Instytut Badań Magii i Czarów cz.2

Na pierwszym piętrze została tylko stołówka i Wydział Psychomagii. Z tej pierwszej nikt nie korzystał od tygodnia, kiedy to odkryto, że bracia Vargasowie rąbnęli sporo zapasów, a w zamian pozostawili swoje ingrediencje, żeby wszystko się zgadzało. Benediktowi Brandtowi, pracownikowi administracji, udało się wepchnąć żarcie jednorożcom (szkoda żeby się zmarnowało, skoro nikt nie je), kiedy współkierownik Wydziału Stworów Magicznych, Arthur Kirkland nie patrzył. Nowa dostawa została zaplanowana na dzień jutrzejszy, więc wielkie stołówkowe gary świeciły pustkami. Przy jednym ze stolików Ludwig znalazł brata, mało radośnie wsuwającego kisiel – a przynajmniej coś o jego konsystencji, oraz Sebastiana Schilke, kolejnego pracownika administracji.
– Przegrałem zakład – oznajmił ponuro Gilbert z ustami pełnymi glutów.
– Och – skomentował młodszy Beilschmidt.
– Macháčková ma dzisiaj spódnicę przed kolana, ale za to na górze golf – wyjaśnił Schilke swoim barytonem. – Gilbert twierdził, że przyjdzie w kusej spódniczce i głębokim dekolcie. Ja obstawiałem za golfem.
– Myślałem, że zechce się przypodobać Havlowi, bo ma u niego dzisiaj inspekcję – wymamrotał starszy Beilschmidt, pakując kolejną łyżkę mazi do ust.
– Dlaczego miałaby chcieć się mu przypodobać? – zapytał skonfundowany Ludwig, nieobyty ze sprawami damsko-męskimi. Na usprawiedliwienie trzeba podać fakt, że Havel i Macháčková rozwiedli się szmat czasu temu.
– Bo kobitki takie są – wybełkotał Gilbert. – Patrz co straciłeś, ciulu, i te sprawy.
– Ale pod golfem idealnie jej cycuszki widać, tak je opina i się odznaczają. Ten kształt, normalnie możesz poczuć tę miękkość – powiedział Schilke, zaciskając dłonie w powietrzu dla efektu.
Ludwig z trudem pomyślał o tych wszystkich piętrach do przejścia i przejrzenia, zwalczając tym rumieniec.
– Nie macie nic do roboty?! Mogę wam coś znaleźć!
– Spoko, młody, wszamię i spadamy – mruknął Gilbert.
Schilke zaśmiał się i poklepał kolegę po plecach. Starszy Beilschmidt zakrztusił się i różowawy glut, który spożywał, wyszedł mu nosem. Ludwig uciekł czym prędzej, goniony rykami Sebastianowego śmiechu.
Na Wydziale Psychomagii wszystko leżało w idealnym porządku. Ludwig nie zastał Rodericha Edelsteina, kierownika wydziału, ale uznał, że Edelstein może robić badania w terenie. Instytut dostarczał dość materiału badawczego w formie współpracowników.
Ludwig wspiął się na następne piętro. Już od pierwszych stopni dobiegały go wesołe piski. Najwyraźniej Wydział Zastosowań Dzieci znalazł nowe obiekty do badań. Isabella Maes, matka małego potwora w ludzkiej skórze, płci żeńskiej, chyba jako jedyna z Instytutu, spełniała wszystkie wymogi bezpieczeństwa i posiadała niezbędne certyfikaty. Przy niezwykle rzadkich, ale jednak zdarzających się kontrolach zewnętrznych, Ludwig lubił chwalić się jej osiągnięciami. Siedemset trzydzieści dwa zastosowania dziecięcych łez oraz eliksir wspomagający płodność panów po czterdziestce z włosów z pierwszych postrzyżyn (w piętnastu smakach!) mówiły same za siebie. Do tego opasła monografia o sztuce manipulacji przy pomocy dziecka w każdym wieku…
Cicho wsunął się do laboratorium. Jego oczy zaatakował róż z pluszowego kącika dla małych dziewczynek, które chcą zostać księżniczkami. Choć był na to przygotowany, oczy zaczęły łzawić.
– Ach, Ludwigu! – przywitała się Isabella. – Jak miło, wpadłeś do mnie towarzysko czy tylko służbowo?
– Służbowo – uprzedził lojalnie kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania, ocierając łzy.
Zapał Maes opadł, ale nie przestała się uśmiechać. Ludwig rozejrzał się ostrożnie. Nigdzie nie zobaczył żadnych dzieci. Przy stoliczkach dla trzylatków siedziały cztery znudzone życiem gnomy. W pomieszczeniu rozbrzmiewał wyraźnie śmiech dzieci.
– Badam wpływ akustycznej obecności dziecka – pochwaliła się Isabella.
– Dlaczego na nich? – zainteresował się Ludwig.
– Bo to skurwysyny. Jak oni zareagują, wymienię ich na ludzi. Na mniejszą skalę nie opłaca mi się robić badań, wiesz, te drobne drgnięcia serduszka dorosłego… A to chodzi, żeby poruszyło takie gówno jak oni.
– Wiesz, że te piski cię nie zagłuszają? – zainteresował się jeden z gnomów, ale nie było złości w jego głosie.
– Wiem, płacą wam, to macie robić – oburzyła się Maes.
– Ile razy mamy mówić, że nie porywamy dzieci z kołysek?
Isabella chwyciła Ludwiga za ramię i odciągnęła trochę dalej.
– Porywają – stwierdziła stanowczo, konspiracyjnym szeptem. – To dlatego prowadzę badania. To przykrywka.
– To też słyszymy – oznajmił drugi znudzony gnom.
– Miej trochę przyzwoitości, magiczny inaczej kurduplu! – Maes powygrażała im pięścią.
Ludwig pożegnał się czym prędzej. Drzwi Wydziału Zastosowania Pary w Rytuale Okultystycznym były jak zwykle otwarte. Gorąc buchał na pół korytarza. Isabella Maes bardzo odpowiadał ten fakt, dzieci lubiły ciepło. Kierownik Wydziału Wizji Ekstatycznych, Till vam der Vaart, też się nie skarżył. Ale on nigdy na nic się nie skarżył.
Młodszy Beilschmidt dziarsko wkroczył do Wydziału Zastosowania Pary w Rytuale Okultystycznym, w mało popularnym skrócie: WZPwRO. Jego kierownik miał tak koszmarne pismo, że nawet Zwingli zrezygnował z przyglądania się podpisowi potwierdzającemu odbiór wypłaty. Oddałby pieniądze każdemu wypłoszowatemu niskiemu blondynkowi. Inni pracownicy przezywali kierownika WZPwRO Isiek albo Isia. Isiek nie dbał o nic, z wyjątkiem swojego pupila, maskonura oraz zatrudnionego na dwie siedemnaste etatu małego elfa-pomocnika Eirika Naessa. Naess czasami wydawał się Ludwigowi prawdziwym kierownikiem WZPwRO, bo Isiek biegał przez kłębiącą się parę i pocił się, i to by było na tyle. Na bankietach pojawiał się tylko dlatego, że Sørensen, z natury delikatny jak podpity duet Łukasiewicza i Bragińskiego, zaciągał go siłą. Naess za to prezentował godną podziwu elokwencję, a nawet usiłował podrywać pracownice Instytutu. Przystopował nieco, gdy Isabella Maes zaproponowała mu, że mu zapłaci za bycie gadającą laleczką dla córki.
Chwilę trwało zanim Ludwig zaczął rozróżniać kształty w kłębach pary. Minął go Isiek. Za nim wyleciał drugi Isiek. Trzeci przystanął niepewnie przed nim.
– Nadwyżka energii? – zapytał życzliwie Ludwig.
Jeden z Iśków skinął głową. Praca z parą miała to do siebie, że wytwarzało się mnóstwo zbędnej energii, która jednak nie była aż tak zbędna, żeby nie można było spożytkować jej na coś innego. Na przykład na tworzenie dubletów. Ludwig naliczył w krótki czasie pięciu czy sześciu Iśków krzątających się to tu, to tam.
Nagle z kąta dobiegł przeraźliwy krzyk. Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania pospieszył czym prędzej. Wrzeszczał Eirik Naess. Maskonur dziobał go w głowę co jakiś czas.
– Spierdalaj – powiedział elf do ptaka tak stanowczo jak może ktoś, kto jest wielkości męskiej dłoni. Zamachał rękami. – A kysz!
Maskonur nie przejął się i dziobnął Eirika Naessa w pierś. Elf zachwiał się i przewrócił. Jeden z Iśków chwycił ptaka i oddalił się pospiesznie.
Ludwig czuł, że ubranie coraz bardziej lepi mu się do skóry. Postanowił jednak zamienić kilka słów z Naessem. Nie chciało mu się szukać wśród dubletów prawdziwego Iśka, a wątpił, czy sam się ujawni.
– Pracujecie nad czymś ciekawym? – zapytał grzecznie.
Mały elf rzucił mu spojrzenie spode łba.
– Zawsze pracujemy nad czymś ciekawym, a przy okazji też pożytecznym. A to cholerne ptaszysko należałoby wypchać, żeby był spokój.
– To nie podziała – powiedział Ludwig – kiedyś Adnan walnął poprzedniego ptaka przez przypadek jakąś klątwą. Zdechł na miejscu i nie pomógł ani Kirkland, ani Wang, ani nikt. W końcu Väinämöinen zaoferował się, że go wypcha. Faktycznie. Szybko sprawił zwierzaka, a ten zaczął zachowywać się jak żywy. Isiek zorientował się dopiero, gdy kocur Kapursiego urwał maskonurowi głowę, a maskonur poleciał jej poszukać, sypiąc trocinami. Wtedy sprowadził tego…
Eirik Naess pokiwał głową ze smutkiem.
– Za klątwę też bym się nie obraził – rzucił z nadzieją.
– Mam związane ręce – zapewnił Ludwig – Kirkland wszedł by na mnie.
– Ostatnio zamazał nam runy. I wszędzie śmierdzi rybami – poskarżył się elf. – Zeżre jakąś a potem część wypluje w dziwnych miejscach. Za kanapą, pod biurkiem albo do szybu wentylacyjnego.
Młodszy Beilschmidt odczekał stosowną chwilę, po której zmiana tematu nie była nietaktem.
– To nad czym pracujecie?
– Nad osiągnięciem Karra-Kalf bez nieprzyjemności temu towarzyszących. Wylizanie świeżo narodzonego cielaka nie należy do najprzyjemniejszych czynności.
– Z pewnością – potwierdził Ludwig.
– A jeszcze tylko jeden na dziesięć okazuje się demonem. Reszta tylko muczy żałośnie. Gra nie warta świeczki. Para pomoże wznieść się nam na wyższy poziom egzystencji. Bez brudu i krwi. I męczenia zwierząt, jeśli wiesz co mam na myśli. Rodzisz się i wiesz, że skończysz jako kotlet albo rosół. Nie potrzeba ci, żeby jakiś obcy koleś cię wylizywał. To niehigieniczne i stresujące.
– Absolutnie – zgodził się Ludwig.
Poczekał jeszcze moment, po którym pożegnanie i pójście sobie nie było grubiaństwem. Drzwi Wydziału Wizji Ekstatycznych także były otwarte. Till vam der Vaart krzątał się niespiesznie. Ledwo zauważył pojawienie się Ludwiga. Niemrawo skinął głową i wrócił do zajęć. Napełnił doniczkę ziemią z paczki, posypał zielonymi granulkami, wziął nożyczki, odciął trochę frędzli z firanki, położył je na stole, ze skrzynki wyjął małą, najeżoną kolcami kuleczkę, która okazała się być średnio zadowolonym z życia jeżem pofukującym groźnie. Till vam der Vaart położył przed zwierzakiem doniczkę i przysunął frędzle. Jeż obwąchał wszystko, pokręcił noskiem, kichnął i zmienił się w kanarka.
– Za mało jabłek – oznajmił Till vam der Vaart, podnosząc wzrok na Ludwiga.
– Albo frędzli – zaproponował kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania.
Kierownik Wydziału Wizji Ekstatycznych pstryknął palcami i złapał nożyczki. Kanarek zestresował się i narobił na stół. Ludwig westchnął i przeszedł do drugiego skrzydła drugiego piętra. Tutaj też dym wylewał się na korytarz. Tym razem nie była to jednak para, a wyziewy z Wydziału Oparów Magicznych. Młodszy Beilschmidt zastanowił się przez chwilę, czy opłaca mu się w ogóle kontrolować ten wydział. Jeśli jest dym, to znaczy, że coś się dzieje, ktoś pracuje. Obowiązkowa natura wzięła jednak górę nad konformizmem i Ludwig znalazł się w laboratorium. Kierownik, Ramon Fuentes, powitał go z werwą. Imię Ramon jakoś mu nie pasowało i wszyscy nazywali go Kubą. Śniada twarz, dredy, hawajska koszula, klapki i bermudy w kwiaty pewnie miały z tym wiele wspólnego. Kuba nosił się tak nawet zimą, gdy ogrzewanie wysiadało i nagle wszyscy odkrywali jak bardzo podoba im się na drugim piętrze w pracowni Wydziału Zastosowań Pary w Rytuale Okultystycznym.
Fuentes obecnie pracował nad cygarem-niewidką. Cygaro było jak najbardziej realne, ale miało nie pozostawiać zapachu.
– Wiesz, szefie, ja tam lubię ten mocny aromat spoconych ud moich cudnych dziewczynek – oznajmił Kuba – ale taki Kapursi chciałby sobie popalić w tajemnicy przed żoną, i co? I nie może, bo stara ma węch jak te jego kotki i nie daruje. Już i tak dobrze, że znosi jego rzadkie powroty do domu.
Na jednym ze stołów laboratoryjnych stał stosik książek jak najbardziej beletrystycznych. Fuentes podobno uwielbiał literaturę piękną.
– No szefie, teraz muszę czekać aż ta menzurka się napełni do tego poziomu. Rozumiesz, to trochę potrwa. Ale jak czadowo się z tego dymi. Aż dziewczynki rano przyszły popatrzeć. – Kuba pewnie miał na myśli kierowniczki sąsiednich wydziałów. – Pewnie z tego cygara gówno wyjdzie, ale coś fajnego z tego powstanie.
Ludwig postanowił nie komentować niefrasobliwej postawy względem badań, a także hamaka zawieszonego w kącie pokoju. Pochwalił za to za entuzjazm i przemknął do bliźniaczych wydziałów położonych dla wygody w jednym i tym samym miejscu. Kolejno: Wydział Spowalniania Czasu, prowadzony przez Silviję Butković oraz Wydział Magii Niestosowanej, kierowany przez Radmilę Njegoš. Panie dogadywały się niezgorzej, głównie dlatego, że w ogóle się nie dogadywały. Wydział Butković był najbardziej lubianą jednostką Instytutu. Njegoš prowadziła swoje badania głównie przez sen, czasami leżąc i, nieco rzadziej, przemieszczając się między piętrami by wymienić plotki. Tylko dzięki układom z Silviją udawało jej się zdążyć z dokumentacją. I tak składała ją sporo po terminie, kiedy któryś z pracowników administracji (najczęściej Martin Lettau, który wydawał się nad wyraz zadowolony przy takich wypadach) zjawiał się z upomnieniem (albo butelką wina w przypadku Lettau).
Zarówno Wydział Spowalniania Czasu jak i Wydział Magii Niestosowanej błyszczały i lśniły, a dodatkowo panował w nich lekki, powierzchowny bałagan sugerujący, że ktoś coś robi. Ludwig uznał to za niezbity dowód, że przynajmniej Wydział Spowalniania Czasu działa jak należy, skoro dziewczyny były w stanie tak szybko ogarnąć swój codzienny syf nicnieróbstwa. Do Njegoš nie mógłby mieć nawet pretensji, w końcu wykonywała tylko swoją pracę, która przynosiła jej zadziwiający rozgłos w naukowych kręgach.
Butković siedziała na biurku w sposób przypominający Łukasiewicza. Miała na sobie sukienkę krótszą niż fartuch, z głębokim dekoltem. Do tego nosiła robocze glany. Kiedyś tłumaczyła Ludwigowi, jak ważne przy gmeraniu z czasem jest mocne i pewne stąpanie po ziemi. Obecnie trzymała na kolanach książkę o wdzięcznym tytule Dylatacja czasu, ale młodszy Beilschmidt był kierownikiem zbyt długo, żeby uwierzyć, że faktycznie ją czytała.
Njegoš wyciągnęła się na leżance niczym rzymska bogini. Jedną rękę niedbale przerzuciła za głowę a drugą ułożyła na podołku. Obrzuciła Ludwiga jednym z tych słynnych południowym spojrzeń. Zignorował ją. Odkryła magię niestosowaną, w której liczyła się intencja oraz wygodnictwo, czyli zupełna odwrotność priorytetów kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania. Do dzisiaj odczuwał rozdrażnienie, gdy myślał o fali raportów dotyczących samoistnych wyładowań magii niestosowanej, która opóźniała lub wręcz uniemożliwiała realizację niektórych projektów z innych wydziałów. Wszystkie z odręcznym podpisem Njegoš potwierdzającym zaistnienie zjawiska.
Radmila Njegoš była tak leniwa, że nawet rzadko stwarzane przez nią dublety przejmowały wszelkie objawy nałogowego lenistwa, a nawet wykazywały rozdrażnienie przy wykonywanej pracy.
Ludwig już miał się ukłonić i żegnać, gdy coś mokrego trąciło jego dłoń. Spojrzał w dół na nieźle odkarmionego dalmatyńczyka. Odruchowo poklepał psa po łbie. Zwierzak wlepił w mężczyznę rozumne oczy i oddalił się na kanapę. Przelazł nad stertą koców, nieco zawadzając o nią łapą, przez co sterta koców okazała się jednym kocem i stertą pisemek dla pań. A także dwóch czy trzech dla panów. Wyrazu twarzy Butković nie powstydziłby się zawodowy gracz w pokera. Njegoš olała incydent. Ludwig jak rzadko postanowił iść w jej ślady.
Kierując się w stronę schodów zauważył drzwi, których zwykle na tym piętrze nie było. Pełen najgorszych przeczuć szarpnął za klamkę. W środku znalazł wyjątkowo czyste laboratorium, bardzo zdziwioną amfisbenę oraz dwóch blondynków, w których rozpoznał Matthew Williamsa i Dunję Vošnjak, kierowników Niewidzialnego Wydziału. Uspokojony zamknął drzwi, po czym uświadomiło sobie, że nie powinien tego robić, bo nie wie, gdzie wyjdzie, kiedy ponownie je otworzy. Trudno. Przynajmniej odwiedził Niewidoczny Wydział, co zdarzało się nieczęsto.
Kierownicy robili wszystko co mogli, aby uczynić wydział widzialnym i rozpoznawalnym jak logo Coca-Coli. Dość powiedzieć, że niezbyt się to udawało. Do tego stopnia, że mieli problemy nawet z odbieraniem wypłaty i to nie tylko przez notoryczne tratowanie w kolejce, nie mówiąc o dodatkowych stypendiach oraz grantach. Mieli za co jeść tylko dlatego, że Vošnjak należała do Związku Słowian i Wärzner nieraz pod groźbą wyszarpał dla niej dodatkowe grosze na doskonalenie Niewidzialnego Wydziału. Williams też się chciał zapisać, ale odrzucono jego kandydaturę.
– Ludwigu! – ucieszyła się Vošnjak.
Młodszy Beilschmidt uznał to za dobry znak. Skinął głową na przywitanie i podszedł do stoiska laboratoryjnego. Kierownicy rozstąpili się, aby zaprezentować swoje dzieło. Na stole leżał szczur z wydłużonym ryjkiem i białymi pręgami na futerku. Podłączyli go do skomplikowanej aparatury złożonej z dużej ilości rurek, słoiczków, kolb i dziwnych pompek wydających z siebie wulgarne dźwięki.
Ludwig przyjrzał się stworzeniu i miał wrażenie, że znika i pojawia się co chwilę.
– Co pan sądzi, panie kierowniku? – zapytał nieśmiało Williams.
– Bardzo ładny szczur – pochwalił młodszy Beilschmidt. – Czy mogę znać przeznaczenie?
To wyraźnie zasmuciło Williamsa.
– To specjalny nieznikający bandikut – pochwaliła się Vošnjak. – Świetne zwierzątko, chcemy uczynić je maskotką naszego wydziału. Żeby przyciągnąć chętnych do współpracy laborantów.
– Przecież wysyłamy wam praktykantów – oznajmił Ludwig, zastanawiając się, czy faktycznie istnieje takie stworzenie jak bandikut.
– Ale oni odwalą swoje i pryskają – zamarudził Williams. – Nikt nie chce u nas zostać.
– Nie chcę wam psuć entuzjazmu, ale jak ten mały gryzoń… – zaczął Ludwig.
– Torbacz – podsunął z nadzieją Williams.
– Jak ten mały torbacz – rzekł młodszy Beilschmidt ugodowo – ma rozreklamować wasz wydział? Takie małe torbacze…
– Bandikuty – podpowiedziała Vošnjak.
– Bandikuty – zgodził się Ludwig – są raczej mało znane.
– Naprawdę? – zmartwiła się dziewczyna.
– Mófiłem fam, że gófno z tego fyjdzie – oznajmił nosowo bandikut.
– A ja ci mówiłam, że jeśli nie skończysz z tym świńskim językiem, to potraktuję ci futro talkiem – odparła wzburzona Vošnjak.
Ludwig taktowanie udał, że nic nie usłyszał. Podszedł do niego biały, pluszowy miś i oznajmił:
– Zabierz mnie stąd.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania westchnął. Nie pierwszy raz przeprowadzał tę rozmowę.
– Wiesz, że nie mogę. Jesteś tu zinwentaryzowany. Jurgen Löffler wybierał się do ciebie sześć razy, żeby cię przepisać, ale nie udało mu się odnaleźć Niewidzialnego Wydziału.
– To wszystko przez ciebie – oznajmił miś Williamsowi, który wzruszył ramionami.
Ludwig życzył im powodzenia z bandikutem i ostrożnie otworzył drzwi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s