Naprawdę nie dzieje się nic

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca.
Grzegorz Turnau

Johann miał bardzo złe przeczucia, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Czasami dopadał go skrajny pesymizm i nic nie mógł na to poradzić. Po prostu wiedział, że zdarzy się coś niemiłego. Nie żeby była to absolutna katastrofa. Po prostu coś nieprzyjemnego, jak zadarty paznokieć, jak rzęsa w oku. Mając nadzieję, że może to efekt senności, przykrył głowę poduszką i starał się zdusić to wrażenie. Ciśnienie leciało na łeb, na szyję, nawet Ludowit nie snuł się po domu, a jego dygresje ograniczyły się tylko do głowy właściciela. Poobiednia drzemka należała się Johannowi. Postanowił nie dać odebrać jej sobie tak łatwo.
Dzwonek był coraz natrętniejszy. Bzzzzzzzzzz. Bzzzzzzzzz. Bzzzzzz. Bzzzzzzzzzzz. Jak mucha jakaś. Klapkiem w nią rzucić, a nuż-widelec się trafi. Ludowit też najwyraźniej postanowił olać gościa. Kiedyś sobie pójdzie.
Bzzzzzzzz. Bzzzzzzzzzz. Bzzzzzzzzzz. Bzzzzzzzzzz.
Johann zaczął się zastanawiać, czy to w głowie mu przypadkiem tak nie huczy. Albo może do pokoju wleciał komar gigant, bywalec czarnobylski czy co? Podniósł głowę. Włosy zasłoniły świat, więc odgarnął je. Pewnie sterczały na wszystkie strony: skołtunił je, kokosząc się w łóżku przed drzemką. Usiadł. Pokój zawirował. Johann przez chwilę podał się bezwładowi, co nie wyszło mu na dobre, bo spotkanie nosa z podłogą wydało się na moment bardzo realne. Chwiejnie powlókł się po schodach.
Na dole Ludowit kimał na fotelu z pilotem od telewizora w dłoni. Odchylił głowę i otwarł usta, a stróżka śliny ściekała po policzku. Wyglądało na to, że śpi mu się błogo. A na pewno twardo, bo dzwonek bzyczał dalej, a Ludowit kontynuował niewzruszenie podróż po krainie snu. Johann zazdrościł słowiańskiemu towarzyszowi stylu zasypiania. Przykładał głowę do poduszki i kimał. Bez wstępów, przymierzania się do tego, tabletek. Sen miał mocny. Nie żeby Saksonia na swój narzekał. Lubił sobie poleżeć w łóżku.
Dowlókł się do drzwi. Dzwonek wymieniał się z nerwowym pukaniem. Johann na początku myślał, że to któryś z landów. Jednak stopień natręctwa sięgnął pruskiego poziomu. Nagle jeden z kościołów w głowie Saksonii rozdzwonił się głośno. Wczoraj w nocy dzwonił Gilbert. Bardzo pijany. Mówił, że wpadnie, bo mu tęskno czy coś. Bredził, jak to tylko może nawalony człowiek. O egzystencji, historii i niesprawiedliwości dziejowej. Johann go zignorował. Miał za swoje.
– No, wreszcie! – Prusy wpakował się do domu bez większych konwenansów. – Myślałem żeście pomarli!
Ludowit otworzył jedno oko. Zrobił zeza na niespodziewanego gościa, otarł policzek rękawem i wbił wzrok w telewizor jak gdyby nigdy nic.
– Człowieku, ja się do ciebie taki kawał tłukę, a ty mi piwa nawet nie zaproponujesz?
Johann zamrugał. Zamknął drzwi i usilnie starał się znaleźć związek przyczynowo skutkowy. Było łóżko i sen. Jest Prusak i hałas. Dlaczego? Dlaczego stan miły zmienił się na stan niemiły. Takie transformacje to wysoce niepożądana rzecz. Droga od jednego stanu do drugiego powinna zająć zdecydowanie dłużej.
– Na piwo może nie, bo zostaniesz do jutra… – powiedziały usta Johanna, zanim zdążył to ustalić z nimi.
Prusy wziął się pod boki. – Wyglądasz jakby cię ze stodoły wypuścili. Za dużo Słowian. Dobrze, że nie masz słomy we włosach.
Saksonia przeczesał odruchowo kłaki.
Gilbert wydął wargi. – No to może zaprosisz mnie na kawę?
– Dobrze – przytaknął Saksonia.
Zgodził się właściwie tylko dlatego, że sam kombinował, czego mu brak. Pragnął tego bardzo. Czuł smak i zapach tego, ale nie mógł skojarzyć co to. Kawa. Zbawcza kawa. Może dzięki niej świat stanie się choć trochę przyjemniejszym miejscem.
Gilbert zachowywał się zdecydowanie zbyt żywiołowo. Zdążył dwa razy przejść od kuchni do salonu i z powrotem. Wszedł na moment do kibelka i znowu zrobił rundkę po domu. Johann patrzył na to jak przez szybę. Zdawało mu się, że on sam jest gdzieś strasznie daleko, a to tutaj to jakieś złudzenie i w dodatku mało przyjemne.
– Ćpałeś? – padło pytanie.
Johann zastanowił się. Nie, nie ćpał. Chyba. Przebiegł wzrokiem po kuchni – wydała mu się jakaś nie jego. Niby ta sama, ale kolor ścian nie pasował. Może to wina światła? Za oknem ściemniało się. Jest wieczór czy idzie burza?
Prusak zamachał mu przed oczami ręką. – Dobrze się czujesz?
Saksonia pokiwał głową. – Wybacz, obudziłeś mnie.
Przez Johannową głowę przemknęła myśl, za co on przeprasza, skoro to Gilbert władował się w saksońskie życie i nawet nie wytarł butów, nie wspominając o ich zdjęciu.
– Powinieneś brać leki na to ciśnienie. Jesteś blady jak śmierć. A może mi się wydaje, w końcu ostatni tydzień spędziłem na Południu.
– U Słowian? – zapytał Johann, choć w sumie nie był ciekawy odpowiedzi.
– U Słowenii. – Głos Prusaka brzmiał zdecydowanie zbyt radośnie. Włożył nonszalancko ręce do kieszeni spodni. – Dzwoniłem ci przecież, że wpadnę jak będę wracał, bo nie chce mi się aż do Berlina smyczyć.
Johann skinął głową. Nie wiedział, o co temu pokręconemu exkrajowi chodzi. Może oszalał i dołączy wkrótce do Papy Germanii. Trzeba go grzecznie traktować, bo potem będzie się żałowało, że nie poświęciło mu się dostatecznej ilości czasu… Nie, takie problemy mają tylko ludzie, on by z chęcią nie zobaczył już więcej Prus. Pewna nostalgia by pozostała, owszem, ale jeśliby zbilansować plusy i minusy… A może to on zwariował i wkrótce przybędzie jeden słowiański kraj.
– Człowieku, wyglądasz jak totalnie zjarany albo pijany w sztok. Halo, tu ziemia do Johanna! Kontaktujesz w ogóle? Kontrolka na ekspresie miga, chyba można nalać już kawy.
Saksonia spojrzał beznamiętnie na urządzonko i nacisnął guziczek. Kawa polała się. Szkopuł tkwił w tym, że nie położył filiżanki i kawusia lała się beztrosko do zbiorniczka. Prusy przyskoczył i podstawił chwycony w locie kubek. Johann zapatrzył się tępo w ciemny płyn.
– Te! – wrzasnął Gilbert. – Ty, Słowiańcu jeden, chodź tu! A ty pij tę kawę, bo wykitujesz zaraz i Ludwig zmyje mi głowę. Jakby to była moja wina!
Ludowit przydreptał. Spojrzał na Prusaka, przelotnie rzucił okiem na Saksonię i zajął się robieniem drugiej kawy. Gilbert usadził Johanna na krześle. Saksonia pił kawę z niemal nabożną czcią, jak człowiek, który na samym środku pustyni znalazł oazę.
– Nie trzeba dzwonić po karetkę? – upewnił się Prusak.
– Nie, nie – odparł Ludowit. – Johann ma czasami takie zwiechy, dzisiaj jest parszywy dzień, zupełnie jak tydzień temu, gdy jechałem na taki folkowy festiwal, to było coś, te dziewczyny w warkoczach, aż się chce patrzeć na takie piękności. Ta Ukrainka co ją teraz odsunęli od władzy też miała piękny wa…
– Dobra, przymknij się – mruknął Gilbert.
– Odwal się od niego – powiedział Johann, ale w ogóle nie włożył w to serca.
– Ty jesteś stracony, ten Słowianiec ma przytomniejszy wzrok od ciebie. Po tobie. Może Ludwig pozwoli mi pourzędować tu trochę.
Johann nie skomentował, bo jedyne o czym był w stanie myśleć to łóżko. Popijał drugą kawę i ziewał raz po raz. Gilbert bawił się łyżką, grzebiąc nią w cukrze. Ludowit wyjął puszkę śledzi i ciemny chleb. Johann odstawił kubek i przetarł oczy. Chciał powiedzieć coś do Prusaka ale wyszło mu niemal lwie ziewnięcie. Za oknem niebo było granatowe. Wiatr targał krzakami przed domem. Na pewno zaraz lunie.
– Co tu robisz? – zapytał w końcu Johann, gdy zabrał myśli.
– Wpadłem pogadać, dobrej kawy się napić. – Gilbert jakby na dowód wziął łyk. – Miałem po drodze. A jakoś przyjemnie tak cię powkurwiać od czasu do czasu.
Saksonia westchnął rozdzierająco.
– Nie zapowietrz się – mruknął Prusak. – Ja to dla twojego dobra robię. Ciśnienie ci podnoszę. Żebyś nie wykitował po drodze.
– Wy, Niemcy ciekawie okazujecie sobie sympatię – powiedział Ludowit i dosiadł się. Postawił na stole talerz z kanapkami. Na śledziach położył cienkie plasterki pomidora. Saksonia spojrzał nieufnie, za to Prusak bez krępacji zaczął pałaszować jedną.
– Zdanie bez dygresji, gratuluję – zakpił Gilbert.
– Odwal się od niego – Johann zabrzmiał troszeczkę bardziej stanowczo. Nadal jednak nie robiło to wrażenia na Prusach.
– A ty, Słowiańcu, pewnie czujesz się doskonale, co? –  zapytał.
Ludowit spojrzał na niego niepewnie. O parapet uderzyło kilka ciężkich kropel. A moment później mogli podziwiać oberwanie chmury z prawdziwego zdarzenia. Jakiś kot nie zdążył dopaść daszku: siedział całkowicie przemoczony i miauczał.
– Czuję się dobrze – powiedział Ludowit. – Nawet bardzo, kiedy pomyślę o minionych wiekach. Dziękuję za troskę. Czemu miałbym się czuć źle?
– BO WYMIERASZ! – wybuchnął Gilbert, kot uciekł w deszcz, sycząc wściekle.
Saksonia podskoczył. Czuł, że serducho, które dotychczas pełzło z szybkością lądolodu, nagle zostało zmuszone do wykonania sprintu. Prusak siedział i przeżuwał kanapkę ze śledziem i pomidorem z najwyższą odrazą i nienawiścią. Johann wytrzeszczył na niego oczy. Co ten cholerny prusak sobie myśli? Pakuje się do cudzego domu i wyzywa mieszkańców. Istnieją pewne granice. Docinki na swój temat mógł przeżyć, ignorowanie ludzi wychodziło mu nieźle, ale dowalanie Łużycom było poniżej pasa.
– Pojebało cię? – zapytał najzajadlej jak umiał.
– Być może – mruknął Gilbert.
Saksonia musiał przyznać mu punkt. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Ja chyba jeszcze śpię – jęknął. Odchylił się na krześle i zawzięcie tarł oczy.
– Coś nie tak, Krzyżaku? – zapytał łagodnie Ludowit.
Gilbert rzucił mu mordercze spojrzenie. – Wszystko jest nie tak!
– Co cię ugryzło? – warknął Johann. – Masz humory jak baba w ciąży, to normalne, ale dzisiaj przeszedłeś samego siebie.
– Być może się mylę i jestem w błędzie, widziałem już coś podobnego kilka razy. Chociaż tak nie do końca, ale może tak trochę podobnie – Ludowit zignorował wzrok Prusaka niosący w sobie jasne przesłanie: do rzeczy! – Coś mi się zdaje, że egzystencja cię ugryzła.
Gilbert wbił wzrok w blat stołu i ugryzł nieelegancko kanapkę.
– Słucham? – Johann zamrugał.
– Dlaczego ty czujesz się wyśmienicie, chociaż masz gorzej ode mnie!? Świat o tobie zapomni! Już zapomniał! – wściekał się Gilbert, plując rybą naokoło. Saksonia poczuł, że wspomniany świat go przerósł i byłoby miło, gdyby od czasu do czasu o nim zapomniał.
Ludowit uśmiechnął się tylko. Prusak aż się zapowietrzył. Wszystko jedno, czy ktoś wyglądał jak Niemiec. Jeśli był Słowianinem, potrafił wyprowadzić go z równowagi tylko egzystując obok.
– Wiesz, Krzyżaku… Wymieranie nie jest takie złe, jak sobie uświadomisz, że to ostatnia zła rzecz, jaka cię w życiu czeka.
Johann wypluł kawę, a Gilbert zakrztusił się kanapką niemal ze skutkiem śmiertelnym. Jeśli można sobie pozwolić na taką grę słów, w jego przypadku…
– Swoje przeżyłem – kontynuował Łużyce niewzruszony reakcją, którą wywołał. – Wszystko się kiedyś kończy. Spotkało mnie wiele złych rzeczy. Rosja nie pozwolił mi zostać niezależnym. Od tego momentu pogodziłem się z myślą, że teraz będzie już tylko z górki, aż do końca. Może bardziej by bolało, gdybym kiedykolwiek miał jakąś władzę. Miałem na samym początku, ale to było tak dawno. Johann jest dla mnie całkiem dobry. Nie mogę narzekać. Narzekać to może, na przykład, taki ktoś, kto jeździ samochodem. Benzyna taka droga, że głowa boli. Albo Josef może narzekać, bo pewnie znowu go nieźle podtopi. Zawsze miał słaby żołądek i sraczkę z byle czego. Narzekać mógłby Feliks. Takie ma wysokie mniemanie o sobie, a prawie nic mu nie wychodzi. Nawet kryzys mu się nie udał. Biedaczek.
Prusak spojrzał na Łużyce jak na kosmitę. Saksonia zamknął usta, ciesząc się, że Gilbert nie popatrzył w ogóle na niego. Opadnięta szczęka nie dodawała mu uroku. Cóż… Tyle lat pod jednym dachem, a Ludowit wciąż potrafił go zaskoczyć. Właściwie… Byli dla niego szczylami. Kiedy jest się tak posuniętym w latach, ciężko stwierdzić, w jakim stanie psychicznym jest człowiek, a co dopiero tak złożony twór jak państwo. Czy był Łużycami, które odwoływały się do kultury łużyckiej, czy też Ludowit wmówił to sobie, a naprawdę był dużo młodszy?
Jakby to było ważne, prychnął w myślach Johann. Ludowit to Ludowit. Nie należy rozmyślać nad takimi sprawami, bo można się w stan depresyjno-maniakalny wpędzić. Jak Prusy. Za dużo myślał, za bardzo oddalił się od przyziemnych spraw. Dałby mu Ludwig czyścić jakieś kible i nie miałby Gilbert czasu na filozofowanie. Trzeba podrzucić Niemcom ten pomysł. Dla dobra Gilberta, oczywiście. Wypada przecież odwzajemnić się za okazaną troskę…
Prusak czerwony jak pomidor popijał z kubka. Łużyce gapił się w okno. Saksonia westchnął i postanowił zrobić sobie kolejną kawę. Skoro leje jak z cebra, to powinno się w krótkim czasie odświeżyć.

Koniec

Reklamy

One thought on “Naprawdę nie dzieje się nic

  1. Trafiłem tu zupełnie przypadkowo. Też pisze opowiadanka, więc skomentuję króciutko to powyżej.Pomysł fajny, ale nie wykorzystany. Duzo pracy autor włożył żeby opowiedzieć pewną sytułację i czytelnik zrozumiał przenośnie. Potem zupełnie nie wykorzystał całej ideii. Można było przecież z tymi postaciami zrobić coś bardzo ciekawego a wieć i symbolicznego – odnośnie Historii :)Wciągneła mnie pewna gra ale się na końcu okazało że jest to właściwie gra bez celu. Szkoda bo niezły koncept. Pozdrawiam i zachęcam do dalszej twórczości. Chętnie przeczytam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s