Droga 509

Lojalnie informuję, że tekst jest raczej dla osób powyżej 15 roku życia. 

Z tylnej kanapy czeskiej Škody rozległo się wiele mówiące prychnięcie. Było ono komentarzem do rozmowy toczącej się z przodu. Stety-niestety, nie za bardzo się nim przejęto. Wręcz jawnie zignorowano. Michaela rozważyła trzepniecie przez łeb głównego opowiadacza, ale musiała z zamiaru zrezygnować. Nie należy bić kierowcy, gdy auto pędzi ponad sto kilometrów na godzinę. Może się to skończyć co najmniej źle. O, na przykład na drzewie. Odłożywszy na bok opcję pobicia brata i ex-męża w jednej osobie, przesunęła się za fotel pasażera, pochyliła ku niemu i szepnęła złowieszczo.

– Łże, szuja jeden.

– Łżesz, Josefie?

– Jak polityk przed wyborami – oznajmił pytany. – A tak szczerze, to nie.

– Łżesz! – stwierdziła Michaela. – A przynajmniej ubarwiasz. Na jedno wychodzi. Robisz mi złą reklamę!

– Misiu, a czemu ja miałbym cię komukolwiek reklamować?

Wydawało się jej, że mrugnął porozumiewawczo do Johanna, ale ze swojego miejsca nie widziała za dobrze. To dodatkowo drażniło. Oparła brodę o fotel przed sobą i objęła go razem z pasażerem.

– Nie słuchaj go. Może kiedyś ganiałam po błocie w podkasanej sukience i upierałam się, aby spać z moją ukochaną świnią. Nie pamiętam. Co nie znaczy, że on – wskazała palcem Josefa – nie miał równie ciekawych akcji. Trzeba by o to mamę zapytać. Albo Ludowita. Tylko po co? Po prostu Joszki-wrednioszki nie słuchaj – skwitowała i cmoknęła Johanna w policzek.

– Ty się tak nie wierć – mruknął Josef. – Zahamuję gwałtowniej i wyfruniesz przez przednią szybę. A jak depnę po gazie, to nam Johanna udusisz i będziemy mieć Niemcy na karku. Może ty masz ochotę dołączyć do serbsko-polskiej rywalizacji w wywoływaniu wojen światowych, ale ja nie.

Michaela prychnęła i umościła się na kanapie. Za oknem przesuwał się sielsko-anielski krajobraz pól i zagajników, tak typowy dla Europy środkowej, że nie dało się określić na jego podstawie gdzie są. Czechy, Niemcy, Polska. Takie widoki były wszędzie. Ziewnęła znudzona.

– Mamy zamiar jechać całą noc, czy zrobimy sobie jakiś postój, żeby nasze kręgosłupy nie zmieniły się w prześliczne korkociągi? – zapytała.

– Z postojem – odparł spokojnie Josef. – Ale jeszcze nie teraz. Z godzinę czy dwie poprowadzę.

– Zawsze mogę cię zastąpić – zauważył Johann.

Josef spojrzał na niego kątem oka i uśmiechnął się. Było niemal widać tryby obracające się w jego głowie. – Nie trzeba. Przenocujemy gdzieś. Nie będziemy od samego początku chodzili niewyspani.

Johann nie sprostował, że zamiana by to w pewnym sensie zniwelowała. Starcia ze słowiańskim uporem uważał za z gruntu skazane na porażkę i podejmował je zwykle przez nieuwagę, a nie świadomie. Wyciągnął nogi na ile to było możliwe i zapatrzył się na widok za oknem. Wzrok pochwycił linię średniego napięcia. Kabel wznosił się przy słupach i opadał między nimi. Góra, dół, góra, dół, góra, dół… znikło. Josef zjechał na parking przy stacji benzynowej i moteliku.

– Wycieczko, przerwa – oznajmił zgasiwszy silnik. – Kobieta idzie zdobywać pokarm, mężczyźni legowisko na noc.

– To chyba odwrotnie było – prychnęła Michaela. – Mężczyźni trudnili się polowaniem, kobiety domowym ogniskiem. Coś kręcisz. Zresztą, jedzenie waży i nawet jak wam wezmę po hot dogu na kolację, to będę musiała to przynieść. Ja, biedna, słaba kobietka. Jasiu, chodź ze mną. Pomożesz mi, a tamten kierownik wycieczki zajmie się organizowaniem pokoiku.

– A taka niezależna jest zwykle – westchnął Josef teatralnie. – I jeszcze chce mnie wypchnąć na starcie z recepcjonistką. A jak brzydki pokój dostaniemy, to będzie na mnie.

– Oczywiście – zgodziła się. – A jak myślałeś?

Oparła się o dach auta i uśmiechnęła promiennie jak słoneczko. Johann przezornie odsunął się, aby go nie oparzyło.

– Za co mnie pokarało taka siostrą?

– To ja pójdę załatwić pokój na „miłego auslandera” – wtrącił Johann, nim Michaela zdążyła bratu odpowiedzieć jakże to wdzięczny powinien być za nią. Zawsze wszak mógł dostać Nataszkę. – A wy zajmijcie się polowaniem na uciekające hot dogi. Jakbyście widzieli przebiegająca w okolicy kawę, to wiecie…

Josef spojrzał z wyrzutem i Johann postanowił nie rozstrzygać, czy to bardziej znaczyło „czemu wysyłasz mnie z nią”, czy „czemu nie idziesz ze mną”. Odwrócił się na pięcie i odszedł zostawiając rodzeństwo samym sobie.

Samotność trwała krótko. Jakieś piętnaście minut od momentu przekroczenia progu pokoju. Wystarczyło na szybki prysznic, akurat aby nie musieć potem brać udziału w słownej wojence o kolejność. Pykniecie magnetycznego zamka usłyszał siedząc na łóżku i wczytując się w niemiecką wersję regulaminu motelu. Nie odwrócił się, nie podniósł wzroku zbyt skupiony na mało ważnym tekście.

– Bo cię ukradną.

Spojrzał na Josefa.

– Gdzie zgubiłeś Misię?

– W sklepie. Przegląda gazety, a my do wyboru mamy kanapkę z tuńczykiem albo serem. No i ty kawę. Nic więcej o tej porze stacja do zaoferowania nie miała. Możemy też skorzystać z tutejszej restauracji, ale jakoś mnie nie ciągnie.

Odstawił reklamówkę i tekturowy kubek na długi blat ciągnący się wzdłuż ściany z oknem, a okupowany jedynie przez telewizor i lampkę. Johann zwlókł się z łóżka bardziej z uwagi na ten kubek, niż kanapki. Siedząc w aucie jakoś specjalnie od obiadu nie zgłodniał.

– Ja już dziś nigdzie nie wychodzę. Wieczory są rześkie, ja mam mokre włosy, a żeby mnie przewiało, to naprawdę ostatnie nieszczęście, jakiego mi do kolekcji teraz potrzeba.

Josef parsknął śmiechem.

– Tak ci z nami źle, Jasiu? – zapytał i szybko zabrał kubek, jakby to mógł być zakładnik. – A te włosy to by ci się zdało rozczesać teraz, bo potem się skichasz.

– Najpierw kawa. Moje paliwo do przeżycia wśród was.

– Ktoś ci już mówił, że –

– Za dużo piję. Tak. Waschdi, Misia, Gilbert, Heike, Max, Paulchen, Ludwig itepe, itede. Oddaj kubek pókim miły. Znasz te filmy o nałogowcach, co dla działki gotowi zabić.

Josef zaszczycił go spojrzeniem godnym najprawdziwszego wariata, ale kubek oddał w zamian zażądawszy szczotki. Na pytanie, po co, odparł, że on i tak po siostrze łazienkę zajmie, bo inaczej Michaela będzie go poganiać pukaniem w drzwi, a ponadto cudze rozczesuje się łatwiej niż własne. Kwestia zwrócenia przysługi pozostała niewypowiedziana, ale jasna. Johann poszedł na taki układ. Wręczył Josefowi szczotkę i usadowił się na podłodze z kubkiem. Z Sebastianem tak nie mógł, bo jego włosy by tego nie przetrwały, ale Josef miał długie i raczej wiedział jak się z takowymi obchodzić.

– Co ty tak myślisz?

– O życiu – odparł. – Myślenie wielce filozoficzne, choć zaspane.

– Masz kawę.

Tym razem to Johann prychnął bardzo wymownie dając do zrozumienia, co o tej kawie myśli.

– Co ci w niej nie pasuje?

– Rozmiar. Smak. Ja nie pije z mlekiem.

– Na noc czarną…

– Na noc czarną – potwierdził i nie skomentował tego, że Josef przestał męczyć szczotką jeszcze mokre włosy. – Poza tym nie wiem, jaką tu mają, ale chyba nawet jako czarna by smakowała dziwnie. Jak już tak się tym truję, to nie lubię byle czym.

– To zmień nałóg – zaproponował życzliwie Josef. Odłożył szczotkę i zaczął rozplątywać jeden mały kołtun palcami. Pochylił się i szepnął Johanowi na ucho. – A nie truj innym.

Sas drgnął, gdy ciepłe powietrze owionęło jego ucho. Gorąca kawa wychlustała się na dłoń. Syknął, ale nic nie powiedział. Josef dalej rozplątywał włosy, które niechętnie poddawały się temu zabiegowi, wyraźnie woląc stan zasupłania. Miał wrażenie, że Czech roześmiał się cicho, ale nie za bardzo mógł się odwrócić i sprawdzić, czy na twarzy pozostał mu jakiś uśmieszek, czy może się zdawało. Otrzepał dłoń i dalej siorbał trefną kawę, mrucząc pod nosem, że w sumie nie wie, po co to robi, skoro mu nie smakuje. Josef pokonał ten i kilka kolejnych kołtunów, i teraz się saskimi włosami po prostu bawił, ciekaw, kiedy ich właściciel zorientuje się. I co zrobi. Niestety zdawało się, że nie tyle co nie starczy jego cierpliwości, co czasu i prędzej Michaela wróci niż coś się wydarzy. W sumie, kto wymyślił koedukacyjność pokoi?

– Josef.

– Hym?

– Ale nie zaplataj mi warkoczyków…

– Czemu? – Ponownie nachylił się Johannowi do ucha. – Taka fryzura a’la twój ojciec.

Johann zadarł głowę i spojrzał na Josefa jakby powątpiewał w coś, ale w co dokładnie trudno było orzec. Poczytalność?  Wyobraźnia? Intencje?

– Wolałbym nie –

– Trujesz – przerwał mu.

– O co ci chodzi?

Josef nie zdążył odpowiedzieć, ani tym bardziej zrobić niczego, co by mogło odpowiedź zastąpić. Pstryknął elektromagnes zamka i w progu stanęła Michaela. Zmierzyła ich wzrokiem i chrząknęła głośno.

– Zostawić was na chwilę – westchnęła rozdzierająco. – Coś cię Jasiu sparterowało na podłogę.

– Wygodnie – odparł. – Nie da się spaść – dodał.

– A zamierzasz gdzieś spadać? – zdziwiła się. – Bo jak tak, to możemy dwa łóżka zsunąć i się położysz od ściany, to nie spikujesz – zaproponowała pogodnie.

Usiadła na krzesełku przy stole i rozłożyła gazety. Josef skrzywił się, choć broda nieco to zamaskowała. Johann rozplątał cienki warkoczyk i spróbował się podnieść, żeby wszyscy wokoło nie patrzyli na niego z góry. Ciężka dłoń Josefa, która nagle pojawiła się na ramieniu, skutecznie to uniemożliwiła. Westchnął pytająco.

– Ty popatrz, a mnie czesać nie chce. Ostatnim razem, jak nam przymusowy nocleg w trasie wyszedł, to Felek się moimi piórami zajął – Michaela stwierdziła z wyrzutem i potrzasnęła głową, aby odrzucić włosy na plecy.

– Bo ty się ciągle czepiasz – odparł Josef beznamiętnie i zaczął na powrót pleść warkoczyk. – Masz recepturki albo jakiś sznurek?

– W torebce – zachichotała.

Przewrócił oczami. Johann raz jeszcze spróbował wstać i raz jeszcze dano mu do zrozumienia, że ma siedzieć.

– Ale znaj me dobre serce – ciągnęła – bo sama ją znajdę. Inaczej zanim ty byś cokolwiek w mojej torebce znalazł, to Jasiu zdążyłby dotrzeć do Drezna i to na piechotę.

– Błąd. Ja do twojej torebki nie chcę zaglądać. Coś innego bym prędzej znalazł w zamian.

Mimo tej deklaracji, przyjął dwie żółte recepturki i od razu jedną wykorzystał. Drugą położył obok i zabrał się za kolejny warkoczyk. Michaela usiadła z jedną z gazet przed Johannem i zaczęła ją przeglądać, rzadko zatrzymując się na którejkolwiek stronie na dłużej. Odruchowo czytał niezrozumiałe dla siebie słowa. Josef plótł, ciągnąc za kosmyki za każdym razem, gdy powodowany jakimś wybitnie dziwnym słowem Johann pochylał się ku Michaeli. Johann chrząkał, ona chichotała.

– Jak byliśmy mali, ja i Felek, to pletliśmy warkoczyki na brodzie tego tam – roześmiała się. Oderwała wzrok od pisemka i spojrzała na Josefa ponad głową Johanna. – Może teraz to sobie odbija?

– Ciągnęliście moją brodę, jakby to były krowie wymiona. A rozplątanie tych waszych „warkoczyków” graniczyło z cudem – prychnął. Zabezpieczył drugi warkoczyk recepturką. Ponownie powstrzymał Johanna przed wstaniem. – Więcej plótł nie będę, bo nie mam czym związywać.

– Ładnie ci. – Sięgnęła dłonią ku włosom i nachyliła się, by lepiej przyjrzeć dziełu brata. Wolną rękę oparła na jego udzie, żeby nie stracić równowagi. – I ładnie zaplecione. Joszka, może ja tobie też zaplotę. Symetrycznie. Tak jak się rodzeństwa, jak są małe, ubiera i czesze. Taki komplecik. To słodko wygląda. Mam jeszcze jakieś gumki.

– My nie jesteśmy… – Johann chciał podjąć próbę obrony Josefowych włosów, skoro swoich mu się wybronić nie udało, ale Michaela przerwała mu oburzonym prychnięciem.

                Josef ponownie nachylił mu się do ucha i szepnął: wymienię Feliksa na ciebie, niech się Ludwig użera.

                – Nie masz litości dla Młodego. On już musi się użerać z Waschdim, Wirtembergią czy Palatynatem, a ty mu chcesz twojego brata dodać?

                – W zamian za ciebie, nie ma nic za darmo – uzupełnił Josef. – Poza tym nie widzę powodów, abym miał okazywać Ludwigowi litość. A ty widzisz?

Pytanie skierował do Michaeli. Zamyśliła się. Odruchowo lub nie przygryzła końcówkę trzymanych w dłoni włosów, a że nie były jej… Johann milczał. Oparł się wygodnie o łóżko i patrzył.

– Nie – stwierdziła w końcu. – A Felek da sobie radę.

– To jak, Johann?

– Wy tak lubicie romanse trzymać w rodzinie? – zapytał na granicy śmiechu. – Czechosłowacjo?

– Niekoniecznie – odpowiedziała. – Nam się zdarzyło. To jak Goran i Radmila.

– Serbia i Czarnogóra – wyjaśnił Josef.

– Ale reguły w tym nie ma – kontynuowała. – Raczej interpretuj to, jako: w rodzinie nam nie przeszkadza.

– To może ja wam przeszkadzam?

Michaela i Josef popatrzyli po sobie, jakby właśnie poważnie zwątpili w rozsądek siedzącego pomiędzy nimi mężczyzny. Ciężar ich spojrzeń zawisł nad Johannem na podobieństwo miecza katowskiego i przyprawił go o z trudem tłumiony śmiech.

– Saksonio – odezwała się Michaela poważnie.

– Johannie – zasekundował jej brat.

– Jasiu – szepnęła pochylona ku niemu.

– Misiu – podjął dalszą grę Josef – a ty nie mówiłaś w samochodzie, że masz wrażenie, że się kleisz sama do siebie i chcesz szybko wziąć prysznic?

Johann nie wytrzymał i w końcu się roześmiał. Zwinął się niemal na podłodze, a łzy napłynęły mu do oczu. Michaela obdarzyła brata spojrzeniem zarezerwowanym dla wkurzających ekspedientek w sklepach i wścibskich bab ławeczkowych. Jak mogłeś! – mówiło to spojrzenie. – Ty nieczuły, egoistyczny draniu. Josef uśmiechnął się zadowolony z osiągniętego stanu. Było mu nie mniej wesoło jak Johannowi.

– Nie mówiłam. Ale w sumie… Któryś z panów umyje mi plecy?

– Nie – pospieszył z odpowiedzią Josef.

Rzuciła przez ramię tęskne spojrzenie. Przeniosła je na Johanna, ale na nic się to zdało. Westchnęła rozdzierająco i bardzo powoli udała się do łazienki. Po chwili usłyszeli szum lecącej wody. Josef położył się na łóżku. Nogi od kolan w dół zwisały aż do ziemi. Nie chciało mu się wciągać ich na górę, a tym bardziej przemieszczać tak, aby móc się z nimi wygodnie zmieścić.

– Wilka dostaniesz – mruknął.

Podłoga w motelu była wyłożona gumolitem imitującym imitację parkietu. Nie była zimna, ale co tam. Komentarz jak każdy inny. Wypowiedziany tylko po to, aby dyskusja nie zdechła jak atmosfera, którą świadomie i z premedytacją zarżnął chwilę wcześniej. Johann westchnął jakby miał zaraz wyzionąć ducha. To ostatnie było wątpliwe. Od siedzenia an gumolicie jeszcze żaden kraj nie rozstał się z tym światem. W łazience coś – zapewne mydło lub inne mu podobne myjadło – spadło na podłogę. Ich skojarzenia pobiegły tą samą drogą. Roześmiali się.

– To jak, Jasiu, dasz się wymienić?

– Jestem Germaninem, nie zmienisz tego.

– Spójrz na Ludowita. Słowianin. Najstarszy syn mojej matki, a obecnie sprecha po waszemu aż głowa boli, znajomych też ma głównie wśród waszych. Byśmy cię jeszcze trochę zeslawizowali i też byś się do nas dopasował… albo nawet i nie. Już jesteś wystarczająco słowiański tylko kwestia języka pozostaje. Ale dogadałbyś się zresztą. Gilbert dał radę na naszym spędzie rodzinnym, to ty byś miał nie dać. Zresztą, ty po polsku umiesz.

– Umiem czy nie, to zdolność nabyta i zanikająca z czasem. Nie liczy się – odparł podnosząc się z podłogi. Przeciągnął się, aż mu wszystkie wieki żywota strzeliły w kręgosłupie. Spojrzał niechętnie na tekturowy kubeczek z kawą na podłodze. Schylił się po niego tylko z troski o gumolit. Pić tego nie zamierzał. – Ponadto nie mam zamiaru iść w ślady Gilberta. Nie wydaje mi się to bezpieczne, a ja nie lubię ściągać sobie na głowę kłopotów, choć mam wrażenie, że one mnie czasami lubią.

Usiadł na łóżku koło Josefa, podparł się rękoma i zapatrzył w sufit.

– Jeszcze podążanie pruskim przykładem skończyłoby się kasacją z mapy i Anglosasi czy Sasi Siedmiogrodzcy by mnie przy życiu nie utrzymali, i… Au!

Josef pociągnął go za rękę i szlag trafił delikatną równowagę. Sprężyny w materacu jęknęły cichutko, gdy na nie upadł.

– Pomyśl jak Feliks. Starto go, to się zawziął i wrócił. Robił te swoje powstania, które upadały jedno po drugim, aż żal dupę ściskał, a on pobiadolił, poużalał się nad sobą i organizował kolejne. I jeszcze innym pomagał tyłki ratować, choć to wynikało z jego wiary, że jak pomoże takiemu Francji, to tamten się odwdzięczy. Naiwne, ale koniec końców mu się udało. Poza Iwanem, to każdy z nas pod kimś kiedyś siedział, więc widzisz, że w ostatecznym rozrachunku zesłowiańczenie nie jest takie złe.

Przewrócił się na bok i oparł brodę na dłoni. Oba zaplecione przez niego warkoczyki były tuż obok niego. Pociągnął za jeden. Johann leżał z zamkniętymi oczami. Oddychał spokojnie. Po ustach błąkał mu się uśmiech.

– A ja bym miał normalnego brata – kontynuował. – Bo Feliks nie jest normalny, a Ludowit, to sam wiesz.

– Nie doceniacie go.

Szum wody ustał.

– Możliwe. Nie obchodzi mnie to teraz. Nie ma go tu. W ogóle nie widziałem go od dawna i rozważanie teraz stanu Łużyc mnie nie bawi. – Nachylił się ku Johanowi i dodał szeptem: jasne?

Odpowiedziało mu potakujące mrukniecie. Pocałował go w skroń i odsunął się.

– Zasypiasz.

Znowu przytaknięcie i zaraz po nim śmiech.

– Nie – poprawił się Johann. – Rozleniwiło mnie jedynie.

Otworzył oczy i przetarł je wierzchem dłoni. Nie było późno, ale nic tak nie meczy jak nicnierobienie w aucie. Ziewnął.

– Stęskniliście się? – rozległo się od strony łazienki.

– Zapłakaliśmy z tęsknoty – odpowiedział Johann i obrócił się na brzuch, żeby móc ją widzieć.

– Załóżmy, że wam wierzę. Tobie wierzę. Bo kłamliwa szuja koło ciebie uśmiecha się tak, że powinno mnie tu spopielić. – Uśmiechnęła się.

Mokre włosy opadały jej na plecy.

– Joszka – odezwała się przymilnym tonem. – To w imię tradycji powinniśmy cię teraz wysłać po piwo. Ja płacę – roześmiała się. – Pójdziesz? Tym razem nie pada.

Johann spojrzał na niego pytająco, ale to ona pośpieszyła z wyjaśnieniem.

– Jakiś czas temu jechaliśmy w trójkę z Felkiem i nas złapała burza, objazdy i w ogóle. Koszmar. Nocowaliśmy w motelu i żeśmy Joszkę wypchnęli po piwo, bo jako jedyny nie był jeszcze w piżamie. I poszedł kochany braciszek w deszcz i zawieruchę i nam piwo przyniósł. – Przysiadła na łóżku po drugiej stronie Josefa i cmoknęła go w policzek. – Ja płaciłam. Żeby tradycji stało się zadość teraz też powinien pójść, bo tak o twojej zimnej kawie siedzieć, to nudno.

– Zawsze ja mogę pójść.

– Masz mokre włosy.

– Jest ciepło.

– Siedź – poleciła. – To jak, Josuś? Pójdziesz, ty nasz koneserze piwa?

– Johann, pójdziemy jej po to piwo?

– Ej! Sam masz iść! – oburzyła się.

Johann ukrył twarz w ramionach. Nos drapał szorstki koc, jakim zaścielono łóżko, ale postanowił to dzielnie ignorować do czasu, aż nad obok niego zapadną jakieś decyzje. Naprawdę mógł po to piwo iść.

– Ja pójdę – powtórzył. – Świeże powietrze mnie nieco rozbudzi.

– To ja ci potowarzyszę – uznała.

– Masz mokre włosy – przedrzeźnił ją Josef.

– Jest ciepło – roześmiała się. – Chodź, Jasiu. Pójdziemy oboje, a on niech tu zapuszcza korzenie. Albo się wykąpie.

Wstała gwałtownie i pokręciła głową. Krople wody z włosów pofrunęły we wszystkie strony. Josef odruchowo zmrużył oczy, jakby mogły mu one wyrządzić jakakolwiek krzywdę. Tyrpnął Johanna w ramię i szepnął mu do ucha: idź z nią, bo nam Spo –

– Josefie Havlu, ty tam już nie szeptaj – przerwała mu.

Kucnęła koło Sasa i cmoknęła go w czubek mokrej głowy.

– Chodź. Felek ma taką książkę „Panna z morką głową” to nas będzie cała parka z mokrymi głowami.

– Żeby to pierwszy raz – westchnął doprowadzając się pierw do pozycji siedzącej, a potem do pionu. Zwalczył lekkie zawroty głowy i przeczesał palcami włosy. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał tak dobrze rozczesane. – Panie przodem.

Josef odprowadził ich podejrzliwym spojrzeniem. Przewrócił się na plecy ledwie zamknęły się za nimi drzwi. Nad sobą miał biały sufit. Nudne. W głowie słowa Johanna. Gdzieś mu się echem odbiło coś, co kiedyś Gilbert bredził i obrazek prezentu od Michaeli. Naprawdę nie rozumiał, o co Gilbertowi wtedy chodziło z całym robieniem szumu wokół tego, że może ona do niego pojechała. Albo rozumiał, ale nie podzielał pruskiego podejścia do tego. Ziewnął i podszedł do okna. Akurat, aby zobaczyć, jak uwieszona na saskim ramieniu Michaela coś opowiada. Szkło filtrowało ciszę.

– W sumie ja Joszce nie powiedziałam skąd tamten kufel dla niego miałam – roześmiała się. – Ale i on nie pytał.

– Pewnie wie.

– Skąd. Nie jest wróżką.

– Tak mi się wydaje.

Spojrzała na niego badawczo, ale nie dodał nic więcej. Może mu powiedział, a może tylko zgadywał. Jakoś nie miało to większego znaczenia w tej chwili. Bardziej kuszące było gdybanie o tym, że mogliby teraz złapać stopa i pojechać w świat, a Joszka czekałby i czekał… Powiedziała to na głos i roześmiała się widząc skrzywiona minę.

– Jesteś Słowianinem tylko bez słowiańskiej nuty szaleństwa – stwierdziła, a on nie był pewien, czy w jej głosie naprawdę usłyszał reprymendę, czy mu się tylko zdawało.

– Nie jestem – zaprotestował niemrawo. – Coście się oboje dziś uwzięli, aby Germańca na Słowianina przerabiać?

– Z miłości – westchnęła rozdzierająco, puściła jego ramię, wysforowała się o dwa długie kroki do przodu i obróciła na palcach. Wilgotna spódnica niechętnie wykonała ten obrót nieco lepiąc się jej do nóg i psując cały efekt, ale i tak Johann nie powstrzymał uśmiechu. – Spójrz na to tak. Jak cię przerobimy na naszego, to nikt się nie będzie mógł dziwić, czemu się tak często spotykamy, bo przecież wszystko będzie w rodzinie.

– Kolejny słowiański spisek dziejowy?

– A tam znowu spisek – prychnęła.

Podeszła do niego i objęła go za szyję.

– A poza tym, czy aż tak by ci on wadził?

– Mnie mniej niż Bawarii.

– A. Fakt. Ale dziś go tu nie ma. – Przyłożyła palec do ust i uśmiechnęła się. – I jutro też. I nawet pojutrze. Nie wmówisz mi, że wy obaj tak w wierności absolutnej od dziesięciu wieków.

– Nawet bym nie próbował. – Objął ją w pasie i nim zdarzyła sformułować zdanie protestu, już była wnoszona przez drzwi do stacyjnego marketu.

Objęła za szyję, zadarła głowę i z uśmiechem na ustach wskazała, gdzie stoją piwa. Tu niestety noszenie musiało się skończyć, co skwitowała teatralnym westchnięciem pełnym skargi do sił wyższych, że mężczyźni mają tylko dwie ręce. Toż to jest po prostu niesprawiedliwe!

– Po trzy – zakomenderowała. – Najwyżej zostanie.

Do drzwi odprowadziło ich spojrzenie kasującej ekspedientki.

– Będzie nas obgadywała – szepnęła konspiracyjnie Michaela, ledwie zasunęły się za nimi drzwi i mocniej przytuliła się do jego ramienia. – O, i Joszka nas podgląda – dodała spoglądając w okno ich pokoju. – Nudno mu bez nas pewnie – roześmiała się i cmoknęła Johanna w policzek. W rewanżu on wyswobodził rękę z uścisku, objął ją i pocałował delikatnie w skroń.

Josef pokręcił głową z rozbawieniem i wrócił do skakania po kanałach w telewizorze. Zgodnie z przewidywaniami nic ciekawego nie znalazł i gdy otworzyły się drzwi, właśnie wyłączał telepudło.

– Tęskniłeś? – zapytała Michaela od progu.

– Za tobą? – zdziwił się.

– Nom – potwierdziła stojąc już zaledwie krok i zadzierając głowę, aby patrzeć mu w oczy.

– Skądże.

– To dobrze, bo ja też nie – roześmiała się i odwróciła na pięcie.

Chwycił ją w pasie i przytulił. Johann zniknął w łazience. Napełnił umywalkę zimną wodą i włożył butelki na później. Trzy zabrał ze sobą. Dwie postawił na blacie koło Czechosłowacji, a z ostatnią usiadł na jednym z łóżek. Oparł się o ścianę pociągnął duży łyk. Josef sięgnął po swoją, nie puszczając ani na moment Michaeli. Szarpnęła się, ale tak jakoś bez entuzjazmu. Kątem oka śledziła Joszkową butelkę i ledwie znalazła się ona w zasięgu jej dłoni, przypuściła na atak.

– Bo wylejesz, kobieto!

Puścił ją, a piwo uniósł wysoko nad głowę. Michaela prychnęła i wzięła się pod boki.

– Skakać nie zamierzam. – Okręciła się i zabrała ostatnia butelkę. Usiadła koło Johanna i zmierzyła brata wzrokiem.

– Nasz mężczyzna – szepnęła teatralnie i pociągnęła nosem. – Czuć nawet… Nie żebym ci, Jasiu, odmawiała męskości – dodała patrząc przez ramię.

Josef zajął miejsce na wprost i pił. Nie lubił pić z butelki, ale już nawet ona była lepsza od tekturowego lub plastikowego kubeczka – jedynych naczyń, w jakie wyposażono pokój.

– Mężczyzna się nam krzywi. Mężczyzno drogi, cóż ci na wątrobie zaległo?

– Piwo z butelki – zgadł Johann. – Wolałby kufel albo chociaż szklankę.

– Dokładnie, Jasiu. Ty mnie rozumiesz, ona  – wskazał swą siostrę – nie.

Johann zsunął się na krawędź łóżka, łokcie oparł o kolana i splótł palce dłoni, na ile to było możliwe ciągle trzymając butelkę. Mierzył Josefa zmrużonymi oczami przez dłuższą chwilę, nim przesiadł się koło niego. Pociągnął nosem i mruknął ukontentowany.

– Powinieneś wozić ze sobą kufel – zasugerował. – Komplet kierowcy czeskiego: odblaskowa kamizelka, trójkąt, otwieracz do butelek i kufel. Zacznę to sprzedawać na pograniczu. Pierwszy zestaw dostaniesz ode mnie w prezencie. Cieszysz się? – zapytał.

– Szaleję z radości – mruknął.

– Słusznie – stwierdził i spojrzał na Josefa z kwintesencją wszelkiej życzliwości odmalowaną na twarzy. Ten spojrzenie odwzajemnił.

Ze swojego miejsca Michaela zachichotała.

– Gorzko, gorzko – odezwała się teatralnym szeptem w butelkę.

Josef zmierzył ją pytającym wzrokiem: jesteś tego pewna? Johann tylko zerknął i uznał, że w zasadzie zdanie Słowacji nie jest dla niego ważne i trzeba brać odpowiedzialność za swoje słowa – Ludwig uwielbiał im to powtarzać, Johann nie wiedział czemu. Przezornie odstawił butelkę na podłogę. Raz jeszcze zerknął na Michaelę, po czym nachylił się ku Czechowi, mocno chwycił jego koszulę, przyciągnął nieco ku sobie i pocałował w usta. Szok trwał niecałą sekundę, po której Josef przestał imitować kamienną statuę i przejął inicjatywę.

Po kolejnych trzech sekundach z drugiego łóżka rozległo się pełne oburzenia:

– Ej! To nie fair!

Poderwała się z miejsca i wcisnęła między nich, tym samym brutalnie przerywając pocałunek.

– Tak?

Spojrzeli na siebie ponad jej głową i zgodnie wzruszyli ramionami.

– Niewiniątka – prychnęła.

– Zazdrosna? – Josef szepnął jej do ucha.

– A jeśli tak, to co?

– Nic. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Johanna. – Ciebie na rękach nosił.

– Zazdrosny? – przedrzeźniła go.

Johann stęknął na samą myśl o noszeniu drugiego członu byłej Czechosłowacji. Sięgnął po swoje piwo i pociągnął kilka dużych łyków dla przepędzenia tej wizji. Tymczasem Michaela przytuliła się do jego ramienia i nadal wzroczyła nieufnie na brata.

– Mój ci on – oznajmiła.

– Jak już koniecznie mam być czyjś, a nie swój jedynie – roześmiał się Johann. – To pewnikiem okażę się bawarski.

– Jego tu nie ma – zauważył przytomnie Josef.

Michaela w akcie poparcia stuknęła swoją butelką o jego.

– Zdrowie jego niewiedzy – oznajmiła i wypiła duży łyk. – Poza tym my nie robimy nic złego. Odreagowujemy stresy długotrwałego siedzenia w Joszkowej Škodzie z cokolwiek niewyrabiającą klimatyzacją. W upale. To wszystko jego wina.

– Tak, Misiu, tak – zmierzwił siostrze włosy.

Ofukała go i pewnie by się odsunęła, ale nie było za bardzo gdzie. Przegrupowała się na kolana Johanna i objęła go za szyję, aby nie spaść. Czuła jego oddech na swojej skórze. Łaskotał.

– A skoro tak, to mój ci on – powtórzyła.

– Sasosłowacja?

– Lepsze od Czechosaksonii – roześmiała się.

Josef nie wyglądał na przekonanego. Pomruczał coś pod nosem i wyzerował butelkę. Zniknął na chwilę w łazience i wrócił z nową. Zimna woda kapała na gumolit. Stanął tuż obok rzekomej Sasosłowacji i przytknął szkło do ramienia siostry. Podskoczyła i omal nie spadła z saskich kolan. Nie dał jej czasu na powiedzenie, co o takim traktowaniu myśli. Pocałował ją. Nie długo i nie z wielką pasją, ale dostatecznie namiętnie, aby jej wszelkie protesty uleciały z głowy. Wolną od butelki ręką podparł się o jej udo i cmoknął jeszcze w nos, poczym ponownie pocałował Johanna.

– Sprawdzałem, czy generalnie dobrze całujesz, czy tak ci wyszło za tamtym razem – oznajmił chwilę później, gdy siadał na drugim łóżku.

Johann tylko na niego spojrzał oddychając ciężko. Iskierka zirytowania w jego oczach bawiła Josefa. No cóż. Musiał przyznać, że fakt, iż pojawiła się tam na moment, dobrze świadczył o Johannie. A przynajmniej o jego germańskiej naturze. Inaczej można by podejrzewać, że jednak go zeslawizowało do reszty. A tak Michaela słusznie stwierdziła, że do słowiańskości brakuje mu słowiańskiej nuty szaleństwa. Uśmiechnął się i wzniósł piwo w niemym toaście. Michaela znowu na niego wzroczyła wciąż przytulona do Johanna.

– Co blondiny? – zapytał rozbawiony tymi ich spojrzeniami.

– Josefie Havlu – odezwał się Johann w miarę ładną polszczyzną i już bez zadyszki. –  Szukaj się.

– Z tobą? – zainteresował się.

Fasada zagniewania utrzymywana przez Michaele runęła. Słowacja wtuliła twarz w ramię Johanna i rozchichotała się na dobre.

– Jak weźmiesz prysznic, to kto wie. Trącisz wunderbaumem ze swojego auta i to takim którego nie lubię. Gilbert go używa.

Josef niuchnął swoją koszulę, ale niczego nadzwyczajnego nie poczuł.

– I mam was zostawić samych?

– Nie uschniemy z tęsknoty – zapewniła go Michaela.

Wstał i pochylił się nad nimi.

– Doprawdy, Misiu? A może ja się nie o to martwię, a na przykład o Jasia. Jakże on sobie z tobą poradzi? Twoim byłym mężem będąc wiem jak potrafisz Bogu ducha winnego mężczyznę zamęczyć.

Zadarła głowę i wydęła policzek, jak zagniewana dziewczynka. Niechętnie puściła Johanna i w zamyśleniu pogłaskała Josefa po brodzie.

– Da sobie radę. Uwierz w niego.

– Dasz?

– Dam.

Nie było go przysłowiową chwilę. Dziesięć minut, nie więcej. Pośpiech niezauważenie wkradł mu się w ruchy, a uśmiech cały czas wykrzywiał usta. Nawet gdy wyszedł i nie usłyszał ani komentarzy na temat paradowania w samych gatkach, ani wymownych chichotów czy narzekania, że dał im za mało czasu.

Dzielne towarzystwo zmógł upał i odrobina alkoholu. Stanął przy łóżku i przyjrzał się im ze skwaszoną miną. Miejsca dla niego nie zostawili. Michaela, uśmiechając się przez sen, niemal opierała się plecami o ścianę, a Johannowi niewiele brakowało, aby zgodnie z wcześniejszym gdybaniem spaść na podłogę.

– Jaka zadowolona – roześmiał się cicho, patrząc na siostrę i chwaląc w myślach tego, kto urządzał motel i zainwestował w łóżka na małych kółeczkach pozwalające łatwo dostosowywać pokoje do potrzeb małżeńskich. – Zobaczymy, co powiesz rano, Misiu.

Na zsuniętych dwóch raczej nikomu nie groziło spadnięcie. Ziewnął i umościł się. Chwilę walczył z włosami Johanna, które podjęły decyzję o samobójczej próbie zostania czeską kolacją, i w końcu sam zasnął z nadzieją, że kolejnego dnia upał nieco odpuści.

Tyresö

01 – 04 czerwca 2011

Reklamy

One thought on “Droga 509

  1. Jezu, wlazłam bez większej nadziei a tu suprajs i to jeszcze jaki przyjemny :3
    rozpłynęłam się po prostu, chociaż nie narzekałabym, gdyby Misia odpuściła sobie kolejną podróż z czechosasami :>

    w pewnym momencie była jakaś niespójność, teraz tego nie znajdę, ale to chyba przy tym jak michaela odprawiała rytuały w łazience, a chłopaki zostali sami. Kurde, jak zwykle pomocna :/
    zrób ignora :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s