Burza cz. 1

On

Za oknem grzmiało. Duszny dzień ustąpił miejsca ścianie wody, błyskom i grzmotom rozdzierającym niebo. Wiatr zdawał się dawać z siebie wszystko, aby połamać choć kilka drzew. Musiał być w tym skuteczny, bo po paru minutach tej zawieruchy zgasło światło i w domu Wolfganga zapanowała absolutna ciemność. Gdzieś miał świeczki, ale nie chciało mu się ich szukać. Usiadł przy oknie i patrzył na drzewa raz po raz oświetlane oślepiająco białymi błyskawicami. Mimo upływu wieków pewne rzeczy się nie zmieniły. Tym razem siedział we własnym ciepłym domu, był suchy i nie miał zmartwień, ale jego pamięć i tak dogrzebała się do wielowiekowych wspomnień. Wtedy też grzmiało i błyskało równie mocno, ale reszta była zupełnie inna.

Oni

– Ładnie.
– Ładnie to dopiero będzie!
Saksonia nie odpowiedział Bawarii. Od samego rana chłopiec odezwał się zaledwie kilka razy, co nie było normalne, ale Bawaria o tym nie wiedział, a Germania nie przywiązywał do tego uwagi. Nie widział nic złego w tym, że chłopak zamiast mówić rozgląda się na około i chłonie widoki. Ogólnie nie widział. Poza tymi kilkoma razami, gdy mały został z tyłu i gdyby nie zainteresowanie Bawarii, to straciłby ich z oczu. Po czwartym Germania wziął go przed siebie na konia i teraz musiał jedynie uważać, aby dziecko nie zsunęło się na ziemię. To było łatwe. Saksonia nie pierwszy raz tak jechał. Utrzymywał równowagę podświadomie. Germania nie musiał go nawet przytrzymywać. Bawarii saskie milczenie jednak nie pasowało. Raz po raz próbował go zagadywać. Tym razem, po raz pierwszy, odbyło się to w drugą stronę.
– Jak zobaczysz moje góry, to nie będziesz chciał wyjeżdżać!
Cisza.
– Ile u mnie zostaniecie?
– Trochę – odparł Germania.
– Ale ile? A może pojedziesz do Szwabii sam i po Saksonię wrócisz. U niego nie ma nic ciekawego, to po co Saksonie tamtędy przewozić? Hej, zostaniesz u mnie, jak ojciec pojedzie?
Saksonia spojrzał na niego pytająco.
– Słuchasz mnie?
– Średnio. Patrzę na okolicę – odparł Sas.
– A czy to przeszkadza w słuchaniu?
– Tak. Dziwnie mówisz.
Germania roześmiał się i zmierzwił włosy siedzącego przed nim dziecka. Saksonia zadarł głowę i zmrużył gniewnie oczy.
– Nie jestem dzieckiem – żachnął się chłopiec.
Śmiał się dalej. Przerabiał to z każdym z synów. Sasi, Bawarowiem Turyngowie czy Wirtemberczycy, to jedno ich łączyło na pewno. I tak, byli starsi niż wyglądali, ale według niego to nic nie zmieniało.
– Sarna – powiedział opanowując śmiech.
Saksonia spojrzał we wskazanym kierunku i tyle było z jego zagniewania. Ciekawość świata wzięła nad nim górę i tyle. Nie pierwszy raz i Germania podejrzewał, że nie ostatni. To go akurat nie cieszyło. Wciąż wracała do niego rozmowa z oboma Sasami. Nie podobało mu się, jak się im oczka świeciły na myśl o podróży gdzieś daleko za morze. Nie uważał, że są na to gotowi. Ich ludzie, owszem, ale żeby którykolwiek z nich płynął… Nie wyglądali na więcej jak dziesięć wiosen i podobna była ich odporność na podróże. A im się na morze zachciało. Ta wycieczka była przekupstwem z jego strony, ale nawet przed sobą tego nie przyznawał. W końcu nadszedł najwyższy czas, aby się jego „synowie” z północy i południa poznali.
– To zostaniesz ze mną.
Bawaria nie odpuszczał, a w dodatku ton jego wypowiedzi z pytającego przeszedł w twierdzący. Germania zgromił go spojrzeniem, ale nie odniosło to takiego skutku, na jaki liczył. Chłopak zamilkł i nawet został o kilka końskich kroków z tyłu, ale nie wyglądał, jakby porzucił pomysł. Saksonia za to wydawał się całkiem zadowolony z tego, co tu widział i Bawarskie ziemie go nie pociągały. Z dwojga złego Germania wolałby jednak, aby go do nich ciągnęło. Nie chciał za rok zjawić się na północy i dowiedzieć się, że jednego syna wcięło na tych wyspach, o których ostatnio usłyszeli, a drugi pojechał gdzieś na południe i nikt nie wie gdzie jest i czy go Połabianie lub inne słowiańskie ścierwo nie wykończyło. Świadomość, że owo wykończenie ich jest zadaniem trudnym i nawet nie wiadomo czy wykonalnym nie poprawiała mu nastroju.
– Mogę jechać sam? Niewygodnie tak. Będę się pilnował – Saksonia odezwał się cicho.
– Nie.
– Ale –
– Też go będę pilnował! – oznajmił nagle Bawaria.
– Cicho! – sprzeciwił się Germania.
– Ale – tym razem odezwali się równo, a on skapitulował.
Germania mruknął pod nosem niewyraźne przyzwolenie i zatrzymał swojego konia. Saksonii to wystarczyło. Nie pytał o nic tylko zsunął się na ziemię i przeciągnął.
– Wsiadaj – pogonił go ojciec. – Nie mamy nie wiadomo ile czasu. Przed zmierzchem wolałbym dotrzeć do tej przeklętej wsi.
– Ona jest słowiańska?
– Tak. Czy to ważne?
– Jestem ciekaw – roześmiał się Saksonia. – Z Połabianami miałem już do czynienia na pograniczu, ale innych znam tylko ze słuchu. Mają zabawny język.
– Co ty robiłeś na pograniczu?!
– Zabrałem się z kupcami – odpowiedział Saksonia bez jakiegokolwiek strachu czy skruchy.
A przecież Germania jasno dał im do zrozumienia, że mają się trzymać swoich ludzi i tyle. Przynajmniej na razie. Gadanie jak do pni. Czasami miał wrażenie, że naprawdę, jak skóry nie złoi, to nie dotrze.
Wjechali w brzozowy zagajnik. Puścił chłopców przodem nie ufając ani jednemu, że się będzie pilnował, ani drugiemu, że upilnuje. Chociaż to drugie może niesłusznie. Bawaria prowadził swojego konia bardzo blisko brata i przez większość czasu próbował przytrzymywać jego wodze. Germania nie interweniował.
– Przestań.
– Pilnuje cię – oznajmił Bawaria dumnie.
– Raczej mi przeszkadzasz. – Saksonia wyszarpnął wodze i zmierzył brata zagniewanym wzrokiem.
Germanii nie zdziwiło, że starszy z chłopców roześmiał się głośno. Co jak co, ale Saksonia nie potrafił wyglądać groźnie. A już na pewno nie w słoneczny dzień na tle tych wszystkich jasnych drzewek. Może za wiek lub dwa, jak przestanie wyglądać jak dziecko – pomyślał. Jeśli do tego czasu nie wykończy go jego własna ciekawość świata. Westchnął ciężko.
– Nie kłóćcie się, bo zaraz wjedziecie obaj w jakieś drzewo – mruknął.
– To niech on przestanie na mnie prawie wjeżdżać!
– Saksonio, potraktuj to, jako karę za te kilka razy, gdy się omal nie zgubiłeś dzisiaj i wczoraj, i prze –
– Wiem! Wiem! – chłopiec przerwał mu gniewnie, ponownie wyszarpnął wodze bratu i zamilkł.
Bawaria jeszcze kilka razy próbował go zagadywać, ale w końcu ograniczył się jedynie do przyglądania się z bliska i opowiadania o tym, co było widać i że u niego będzie lepsze. Saksonia nawet jeśli słuchał, to ignorował to zupełnie. Germania patrząc na jego obojętność odczuwał coś w rodzaju ojcowskiej dumy. Nie pozwolić Bawarii wejść sobie na głowę, to była sztuka.
– Będzie burza. Tato.
Spojrzał w stronę wskazaną przez syna. Bawaria również i aż gwizdnął.
– Wygląda jakby niebo ocierało się o drzewa. – Wzdrygnął się. – Może bokiem pójdzie. A w ogóle już niedaleko do wsi, to się schowamy.
Germania wysforował się przed nich i narzucił żwawsze od dotychczasowego tempo. Nie wiedział, co za licho tutejszy lud wywołał, ale jemu się ta burza nie podobała. Jacyś bogowie wyraźnie chcieli dać mu lub im coś do zrozumienia, a on nie miał zamiaru narażać własnej skóry. Obejrzał się przez ramię na synów.
– Saksonio! – warknął.
Chłopak zafascynowany przypatrywał się niebu.
– Trzymam go – zapewnił Bawaria, a jego głos już nie był taki wesoły i pewny siebie, jak wcześniej.
– Jak sztorm…
– Co takiego?
– Sztorm na morzu – powtórzył Saksonia i zwrócił twarz do brata. – Nie widziałeś nigdy sztormu na morzu?
– Nie…
– Ale morze widziałeś?
– A po co komu morze?! – fuknął chłopak.
Niebo nad ich głowami zaciągnęło się, a gdy wjechali w las przecinający równinę zrobiło się jeszcze ciemniej. Drzewa na początku jedynie szumiały usypiająco. Ten szum wkradał się w myśli. Jednostajna melodia. Szelest liści, szelest płaszczy, szelest wiatru w uszach. Potem nadeszły słowa bogów. W rwących się podmuchach, w skrzypieniu konarów, trzasku gałęzi. W panicznym skrzeku ptaków.
Obejrzał się na synów. Droga przed nimi była zbyt wąska, aby mógł ich puścić przed siebie.
– Pilnujcie się mnie!
Huknęło. Na razie daleko, ale i tak za blisko jego zdaniem. Nienaturalny zmierzch rozbłysnął białym światłem. Konie wystraszyły się na moment. Zatrzymać się gdzieś tu? Drzewa złowieszczo szemrały nad głową. Pachniało deszczem. Szum stał się głośniejszy. Ulewa była tuż, tuż.
Huknęło.
Deszcz padał z taką siłą, że nawet pośród drzew stworzył szarą kotarę. Gdzieś niedaleko las się kończył i wiatr wpadał pomiędzy pnie, uderzał kroplami w twarz. Duże i ciężkie niemal raniły dłonie. Bolało. Błysło. Trzeba było się mniej ociągać wcześniej, to już dawno byliby na miejscu. Huknęło. Mokre ubranie kleiło się do ciała. Błysło. Zatrzymać się tu i przeczekać?
– Tato!
Germania odwrócił się. Bawaria został kilka metrów za nim. Niedaleko, a przez zasłonę deszczu ledwie go było widać.
– Koń poniósł!
– Chodź tu!
– Ale –
– Chodź tu i przesiądź się do mnie! – wrzasnął ponad hukiem burzy.
– Ale, Saksonia –
– Nie dyskutuj!
Doskonale wiedział, co Bawaria chce mu powiedzieć i czego oczekuje. Gdyby był sam, to by się nie zastanawiał i zaczął szukać w tej ulewie. Ale nie był. Nie zamierzał ryzykować zgubienia ich obu.
– Tato, ale on –
– Siedź cicho – warknął na syna. – Nie ma pięciu lat! A w tym piekle go nie znajdziemy! Jak minie, to wrócimy!
– Ale –
– Morda!
Ścieżka była wąska. Konie ledwo się koło siebie mieściły i naprawdę rozważał przywiązanie mniejszego do drzewa i wrócenie później… tylko na tej przeklętej słowiańskiej ziemi pewnie by go do tego czasu coś zżarło.
Wyjechali przed las. Wiatr smagnął ich zimnym deszczem. Wieś była niedaleko i normalnie już by ją widzieli, ale teraz była tam jedynie wściekła szarość. Błysnęło. Huknęło. Bawaria aż skulił się w sobie.
– Wróćmy po niego.
– A jak chcesz go znaleźć w tym lesie!? Usłyszysz go? On ciebie w tym huku? Zobaczysz cokolwiek? Sam się zgubisz i tyle!
– Ale-
– Zamknij się! – warknął.
Aż do wsi Bawaria nie odezwał się ani słowem. W niej tylko pojedynczymi mruknięciami pokierował ojca ku karczmie, gdzie mogli znaleźć pokój. I tyle. Usiadł na krześle przy oknie i w milczeniu wpatrywał się wielką kałużę na drodze. Germania też milczał. Przebrał się i poszedł do głównej izby nawet nie pytając syna czy jest głodny. Jemu chciało się jedynie pić. Miał ochotę urżnąć się, ale wiedział, że nie może. Nie wolno mu. Znalazł wolne miejsce przy jednym z okien i wpatrywał się w burzę modląc się do swoich bogów, aby sięgnęli tych ziem, rozpędzili chmury i pozwolili mu działać, a nie siedzieć i koić nerwy podłym alkoholem.
Powinien był przewidzieć, że koń poniesie. Jego własny się bał, a Saksonii był młodszy. Sam Saksonia był o wiele młodszy i zapanowanie nad przestraszonym zwierzęciem na pewno go przerastało. Od razu powinien był go wziąć przed siebie na siodło i tyle. Nie myśleć o tym, aby szybko wydostać się spomiędzy drzew i dotrzeć do wsi, ale o tym, żeby ich nie rozdzieliło. Bogowie raczą wiedzieć, gdzie go poniosło. Czy spadł z konia szybko, czy nie? A jeśli spadł, to czy przytomny, czy nie i czy…
Z hukiem odstawił kubek.
Czy, czy, czy, czy!
Był wojownikiem. Kimś, kto działa, a nie siedzi na tyłku i myśli. Od pytań retorycznych i wielkiego dumania był ten debil z południa. Te jego filozofie i gadanie trzy po trzy tak wkurzające Germanię przy każdym spotkaniu. On by tu cały poemat napisał o podróżach w czasie burzy i byłby kontent do chwili, aż by się w końcu przejaśniło i mógłby pojechać…
– Ten idiota w ogóle by z tego lasu nie wyjechał. Siadłby pod drzewem i modląc się do swoich bogów o kres nawałnicy, i czekał zbyt przestraszony, aby cokolwiek zrobić! – warknął.
Wesoła kompania z sąsiedniego stołu przyglądała mu się zaciekawiona. Odwzajemnił się im chmurnym spojrzeniem i na szczęście postanowili się z nim nie familiaryzować. I dobrze. Nie był w nastroju na jakiekolwiek dyskusje. Gdyby był, to nie…
– Kurwa – zaklął i poderwał się z miejsca.
Zostawiać dzieciaka samego. Co z tego, że pokój był na piętrze! Oknem dało się wyjść na pewno.
Przemierzył salę przyciągając zaciekawione spojrzenia. Niemal wbiegł po schodach. Drewniane stopnie skrzypiały i trzeszczały tak głośno, że pomimo burzy było to słychać. Tak mocno pchnął drzwi, że niemal wypadły z zawiasów… i odetchnął.
Bawaria siedział na krześle przy oknie. Nawet na niego nie spojrzał. Usta miał zaciśnięte w cienką linię, w zielonych oczach szalał burza dorównująca tej na dworze.
Milczeli.
Nawałnica ustała w nocy, ale deszcz jakby nie mógł się wypadać. Ściana wody do rana przesłaniała świat tak, że ledwie było widać dom po drugiej stronie drogi. Germania cierpliwie czekał aż ulewa ustanie. Bawaria usnął w międzyczasie. Patrzenie na jego sen nie koiło nerwów Germanii tak, jak zwykło to robić. Deszczowa noc siała niepokój, niespokojny sen syna podwajał obawy. To nie było normalne. W żadnym wypadku nie było normalne. Ani tak długa ulewa, ani żeby się Bawaria tak bardzo kimś przejmował. Kimś niemal obcym. Do wczoraj tylko o sobie słyszeli, a teraz…
Jacy bogowie postanowili tak z niego zakpić? No, jacy!?

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s