Burza cz. 2

Ono

 

Deszcz padał z taką siłą, że nawet pośród drzew stworzył szarą kotarę. Gdzieś niedaleko las się kończył i wiatr wpadał pomiędzy pnie, uderzał kroplami w twarz. Duże i ciężkie niemal raniły dłonie. Bolało. Błysło. Był kiedyś w czasie burzy na morzu, ale to było mniej straszne. Byli blisko lądu i Berengar ciągle powtarzał, że będzie dobrze, że ich doprowadzi do brzegu. Saksonia wcale nie wiedział czy będzie dobrze. Koń panikował, a on nie wiedział jak go uspokoić. Huknęło. Bał się niemniej niż zwierzę. Błysło. Huknęło. Mokre ubranie kleiło się do ciała. Za co? Za co?!

Na ułamek sekundy zrobiło się zupełnie jasno. Biel kuła oczy. Ojciec przed nim był jedynie czarnym cieniem wypalonym w oku. W uszach słyszał tylko ryk burzy. Huknęło jakby coś rozdzierało niebo. Zamknął oczy. Czuł, że koń puścił się biegiem, ale za bardzo się bał, aby cokolwiek zrobić. Zacisnął dłonie najmocniej jak potrafił na wodzach i myślał tylko o tym, aby przestało grzmieć i szumieć. Pragnął ciszy.

Zapadła.

— Nie znam go, już ci mówiłem! Za to on i jego koń omal mnie nie stratowali, a chwilę potem sami się nie utopili w rzece. Dzieciaka odłowiłem, chociażby za to, że jednak mnie nie stratowali. Ale kim jest, to nie wiem. Miałem dać go ponieść nurtowi?!

— A jakby cię porwało, to co!? Pomyślałeś o tym!? Ludowit, czasami się zastanawiam, jakim cudem ty się dotychczas sam nie wykończyłeś!

— Mam to po tobie — mruknął. — I nie krzycz tak. Perun wściekły, a ty go przekrzyczeć próbujesz. Jutro dzieciaka do wsi wezmę. Może ktoś go tam zna.

Iskra milczała. Wciąż wyglądała na zagniewaną, ale to wszystko brało się z niepokoju. Wiele razy widziała ludzi porywanych przez rzekę czy powódź. Była także egoistką. Ratowanie dzieciaka pochwalała, ale wolałaby, aby to nie jej syn to robił i nie w taką pogodę.

— On trochę przypomina mi brata — roześmiał się nadal kucając przy ławie, na której położył chłopca. Wokół nich rozlewała się pokaźna kałuża.

— Może trochę — mruknęła. — Idź po wodę.

— W tę ulewę do studni!?

— Jak dla mnie możesz stanąć z wiadrem przed domem i czekać aż się napełni. I tak jesteś przemoczony. Idź już! Szybciej wrócisz, szybciej się przebierzesz. Ja odgrzeję jedzenie. Dzieciakiem też się zajmę.

Odetchnęła, gdy została w izbie sama. Jej syn jeszcze się nie zorientował, że uratował kogoś bardziej wyjątkowego niż wiejskiego dzieciaka, ale ona poznała od razu. Przysiadła na podłodze koło ławy i odgarnęła chłopcu włosy z twarzy.

— Ludowit nie ma racji. Nie przypominasz jego brata. No może trochę — roześmiała się cicho. — Tak naprawdę jesteś podobny do kogoś innego, ale on o tym nie wie. Nie pamięta siebie z tego okresu. To było dawno temu i nie sądzę, aby za często widział swoje odbicie. Dziwnie się na was dwóch patrzy, a jeśli jeszcze słusznie mi intuicja podpowiada, że jesteś Jego synem, to… Że też akurat Ludowit musiał cię uratować. Co też takiego planują dla nas bogowie?

Przestało już grzmieć, ale ulewa nie ustawała. Wiatr uderzał wściekle w ściany domu, aż wszystko skrzypiało i trzeszczało.

— Śpij — pogłaskała chłopca po głowie. — Cokolwiek ci się śni, jest lepsze od tego piekła tutaj. A ja zaraz znajdę ci coś suchego. Ludowit chyba faktycznie czeka, aż mu do tego wiadra deszczówka napada.

Wstała i podeszła do okna, ale nie widziała syna. Tylko woda i woda. Nie było sensu patrzeć. Zakrzątnęła się przy ogniu i poszła szukać jakiegokolwiek suchego ubrania, które przy pomocy dużej ilości sznurka i jej dobrych chęci mogło się dać na dziecku udrapować.

Skrzypnęły drzwi.

— Coś ty —

Zamilkła widząc Ludowita w progu.

— Tyś do tej studni się doczołgiwał!?

— Nie, ale potknąłem się — przyznał.

— Stój gdzie stoisz! Wszystko zabrudzisz.

Nie musiała mu tego dwukrotnie powtarzać. Miał dość rozumu, aby posłuchać jej za pierwszym razem i ograniczyć kałużę deszczówki oraz błota do jednego miejsca, i cierpliwie czekać na ręcznik i coś suchego, a zarazem czystego. Zwłaszcza suchego. Ulewa złapała go jak wracał ze wsi. Coś go naszło na tę wycieczkę pomimo odwiedzin matki i widać tak go bogowie pokarali. Przemókł jeszcze nim omal się z tym dzieciakiem przy rzece nie zderzył. A potem sam wszedł do niej, więc bardziej mokry już być nie mógł. Suche ubranie wydawało się spełnieniem jego marzeń. Co prawda — jak się nad tym zastanowił — to przyznać musiał, że marzeń ma w sumie sporo. Na przykład to o —

— Przebieraj się.

— Co z chłopakiem?

— Wyżyje. Coś takiego go nie wykończy.

— Mały jest i —

— Przyjrzyj się mu, Ludowit. Uważnie. Ja podejrzewam, że on ma ze 100 lat jak obszył. Nie widziałam go wcześniej, ale jednego z synów germanii masz tu niedaleko. Może ten był w odwiedzinach… Siadaj i jedz. A potem pod pierzynę. Z tobą jak z dzieckiem.

Puściła mimo uszu jego komentarz o byciu całkiem dorosłym i umiejętnościach radzenia sobie bez jej pomocy. Doskonale wiedziała, ze może sobie dawać sam radę. Przecież to robił cały czas, gdy jej tu nie było.

Starzejesz się, kobieto — roześmiała się w myślach. Chociaż, może nie. Po prostu on jest stary, a ja mam na głowie jeszcze masę dzieciaków, które bardzo chętnie by się wytłukły. Westchnęła.

— Jutro pojadę do wsi i rozejrzę się za jego ojcem od siedmiu boleści. Jak się dzieciak obudzi… To nie wiem. Jeśli się będziecie w stanie dogadać —

— Będziemy — zapewnił. — Znam trochę ich języki. To pomaga w handlu.

— Nie przerywaj mi. Skoro znasz, to coś wymyślisz. Tylko uważaj, nie wiemy skąd go przywiało.

Tej nocy nie spała dobrze i deszcz nie miał z tym nic wspólnego. Jej własne myśli nie pozwalały jej zasnąć. Gnały na złamanie karku miedzy najróżniejszymi możliwościami. Co zrobi, jeśli Germanii tu nie znajdzie? Może dzieciak wybrał się tu bez wiedzy ojca? Chociaż w to wątpiła. Germania na wieść o tym wściekłby się i chłopak miałby potem ciężkie życie. Z drugiej strony jednostki patologiczne trafiały się wszędzie, czemu więc jedna nie miała by się znaleźć wśród jego synów? I co wtedy? Każe mu odjechać i tyle? A jak nie posłucha?

Kobieto, śpij — nakazała sobie, ale na niewiele się to zdało. Miała złe przeczucia.

On i ona

 

— Tak myślałam — westchnęła, a uczyniła to dostatecznie głośno, aby mężczyzna stojący nieopodal ją usłyszał.

Dłoń Germanii zacisnęła się na skórzanym wędzidle i Iskra odnotowała to z satysfakcją. Odwrócił sie powoli i zmierzył ją wzrokiem. Patrzyła na niego hardo. Wyprostowana, uśmiechnięta i rześka stanowiła jego przeciwieństwo. Niewyspany, z opuszczonymi ramionami prezentował się niebojowo.

— Masz dla mnie chwilę.

— Nie mam — odpowiedział szybko nie zorientowawszy się na czas, że Iskra nie pytała go o to, tylko stwierdzała fakt.

— Masz — zapewniła.— W twoim dobrze pojętym interesie jest, abyś go miał. Chyba że tyleś tych dzieciaków narobił, że jeden w lewo, jeden w prawo ci nie różnica. Jak tak, to szerokiej drogi, gdziekolwiek ma cię ona zaprowadzić.

— Ty… — wycedził.

— Ja. Powinieneś się cieszyć, że ja, a nie ktoś inny. Bo ja twojego dzieciaka rozpoznałam, chociaż pojęcia nie mam, który to z nich. Niemniej jest do ciebie szalenie podobny. A skoro rozpoznałam, to pofatygowałam się aż tutaj, aby cię spotkać. Doceniłbyś, że oszczędziłam ci jeżdżenia od domu do domu i pytania czy ktoś chłopaka nie widział.

Stojąc ponad metr od niego i tak musiała zadzierać głowę, aby patrzeć mu w oczy, ale w najmniejszym stopniu jej to nie deprymowało. Oparła dłonie na biodrach i zmierzyła go pełnym pogardy spojrzeniem.

— Języka w gębie zapomniałeś? Jak tak, to nie moja sprawa.

Odwróciła się na pięcie i wolnym krokiem ruszyła w swoją stronę. Gdyby spojrzenie i myśli mogły zabijać, to bałaby się w tej chwili o swoje życie. Od kiedy wspomniała o dzieciaku Germania coraz bardziej zaczynał przypominać dzikie zwierze gotujące się do skoku. Rzucić się i wydusić wszystkie informacje, ot cała jego finezja. Nie żeby się więcej po nim spodziewała.

Tymczasem on patrzył i pojąć nie mógł, co ona robi tak daleko na peryferiach ziem słowiańskich? I jeśli nie kłamie, to czemu jest tu sama? Ostatnim, czego się spodziewał, to że ona zaprosi go do siebie, aby sobie syna odebrał, a zatem mogła kłamać. Mogła się o całym zaginięciu dowiedzieć dzięki tym swoim czarom i teraz używa sobie jego kosztem. Zabierze mu jego cenny czas, a tymczasem…

— Gdzie?

— O, a jednak potrafisz jeszcze mówić po ludzku. Co gdzie? — Spojrzała na niego przez ramię pytająco.

— Gdzie on jest?

— Lepiej, lepiej. Może przed wieczorem do czegoś dojdziemy. W domu jednego z moich synów. Zresztą to on, syn nie dom, twojego chłopaka znalazł i odłowił. Nie wiedziałam, czy cię tu znajdę, czy gdzieś w lesie obozujesz, więc nie ciągnęłam dzieciaka ze sobą rannym świtem. Miał dość atrakcji wczoraj, żebym pozwoliła mu się wyspać. I nie patrz na mnie tak, jakbym zostawiła go na pewna śmierć. To twoje chłopaki chętniej się do gardeł rzucają niż moi. Nic mu nie będzie. Może się nawet zaprzyjaźnią? — roześmiała się. — A teraz, skoro już przemówiłeś, to chodź. Porozmawiamy, napijemy się. Suszy mnie.

Nie specjalnie zostawiła mu wybór. Jeśli nie kłamała, a miał wrażenie, że mówi prawdę, to najszybszym sposobem dorwania Saksonii było przystać na jej warunki. Nawet, jeśli godziło to w jego honor.

Iskra zaprowadziła ich do tej samej karczmy, w której nocował. Usadziła przy stole zaraz przy otwartym oknie i zawołała głośno, aż ją w kuchni usłyszano. Przez zasłonięte szmatą przejście wytoczyła się pulchna kobieta, której poprzedniego dnia tu nie widział. Mógł się domyślić, że to ona rządzi po tamtej stronie lady.

— Iskra! — gruchnęła i rozpromieniła się. — Jak ja cię dawno nie widziałam!

— No się tak poukładało. Ale przyjechałam. Dziś tu tylko na chwilkę jestem, ale na dniach się zmówimy na ploty. Ta twoja dziewczyna sobie na kuchni chyba da radę sama jeden dzień?

— A da! Co by miała nie dać? Przyuczyłam tak, że jakby tu jej wielka miłość nie mieszkała w okolicy, to by mi pewnikiem już pierzchła gdzie dalej kawalera szukać i biznes rozkręcać.

— Dzieciaki — roześmiała się. — Dasz nam coś do picia?

— Zaraz młodego pogonię, żeby twoje ulubione z piwnicy wyniósł — zagruchała kobieta i z zadziwiającą jak na kogoś tej postury gracją odwróciła się i podreptała do kuchni.

Germania przyglądał się temu z nikłym zainteresowaniem. Jego uwagę pochłaniały jego własne myśli. Nie wydawało mu się, aby Iskra mogła dzieciaka skrzywdzić. Takie rzeczy to Skandynawia. Słowianka była rodzinna. Przygarnięcie chłopaka i przekabacenie go na jej modłę było bardziej prawdopodobne. Wzdrygnął się nieznacznie na myśl o tym. Jego obawy koncentrowały się na jej synu. Nie wiedział, co to za nasienie i co może zrobić, jak matki nie będzie.

— Za przypadkowe spotkanie. — Iskra wzniosła gliniany kubek w toaście. — Jak się w ogóle ten twój chłopak zowie? Niech wiem, kto pierw omal mojego syna nie stratował koniem, a potem przez tego samego syna został odłowiony z rzeki.  To na pewno nie ten, co tu nieco na zachód siedzi. Widywałam go, choć poznać mi nie było dane. Nie wiem, co mu o mnie nagadałeś, ale jak chłopak na mnie gdzieś zza winkla spojrzy to strach się bać.  — Jej śmiech wypełnił izbę. — Ten z południa bardziej hardy, ale rzadko go tu widać. I dobrze. Więc kogo dane było mi spotkać?

— Odłowił?

— Najpierw imię, potem historia. Zresztą, to naprawdę już chyba nieważne, skoro dzieciak jest cały i zdrowy?

— Saksonia — mruknął po dłuższym milczeniu.

Iskra zamilkła. Dłuższą chwilę wpatrywała się we własny kubek. Myśl, że zostawienie dzieciaka z Łużycami było błędem zakwitła jej w głowie. Dość się od Połabian nasłuchała o plemionach saskich, aby zacząć się obawiać. W pewnym stopniu mogła też zrozumieć wahanie Germanii. O tak, gdyby ten chłopak został znaleziony przez Połabian, to na jego miejscu też by się obawiała. Teraz trudno było jej wzbudzić w sobie większy lek o Łużyce. Mimo wszystko chłopak sięgał mu może do łokcia i był sam.

— To prawda, że ich jest tam dwóch?

c.d.n.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s