Instytut Badań Magii i Czarów

    Historia szalonego Instytutu Badań Magii i Czarów, którym ma nieszczęście zarządzać Ludwig Beilschmidt. Życie pracowników toczy się wokół destylacji i marnotrawienia czasu. Nieliczni usiłują dokonać czegoś pożytecznego. Choć Ludwig dwoi się i troi nie może przeforsować żadnych zmian w statucie, dopóki w Radzie prawo do liberum veto ma wyjątkowo silny Związek Słowian…
Ostrzeżenia: wulgarny język.
Autor: Noxi
Wspomagający pomysłami: Shen
AU, crossover: Hetalia oraz Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Znajomość książki nie potrzebna do zrozumienia.
Isabella Maes jako Belgia – Darya
Till vam der Vaart jako Holandia – Heinrich
Eirik Naess jako Eirik Naess – Shen

Instytut Badań Magii i Czarów

Ludwig starannie wygładził roboczy fartuch. Westchnął. Tej części roboty zdecydowanie nie lubił. Najchętniej siedziałby w swoim przyjaznym biurze na Wydziale Administracji i Zarządzania. Biuro to przez większość istnienia miało poważny plus – nie zawierało żadnych naukowców, chyba że przytrafił się Łušćanski, ale zwykle wystarczyło obudzić mężczyznę kopniakiem, żeby się wyniósł.
Obchód zaczynał od Wydziału Magicznych Ingrediencji. Był usytuowany najbliżej Administracji, co Ludwig uważał osobiście za jedno z największych osiągnięć. Kierowali nim bracia Vargasowie. Pobierali wypłatę, mieli płatne urlopy, opiekę zdrowotną, a także pieniądze na badania. Zgodnie z wszelką logiką, Ludwig powinien być wniebowzięty widząc ich przy pracy. Zdecydowanie jednak wolał – podobnie jak reszta Instytutu – aby bracia spali w najlepsze albo snuli się w poszukiwaniu żarcia, które to rzekomo, jakby nie patrzeć, stanowiło obiekt ich badań.
W czasie ostatnich dwóch miesięcy udało im się wyhodować pietruszkę o wyjątkowo zabawnym kształcie i mandarynkę na ciepło. Ludwig uważał to za marnotrawstwo czasu. Niestety inne wydziały go nie poparły. Isabella Maes z Wydziału Zastosowań Dzieci zamówiła trzy tuziny korzeni pietruszki, bo według niej wyglądały jak króliczki. Mandarynki zaś wzbudziły niezdrowe zainteresowanie Słowian. Zaciągnęli Havla do Wydziału Alchemii i zrobili z nich bimber. Ludwig nie zdążył nawet się wściec, kiedy jeden z pracowników Wydziału Administracji i Zarządzania, Johann Wärzner, koordynator do spraw Słowian, przedstawił mu kompletny raport dotyczący kolejnego nieudanego eksperymentu związanego z poszukiwaniem eliksiru życia. Zamiast rzeczonego eliksiru, powstała niezłej jakości mandarynówka na ciepło. Przetestowało ją sporo osób, łącznie z kierowniczką Wydziału Kontroli i Nadzoru, Macháčkovą. Żadna nie zauważyła, aby alkohol wydłużył życie, ale ciężko stwierdzić w tak krótkim czasie. W końcu żyją te kilka wieków. Eksperyment z mandarynówką na ciepło został zawieszony.
Dzisiaj (nie)szczęśliwie bracia Vargas grali na Playstation. Byli bardzo zaaferowani naparzaniem się dziwnymi zwierzątkami, które przypominały to, co ostatnio uciekło z pracowni Kirklanda, współkierownika Wydziału Stworów Magicznych i zakończyło żywot na Wydziale Agresywnego Egzystencjalizmu, gdzie wmieszało się w szczególnie gwałtowne badania.
Ludwig chrząknął.
Lovino, znany jako Romano, nawet się nie obejrzał, a Feliciano tylko zamachał radośnie.
– Czy mogę zapytać o skomplikowany eksperyment, który przeprowadzacie? – zaczął lodowatym tonem Ludwig.
– Nie – odparł starszy z braci.
– Testujemy bombardowanie kartofla odmiany tarpan różnokolorowymi bodźcami – wyjaśnił Feliciano. Wysunął język z kącika ust, aby bardziej się skupić. Jego zwierzak przegrywał.
Ludwig zmarszczył brwi i dostrzegł małego ziemniaczka leżącego przed telewizorem. Warzywo wyglądało niewinnie. I tak skończysz jako spirytus, pomyślał gniewnie kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania. Udał się na dalszy obchód.
Wydział Neutralizowania Absolutnie Podłych Uroków, w skrócie WNAPU, należał do spokojniejszych punktów programu. Stanowisko kierownika zajmował tutaj niejaki Francis Bonnefoy. Miał na koncie jedną, niesamowicie ważną tezę, która zrewolucjonizowała pogląd na magię leczniczą. Teza ta została udowodniona w 99,98%, co dawało najwyższy wynik w historii badań Instytutu. Brzmiała: najlepszym zneutralizowaniem absolutnie podłego uroku jest uniknięcie go, ucieczka.
Szczególnie ostatnie słowo wyjątkowo chętnie cytowano w różnych popularnych czasopismach na temat magii. Zwracano uwagę na błyskotliwy szyk zdania, a także niemalże fikuśne użycie przecinka.
Obecnie Bonnefoy pracował nad kolejnym sposobem ucieczki. Jednakże testowanie go w warunkach laboratoryjnych mijało się z celem, więc naukowiec poświęcał się dla swego dzieła i mężnie szukał odpowiedniej sposobności. Na razie szukał jej równo rok, ale Ludwig postanowił jeszcze nie naciskać. Miał inne problemy. A Bonnefoya nie było na WNAPU, więc mógł kontynuować swój obchód.
Ludwig niemrawo wspiął się po schodach na pierwsze piętro. Nie lubił opuszczać swojego biura. Jeszcze bardziej nie cierpiał wchodzić wyżej niż parter. Cóż jednak robić, gdy obowiązki wzywały.
Następny do skontrolowania był rozległy Wydział Klątw. Feliks Łukasiewicz potrafił każdego zaskoczyć zmyślnością i zjadliwością tworzonych uroków. Z uwielbieniem testował je na pracownikach Instytutu, którzy mieli przyjemność piąć się po szczeblach kariery szybciej od niego. Sześćdziesięcioma trzema naganami od Wydziału Administracji i Zarządzania wytapetował jedną ścianę w laboratorium.
– Żeby mi przypominały, że mi nie wolno – wytłumaczył Ludwigowi, którego wcale tym nie uspokoił, bo tydzień później kierownik zauważył, że Łukasiewicz przesunął obelisk z runami, żeby mieć jeszcze trochę miejsca na ścianie.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania spodziewał się zobaczyć Feliksa pochylonego nad nowym prototypem laleczki voodoo. Ostatnio często się nim chwalił. Do sekretariatu przyszło siedemnaście podań o urlop zdrowotny – Zwingli wychodził z siebie. Jedenaście z nich zakwalifikował jako symulanctwo, a sześć nawet rozpatrzyłby pozytywnie, gdyby nie wmieszał się Edelstein, kierownik Wydziału Psychomagii. Zauważył, że są to niezwykle ciekawe przypadki samowmówienia uroku i że to fascynujące. Sześciu delikwentów z miejsca się na niego obraziło – wśród nich Gilbert Beilschmidt, brat Ludwiga. Stwierdził, że Łukasiewicz zawsze robi mu na złość i teraz źle się czuje.
– Z najwyższą rozkoszą skonstatowałbym, gdybym robił ci krzywdę – oznajmił pytany Łukasiewicz, kiedy Ludwig wezwał obu na dywanik.
To raczej kończyło sprawę.
Starszy Beilschmidt był zastępcą kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania, co w praktyce oznaczało, że nie miał nic do roboty. Ludwig nie chorował, nie brał urlopów, a nawet jakby wziął, nie byłby nikomu do szczęścia potrzebny. Jednak według Gilberta jego pozycja była przyczyną zawiści Feliksa.
Na Wydziale Klątw młodszy Beilschmidt nie zastał jednak Łukasiewicza, a tyłek Wärznera, jako że jego właściciel stał pochylony nad biurkiem. Wsparty na łokciach czytał jakieś dokumenty. Johann Wärzner generalnie sprawował się świetnie. Ludwig nic złego nie mógł powiedzieć na tego pracownika. Wypełniał swoją pracę w administracji bardzo sumiennie i nawet rezygnował z premii przysługującej za robotę w ciężkich i narażających na szwank zdrowie i życie warunkach – ze Słowianami. Miał swoje zboczenia, jak każdy, a te Johannowe były wyjątkowo bezkolizyjne jak na standardy Instytutu. Jedynym co Ludwig chciał, a nie mógł zarzucić Wärznerowi, był wygląd. Trzy czwarte Instytutu oglądało się za nim w odruchu bezwarunkowym, a ta jedna czwarta nie, tylko dlatego że spała albo ćpała.
Patrząc na dżinsy opięte na tyłku Johanna, linię jego pleców oraz długie włosy spływające na blat biurka, Ludwig przełknął ślinę.
– Gdzie jest Łukasiewicz? – zapytał.
Wärzner powoli odwrócił się, dopiero na ostatku odrywając wzrok od dokumentu.
– Czy ja ci wyglądam na jego niańkę? Sam na niego czekam.
Kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania chciał dodać coś jeszcze, ale został brutalnie potrącony przez kierownika WNAPU.
– Jaśku, złoty ty mój! – krzyknął z emfazą Bonnefoy.
Wärzner zasłonił się kartką jak tarczą.
– Ktoś musiał się pomylić, nie zamawiałem czterech lituusów, a cztery looty – ćwierkał dalej Francis. – Słoneczko mych dni, ogrzewasz moje życie i niesiesz światłość moim badaniom… Załatwisz to dla mnie?
– Co mam załatwić? – Głos zza kartki zabrzmiał dość złowróżbnie. – Nie należysz do Związku Słowian, nie podpadasz pod moją jurysdykcję.
Bonnefoy w zamyśleniu potarmosił bródkę.
– No, ale ty tak wszystko umiesz zrobić – miodził. – Dla ciebie żaden problem to zamienić.
– A jaka to różnica? – zapytał Johann bez zaangażowania.
– Jak to jaka? Jak to jaka, mój słodki?! Na co mi cztery różdżki? Ja chciałem cztery ptaszki!
– Każdy z nas ma jakieś marzenia – mruknął Wärzner i odwrócił się tyłem, znowu pochylając nad biurkiem.
Ludwig wziął oddech, żeby opieprzyć ich za ignorowanie kierownika Wydziału Administracji i Zarządzania, ale jego uwagę przykuły palce Bonnefoya przebierające żywo w powietrzu.
– Napisałem takie piękne podanie – spróbował jeszcze Francis.
– A pozwolenie współkierownika Wydziału Stworów Magicznych załatwił? – zapytał od niechcenia Wärzner. – Pewnie było napisane jak kura pazurem, pozwolenia nie było, to zinterpretowali zgodnie z przepisami. Zresztą, nie mam czasu na ciebie, myślisz, że obsługiwanie Słowian to kaszka z mleczkiem?
To zbiło z tropu Bonnefoya. Ludwig wykorzystał przerwę:
– Dlaczego nic nie może być na swoim miejscu i załatwiacie taką sprawę na Wydziale Klątw? W ogóle czemu nie ma tutaj Łukasiewicza? Powinien zajmować się pracą. Nigdy go nie ma, kiedy robię obchód. Słowianie nie traktują obowiązków z należytą powagą.
– Mógłbyś to zostawić Macháčkovej. Albo gdybyś robił swoje obchody o stałych porach, wszyscy zdążyliby przygotować się do symulowania pracy – zasugerował Wärzner, przeciągając się. Bonnefoy oblizał nerwowo usta. – A tak mają cię w dupie.
– A czy ty, mój administracyjny gołąbeczku, też masz mnie w dupie? – zapytał z nadzieją Francis.
Wärzner obrzucił go swoim firmowym spojrzeniem i wrócił do czytania dokumentów. Bonnefoya najwyraźniej świerzbiły rączki, bo wystrzeliły w kierunku Johannowego tyłka. Ludwig cofnął się gwałtownie, pamiętając, że Wärzner z powodzeniem mógłby być kierownikiem Wydziału Zgonów Magicznych, gdyby dwoma głosami nie wyprzedziła go Natasza Arlowskaja.
W tym momencie gabinet wypełnił fioletowy rozbłysk, Bonnefoy wrzasnął i rzucił się do ucieczki z szeroko rozpostartymi ramionami. Jego fartuch płonął wszystkimi kolorami. Był w połowie schodów, gdy zawrócił z głupią miną. Wärzner popatrzył z niedowierzaniem na młodszego Beilschmidta, a ten uniósł brwi.
– Fajowe, co nie? – zachichotał Feliks i zdjął ochronne gogle, mierzwiąc sobie włosy. – Na pijanych działa jeszcze lepiej.
Bonnefoy chwycił połę fartucha. Materiał płonął jasno i kolorowo.
– Co to ma być?
– Jeszcze nie wiem, ale zajebiście wygląda.
– Feliksie Łukasiewiczu – rzucił Wärzner rzeczowym tonem. – Zaświadczenie musicie mi podpisać.
– Spoczko, Jaśku.
Bonnefoy usiłował strzepnąć ogniki z fartucha. Ludwig odsunął się. Uznał, że może kontynuować pochód, ponieważ wyraźnie zobaczył, że Łukasiewicz nad czymś pracuje. Nawet jeśli po raz kolejny napadł pracownika Instytutu.
Feliks zdawał się czytać mu w myślach. Siadł na biurku. – Ratowałem Jaśka, jasne? I pomagałem Francy w badaniach.
– Niby jak!? – wrzasnął oburzony Bonnefoy.
– Francis, najprzystojniejszy tchórzu w Instytucie, stworzyłem warunki, abyś mógł wypróbować sposób ucieczki numer porządkowy czterysta czterdzieści siedem. – Łukasiewicz podpisywał podsuwane przez Wärznera dokumenty bez czytania. – Tyle o nim mówiłeś przy czwartkowej degustacji kaktusówki.
– Kaktusówki? – zdziwił się uprzejmie Johann.
– Bragiński znalazł całą kolonię na czwartym piętrze, na Wydziale Umarłych Bóstw. Pełno tam piasku.
– Nie wolno niczego ruszać z nieużywanych pięter! – huknął Ludwig.
– Zastępca kierownika podpisał zgodę – stwierdził potulnie Łukasiewicz, majtając nogami.
No tak, na Gilberta Ludwig mógł zawsze liczyć.
– To akurat była ucieczka numer porządkowy trzysta pięćdziesiąt trzy – stwierdził z godnością Bonnefoy. – W pełnej panice, z wymachiwaniem rękami. Bardzo nieekonomiczna i nieefektywna. Spowalnia uciekającego, naraża na opór powietrza, a także przypadkowe uszkodzenia. Uszkodziłem sobie paznokcie, zawadzając nimi o framugę.
Francis studiował uszkodzenia palec po palcu, trzymając płonący materiał przerzucony przez ramię.
– Feliksie Łukasiewiczu, wisisz mi nowy fartuch – rzucił na końcu.
– Odlicz od tych piętnastu euro, które przerżnąłeś ze mną w pokera… Poza Instytutem – dodał kierownik Wydziału Klątw, widząc minę Ludwiga.
Wärzner pozbierał swoje dokumenty i wrócił na bezpieczny parter. Średnia inteligencji w pokoju drastycznie spadła, średnia normalności dramatycznie wzrosła, ale Ludwig i tak postanowił wrócić do obchodu.
Wydział Depresjomagii był równie problematyczny jak Wydział Klątw, chociaż nie ze względu na jego personel. Depresjomagia stanowiła bardzo trudną i niewdzięczną dziedzinę nauki. Każdy kierownik kolejno popełniał samobójstwo. Przez kilkadziesiąt lat wydział nie był obsadzony, aż wreszcie pojawiła się Erzsébet Héderváry – idealna na to stanowisko. Jako jedyna potrafiła przetrwać permanentną depresję, jej uzdolnienia magiczne stały na wysokim poziomie, reprezentowała też niezgorszą głowę do picia, co na takim pierwszym piętrze (a także drugim, trzecim i właściwie wszystkich powyżej i poniżej parteru) traktowano jako bardzo ważny dodatkowy atut.
Ludwig poprawił fartuch, założył dodatkowo rękawiczki i maseczkę na twarz. Stężenie magii depresyjnej na wydziale przekraczało normalną dawkę trzydziestokrotnie. Tylko wybitnie odporne jednostki były w stanie spędzać tu więcej czasu. Kierownik Administracji i Zarządzania do nich nie należał, co skrzętnie wykorzystywała większość Słowian. Do Ludwiga pokątnie doszły słuchy, że próbowali z tej całej depresji coś wydestylować, ale od kiedy baniaczek im się popłakał, zrezygnowali.
Héderváry wpatrywała się tępo w klatkę ze rżniętego kryształu. Młodszy Beilschmidt podszedł bliżej. W środku dogorywał mały demon, zanosząc się łzami.
– A potem wezwali mnie do takiego malutkiego kręgu – piszczał – te dziewczyny, one to same namalowały, a jak się starały przy pentagramie, taki śliczny im wyszedł, a ja musiałem je zjeść, najpierw ich uszka, takie śliczne uszka, takiej słodyczy już potem nie zaznałem. Potem śliczne białe pończoszki…
– Niestety, mój eksperyment szlag trafił – oznajmiła rozdrażniona Héderváry.
– Co? – Demon zaczął zawodzić. – Więc byłem eksperymentem, zwykłą fraszką, do tego jeszcze nie udaną, moje życie pozbawione sensu, odebrano mi nawet prawo przysłużenia się nauce…
Stworzenie najwyraźniej miało zamiar wygłosić całą mowę o niesprawiedliwości świata, ale zniknęło z cichym „puf!”. Héderváry westchnęła.
– To już piąty, myślałam, że te wielopoziomowce wytrzymają dłużej, a one padają szybciej niż jednopoziomowce… Może jakoś łatwiej przyswajają sobie depresjomagię – zastanawiała się.
Ludwig pomyślał, że smutno musi być kobiecie zamkniętej w czterech ścianach, emitujących depresjomagię, razem ze zdychającymi z żalu demonami.
– Kiedy wsadziłam dwa do jednej klatki – pochwaliła się Héderváry – najpierw wypłakały się sobie w ramionach, a potem zaczęły się ruchać – stwierdziła radośnie.
– To bardzo ciekawe – powiedział uprzejmie młodszy Beilschmidt. – Tak trzymaj.
Poklepał ją po ramieniu i czym prędzej opuścił Wydział Depresjomagii by zanurzyć się w Wydziale Czarnowidztwa. Początkowo był to po prostu Wydział Przewidywania Przeszłości, ale prawdopodobnie przez duże natężenie depresjomagii nikt nie był w stanie wywróżyć niczego dobrego. Przenoszenie wydziału na inne piętra skutkowało zerwaniem jakichkolwiek kanałów. Opłaciło się po prostu przemianować jednostkę, zmienić jej nieco jurysdykcję i wszystko grało. Tym bardziej, że Olena Marczenko była wybitną czarnowidzką. Przewidziała, że Raivisa Galante, kierownika Wydziału Bibliotekarstwa, w jednym tygodniu książki przysypią sześć i pół raza. Po tych sześciu razach myślał, że następnym razem opasłe tomy spadną tylko na jego nogi, a te podłe knigi najpierw go powaliły, a potem próbowały zadusić. Kierownik Biura Pośrednictwa, Timo Väinämöinen, stawający się od czasu do czas kierownikiem Koła Strzeleckiego, na polecenie Bernharda Oxenstierny, kierownika Wydziału Bezpieczeństwa, musiał oddać dwa ostrzegawcze strzały przez okienko dachowe, żeby się rozpierzchły. W raporcie Galante zeznał, że książki oblazły go z radości na widok bibliotekarza, bo zapomniał ich wypakować i przebywały w pudle ponad miesiąc.
Marczenko przewidziała też wypadek na Wydziale Alchemicznym, po którym Rada jednogłośnie ustanowiła, że piwnica nie jest odpowiednim miejscem na eksperymenty alchemiczne i zdecydowanie bardziej opłaca się wymiana dachu niż podłogi na parterze w administracji. Wydział Alchemii przeniesiono na poddasze.
Mało kto słuchał czarnowidzki, co stanowiło ciągły powód do jej narzekań. Dlatego Ludwig, kiedy tylko usłyszał przepowiednię, że Sadiq Adnan, kierownik Wydziału Wirowań, oraz Heracles Kapursi, kierownik Wydziału Marzeń Sennych nie mogą mieć jednostek na jednym piętrze, bo stanie się nieszczęście, natychmiast przeniósł Kapursiego wyżej. Do dzisiaj nie przyznał się, że otrzymał trzynaście podań od Adnana i trzy anonimowe donosy, żeby pozbyć się indywiduum Kapursiego, a także osiem zgłoszeń wykroczenia przez niegodziwego chama Adnana. Dzięki przenosinom uszczęśliwił trzy osoby.
Ludwig zdjął rękawiczki oraz maseczkę i schował do kieszeni fartucha. Olenę Marczenko zastał pochyloną nad kubkiem.
– Wróżycie z fusów, Oleno Marczenko? – zapytał uprzejmie.
Kobieta odchyliła się gwałtownie, zafalowała piersiami i oblała się rumieńcem.
– Nie – jęknęła. – To kakao…
– Wróżycie z fusów z kakao? Podziwiam pionierską postawę.
– To kakao rozpuszczalne…
Ludwig zamknął oczy i westchnął. – Macie przerwę, Oleno Marczenko, tak?
Kobieta chrząknęła i wbiła zrezygnowany wzrok w stół.
– Mam dzisiaj strasznie kiepski odbiór. Nie jestem nawet w stanie przewidzieć kto zadławi się dzisiaj herbatą. A przecież u nas codziennie ktoś się dławi herbatą. Albo spada ze schodów. To się zdarza kilka razy dziennie, a ja nie widzę nawet tego. Dzisiaj jest zły dzień. Usiłowałam dopasować proroctwo Nostradamusa do innego proroctwa niejakiego Jarosława Papugowskiego, ale „syf, mrówki i kurewstwo” są dość niejednoznaczną wypowiedzią. Eduard był tak miły, że nawet policzył mi prawdopodobieństwo, że ktoś dzisiaj umrze, ale tylko mnie zdołował…
– Rozumiem – odrzekł ostrożnie Ludwig. – Nie poddawajcie się. I tak macie lepszą wydajność niż niejeden wydział.
– Tak tylko mówisz, kierowniku – mruknęła z roztargnieniem blondynka.
– Absolutnie, trzykrotne przekroczenie normy, co jest wspaniałym wynikiem, bo u nas trudno w ogóle wyrobić normę – zapewnił Ludwig. – Twoja praca, Oleno Marczeno, pozwoli nam uporać się z trudnościami zanim jeszcze się one pojawią. To wielki krok na przód.
To powiedziawszy, kierownik Wydziału Administracji i Zarządzania pożegnał się zadowolony z mowy motywacyjnej. W takich chwilach czuł, że warto robić obchody, chociaż każdy przypominał czołganie się w ubraniu z filcu po nieheblowanej desce.

CDN

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s