Słowa

Zapalono wszystkie świece na kryształowych żyrandolach. Z wysokości antresoli dziecko niewyglądające na więcej jak dwanaście lat przyglądało się z nieukrywanym zachwytem. Nigdy wcześniej nie wpuszczono go tu w czasie balu. Nigdy nie widział tylu strojnie ubranych ludzi, jak tego wieczoru. Barwne suknie, klejnoty tak wielkie, że widoczne aż z tak wysoka; szum głosów. Gilbert trzymał go od tego z daleka. Powtarzał, że nadejdzie ku temu pora, a na razie Ludwig ma się uczyć. Przysyłał co rusz nowych tutorów, aby zaznajamiali chłopca ze sztuką strategii, dyskusji, dziejów minionych. Pokazywali pełne przepychu drzeworyty z herbami rodów pruskich. Wielkich dynastii europejskich. Ich pnie i gałęzi boczne. Wittelsbachowie, Habsburgowie, Hohenzollernowie, Glücksburgowie, Bernadottowie, Wettinów… Tarcza askańska, biało-czarna, lew i tarcza biało-niebieska… Miał to wszystko w pamięci, a teraz widział kryjących się za tym ludzi. Przywarł do balustrady i spoglądał w dół, szukając twarzy z portretów.
– Twój brat jest tam – odezwał się zachrypnięty głos tutora, który przybył z nim.
Ludwig pamiętał, że preceptor pochodzi z bocznej linii rodu Meklemburskiego ze Strelitz. Pamiętał też, że zdaje się być niezdolny do uśmiechu, a jego małe oczka widzą więcej, niż skłonny był przypuszczać. – Rozmawia z Zofią Charlottą, księżniczką Orléans-Alençon. Jej narzeczony, król Bawarii, zaniemógł i nie mógł przyjechać. Sam Bawaria stoi nieopodal orkiestry. Ten, który teraz mówi. Zapamiętaj go, bowiem nie raz pewnie przyjdzie ci się z nim mierzyć na arenie politycznej.
– Brat mówi, że jego obecny król to durny szaleniec.
– Nie mów tak przy Bawarii – skarcił go tutor. – Pamiętasz jego imię?
– Se… – zawahał się. – S…
– Pamiętaj, trzeba znać swoich wrogów. To jest Sebastian Schilke. Obecnie przedstawiający się herbem Wittelsbachów. Wpisany w na? mniej znaczącą gałąź linii z Palatynatu Reńskiego. Rozpoznajesz jego rozmówców?
– Tak!
Poznawał. Bywali na dworze Sanssouci.
– Hesja i Magdalena von Hochstadten, druga żona Ludwika III księcia Hesji – wyrecytował. – Oraz Anhalt reprezentujący byłe księstwa Anhalckie.
– Imiona, chłopcze. Te, których używasz znają nieliczni. Gdy znajdziesz się tam na dole, nic ci po nich. Tylko wybrańcy je znają. Królowie i książęta zaufani.
Ludwig spojrzał na tutora z nadzieją. Czy już dziś pozwolą mu tam zejść? Znał niektórych z gości z korytarzy pałacowych. Rozmawiał z nimi nie raz, zatem czemu wciąż nie pozwalano mu uczestniczyć w przyjęciach i balach? Czemu mógł tylko słuchać o nich i komentować opowiadane zajścia, gdy go o to proszono?
– Heinrich Wippert i Karl Lemcke – odpowiedział sztywno.
– W rodzinach?
– Czemu to takie ważne, aby pamiętać, do jakich rodzin są przypisani, skoro nie wiążą ich z nimi żadne więzy krwi? To tylko tytuły przed nazwiskami i gra pozorów – zapytał odwróciwszy wzrok od barwnej sali. Tutor roześmiał się cicho. Upił wina z kielicha i otarł usta wierzchem dłoni.
– Bo są ponad tą krwią, niejednokrotnie rozcieńczoną, i obrazić ich, to jak obrazić te rody. Może się trafić, że się rzecz rozejdzie po kościach, a może być inaczej. Czy widzisz pannę Herrmann?
Ludwig wychylił się przez balustradę. Siedząca przy drzwiach matrona chrząknęła. Zapobiegawcza stara panna, jak zwykł o niej myśleć. Nie rozumiał, czemu Gilbert uparł się, aby ta kobieta towarzyszyła mu niemal wszędzie. Nie wyznawała się ani na broni, ani na strategiach. Umiała tylko chrząkać, krytykować i haftować. Opowiadała mu bajki, na które był stanowczo za duży. W ogóle cechowało ją gadulstwo, a on musiał się słuchać. Tak kazano i ilekroć poruszał tę sprawę przy Gilbercie, kończyło się tak samo. Odesłaniem z kwitkiem.
– Tak. Przy kominku. Rozmawia z… – nie kojarzył ludzi, z którymi stała Westfalia. Tutor zacmokał niezadowolony.
– Z Karolem Wittelsbachem, który jest?
Ludwig milczał.
– Bratem cesarzowej Austrii i Węgier, Elżbiety – zakończył sucho. Nie podniósł głosu, ale dla Ludwiga jasnym było, że oto zapomniał, o czymś naprawdę ważnym. Wszystko, co tyczyło się cesarstwa Austro-Węgierskiego było ważne.
– Tej, którą zwą Sissi. A także mężem Zofii Wettyn, która im towarzyszy. To ta dama, która siedzi. Od czasu połogu bardzo podupadła na zdrowiu. Wettinowie to dynastia, z którego tronu?
– Saksońskiego – odparł szybko. To było proste pytanie.
– Dobrze, ale niedokładnie, chłopcze. Pomyśl.
Tutor wstał i opuścił antresolę. Ludwig obejrzał się przez ramię i odetchnął z ulgą. Czy zaproszono go tu, tylko po to, żeby przeegzaminować? Zacisnął dłonie na balustradzie. Orkiestra zagrała skocznie. Pary wysypały się na parkiet. Zmienił się układ kolorów grup dyskutujących. Do Westfalii podszedł mężczyzna i poprosił o taniec, i Ludwig wiedział, że powinien go rozpoznać, skoro ona zgodziła się i podała swoją dłoń. Wyczekiwał chwili, gdy ten się odwróci i dane Ludwigowi będzie zobaczyć jego twarz. Zaklął cicho, gdy nawet to nie pomogło w identyfikacji. Zignorował pełne dezaprobaty zacmokanie matrony i opadł na rzeźbione krzesło. Znał i nie znał go. Musiałby zejść i spojrzeć temu człowiekowi w twarz, aby zyskać pewność. Oparł brodę o balustradę i rozejrzał się po gościach. Tron Saksonii. Tron królewski czy książęcy? Czy też szlachta hanowerska, która wszakże też miała korzenie wśród Sasów. Benedikt Brandt czy Johann Warzner tego wieczoru występowali w związanych na karku włosach i z wysokości antresoli Ludwig nie był w stanie ich rozróżnić. Czy wiedzieli, że będzie się im przyglądał i dlatego to zrobili?
– I jak, chłopcze?
Odwrócił się gwałtownie, aby spojrzeć na tutora. Zaraz za nim podążał służący z tacą z jedzeniem i winem.
– Wettinowie to dynastia tronu królestwa Saksonii i księstw Turyngii – odpowiedział hardo.
Tutor uśmiechnął się z aprobatą. – Chcesz o coś zapytać, chłopcze?
Chciał. Oczywiście, że chciał! Czy to zaplanowano? Czy to egzamin? Kto wie?
– Nie, panie – odpowiedział.
– Częstuj się – wskazał na tacę. – Wszak trwa bal i jest uczta. Cały dwór się raduje. – To powiedziawszy, tutor nałożył sobie kawał mięsiwa na talerz i zerkając raz po raz na salę w dole jadł. – Skoro już jesteśmy przy Wettinach i Turyngii. Turyngia to?
– Maximilian von Brunsert, a na tronach księstw zasiadają Wettinowie z linii ernestyńskiej.
– O kim zatem powinieneś wspomnieć?
– Johann Warzner jest obecnie w ich drzewie genologicznym.
– Kim jest?
– Królestwem Saksonii – odpowiedział szybko.
– Którym władają?
– Wettinowie albertyńscy – ponownie się nie zawahał.
– Zatem dlaczego powiedziałeś, że jest w rodzinie zasiadającej na tronach gdzie indziej?
Ludwig zamilkł. Tutor roześmiał się dobrodusznie.
– Tego, chłopcze, nikt nie wie. Są tajemnice, do których naprawdę nieliczni mają dostęp i nigdy pewnikiem nie dowiemy się prawdy. Wróćmy do tego, co możemy zrozumieć. Dostrzegasz królestwo Wirtembergii?
– Tak. Razem z Fryderykiem I Badeńskim.
– Tak. To dobry władca. Wprowadza słuszne reformy. Co prawda, ma w żyłach krew szwedzką, choć w odmianie Holstein-Gottorp. I ma piękna żonę – roześmiał się tutor. Ludwig wiedział i zrozumiał jego wesołość. Jakże inaczej mógłby się ten człowiek wypowiedzieć o córce króla? – Ludwika Maria to piękna kobieta i dała mu już dwóch synów i córkę, z których wielki książę Badenii może być dumny. Niestety nie można być dumnym z syna, którego Augusta dała naszemu królowi. Córka udała się lepiej. Na szczęście syn Fryderyka udał się bardziej, ku radości naszego króla Wilhelma. Nawet na jego cześć go nazwano. Co łączy ojca z synem, to odległe czasy w genologii ich małżonek, mam rację?
Ludwig z trudem przełknął kawałek mięsa. Myślał przy tym intensywnie nad poprawną odpowiedzią. Jedna była z Weimaru a druga z Koburga. Miał szukać wspólnego mianownika.
– Obie są z Wettynów ernestyńskich – odpowiedział w końcu.
– Dobra odpowiedź. Więc z saskiego drzewa. To nie jest ważne, ale nie zaszkodzi ci zapamiętać. Może ci się przydać w zrozumieniu twojego brata czasami. Polityka polityką, a to jak się układają stosunki miedzy takimi jak wy, zależy niekiedy bardziej od tego, co było, niż od tego, co jest. To są sympatie i antagonizmy, które warto znać, aby wygrywać małe bitwy na drodze do zwycięstwa ostatecznego. Zrozumiałeś?
Przytaknął.
– Zatem kończ jeść i udaj się na spoczynek. Na dziś starczy tego odpytywania, ale zapamiętaj to, czego się dziś nauczyłeś, bo jutro to twój brat będzie pytał.
Ponownie przytaknął i skupił się na posiłku. Muzyka grała, szum rozmów nadal otaczał. Pomimo mrozu na dworze, w sali balowej było duszno, zwłaszcza na wysoko położonej antresoli. Ludwigowi kręciło się w głowie, gdy kątem oka spoglądał na tańczące pary. Kolorowe suknie wirowały, a on próbował dostrzec, kto z kim tańczy i czy rozmawiają. Kto koło kogo stanął.
– Paniczu – odezwała się matrona. Stała w otwartych drzwiach i patrzyła tym ciepłym spojrzeniem, którego nie lubił. – Czas na nas.
Zasypiając widział pod powiekami Zofię Wettyn, bladą, ale uśmiechniętą, Wilhelma I rozprawiającego o czymś z jego bratem. Westfalię tańczącą z którymś z Sasów. Śnił o tym do samego rana.

Tego ranka śniadanie podano w komnacie z widokiem na zaśnieżony ogród. Biel wlewała się przez niezasłonięte okna i oślepiała. Ludwig musiał mrużyć oczy, a i tak łzawiły. Nie śmiał jednak przesiąść się na inne miejsce bez pozwolenia. Usadzono go na wprost okien i nikt nie zainteresował się, czemu tak trze oczy. Przy stole były tylko trzy inne osoby. Jego brat, tutor i Westfalia.
– I jak ci się podobał bal? – zapytał Gilbert otarłszy usta serwetą. Służący zabrał talerz.
– Interesujący – odparł Ludwig spokojnym, pewnym tonem.
– Zobaczyłeś coś ciekawego?
Zastanowił się. Jego brat na pewno miał powód, aby zadać takie pytanie, ale chłopiec nie mógł go dostrzec. Widział przecież wielu ludzi, ale o co konkretnie mogło mu chodzić? Czy wydarzyło się coś, na co powinien był zwrócić uwagę? Myśli uciekły do lekcji poprzedzających bal. Był niemal pewien, że to w nich znajdowała się wskazówka o tym, na kogo powinien patrzeć. Jak mógł tego nie zauważyć?! Pozwolić sobie na takie zaniedbanie. A gdyby chodziło o coś ważniejszego niż bal?
– Heike – Gilbert zwrócił się do Westfalii. Ludwig przełknął z trudem gule wyrzutów sumienia, która urosła w gardle.
– Słucham?
– Jak się miewa Zofia, córka króla Saksonii?
Kobieta odłożyła sztućce i spojrzała na Gilberta. Ludwig nie mógł odwrócić spojrzenia od dekoltu jej sukni, nawet czując na sobie krytyczne spojrzenie tutora.
– Nie najlepiej. Nie powinna była przyjeżdżać, ale bardzo chciała. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że przedwcześnie opuści swego męża.
– Może uda się go namówić na ponowny ślub. Wyswatać Wittelsbacha z Hohenzollernówną. Wszak mała Amelia na pewno będzie potrzebowała matczynej figury.
– Maksymilian Wittelsbach znajduje się daleko od tronu.
– I co z tego? – prychnął Gilbert, aż Ludwig w końcu spojrzał na niego. – Czy ja tu próbuję czynić zakusy na tron bawarski? – roześmiał się. – I to którędy! Przez stryjów i pociotków? Ja tylko zwróciłem uwagę na zły stan Zofii. Połóg jej zaszkodził.
– Chcesz zastąpić Wettinkę Hohenzollernówną.
– Owszem, Heike. Co w tym złego? Czyż Hohenzollernówny nie są piękne i mądre?
Westfalia prychnęła, a Ludwig był pewien, że oto wydarzyło się coś, co powinien zapamiętać.
– Król chce dziś pojechać na kulig z wnukiem – Gilbert zmienił temat. – Któreś z was chce się do nas przyłączyć? Błysk w twoich oczach, Ludwigu, interpretuję jako tak. Heike?
– Przyobiecałam już dziś komuś swój czas.
– Cóż. Twoja strata. Ludwigu, widzimy się zatem przy stajniach o trzeciej. Zadbaj o to, abyś dzisiejsze lekcje zdążył do tego czasu skończyć. Miłego dnia.
Wkrótce i Westfalia ich opuściła.

Tutor jakby na złość przeciągał lekcję. Dopytywał się i czepiał błędów, na które wcześniej nie zwracał nawet uwagi, i teraz Ludwig biegł na przestrzał ogrodów, żeby tylko zdążyć. Śnieg nie ułatwiał. Chwilami nogi zapadały się w nim aż po pół łydki. Przewrócił się kilka razy i tracił czas, aby się dokładnie otrzepać. Cały w śniegu nie wzbudziłby aprobaty ani w bracie, ani w królu. Obiegał właśnie fontannę, gdy noga omsknęła mu się na przysypanym lekko lodzie. Spróbował odzyskać równowagę, ale tylko zamachał rękoma i wywrócił. Zabolało, ale zacisnął zęby i gotów był poderwać się do dalszego biegu, gdy usłyszał śmiech. Odwrócił się stronę, z której dochodził. Postawny mężczyzna w grubym, zdobnym płaszczu stał oparty o drewnianą altanę i zaśmiewał się aż mu łzy pojawiły się w kącikach oczu. Ludwig go pamiętał. Sebastian Schilke – Królestwo Bawarii.
– Udusisz się, Waschdi. A w najlepszym przypadku rozchorujesz, jak się nawdychasz zimnego powietrza – odezwał się drugi mężczyzna.
Ten półsiedział na ażurowej balustradzie i spoglądał na Ludwiga przez ramię. Długie blond włosy miał rozpuszczone i w pewnym nieładzie. Pewnikiem przez lekki wiatr tego dnia, wyjaśnił sobie Ludwig. Spojrzał mu w oczy. Niebieskie. Królestwo Saksonii.
– A tam. Od razu mam się dusić, niedoczekanie. Poza tym, jak się tu nie śmiać z tak pięknie wywiniętego orzełka. Pomachał skrzydełkami, jak pisklątko i wylądował twardo. Dlatego wolę lwy od wszędobylskich orłów.
– Lwów też wszędzie pod dostatkiem. Choćby trzy szwabskie.
– Gschpusi, o Szwabii mi nie wspominaj.
Królestwo Saksonii wzruszył ramionami i zmierzył Bawarię znudzonym spojrzeniem, jakby chciał powiedzieć: i co jeszcze? Westchnął i spojrzał na Ludwiga.
– Jak będziesz dłużej siedzieć na tym lodzie, to ty się rozchorujesz, a nie ten górski wariat. Ponadto, wnioskując z twego karkołomnego biegu, gdzieś się spieszyłeś, a teraz tracisz cenny czas.
Ludwig chciał odpowiedzieć Bawarii. Szukał czegoś takiego, co powiedziałby brat, ale słowa Saksonii podziałały jak kubeł zimnej wody. Znudzony ton głosu zabarwiony nutką rozbawienia irytował go niemniej niż śmiech Bawarii, ale słowa miały sens. Oto tracił swój cenny czas i to dla nich! Poderwał się z ziemi, otrzepał i skinął głową na pożegnanie.
– A niech sobie kark skręci, pomiot pruski – fuknął Sebastian, gdy chłopak zniknął z widoku.
– Pobożne życzenie, ale nie łudziłbym się. Wiesz jak to z naszą umieralnością jest. Źle i tylko gorzej, choć patrząc na niego, zastanawiam się, czy nie jest moim wyrokiem śmierci. Czy nastaną czasy, gdy w Dreźnie i Lipsku mieszkać będą poddani tego dzieciaka. Uważający się za jego lud z głębi ich serc.
Sebastian prychnął. W dwóch krokach znalazł się przed Saksonią. Ten nadal patrzył przez ramię, w ślad za Ludwigiem. Nie odwrócił wzroku. Ani gdy rozległy się głośne uderzenia butów Bawarii o deski podłogi. Ani gdy zimna dłoń dotknęła szyi pod kołnierzem, a palce wplotły we włosy. Ani gdy ciepłe powietrze połaskotało w ucho.
– Bóg mi świadkiem, że tak się nie stanie – szepnął Sebastian.
– Będąc wszystkim, nie mamy żadnej władzy.
– Gschpusi…
– Związek Północnoniemiecki będzie inny niż poprzednie. Gilbert wszystkim będzie patrzył na ręce i chcieć się z niego wyrwać będzie równoznacznym z wszczęciem konfliktu, a na samotne wypowiedzenie mu wojny nigdy nie będzie mnie stać. Choćby postawić pod broń każdego człowieka w Królestwie Saksonii, to nadal będzie ich za mało. Poza tym, po Napoleonie nawet mnie na to nie stać. Pieniądze. Straszna rzecz.
– Daj spokój! – Sebastian miał dość słuchania o tym.
W ostatnim wieku mapa Europy zmieniała się tak wiele razy, że takie wieszczenie wydało mi się tylko czczym gadaniem, pomyślał. Poza tym, zatarcie poczucia świadomości narodowej, utożsamiania się z tym, co było, nie należało do łatwych. Mogło nie znikać przez dekady. Stulecia. Polska przykładem. Ale tego nie powiedział, bo to był kolejny drażliwy temat. – Imperium budowane przez Prusy wielu nie będzie pasowało – szeptał dalej. – Kto wie, jakie utworzą się sojusze. Róbmy swoje, dobrze?
Odsunął się o pół kroku i drugą dłonią zaczął się bawić kosmykiem włosów Johanna. Pocałował je.
– Chodźmy z tego zimna. Ani mi się ten ogród podoba, ani mam tu na kogo czekać. Jutro ja i król mój wybierzemy się w drogę powrotną do Monachium, więc i czasu mało do marnotrawienia pozostało.
Johann westchnął ciężko i położył dłoń, na tej Bawarii, która płynnym ruchem zdążyła zsunąć się po plecach i boku aż na jego udo.
– Nie będziemy się pieprzyć pod pruskim dachem – szepnął.
– Dach jak dach.
– A moje nie jest ostateczne. Jak ci zimno, możemy się przejść.
– Och, gschpusi, co ja z tobą mam? – roześmiał się i pochwycił jego dłoń. – Zatem się przejdźmy, a tymczasem rozumiem, że ty również jutro rano wybierzesz się drogę do domu. A że obaj podróżować będziemy na południe, to czemu nie mielibyśmy sobie towarzyszyć. Król Jan chyba się nie sprzeciwi?
Za odpowiedź otrzymał kolejne westchnięcie. Podobała mu się ta odmiana saskiej mowy. Była o wiele łatwiejsza do zrozumienia i otwierała nowe możliwości. Johann odchylił głowę i zapatrzył się w niebo za skrajem dachu altanki. Sebastian nie omieszkał wykorzystać okazji i pocałował kawałek skóry na szyi, który wychynął spod grubego kołnierza. Objął Johanna w pasie, żeby nie zrzucić go z balustrady i uśmiechnął się.
– Rozumiem, że się zgadzasz. A teraz faktycznie chodźmy stąd. Zgłodniałem i z chęcią napełnię żołądek na koszt goszczącego nas królestwa Prus.
– Wieki mijają, a ty ciągle taki sam.
– Ba! Po co się zmieniać, gdy jest się kwintesencją tego, co najlepsze? – roześmiał się. – No chodź. Ciebie też trzeba dokarmić, bo ostatnimi czasy chyba za dużo myślisz i opuszczasz posiłki. A potem napadniemy salon muzyczny i coś mi zagrasz. I niech już nastanie jutro, bo zaczynam mieć katar. To na pewno ma związek z tymi wszystkimi Prusakami. Alergia, mówię ci.

– Czego się dziś uczyłeś?
Gilbert tym jednym pytaniem zadanym przy obiedzie popsuł Ludwigowi radość po kuligu, ale nie dał tego po sobie poznać. Odłożył sztućce dbająco, aby przecinały się równo w połowie i otarł usta.
– Omawiałem z tutorem dzieła Schillera. Były niezwykle zajmujące – odpowiedział. Uważnie przyglądał się twarzy Gilberta, próbują odczytać z jej wyrazu, na ile ten autor jest bliski jego sercu i czy zatem powinien go teraz pochwalić, czy skrytykować za oderwanie od rzeczywistości.
– Owszem. A jak twoje lekcje języków?
– Uczę się pilnie. Nie zawiodę cię.
– W to nie wątpię – Gilbert roześmiał się. – Wierzę, w twoje postępy. Być może niebawem pozwolę ci uczestniczyć w przyjęciu i wtedy sam przekonasz się, jak ważne są te nauki. W jak wielu dziedzinach trzeba mieć rozeznanie, aby zapisać się w pamięci salonów.
– Tak, bracie.
– Jedz.
Czuł na sobie pełne zadowolenia spojrzenie Gilberta. Cieszył się, że był przez niego chwalony. Bardzo, bardzo chciał, aby mógł być z niego dumny na każdym kroku i za wszelką cenę nie chciał zawieźć. Lubił, gdy Gilbert zabierał go do swojego gabinetu i pozwalał usiąść w jednym z wielkich foteli. Przynoszono wtedy herbatę i słodkie ciasteczka. Jadł je, wsłuchując się w historie wielkich bitew. Gilbert opowiadał o wiele ciekawiej niż tutor i Ludwig nie rozumiał, czemu musi się uczyć tamtych wersji, ale tylko raz o to zapytał. Bo tak trzeba – brzmiała odpowiedź Gilberta.
– Chcesz coś powiedzieć?
Pytanie wytrąciło go z zamyślenia. Zorientował się, że Gilbert i Westfalia patrzą na niego, a on sam od dłuższej chwili siedzi nieruchomo ze sztućcami w dłoni.
– Ja…
– Tak, Ludwigu?
Chciał powiedzieć, że nie, ale wiedział, że na tym temat by się nie zakończył. Jednocześnie wspominanie ich spotkań i spraw nauczania, było złym pomysłem. Rozpaczliwie szukał czegokolwiek, o co mógłby bezpiecznie zapytać.
– Ja uczę się wielu języków, ale nadal mam niekiedy problemy ze zrozumieniem tych, którzy niby mówią po niemiecku, ale nie są stąd.
– Dialekty – westchnął Gilbert. – Jakiś konkretny masz na myśli? Choć uwierz mi, nadejdą czasy, gdy nie będą ci one do niczego potrzebne. Nie jest to wiedza dla ciebie niezbędna.
– Usłyszałem dziś jedno słowo i nie umiem rozsądzić, czy było ono obelgą czy nie.
– Słucham, zatem.
Spojrzenie Gilberta deprymowało, ale nie odwrócił wzroku.
– Gschpusi – powtórzył miał nadzieje jak najlepiej.
Gilbert odłożył sztućce bardzo powoli i Ludwig wiedział, że zadał pytanie, którego nie powinien. Należało spytać tutora lub kogokolwiek innego, ale nie brata. Za późno.
– Do ciebie to powiedziano? – zapytał i Ludwig usłyszał w jego głosie nutę, która zwykle oznaczała, że kogoś spotka coś nieprzyjemnego.
– Nie! Do królestwa Saksonii – odpowiedział szybko. Opuścił dłonie na kolana i zacisnął palce na materiale spodni. Obawiał się tego, co nastąpi.
– Sebastian i Hans – wycedził Gilbert. – Oczywiście. Gdzie to było?!
– W ogrodzie, jak biegłem na spotkanie z tobą przed kuligiem. Wpadłem na nich przypadkiem. Chyba przeszkodziłem im w rozmowie. – Wiedział, że mówi za szybko, ale nie potrafił tego opanować. Spojrzenie Gilberta wytracało z równowagi. To nie spoglądał na niego ktoś, kogo nazywał starszym bratem, ale Królestwo Pruskie.
– Coś ci mówili lub zrobili?
Zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy. Gilbert ciągle wyglądał na bardzo zdenerwowanego i Ludwig nie potrafił pojąć czemu. To było tylko słowo!
– Nie możesz nic zrobić Bawarii – odezwała się Westfalia. – Nic się nie stało i nie ma powodów, aby wywoływać zamieszanie. To sprawa między Saksonią a Bawarią, jak się wzajemnie nazywają –
– Wiem! – przerwał jej. Wziął głęboki oddech i dalej mówił już spokojniej. – Wiem, Heike, że nic takiego się nie stało. Sebastian jedynie korzysta z gościny, której sam mu udzieliłem. Ludwigu, to słowo nie jest obelgą. Nie martw się. I nie musisz go znać, bowiem nie należy do pięknego, literackiego niemieckiego, a do pewnej jego odmiany, którą mówią w królestwie Bawarii. Czy zaspokoiłem twoja ciekawość?
– Tak. Dzię… Dziękuję.
– Proszę. A teraz zmykaj. Twój tutor już na ciebie czeka.
Ludwig nie kłócił się. Podziękował za posiłek i wyszedł. Idąc korytarzem, patrzył na kolorową mozaikę zdobiąca podłogę. Skłamał. Wiedział, że skłamał przed Gilbertem, bo przecież nadal nie wiedział, co znaczyło to słowo. Czego się nauczył, to aby nie pytać o takie rzeczy brata.
Kiedyś się dowiem – pomyślał. – Poczekam i kiedyś będę wiedział na pewno, bo przecież wszystko aż po Alpy to moja przyszłość. Tak mówi Gilbert.
Uśmiechnął się do siebie i radośnie przyspieszył kroku.

Tyresö 2011

Advertisements

3 thoughts on “Słowa

    • To takie bawarskie słówko, którego dokładnego tłumaczenia to ja w sumie nie znam. Znam kontekstowe dzięki Daryi xD Ot taki sposób zwracania się Waschdiego do Johanna, a po źródłosłów to już trza sie do Dar zwrócić.

    • To ja może dowytłymaczę:
      Ogólnie, typowo bawarskie „Gschpusi” oznacza aferę miłosną albo nieprawego kochanka. Waschdi używa je w stosunku do Jaśka jako synonim do „kochanie”. Jako, że ma dość duże poczucie humoru, pewnie bawi go podtekst, sugerujący, że w jego związku z Sasem jest coś nieprawidłowego/nieakceptowanego/tajnego [może odnosić się do tego, że to dwaj mężczyźni albo dwa naroduchy, czy coś co nie powinno się według przyjemnego kanonu w taki sposób i tak bardzo lubić]. No i nie obnoszą się swoim związkiem zbytnio w towarzystwie i ma on pewne znamiona właśnie takiej afery.
      Mam nadzieje, że wyjaśnienie zadowala ^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s