Cisza

Rozplanowane z Daryą, napisane przeze mnie.

Was hat dich so zerrissen?
Was hat dich so verletzt?
Was hat dich und dein Leben und dein Herz so zerfetzt?
Was hat dich so zerrissen?
Was hat dich so verletzt?
Was hat dich und dein Leben und dein Herz so zerfetzt*?

13.02.1945

Był zmęczony. Potwornie zmęczony, ale sen nie przychodził. Podejrzewał, że udało mu się nie zauważyć momentu, gdy wycieńczony organizm nie potrafi już uspokoić myśli na tyle, aby sen był możliwy. Pod zamkniętymi powiekami wykwitały obrazy dnia minionego i wielu wcześniejszych. Wyrwane z kontekstu i obdarte z dźwięku zmuszały, żeby przypomniał sobie, o co w nich chodziło. Echa głosów nijak nieimających się obrazów dzwoniły w pamięci – szeptały fragmenty zdań niepowiązanych ze sobą. Głos urzędnika, którego oddelegowali gdzieś z Berlina, niby do pomocy, ale chwilami miał wrażenie, że pomylili nazwiska i dali przydział specowi od propagandy. Rzygał propagandą. Rzygał zapewnieniami o rychłych sukcesach, które jednak nie nadchodziły. Jego zrezygnowanie mieszało się ze zrezygnowaniem jego ludzi i tworzyło kwintesencję tego uczucia. Można by było je wyciskać i butelkować, a potem po cichu przemycać wrogom, aby obniżyć ich morale. Na takie wyobrażenie myśli roześmiały się głosem jednego ze starszych oficerów, których spotykał każdego dnia. Skrzekliwy rechocik był tak głośny, że aż zmusił do otworzenia oczu.
– Zdawało ci się – powtarzał sobie szeptem. – Zdawało. Nikogo tu nie ma. Ani w tym pokoju, ani na korytarzu. Wszyscy poszli do swoich normalnych domów i tylko ty kwaterujesz teraz w tej klitce nad biurami, bo choć spać nie możesz, to do domu byś nie doszedł. Padłbyś gdzieś po drodze i tyle.
Odetchnął głęboko. Obrócił kołdrę na drugą stronę. Jej chłód uspokajał, ale nic ponadto. Obrazy, głosy. Wojna, ukrywanie skarbu, Moritzburg, Ernst, trzask, Lipsk, pokój, kawiarnia, bach… Przewrócił się na bok i przez chwilę było wygodnie, ale nic więcej. Obrazy, głosy… Zastanawiał się, czy tak wyglądają początki szaleństwa. A może, po tych wszystkich wiekach, to już było szaleństwo zaawansowane? Szalony kraj… I co z tego?
Śpij – powtarzał sobie w myślach. – Znowu zerwą cię o czwartej jakimś pilnym poleceniem, więc śpij, nawet jeśli jeszcze dziesiątej nie ma. Jest okazja, to trzeba korzystać.
Gadaj zdrów – odpowiadała podświadomość.
Miasto odpowiedziało wysokim dźwiękiem syren. Poderwał się z łóżka i spojrzał w okno. Ciemna ulica, ciemne szyby domu po drugiej stronie i tylko ciszy brak. Jak we śnie zszedł na sam dół. Podświadomość domagała się butów i kurtki. Świadomość chciała usłyszeć wszystko lepiej. Zobaczyć z bliska, z okienek w biurze na parterze, uliczne zamieszanie. Podświadomość chciała wyjść. Świadomość nie wierzyła, że naprawdę trzeba.
Alarm bombowy? Tu? W Dreźnie? Tu nic nie ma. Nic militarnego. Nie bombardowaliby ludzi ot tak!
Huknęło.
To gdzieś dalej. Może Albertstadt? Äußere…
Zamknął oczy, gdy echo wybuchów dźwięczało mu w głowie. Mimo zimy jemu było gorąco i wiedział, co to oznacza. Wiedział aż za dobrze. Huk przeszedł w głośny szum. Za dużo było tego wszystkiego. Kiedy przeciwległy budynek stanął w ogniu, usłyszał swój głos. Ten dźwięk rozbawił go na moment. Taki zabawnie wysoki i krótki. Inny niż krzyk ludzi na ulicy. Szum stał się na chwilę głośniejszy. Spojrzał w górę, choć tam był tylko sufit. To co chciał zobaczyć znajdowało się nad nim. Bardzo wysoko. Ogień trawiący sąsiedni budynek zaludniał pokój fantasmagorycznymi cieniami. Bestie z dziecięcych koszmarów gięły się i zwijały jakby same płonęły. Rozmywały się przed oczyma. Może powinien zamrugać? Spróbować zobaczyć je wyraźniej? Ruszyć się stąd? Pobiec razem z ludźmi na ulicy? Coś wyżej trzasnęło. Płonący dach spadł na podłogę strychu. Na podłogę piętra… Wizgnęło. Huknęło. Ruszyć się. Tak. Tylko jak? Mógł jedynie zamknąć oczy i niczym dziecko wierzyć, że to sprawi, iż zniknie.

17.02.1945

Cicho zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie jakby to mogło w sposób ostateczny powstrzymać stojącego na korytarzu oficera przed wtargnięciem do małego pokoiku. Zmieszała nadgorliwca z błotem razem z jego dokumentami, które on tylko chciał tu zostawić, na wypadek, gdyby nastąpiła jakaś zmiana. Jego powtarzanie z uporem godnym lepszej sprawy: praca jest najlepszym lekarstwem dla wszystkich, przyprawiało ją o szczękościsk. Ten mężczyzna nic nie wiedział. Nic nie rozumiał. Może i chciał dobrze dla każdego, ale gdyby miał nieco więcej oleju w głowie, to powinien zrozumieć, że jej słowo jest ostateczne. Jeśli ma tu nie wchodzić, to ma i tyle. Żadnych „ale”. Odetchnęła ciężko i przekręciła klucz w zamku. Tak lepiej. Nie podejrzewała tych nadgorliwców, aby wywarzyli drzwi. Złośliwy głosik w podświadomości szeptał, że sama czasami jest równie natrętna, jeśli ma ku temu ważny powód. Ale była pewna, że teraz miała miejsce zupełnie inna sytuacja. Oni po prostu nie rozumieli skali problemu. To nie trochę siniaków, skręcona kostka i zadrapania u kawalera, który wedle obiegowej opinii wśród ludzi tutaj nie miał nawet rodziny, z którą utrzymywałby kontakt! To nie było wielkie szczęście, że go znaleźli żywego! Nie było już po wszystkim!
– Nie ułatwiasz – mruknęła i w kilku długich nieprzystojących kobiecie krokach przemierzyła pokoik.
Z westchnięciem ulgi usiadła na łóżku. Rozpuściła spięte wysoko włosy i przeczesała je palcami. Jakkolwiek by taka fryzura nie była elegancka i pasująca do zorganizowanego wojskowego towarzystwa, tak było wygodniej. Głowa nie bolała. Spojrzała na pogrążonego we śnie mężczyznę i uśmiechnęła się z żalem. Nawet otoczony całymi zastępami oficerów nie uważał za konieczne swoich związać, a tym bardziej ściąć. To drugie Heike gotowa była sama mu z głowy wybijać i to czymś ciężkim. Nawet jeśli wojskowe poukładanie zwykle jej odpowiadało, nie chciała widzieć tego mężczyzny wtłoczonego w schemat.
– Nie ułatwiasz mi, Hans, wiesz? – odezwała się.
Nie oczekiwała reakcji. Dostała się tu poprzedniego dnia i w godzinę załatwiła wszystkie sprawy. Do pokoju przyszła tylko zajrzeć. Mówiła sobie, że nie jest tu potrzebna. Wśród tylu ludzi mających baczenie na niego, ona mogła dalej zajmować się wszystkimi tymi ważkimi sprawami, które Ludwig wolał powierzyć jej niż jakiemukolwiek wojskowemu. Weszła i została do wieczora. Mówiła sama do siebie. Nie pamiętała, aby kiedykolwiek wypowiedziała tyle słów w przestrzeń i irytowało to ją, ale potrzeba wypełnienia ciszy była zbyt silna.
– Mam ochotę skopać takiego podoficera, który już wczoraj mi podpadł, a dzisiaj tylko poprawił. Myślowo jest jeszcze mniej zborny niż mój brat w swoje gorsze dni. Jeśli on jest Niemcem z dziada pradziada, to chyba jest jednym ze szlachetnych wyjątków potwierdzających regułę. Zresztą, nieważna nawet ta reguła, która umiera tu z każdym kolejnym dniem. Powinnam pojechać dalej, do sztabu, do Ludwiga, po kolejne rozkazy do doręczania, ale tak myślę, że da sobie radę beze mnie. Może to przecież powierzyć komuś innemu, bo ja chyba tu trochę utknęłam. Miałam wyjechać dziś po śniadaniu, ale nogi przyniosły mnie tutaj i oto jestem. To bez sensu.
Sięgnęła dłonią do jego włosów i obróciła w palcach kilka kosmyków. Czasami otwarcie przyznawała się, że zazdrości, że mu się nie kręcą. Jej lubiły to robić, a prostowanie ich zajmowało zbyt wiele czasu, żeby pozwalała sobie na to codziennie.
– Lubię podporządkowywać świat logice, a teraz chwilami nie umiem. To wszystko, to bombardowanie…
– Ja ci nie pomogę. Nie rozumiem tego i chyba nie chcę…
– Hans!? – Spojrzała na niego zaskoczona. – Od –
– Nie wiem. Nawet nie otworzyłem jeszcze oczu. Łudzę się, że to wszystko, to sen, ale to też pewnie bez sensu – roześmiał się tak, że aż jej ciarki przeszły po plecach. – Powinienem wstać i zabrać się za coś pożytecznego. Dać przykład… tymczasem chcę zasnąć, tylko już chyba za długo spałem. Ile?
– Trzy dni – odpowiedziała. – Miałeś szczęście. Przepaliło stropy i budynek zaczął się walić – dodała. Mówiła patrząc w okno. Jej własne słowa były tak podobne, do tych, które słyszała wcześniej od różnych ludzi, że aż zaczynała być zła na siebie. – Omal nie zmiażdżyła cię jedna ze ścian. To, że znaleźli cię niepoparzonego i w jednym kawałku zdumiało wielu. Tylko że nie chciałeś się obudzić.
– Nadal nie chcę.
– Hans… – Zerknęła na niego.
Patrzył w sufit zamyślony.
– Widziałaś je?
– Masz na myśli –
– Drezno – przerwał jej. – Widziałaś je?
– Tylko obrzeża – przyznała. – W centrum nie byłam. Nie miałam po co. Jechałam z północy i na tym brzegu Łaby jesteśmy.
– Rozumiem. Ja za to muszę.
Usiadł powoli i spróbował wstać. Zakręciło mu się w głowie, nogi odmówiły posłuszeństwa, a jedna pokarała go przenikliwym bólem w kostce za takie traktowanie. Gdyby nie Heike, to zamiast wstać, wywróciłby się mało artystycznie. Nie zabiłoby go bombardowanie, a wykończyłby się pewnikiem sam. Prychnął.
– Poczekaj – zrugała go i pomogła z powrotem usiąść. – Nie pójdziesz tam. Nie patrz tak na mnie. To kilka kilometrów, a jak sam widzisz, nawet do drzwi nie dojdziesz bez czyjejś pomocy. Załatwię samochód i cię zawiozę. Dobrze?
Skinął głową.
– Dziękuję – szepnął.
– Nie ma za co. Działanie zawsze pasowało do mnie lepiej niż siedzenie i czekanie. Sam wiesz.
Uśmiechnął się, choć nijak nie zniwelowało to zmęczenia malującego się na jego twarzy.
Zatrzymała auto blisko rzeki. Dalej nie dało się pojechać. Prowadzący na drugą stronę most nie przetrwał bombardowania i tylko podpory wystawały ponad wodę. Niewiele rzeczy przetrwało. Pozbawione okien domy pochylały się nad ulicą. Niektóre były jedynie zewnętrznymi ścianami i lada moment mogły się zawalić. Ludzie podchodzili do nich niechętnie. Jej zdaniem w ogóle nie powinni byli się do nich zbliżać. Ktoś powinien pogonić dzieciaki, które właśnie wybiegły z klatki schodowej jednej z takich ruin. Już dostatecznie wiele tysięcy ludzi tutaj zginęło.
Johann wysiadł bez słowa i kuśtykając podszedł do krawędzi nasypu. Tylko Łaba pozostała niewzruszona ostatnimi wydarzeniami. Heike widziała, jak zacisnął dłonie w pięści, patrząc na przeciwległy brzeg. Piękna stara zabudowa – gruzy. Most – gruzy. W oddali było widać wysoką wieżę. Nie wiedziała, czym jest, ale tak wysoka budowla górująca ponad tym wszystkim sprawiała przygnębiające wrażenie. Tworzyła niemiły kontrast. Zamiast wywoływać myśl, że oto coś ocalało, ona tylko uwypuklała, jak wiele zostało zniszczone. Spojrzała na Johanna. Milczał. Na jego twarzy nie malowało się żadne uczucie. Po prostu stał i patrzył niepomny ani na wiatr, ani na mróz, ani na cokolwiek innego. Nie odezwała się, bo nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Przysiadła na masce samochodu i tylko patrzyła. Na niebo, na własne stopy, na Johanna. Było zimno. Marzły jej dłonie, pomimo skórzanych rękawiczek. Próbowała ignorować wstrząsające nią przy każdym silniejszym podmuchu wiatru dreszcze.
– Johann.
Nie zareagował.
– Johann!
Miała wrażenie, że mówi do kamiennej figury. Rzeźby postawionej nieopodal rzeki. Gdyby wiatr nie targał jego włosów, to byłby absolutnie nieruchomy.
– Johann idziemy stąd. Słyszysz mnie?
Jeśli docierały do niego jej słowa, to i tak nie reagował. Jedyne co robił, to patrzył na ruiny.
– Dość tego – fuknęła pod nosem i chwyciła go za ramię. Gdy pociągnęła w stronę auta, omal się nie wywrócił. Miała gdzieś, czy to boli, czy może za nią nadążyć, czy nie. Jakby musiała, to by go do auta po prostu zaciągnęłaNa szczęście poszedł za nią, potykając się, ale nadal starał się patrzyć przez ramię na stare miasto. Milczał przez całą drogę. Wolałaby, żeby sarkał na aliantów. Aby wysyłał ich do piekła i przeklinał do siódmego pokolenia wstecz. Ale on milczał i to było najgorsze. Gdyby klął, gdyby narzekał, gdyby mówił cokolwiek, to mogłaby z nim porozmawiać, a tak pozostawał jej monolog.
Ludzie oglądali się za prowadzonym przez nią autem. Pewnikiem jechała za szybko. Nawet na pewno, ale nic sobie z tego nie robiła. Na razie chciała się wydostać ze zbombardowanej strefy. Wrócić do tego małego pokoiku, w którym była z nim wcześniej i tam pozostać. Tam okna wychodziły na wielkie drzewo, które nawet ogołocone z liści skutecznie przesłaniało większość świata.
– Hans…
Cisza.
Zmierzchało.
Siedzieli przy dosuniętym do ściany stole. Pierwotnie stał pod oknem, ale go przesunęła, gdy Johann zamiast jeść, tylko patrzył na powyginane konary i szarość za nimi. Zaciągnęła zasłonę, zapaliła małą lampkę i zmusiła go, aby siadł twarzą do drzwi. Teraz jadł, ale tak wolno, że była pewna, że nim dojdzie do połowy, to rzadka zupa już będzie zimna. Ona swoją skończyła. Zjadła nie z głodu, nie z zimna, ale powodowana zdrowym rozsądkiem. Musiała jeść, więc jadła.
– Johann…
Podniósł wzrok, ale patrząc mu w oczy, widziała tylko pustkę. Nie było w nich żadnych emocji. Zupełnie jakby zrobiono je ze szkła. Wzdrygnęła się i trudem przełknęła ślinę.
– Johann, jak myślisz –
Przerwało jej pukanie do drzwi. Niechętnie wstała i wyszła na korytarz. Ktokolwiek przyszedł i jakąkolwiek sprawę miał, mógł ją przekazać jej. Jej czy jemu, teraz to nie stanowiło wielkiej różnicy.
Młody chłopak przestępował z nogi na nogę, jakby chciał zaraz pobiec dalej, ale nie mógł, dopóki ona nie pozwoli. De facto miała wyższy stopień, nie ważne jak się go dorobiła. Była ciekawa, czy wiedziony szczeniacką ciekawością zajrzał do złożonej na cztery kartki i co zrozumiał z zakodowanej wiadomości? To nie miało wielkiego znaczenia strategicznego. Tylko trochę liczb, trochę informacji, które zniechęcały do jakiegokolwiek działania.
– Odejdź – powiedziała za ostro, ale to też jej nie obchodziło.
Wróciła do pokoju i zatrzasnęła drzwi. Przekręciła klucz w zamku i oparła się o nie. Pod jej nieobecność Johann przysunął sobie krzesło do okna i teraz siedział zapatrzony w ciemniejący świat. Próbowała sobie wmówić, że to dobrze, że przynajmniej coś robi sam. Gdyby zupełnie odciął się od rzeczywistości… Potrząsnęła głową i wzięła głęboki wdech. Nie pomogło.
Znowu spojrzała na kartkę.
– Sześć lat temu, to wszystko wydawało się takie proste – odezwała się. Mówiła powoli i spokojnie. Patrzyła w sufit, bo tak było łatwiej ignorować jego obojętność. – Plan był nakreślony wyraźnymi liniami. Krok po kroku aż do jasno sprecyzowanego celu. Żadnej improwizacji. Plan ideał. Idea cud. Nadzieja w wielkich słowach, nadzieja w armii. Serce biło mi wtedy szybciej. Zaczęło się pieprzyć już na początku. – Zacisnęła dłoń w pięść. – Cholerni Polacy. Tylko wtedy był czas, były siły, a teraz… – Musiała odetchnąć kilka razy głębiej, aby choć trochę opanować drżenie głosu. – Wszystko zaczyna się walić. Już zaczęło. Wielu jeszcze o tym nie wie, ale ja już nawet nie potrafię mieć nadziei, bo na czymś muszę ją oprzeć, a nie mam na czym! Nie jestem takim dzieciakiem, jak ten chłopak, który mi to doręczył. – Rzuciła zmiętą kartką o podłogę. – Piękne słowa wojennej propagandy do mnie nie przemawiają. Co będzie dalej? Wojny były od wieków, ale nigdy nie było takiej jak ta. Nigdy nie zginęło tylu ludzi i nie zniszczono tylu miast – cedziła słowa. Co zdanie robiła dłuższą przerwę, aby uspokoić oddech, ale coraz mniej jej się to udawało. – Co będzie z nami? Hans…!
Podeszła do niego. Nie oczekiwała, że otworzy przed nią krainę szczęśliwości, gdzie odpowiedzi na wszystkie pytania wiszą jak jabłka na drzewie. Po prostu chciała, aby się do niej odezwał. Żeby zrobił cokolwiek poza wpatrywaniem się w gęstniejącą ciemność za oknem.
– Hans!
Milczał.
– Powiedz coś! To ciebie też dotyczy. Mnie, ciebie, Sebastiana… Wszystkich. Przegrywałeś już wojny, ale nie takie. Czy w ogóle istnieje dla nas jakiekolwiek „po wojnie”? Czy w ogóle jest sens o tym myśleć?
Oparła się o ścianę koło okna i spróbowała raz jeszcze uspokoić. Być znowu tą konkretną i zasadniczą kobietą, jaką cenił Ludwig, ale nie potrafiła. Zrozumiała, że w chwili, gdy zaczęła głośno wyrażać swoje obawy, przekroczyła niewidzialną granicę i teraz nie mogła wrócić tą samą drogą. Wypowiedziane na głos myśli przestały być czymś tylko jej, czymś, co mogło być urojone, przesadzone. Osunęła się na podłogę.
– Są takie dni, gdy nie chcę rano wstawać. Gdy nie widzę sensu w robieniu czegokolwiek. Zmuszam się, wmawiam sobie, że wierzę we wszystkie dobre nowiny, że nie dostrzegam złych wieści i idę dalej, bo tak trzeba, ale czasami nie mogę… a muszę. Ja, Nadrenia Północna – Westfalia. Ja, Heike Hermann. Nie wolno mi schować się pod kołdrą i rozpłakać, że ja nie umiem, nie wiem i nie chcę. A tak bym czasami chciała. – Zamknęła oczy. – Tak cichutko. Na chwilę, ale boję się, że jak już zacznę płakać, to nie przystanę. Albo wejdzie do pokoju ktoś, kto nie powinien mnie w takim stanie zobaczyć. To mi nie przystoi, ale co ja na to poradzę? – końcówkę niemal wyszeptała. – Hans…
Było cicho. Od tej ciszy piszczało w uszach. Z rzadka dało się słyszeć czyjeś kroki na korytarzu. Gdyby miała na to wpływ, wolałaby, aby było głośno. Bardzo głośno. Tak, żeby nie słyszała ani własnego głosu, ani własnych myśli.
Podciągnęła kolana pod brodę i ukryła twarz w dłoniach. Jak dobrze, że zakluczyła drzwi. Zaraz się uspokoi. Potrzebuje tylko chwili, na ułożenie sobie myśli w odpowiedniej kolejności. To co trzeba zrobić jako pierwsze, polecenia, jakie powinna tu zostawić, transport… Jej własne obawy zostaną przytłoczone wojskową machiną i…
Poczuła obejmujące ją ramiona. Nie otworzyła oczu, jakby to mogło sprawić, że wrażenie okaże się żartem podświadomości. Wtuliła się w niego, nie myśląc o tym, że jest poobijany i może nie powinna tego robić. Zbyt jej ta bliskość była potrzebna. Zacisnęła dłoń na jego koszuli i płakała cicho. Kilka minut, nie więcej – powiedziała sobie na początku. Potem straciło to znaczenie. Czas przestał się liczyć. Nie pamiętała, kiedy zasnęła, łkając cichutko i znajdując pocieszenie w spokojnym rytmie, w jakim Johann głaskał ją po włosach.

21.02.1945

Zapukała i weszła do pokoju. Johann siedział na łóżku częściowo nakryty kołdrą i uzupełniał jakieś dokumenty. Widziała, jak bezgłośnie wymawia kolejne liczby. Rachowanie stanu magazynów było robotą głupiego. Wieczne podliczenie słupków, ale on powiedział, że mu to odpowiada. Liczenie sprawiało, że nie myślał o niczym innym. Przyjęła to wyjaśnienie i nie wypytywała o nic więcej. I tak prawdopodobnie nie powiedziałby nic ponad to. Prawie w ogóle się nie odzywał. Pojedyncze słowa czy równoważniki zdań dwa, trzy razy na dzień.
– Będę jechała – odezwała się ledwie wpisał kolejną sumę w rubrykę.
Spojrzał na nią. Nie miał już tak pustego spojrzenia, ale to teraz było niewiele lepsze. Widziała w nim wszystkie swoje obawy i jeszcze więcej.
– Dziękuję – dodała i podeszła do niego. Przytuliła się na krótką chwilę, a on odwzajemnił ten uścisk. – Spotkamy się jakoś niedługo.
Skinął głową.
– Pa – rzuciła już w drzwiach.
– Heike – mówił zachrypniętym od nieużywania głosem. Spojrzała na niego zaskoczona. – Trzymaj się.
Uśmiechnęła się. Przygryzła wargę i kazała sobie w myślach odejść teraz, natychmiast, bo za chwilę może nie być w stanie. Kiwnęła głową i zamknęła za sobą drzwi. Miała tyle do zrobienia.

Koniec

* Juli „Zerrissen”
tłumaczenie wg www.tekstowo.pl

„Co Cię tak rozerwało?
Co Cię tak zraniło?
Co Cię i Twoje życie i twoje serce tak rozszarpało?
Co Cię tak rozerwało?
Co Cię tak zraniło?
Co Cię i Twoje życie i twoje serce tak rozszarpało?”

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s