Burza cz.3 [koniec]

Bardziej od prostego „tak” lub „nie” ciekawiło ją wyjaśnienie. Czemu dwóch posługuje się tym samym imieniem? Imię, to pierwsze, było zakorzenione głęboko w nich samych. Nie uczyli się go, nie nadawano im go, ale posiadali je od pierwszych sekund życia. Było wyryte w nich tak jak wyryte było wszystko o ich ziemiach. Nie musieli dotknąć każdej skały, aby wiedzieć, że ona istnieje ani poznać każdego człowieka, aby zdawać sobie sprawę z tego, że on gdzieś tam mieszka na rubieżach ich terytorium. Więc jeśli obaj od początku uważali się za Sasów, to nimi byli. Tylko dlaczego?

— Tak.

— Zapowiedź rychłej schizmy — roześmiała się. To było pierwsze, co przyszło jej do głowy. Teoria nie gorsza od innych. Schizma, bratobójcza walka i w końcu zostałby jeden, jak bogowie przykazali.

Germania milczał. Jemu też nie raz postała w głowie taka myśl i nie radowała go ona. Z drugiej strony nic nie świadczyło o tym, że może do tego naprawdę dojść. Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Bracia byli zgodni.

— Masz dla nich jakieś normalne imiona, aby ich rozróżnić?

Przytaknął.

— Bogowie!

Wstała i przesiadła się na jego stronę ławy. Usiadła na niej okrakiem i utkwiła w Germanii spojrzenie. Jej zielone oczy przewiercały się przez niego, choć był to proces bardzo powolny.

— Jakie?

Milczał. Musiał im je nadać w tym sęk, że oni ich nie lubili i czasami po prostu na nie nie reagowali. To była mała wojna między nimi. On za punkt honoru postawił sobie nie ustąpić.

Jestem ich ojcem i mają mnie słuchać bez względu na to czy im się to podoba czy nie. Ustąpię raz, to znów mnie do tego zmuszą. Co mnie to obchodzi czy im się te przezwiska podobają czy nie? Mam dość spraw i własnych problemów na głowie, żeby jeszcze użerać się z wyłuszczaniem na okrętkę, któremu z nich chcę coś przekazać.

— Nie wiem czemuś się tak zaparł, ale niech ci będzie — Odezwała się Iskra, ratując go tym samym przed koniecznością wypowiedzenia na głos jakiejkolwiek części tego, co mu się w głowie działo. — Chciałeś o odławianiu, to proszę. Przestraszony koń twojego chłopaka nie trafił w most.

Germania nieznacznie pobladł, czym sobie u Iskry zapunktował. Przynajmniej miała dowód, że go faktycznie syn coś obchodzi. Uśmiechnęła się i wzięła w dłonie kosmyk jego włosów.

— Przy okazji prawie trafił w mojego syna — opowiadała dalej, ignorując jego próbę wyszarpnięcia ich z jej rąk. — Co się stało z koniem, nie wiem. Nie obchodzi mnie to — podkreśliła. Nico nieświadomie zaczęła mu zaplatać warkoczyk. Chciała to zrobić od dawna i teraz jej dłonie same uznały, że nadszedł na to najwyższy czas.  — W tej chwili są razem. Dopijemy, porozmawiamy sobie jeszcze, a potem po niego pojadę, a ty tu poczekasz.

Widząc na jego twarzy cień sprzeciwu pociągnęła ostrzegawczo za niedokończony warkoczyk.

— Poczekasz. Jeśli tylko zauważę, że próbujesz za mną jechać, to będziesz musiał tu wrócić z małą armią, aby dzieciaka ode mnie wydostać. A może mu się ze mną spodoba…

Szarpnął się i spiorunował ją wzorkiem. Przestraszyła się. Głupi by się jedynie nie przestraszył.

— Nie wierć się — powiedziała z udawanym spokojem.

Patrzyła na swoje dłonie i skupiała uwagę na mocnym omotaniu sznurka na końcu warkoczyka. Ze wszystkich swoich sił starała się ignorować jego spojrzenie. Oto był Germania, ojciec tych dzieciaków, które robiły naprawdę sporo zamieszanie w tej okolicy. Ojciec chłopaka, który zalazł za skórę Połabianom, a teraz siedział w domu razem z Łużycami.

Roześmiała się.

Germania poczuł się nieco zbity z tropu. Zmrużył groźnie oczy. To było to spojrzenie, pod którym wielu truchlało, zaczynało wpatrywać się w swoje stopy i szukać w myślach drogi ucieczki. Iskra jedynie brała głęboki wdech i udawała, że nie widzi. Czasami zastanawiała się, czy ten przejaw dumy nie jest również przejawem głupoty, ale nigdy nie doszła do żadnych konkretnych wniosków.

— I jak ładnie — roześmiała się, patrząc na ukończona pracę. — Teraz będziesz mniej swoje dzieciaki straszył, to może wyrosną na mniej zestresowane jednostki.

Nie stresuję swoich dzieci — pomyślał. Wychowuję tak, aby wiedzieli, gdzie ich miejsce i nie pakowali się w kłopoty, jeśli nie mają szans wyjść z nich cało. To, że Sasi są wybitnie na to odporni, to…

— Zostaw — mruknął.

— Już zostawiam. Chociaż jakby ci tak drugiego zapleść symetrycznie, to mniej leciałby ci do oczu. Mężczyźni — westchnęła rozdzierająco i napiła się. — Nocujesz tutaj?

— Yhym.

— No to będę wiedziała gdzie cię szukać. To dobrze.  Jakoś przed wieczorem wrócę.

Podniosła się z ławy i chwilę później wspomnieniem po niej był jedynie warkoczyk i rachunek do uregulowania.

 

Dziecięcy śmiech usłyszała jeszcze zanim zobaczyła dom. Zatrzymała konia przy wysokich krzewach, zsiadła i zasłuchała się. Wypowiedziane tylko po to by odstraszyć germanię groźby, o tym, że nie odda mu chłopaka wydały się wcale nie takie nierzeczywiste.

Saksonia zważył w ręce nóż podrzucił go i złapał za końcówkę ostrza nie raniąc się przy tym, zamachnął się i po chwili ostrze tkwiło w najbliższym drzewie. Łużyce pokiwał głową z podziwem i rzucił swoim nożem. Też trafił, ale niewiele brakowało, aby ostrze przeszło obok pnia. Widać jednak nawet taki efekt spodobał się Sasowi, bo chłopiec rozpromienił się i zaklaskał. O czymś rozmawiali, ale ona z tej odległości łapała pojedyncze słowa i nie mogła dociec sensu całości. Nie była nawet pewna czy chce. Po co? To był Jego syn, choć gdyby nie miała dowodów, to teraz tym bardziej by w to wątpiła. Jak to siedzące na chwiejącym się płocie dziecko mogło być jego synem. Jak mogło być jednym z tych, którzy zaleźli za skórę Połabianom? Wyobrażała ich sobie… jako starszych. Przeciwko starszym łatwiej by było skierować słuszny matczyny gniew. Przeciwko takiemu dziecku, które rozmawiało z Łużycami i chyba wręcz douczało go rzucania nożem nie potrafiła. Czy gdyby obaj przyznali się przed sobą, kim są, to zachowywaliby się z taką samą niefrasobliwością? Wątpiła, ale sama wizja tego była na swój sposób przyjemna. Nie żeby cierpiała na brak zajęć. Polanie tłukący Wiślan, Połabianie tłuczeni przez Polan i Sasów… Nawet nie chciała wiedzieć, kto kogo dokładnie ostatnio sprał. Nie na jej nerwy to było chwilami i…

Zamarła na moment w absolutnej ciszy.

Ludowit, ty głupku! — pomyślała.

Jeden krótki kawałek rozmowy rozwiał jej wątpliwości, co do zachowania tej dwójki. Pytanie o ich zachowanie względem siebie „gdyby wiedzieli” pewnikiem nie miało racji bytu już od kilku godzin. Westchnęła.

Czego ja się spodziewałam po Łużycach? A ten chłopak… Dziwy lubią się przyciągać jak widać.

Roześmiała się i wyjechała na drogę. Zauważyli ja niemal od razu.

— Powiedz mu, że zabiorę go do ojca, tylko was nakarmię — powiedziała do syna, gdy zsiadła z konia.

— Dziękuję.

Łużyce roześmiał się na widok jej zaskoczonej miny, a Sas szybko poszedł w jego ślady.

— Mały co nieco rozumie z naszych języków. Mówił, że czasami z kupcami się zabierał i u Połabian podsłuchał.

— Ojciec pozwolił…

Mina chłopaka mówiła sama za siebie. Nie pozwolił, zabronił i pewnikiem po dziś dzień nie wie jak wiele razy miało to miejsce.

— Nie powiem mu — zapewniła.

 

Łużyce uparł się jechać z nimi, a ona nie miała żadnego argumentu, aby go do tego zniechęcić. Z jej pozwoleniem czy bez niego i tak by pojechał. Ona sama na jego miejscu zrobiłaby to samo i trudno jej było karcić go po drodze za takie zachowanie. Próbowała, ale więcej tym śmiechu wywołała niż skruchy. I to u obojga. W końcu skapitulowała. Odpuściła nawet ostatnie, pełne przestrogi słowa o tym, by Sas się więcej sam tu nie zapuszczał.

Germania siedział na ławie przed karczmą. Nawet okoliczne kury omijały go szerokim łukiem, tak niesympatyczna aura roztaczała się wokół niego. Wielki mężczyzna, na w sumie małej ławie, mordujący wzrokiem wszystko, co śmiało się do niego zbliżyć, poza jednym blond chłopakiem. Choć i on trzymał się raczej na dystans. Iskra nie miała złudzeń, że to też jego dzieciak. Wyglądał na równie zniecierpliwionego, co ojciec, tylko manifestował to w inny sposób. Na ich widok przystanął i wbił w nich wzrok. Sas się roześmiał.

— To Bawaria — szepnął.

— Dobrze wiedzieć — odpowiedziała. — Zeskakuj.

Chłopak zsunął się z konia i podbiegł do ojca. Germania już stał. Przez moment się bała. Wielki jak dąb mężczyzna patrzący w dół na dziecko obudził w niej strach. Gdyby chciał, to jednym machnięciem reki przetrąciłby chłopakowi kark. Była tego pewna. Sas tymczasem w milczeniu znosił jego spojrzenie. Zadarł głowę, usta zacisnął w cieniutka kreseczkę i patrzył ojcu w oczy.

Krew z krwi — pomyślała.

Odetchnęła, gdy Germania z powrotem usiadł na ławce. Mówił coś, ale tak cicho, że nie słyszała. Jedynie Sas roześmiał się wyraźnie zmieszany, a Bawaria podszedł do niego. Próbował nawet, podobnie jak ojciec, zrugać brata, ale nie zrobił na Sasie żadnego wrażenia, co ją jedynie rozbawiło. Został wyminięty, a uwaga bardziej poświęcona odpinaniu pokrowca od paska. Chwilę później, w chwili, gdy Bawaria doszedł chyba do pointy swojej przemowy, Iskra nie była pewna, nie rozumiała chłopaka, ale ton jego głosu wiele jej mówił, zabezpieczony skórzanym futerałem nóż poleciał prosto w stronę jej syna. Ludowit złapał go nieco niewprawnie.

— Lusatia! Jest twój! — zawołał Sas.

— Dziękuję.

Bawaria spojrzał wrogo pierw na Łużyce, a potem na uśmiechniętego brata, o którego martwił się całą noc.

— Mi nie chciałeś dać! — krzyknął z wyrzutem.

— Bo ty nie umiesz rzucać i sobie nie zasłużyłeś — odparł Sas powoli i dobitnie, czym Iskrze bardzo skojarzył się z ojcem. — To jeden z moich ulubionych i byle komu bym go nie oddał!

— Umiem i nie jestem byle kim!

Iskra roześmiała się cicho słysząc tę kłótnię i widząc jak Germania z wyraźnym trudem powstrzymuje się od nawrzeszczenia na obu synów.

— Ludowit, jedziemy. To już nie nasze sprawy.

 

Ona

 

Przeciągnęła się w fotelu i przetarła oczy. Jedynym światłem w pokoju był ekran telewizora z sunącymi po nim napisami końcowymi.

— A jednak to nie był taki ciekawy film — roześmiała się — skoro przespałam ponad połowę.

Ziewnęła. Sen zostawił ją z uczuciem niepokoju i tęsknoty. Nawet nie pamiętała jak dawno temu to wszystko się wydarzyło. „Bardzo” było chyba najlepszym określeniem. Zdusiła w sobie nagłą chęć zadzwonienia do najstarszego z synów i zapytania czy on to jeszcze pamięta. Może jutro? — pomyślała. A może tam pojadę na małą inspekcję, jak sobie dzieciaki radzą? Niemal osiemset kilometrów w moim wieku… Parsknęła śmiechem. Gwałtownie podniosła się z fotela i odrzuciła włosy na plecy. W ciemnym oknie widziała swoje odbicie. Blond włosy ujarzmione kolorową opaską spływały jej aż za pas, kolorowa spódnica noszona jedynie po domu i luźna, równie znoszona bluzka, może nie dodawały jej uroku, ale nie wyglądały źle.

— Jakim wieku!? – parsknęła.

Śmiejąc się wyłączyła telewizor. Zrobiło się ciemno i cicho jak po burzy.

 

 

 

Koniec

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s