś kojarząc.
– Nie, panie kierowniku – odparł Carriedo. – Ten projekt robiła Héderváry. Ja i bez badań wiem, że sens życia to daleka dziedzina od samozadowolenia.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania zebrał w sobie wszystkie siły i zapytał:
– A projekt seksualnego samozadowolenia się metodami magicznymi?
Carriedo bardzo się ucieszył.
– W końcowej fazie, panie kierowniku. Znalazłem kilku ochotników do testów i czekam na wyniki. Póki co wygląda obiecująco. To będzie uwieńczenie mojej tetralogii badań. Sen, żarcie, wypróżnianie się i seks jako cztery czynniki samozadowolenia człowieka w perspektywie magicznej. Teraz usiłuję dowieść, że istnieje szósty czynnik, poza piątym – obcowaniem z kulturą.
– Szósty czynnik? – zainteresował się Ludwig, mając nadzieję, że ten temat nie będzie korespondował z kopulacją.
– Szósty czynnik – nakręcił się Carriedo – to coś zupełnie nieuchwytnego, ale ja to dorwę. Coś jak napad głupoty i infantylizmu, ta niesamowita radość na widok ogolonej lamy albo mokrego kota. Albo grubasa w wannie. Albo ta pierwotna radość, gdy kretyn robi sobie krzywdę. To jest szósty czynnik. I ja odkryję jego esencję.
– Żeby ci jej Słowianie przez rurki do baniaczka nie przepuścili – powiedziała satyroryba i zaniosła się śmiechem przywodzącym na myśl pobekiwanie kozy.
Ludwig wrócił na korytarz. Stanął przed wyborem obejścia piętra wyżej albo piętra niżej. Bardziej logiczna wydawała się opcja pierwsza, ale kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania wcale nie miał ochoty zaglądać na poddasze. Powody były cztery i nazywały się: Havel, Jones, Yao i Galante. Westchnął i począł się wspinać na ostatnie piętro. Dogonił go Kirkland.
– Otrzymałem anonimowy donos, panie kierowniku, że Jones trzyma u siebie jakąś niższą formę życia z Marsa – powiedział. – Wolałbym go skontrolować.
– Powinniście iść z tym do Machackovej – odpowiedział Ludwig. – Takimi rzeczami zajmuje się Wydział Nadzoru i Kontroli.
– Machacková nie dba o dobro istot ze współczynnikiem człowiekowatości poniżej czterech – oznajmił nieco rozeźlony współkierownik Wydziału Stworów Magicznych. – Traktuje je na takim samym poziomie jak demony. Z Marsa czy nie, zwierzak to zwierzak. Jones za dużo sobie pozwala, ot co. I wszędzie robi niesamowity bałagan.
Młodszy Beilschmidt zastanowił się przez moment, czy poinformować o śpiących kotach w pracowni Wydziału Marzeń Sennych, ale uznał, że nie ma sensu niepotrzebnie denerwować pracowników. Szczególnie, że są niesamowicie samowystarczalni w tej dziedzinie.
Z Wydziału Alchemii wypadł wściekły Wang Yao, kierownik Wydziału Nieśmiertelności, znajdującego się w drugim skrzydle ostatniego piętra. Antypatie między Wangiem Yao a kierownikiem Wydziału Alchemii, Josefem Havlem, były wyraźne od początku, kiedy Związek Słowian przeforsował swojego człowieka na to stanowisko. Wcześniej Havel istniał w Instytucie jako kierownik Wydziału Bezwarunkowego Przetrwania, jednakże jego dzieła nie sprzedawały się tak dobrze jak dynamiczne prace Bonnefoya, choć eksperci twierdzili, że Havlowska merytoryka stoi na znacznie wyższym poziomie. W dodatku wdał się w bójkę z Bragińskim, bo nie zgadzał się z kilkoma jego tezami. Do tego wszystkiego odeszła od niego żona i praca na Wydziale Bezwarunkowego Przetrwania stała się dla Havla źródłem frustracji. Na stanowisku kierownika Wydziału Alchemii odżył i radził sobie świetnie.
Wydział Alchemii od wieków, zgodnie z tradycją, posiadał dwa cele. Wynaleźć eliksir życia oraz sposób przemiany ołowiu w złoto. Pierwszy zamiar często wykorzystywali inni Słowianie, podrzucając coraz to nowsze substancje do destylacji. Młodszy Beilschmidt nie miał jednak serca udzielać nagany Havlowi, bo ten zawsze dawał mu testować te prototypy eliksiru życia, które podpadały pod piwny typ. Co się zaś tyczy przemiany ołowiu w złoto, Havel miał zawsze jedną odpowiedź.
– Jestem blisko. – Mrugał wesoło. – Na razie umiem przemienić chmiel w piwne… To jest płynne złoto, teraz pójdzie z górki.
Wang Yao był zaś jednym z najstarszych pracowników Instytutu. Uważał za skrajną niesprawiedliwość, że to nie on został kierownikiem Administracji i Zarządzania i często załaził Ludwigowi za skórę z tego powodu. Chciał również, aby podpadały mu wydziały: alchemiczny, historyczny, stworów magicznych, ściśle tajnych badań, mechaniki oraz bibliotekarski. Demonstracyjnie nie zauważał zapisu w statusie dotyczącego możliwości kierowania tylko jednym wydziałem. W dodatku swojej jednostce badawczej ostentacyjnie wyznaczył takie same cele jakie miał Wydział Alchemii. W administracji długo debatowano nad rozwiązaniem, aż w końcu Dział Wydajności doszedł do konsensusu za porozumieniem stron – Wydział Nieśmiertelności dążył do zrealizowania aspiracji (wynalezienie eliksiru nieśmiertelności oraz przemiany ołowiu w złoto) przy pomocy środków wychodzących znacznie szerzej poza alchemiczne ramy, a Wydział Alchemiczny odpowiadał również za pomniejsze badania, jak i świadczył usługi innym jednostkom.
Cokolwiek złego zdarzyło się w Instytucie, Wang Yao stwierdzał, że Ludwig stracił Mandat Niebios i podwładni powinni go obalić. Rada odrzucała wniosek natychmiastowo. Wszyscy wiedzieli, że gdyby wykopali młodszego Beilschmidta ze stanowiska, natychmiast zająłby je ktoś ze Związku Słowian. Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że tak dokładniej nowym kierownikiem stałby się Iwan Bragiński. Ta wizja przerażała nawet samych Słowian, więc bardzo dbali, żeby Ludwigowi nic się nie stało, a jego władza była mocno zakorzeniona i niepodzielna.
W chwili obecnej Wang Yao miał tak skwaszoną minę, że nawet satyroryba wydawała z siebie dziki okrzyk, niezgrabnie spadła z ramienia Kirklanda i odczołgała się, zostawiając ślimaczy ślad na dywanie.
– To skandal! – wrzasnął kierownik Wydziału Nieśmiertelności na widok Ludwiga. – Hańba! Co za podłość! Grubiaństwo, pospólstwo i plebs! Nie do pojęcia! Będzie mnie pouczał, gnojek i szczeniak. Na najbliższym zebraniu niezwłocznie zażądam jego usunięcia. To skrajny przejaw niekompetencji.
Z tymi słowy skierował się wzburzony do swojego skrzydła. Młodszy Beilschmidt nieśmiało zajrzał do Wydziału Alchemii. Niejasno kojarzył, że kiedyś jeszcze gdzieś znajdował się całkiem porządny gabinet. Obecnie każdą płaską (i nie tylko) powierzchnię zajmowała aparatura: rurki, menzurki, kolby, kwarcowe parowniczki, eksykatory, cylindry, zlewki, lejki, retorty, tygle, palniki i inne mniej lub bardziej skomplikowane sprzęty. Podłogę, ściany oraz sufit pokrywały liczne plamy. Gdzie tylko istniała chociażby koncepcja wolnego miejsca, Havel wepchnął książki i papiery z wyliczeniami. Cały ten bajzel ciągnął się od ściany do następnego pomieszczenia.
– Żeby dodawać rtęć do piwa, kretyn – mruknął Havel, wynurzając się spod stołu. Zauważył Ludwiga. – Rtęć do piwa, rozumiesz ty to?! Chyba go pojebało, stary grzyb.
Kierownika Wydziału Alchemii mało co wyprowadzało z równowagi, a jeśli to przeważnie był to jego krewniak – Łukasiewicz – albo eks-żona.
– Josefie Havlu, jeśli nie odpowiada ci wydział, zawsze możesz przyjąć stanowisko kierownika Wydziału Malarstwa Czarnoksięskiego. Wiesz, że Rada przyzna ci go za zasługi od ręki.
Havel roześmiał się głośno, a dźwięk zwielokrotniła szklana aparatura.
– Związek Słowian by mi nie odpuścił. Wtedy zostałaby im tylko jedna bimbrownia, w piwnicy. – Zwrócił zielone oczy na młodszego Beilschmidta. – A ty, Ludwigu, zejdź z tego nadętego tonu. Brałem cię na kolana, kiedy ojciec przyprowadzał cię do Instytutu. Stawialiśmy pasjanse a potem przychodził Felosław i grał z nami w wojnę. Nie lubiłeś z nim grać, bo zawsze wygrywał.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania spłonął rumieńcem.
– Napijesz się? Mam nowy prototyp eliksiru życia o smaku ciemnego piwa. Nie gazowany, a musujący. Ciekawe doznanie. Skusisz się?
Ludwig wolałby, żeby Josef nie spoufalał się tak, bo wtedy byłoby mu łatwiej łajać go i zapominać o wielkich kawałkach tureckiego miodu, które przynosił i którymi mały Ludwig zaklejał się na całe popołudnia.
– Niestety nie mogę, Josefie – powiedział po namyśle młodszy Beilschmidt. – Czeka mnie jeszcze obchód.
– Jeden stary grzyb, jedna ufociota i biblioteka – podsumował Havel. – Myślę, że Instytut się nie rozleci, jeśli zajrzysz do nich pod wpływem jednego kufla.
– Niestety, wskutek zawirowań przestrzennych na razie obszedłem jedynie parter, piętro pierwsze, drugie i szóste. Muszę się wrócić.
Kierownik Wydziału Alchemii znowu roześmiał się wesoło.
– No ładnie, pewnie ci spod trójki i piątki trzęsą portkami, kiedy ich Ludwiczek nawiedzi, a on ich ominął.
Ludwig zignorował wypowiedź.
– Myślałem, żeby zajrzeć na czwarte piętro – wyznał.
– Po cholerę? – Havel popukał bagietką w jedną z rurek. Jego oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu. – Doszła do ciebie historia o chryi z kaktusówką? Daj spokój, Gilbert i Miśka pilnowali Bragińskiego. Piętro jest całe, zapomniane, nic ich nie zeżarło, więc wnioskuję, że nic też się tam nie wylęgło. Każde krwiożercze stworzenie ucieszyłoby się na taką kupę mięsa jak Iwan.
– Wiem, ale dawno tam nie byłem – stwierdził niemrawo Ludwig. Nagle obejrzał się za siebie. Nigdzie nie było Kirklanda. – Idę, miałem skargę na Jonesa.
– Mogę dodać drugą. – Havel wydął policzki. – Podpieprzył mi butelkę z płynem do rozpałki węgla na grillu, wypił i dziwił się, że siarką mu się odbija.
Na Wydziale Komunikacji Międzyświatowej młodszy Beilschmidt zastał Kirklanda tulącego do siebie lazurową kulkę z frędzlami jak macki oraz Jonesa wygrażającego mu pięścią.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s