No chyba was popie… cz. 3 [koniec]

– A co ma być? Nie pójdę i nie powiem, że przepraszam za tamto, bo nie czuję, abym zrobił coś nie tak. Może powiedziałem za dużo, ale działałem w afekcie, proszę sędziego. I to nie był pierwszy raz, gdy czułem się jak puchar przechodni prezesa. Licytacja, kto co wie – prychnął. – Postanowiłem poczekać, tylko im dalej w las tym trudniej. Kiedyś to nie widywałem ani jednego, ani drugiego miesiącami. Raz nawet poszło to w kilka lat. Dziękujmy NRD. No, ale jakoś się żyło. To teraz na początku wydawało mi się podobne, ale jest jednak inaczej. Wtedy brak kontaktu zależał nie ode mnie, a od sił wyższych. Teraz ich nie ma – westchnął. – Sił, znaczy się. A Wa… A Sebastian też się pierwszy nie pokaja. To nie leży w jego naturze. Zresztą jak popatrzyć na niego i Heike tutaj, to, co się dziwić. Ludwig to tylko zerka na nich i uśmiecha się zadowolony.
– Pierwsza para Niemiec – wtrącił się Martin. – Tak on sam to po cichu określił. Zresztą nie tylko on.
– Właśnie. Trudno temu zaprzeczyć. Bawaria i Nadrenia Północna Westfalia, to brzmi dumnie i odpowiednio, co mi nastroju nie poprawia. Chcę do domu. Tam mogę siedzieć w znajomych czterech ścianach i mnie zazdrość nie zżera. Nie patrz tak na mnie. Ja już teraz myślę, czym się wymigać od jutrzejszego śniadanka, bo mnie skręca od takiego przyglądania się.
– Nie widać.
– Słucham?
– Nie widać po tobie, abyś się skręcał przy wszystkich. Mówię to, jako niezależny obserwator. Rozmawiasz z Maxem i Albrechtem tak jak zawsze. Że coś ci nie pasuje widać głównie wtedy, gdy patrzysz na Heike i Sebastiana. A tak, to klasyczny olew saski. Albo wręcz brandenburski.
Johann roześmiał się, ale brzmiało to bardzo żałośnie. W duchu miał nadzieję, że poza Martinem nikt się mu tak bacznie nie przyglądał. No i Benediktem, ale ten znał sprawę i się nie mieszał.
– Zachowujemy się jak dzieci – stwierdził w końcu.
– To ty to powiedziałeś.
– Tak. Wiem. I to wszystko moja wina. Kiedyś do niej przywyknę, a przez następne kilka dekad będę pogrążał się w żalu, bólu i tęsknocie. Niczym bohater romantyczny… I nie żartuję z tym. Może tylko trochę zbyt pompatycznie to mówię. Nieważne. Teraz już wiesz wszystko.
– Wiesz, że to trochę trąci teleno… Au! Nie bij mnie.
– Będę rozdarty między tęsknotą, a dumą i honorem własnym. Przy odrobinie szczęścia, a może nieszczęścia Sebastian i Heike również.
– I cierpieć będziecie katusze emocjonalne, aż na łożu śmierci poznacie prawdę, żeście wszyscy z tęsknoty usychali, ale już będzie za późno – Martin bez trudu podchwycił dramatyczną nutę. – Któreś zemrze, a pozostała dwójka będzie usychać dalej i myśleć o straconym czasie. Koniec.
– Dokładnie. Zemrę jako pierwszy. Zobojętnieję na wszystko i utopię się w Łabie.
– A ich związek nabierze pokutnego wyrazu. Dość! Odpukaj. Zazdrosny sobie możesz być, ale żadnego umierania. Przetasowania na mapie są diabelnie upierdliwe. Koniec i kropka!
Roześmiali się.
– Wina też koniec – westchnął Martin. – Mam jeszcze jedno własne na dole, przynieść?
– Yhym…
– Ale nie rzucisz się z okna ledwie wyjdę z pokoju?
Spojrzenie Johanna mówiło samo za siebie. Martin roześmiał się ponownie i wyszedł. Cała ta sytuacja trąciła mu filmem, ale z drugiej strony mówiło się, że to życie pisze najlepsze scenariusze.
– To zaraz wracam.
Johann odetchnął z ulgą ledwie Martin zniknął w korytarzyku. W sumie okno nie było takim złym pomysłem, ale nie, jako droga dramatycznej ucieczki od życia, a jedynie z tego miejsca. Miał wrażenie, że Martin dał się ponieść nieco romantyczno-dramatycznej formie przedstawienia sprawy i zapomniał, że kuchenne okienko wychodzi na całkiem konkretny daszek nad werandą, a zejść z niego na ziemię, to już nie jest wielka sztuka. Otworzył je i wychylił się. Powiało chłodem. Może i jesień nie była w tym roku bardzo zimna, ale wystarczająco, aby nim zatrzęsło. W wieczornym powietrzu już było czuć chłód i był pewien, że rano czeka go malutkie skrobanie szyb w aucie. O ile przyjemniej było myśleć o takich prostych rzeczach.
Skrzypnęły zawiasy.
Alkohol, tego mu pewnie było potrzeba. Byle nie za dużo, bo jakby miał go tu następnego dnia uziemić kac, to chyba by sczezł. Ludwig był zdecydowanie zbyt pozytywnie nastawiony do związku Sebastiana i Heike. Jeszcze nie daj Boże po ich wyjeździe zechciałby się dowiedzieć czegoś więcej i zacząłby się wypytywać. Przy jego zahamowaniach w tych sprawach to krążyłby wokół tematu godzinę…
Nie na moje nerwy takie przedstawienie – pomyślał.
– Miło było usłyszeć, że jesteś zazdrosny.
Niemal podskoczył na dźwięk głosu Heike. To nie jej się tu spodziewał, a jej brata. Chciał się odwrócić, ale ona już stała tuż za nim i obejmowała go.
– Ale to o pogrążaniu się w żalu i bólu, to już mniej. Nie lubię jak się mnie na litość bierze, nawet w taki niezamierzony sposób – mówiła cicho. – A jeszcze trochę takich zebrań i spotkań, i bym się może złamała.
– Ty?
– Oczywiście – roześmiała się cicho. – Może gdyby chodziło o kogoś innego, to nie, ale rozchodzi się o ciebie, Hans. Doceń.
Prychnął.
– I nie udawaj kota – roześmiała się. – Zmieniłeś szampon. Wolałam tamten.
– Ten jest Benedikta. Ja zapomniałem.
– Oj ty, oj ty…
Puściła go na krótką chwilę, aby obejść go i znaleźć się między nim a oknem. Zadrżała, gdy zawiał wiatr. Johann objął ją, ale dużo cieplej się jej od tego nie zrobiło, za to na pewno milej. Ponad pięć miesięcy bez tego, to było jakieś szaleństwo. Wszystkich ich chyba dorwała pomroczność jasna. Przytuliła go mocno.
– Nigdy więcej nie rób takich głupot, dobrze? Bałam się. Naprawdę się bałam, że rozbijesz się na jakimś drzewie i tyle. Nie wątpię w twoje umiejętności, jako kierowcy, ale w taką pogodę i trabantem, i w tym stanie…
Nie chciała go krytykować za to, co zrobił, bo wiedziała, że z Sebastienem przesadzili, ale istniały pewne nieprzekraczalne granice zdrowego rozsądku, a Johann wyszedł poza nie. Najchętniej opierniczyłaby go z góry na dół tak jak każdą inną osobę w tej sytuacji, ale myśl o tym, że on znów mógłby najzwyczajniej w świecie spierniczyć kazała jej trzymać język za zębami. Poza tym, jej nie chodziło tylko o tę jedną rzecz. Ona była pretekstem. Może jakby byli w domu któregoś z nich, to mogłoby dojść do bardzo szczerej i pełnej wewnętrznych refleksji dyskusji, ale tutaj – z całą resztą towarzystwa kilka ścian dalej – nie mogło być o tym mowy.
– Heike ma rację.
Johann spojrzał przez ramię ku drzwiom. Waschdi stał oparty o ich framugę i patrzył. Uśmiechał się, ale jego zdaniem wyglądał na zmęczonego. Coś było nie tak.
– Ty też masz pewnikiem rację. Starczy tego – dodał i podszedł do nich. Objął go i oparł brodę na jego ramieniu. – Nie będziemy się tu wybebeszać emocjonalnie, jeszcze czego?!
– Ha… A sorry, już mnie nie ma – Martin szybko wycofał się z progu, uśmiechając się przy tym bardzo zadowolony. Co prawda nie planował, że ktoś podsłucha ich rozmowę. Był po prostu ciekaw i tyle, a że los to wykorzystał, to jemu tylko w to graj.
Johann spróbował zwalczyć nerwowy chichot, ale przegrywał.
– Idziemy do nas – zadecydował Waschdi. – Nie mamy nikogo trzeciego w pokoju, więc jak zamkniemy się na klucz, to nikt nie zostanie bez swojego miejsca do spania. A wszystkich innych mam gdzieś.
– Ludwig dopilnuje, aby wam nie przeszkadzano – roześmiał się Johann.
– „Wam”, „wam” – przedrzeźniła go Heike. – Gdybyś miał jakiekolwiek wątpliwości, albo nie daj Boże nie przyszło ci to w ogóle do głowy, to nie jesteś jedynym stęsknionym. – Objęła go mocniej i wplotła palce w jego włosy. – Jasne?
Przytaknął. Uśmiechnęła się.
Przekradnięcie się do pokoju na drugim piętrze można było oczywiście rozłożyć w czasie. W pojedynkę, nawet jeśliby na kogoś wpadli i to w samych drzwiach, nie wzbudziliby specjalnego zainteresowania. W trójkę, to co innego. A jednak kuszenie losu wydawało się być taką fajną rozrywką tego wieczoru. Jakby im nie dość było nerwów i adrenaliny.
– Idziemy – szepnął konspiracyjnie Waschdi i wyjrzał na korytarz.
Johann próbował się nie śmiać, ale to było naprawdę trudne, gdy jedno ciągnęło go za rękę ku schodom, a drugie popychało delikatnie. Nie czuł się jak więzień prowadzony na skazanie, a bardziej jak coś, co tamci chcą bardzo szybko ukryć. Pamięć podsunęła mu powiedzonko o skarbach, które trzeba głęboko zakopać. Ucieszył się, że idą na piętro a nie na dwór i roześmiał znowu.
– Cicho – skarciła go Heike.
Do pokoju dotarli nie spotykając nikogo, ku ich wielkiej radości. Johann śmiał się oparty o ścianę koło drzwi, a Waschdi wtórował mu siedząc na krawędzi łóżka. Patrzyła na nich rozbawiona, ale nadal bardziej poważna. To ona zamknęła drzwi na klucz i opuściła roletę w oknie. Miała wrażenie, że dziecinnieją na starość. Zamiast dyskutować o problemach, to je przeczekują i idą dalej nie znalazłszy prawdziwych rozwiązań. Bawią się w podchody, ukrywają się jak maluchy. Powiedziała im o tym ostatnim jedynie, a oni sprzeciwili się jej, bo mimo wszystko była od nich dużo młodsza, a w związku z tym zdziecinnienie nie mogło być przecież kwestią wieku.
– Przynajmniej rozważając to logicznie – zaznaczył Johann.
– Logiczny się znalazł – prychnęła.
Przeczesała palcami włosy i wbiła w niego spojrzenie. Próbowała nie dać ponieść się emocjom. Spokój – powtarzała sobie stojąc nadal przy oknie.
– Punkt dla Heike – przyznał Waschdi i miała wrażenie, że on również spoważniał. Tylko Johann ciągle uśmiechał się czymś bardzo rozbawiony. Czy to było to skradanie się, czy jej słowa, czy cokolwiek innego – nie miała pojęcia. Spojrzała na Waschdiego, ciekawa jego reakcji. Właśnie wstawał z łóżka. Johann na moment uciekł wzrokiem w tamtą stronę, ale nie wykonał najmniejszego ruchu, który sugerowałby, że to mu się nie podoba. Uśmiechnęła się. Wszystko wracało do normy.
– Możemy zresztą udowodnić, że dziećmi nie jesteśmy, robiąc rzeczy zupełnie nie dziecinne – zapewnił Waschdi zamykając Johanna w klatce pomiędzy sobą, ścianą i swoimi ramionami.
– Ze wszystkimi na dole mogącymi nas usłyszeć? – Skrytykowała pomysł Waschdiego, ale śmiech dźwięczał w jej głosie.
– Zawsze możemy spróbować być cichutko – zaoponował. – Prawda, Hansei, że możesz? – szepnął i przygryzł płatek jego ucha, jakby to był jakiś argument.
Johann w odpowiedzi tylko pokręcił głową.
– Możemy pójść spać – odezwał się cicho. – Tutaj i we trójkę. Ale po prostu spać.
Zmarzł stojąc w otwartym oknie i teraz po prostu chciał się zagrzać w łóżku bez dodatkowego wspomagania. Ponadto jemu się ten tłum w wynajętym pensjonacie nie podobał. Odetchnął z ulgą, gdy Waschdi wydał z siebie pełne dezaprobaty westchnięcie, ale odsunął się od niego i uśmiechnął.
– Heike?
Kiwnęła głową.
– Zatem twoja wola, Hansei. Ale śpisz w środku, tak?
Przytaknął i uśmiechnął się.

Epilog

– Powiedz mi, Hansei, o co chodziło z tym pucharem przechodnim prezesa, bo nie zrozumiałem tego kawałka – zapytał Waschdi, gdy rano dojrzewali w łóżku do wstania. Pora była jakaś barbarzyńsko wczesna, co dało się ustalić tylko na podstawie zalegającej w domu ciszy. Po jakikolwiek zegarek żadnemu nie chciało się sięgnąć.
– Właśnie – poparła go Heike i wyplątała się z saskiego ramienia, aby odsunąć się i móc widzieć ich oboje.
– Podsłuchiwacze – mruknął.
– Hansei…?
– Erefeńskie burżuje – dodał głośniej.
– Rozwiń – zachęcił go Wachsdi nic sobie z tej pseudo obelgi nie robiąc.
– Burżuje. Puchar przechodni prezesa, to jak sama nazwa wskazuje puchar przechodzący po każdych zawodach w ręce zwycięskiej drużyny. Puchar jest jeden na wiele lat, co redukuje koszty – wyjaśnił i ziewnął.
– I ty, jako ten puchar przechodni… Ej no! – Waschdi oburzył się. – My tu… No nam nie o to chodziło. Noż! – Objął mocniej Johanna. – No zatulę na śmierć zarazę. Heike pomóż!
Pomogła i cel niemal osiągnęli, ale śmierć na horyzoncie była raczej tą ze śmiechu niż z braku powietrza.

Koniec

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s