No chyba was popie… cz.2

– Można? – Palatynat wsadził głowę do kuchni na piętrze. – Czy przeszkadzam w kontemplacji ciemności?
– Nie. Znaczy tak. Cholera! Nie, nie przeszkadzasz i tak, możesz wejść.
– Dzięki. Niewyspany jestem jakiś, ale jak się położę, to do rana mnie nawet kanonada nie obudzi, a tak definitywnie spać jeszcze nie chcę iść. Wieczór młody, a Ludwig tak nam zaplanował czas tutaj, że punkty obowiązkowe do omówienia już odfajkowaliśmy, tylko nam nie chciał tego oficjalnie powiedzieć, żebyśmy nie zabalowali dziś w nocy. No, ale się wydało, jak widać i słychać. – Zerknął przez ramię na przymknięte drzwi, a w domyśle dalej, na duży salon kominkowy i jadalnię z kuchnią na parterze zajmowanego przez nich domku. Muzyka ledwo przebijała się ponad gwar rozmów. Kilka osób zaśmiewało się z czegoś, a ktoś próbował ich uspokoić bezskutecznie. – Jurgen szczeka. Mnie już główka boli i napiłbym się w spokoju. Tam na dole, to strach kieliszek postawić gdziekolwiek, bo lada moment ktoś ci go zrzuci. Przypadkiem rzecz jasna. Po prostu kieliszki są en razy mniej stabilne niż kufle do piwa. A ja mam taką piękną butelkę do wypicia. Chcesz?
Nie czekając na odpowiedź wyciągnął z przeszklonej szafki dwa naczynia i zaczął grzebać po szufladach za korkociągiem. Znalezienie go w słabym świetle pochodzącym z dość odległej latarni zajęło mu dłuższą chwilę. Z samym korkiem poradził sobie z godną pozazdroszczenia wprawą.
– Włoskie – powiedział stawiając przed Johannem kieliszek.
– Burżuj.
– Nie wypominaj mi finansów. Ty nie Szwab. A wino dostałem. Ja tu, w berlińskiej okolicy, byłem już kilka dni przed czasem, ale co łaska nie mów o tym nikomu. W każdym razie Ludwiczka Feliciano odwiedzał i się z nim przy okazji spotykałem. Pogadaliśmy sobie i dostałem prezent. Doceń, że się bezinteresownie takim prezentem dzielę, bo choć ja też nie Szwab, to jednak mogłem zachować je na jakieś spotkanie z Paulchen.
Johann skłonił się teatralnie tak głęboko, na ile mógł nie ruszając się z krzesła. Martin roześmiał się i przez moment milczał zapatrzony w kieliszek. Po jego pogodnym monologu pozorna cisza była nieprzyjemna.
– Pierwszy raz od lat Ludwig jest taki w skowronkach po spotkaniu – odezwał się w końcu. – Pije ze wszystkimi, nie czepia się, żartuje. Jak nie on. Ja wiem, że zaskakująco sprawnie nam wszystko poszło, ale żeby to tak tylko z tego powodu? I to się nawet niektórym udziela. Tak reakcją łańcuchową. Tymczasowy pokój na linii Sebastian Jurgen, bo od razu by się przecież Ludwig wmieszał, co ani jednemu, ani drugiemu nie w smak. Coś ich jednak łączy – roześmiał się. – Życie jest pełne niespodzianek.
– Martin, do rzeczy. Jak chcesz zapytać, czy obraziłem twoją siostrę, albo dobitnie mi zasugerować, że cokolwiek zrobiłem lub nie, to i tak mam paść dywanikiem przed nią, to zrób to, a nie krąż nad moją głową.
Odpowiedział mu pogodny śmiech.
– Za życie – Martin wzniósł toast. – Jakiekolwiek by ono nie było. Moje stałoby się bolesne i krótkie, gdybym odstawił coś takiego. Znasz Heike. Baba konkret, babochłop chwilami nawet – zerknął nieco zlękniony na drzwi, jakby obawiał się, że ona go usłyszy. – Mogę prosić i wyrażać zainteresowanie, ale jak przekroczę linię, to ona pierwsza mnie wypatroszy i tyle będzie z Palatynatu Reńskiego i okolic. A mi, życie miłe. Dolce vita, jak to mówią Włosi. To wasze sprawy. Jakby zemsta brata była wymagana, to przez ostatnie cztery, w sumie pięć miesięcy, pewnie bym się o tym w jakiś sposób dowiedział. A tak, to wiem niewiele, za to znam ten najważniejszy fakt. Ten o figurze zwanej trójkątem i o tym, że do niedawna jego jeden bok był znacznie słabszy niż dwa pozostałe. A teraz jest jakby na odwrót. Moja siostra i Sebastian trzymający się za rączkę, uśmiechający się do siebie i słodcy jak nalewka wiśniowa nie są w połowie tak zaskakującym widokiem, jak to, że ignorują ciebie. Ty w sumie ich też. Nie patrz tak na mnie, jakbym ci prawdy objawione przedstawiał. I nie trzymaj tak kieliszka. Po to ma nóżkę, abyś nie trzymał go tak całą ręką i nie zagrzewał wina bardziej niż to konieczne.
– Masz zamiar mi zrobić wiwisekcję –
– Pij – przerwał mu Martin. – Ja mówię, ty pijesz. Muszę to sobie poukładać, wiec uznaj, że myślę głośno. Tu plotka goni plotkę, wiesz Hans? Tobie też się przyda, jako takie zorientowanie w sytuacji, żebyś nie wyszedł na ślepca, co nic nie zauważył. Nie potrzebna ci taka opinia. To będzie jak przegląd prasy, bez prasy.
– Program plotkarski w telewizji.
– Dokładnie. Chwytasz w lot. Jeszcze wina? – Dolał mu zanim Johann zdążył się zdecydować. – Do przedwczoraj, czyli do początku tego radosnego spędu ludu, czyli nas, plotki były takimi świeczuszkami. Ot ktoś coś widział i przekazał, bo siostra i Sebastian się specjalnie nie kryli. Teraz, patrząc na Ludwiga, powiedziałbym, że mamy już pożar. Dużo z tego słyszałeś?
– Ogólniki. Drezno jest na uboczu, a ja raczej się stamtąd nie ruszałem. Trochę mi Bene… kablował. Ale był litościwy i mówił ogólnikami.
– I ty cały czas siedziałeś na tyłku i czekałeś jak to się rozwinie? Masz nerwy, wyrazy uszanowania. Z takich rzeczy, które mi w głowie utkwiły, to by było tak…
Johann nie wtrącił, że głowa Martina to studnia bez dna w kwestii różnych historyjek z życia jego znajomych. Ich zbiór wystarczyłby pewnikiem do zastraszenia większości Niemiec oraz okolic. Życie na przeciwległym końcu kraju miało swoje plusy.
– Jakoś w maju Katrin zaprosiła do Kilonii moją siostrę i przyjechali we dwójkę. Wtedy to trudno było rozsądzić, co jest dziwniejsze. To, że przyjechali we dwójkę, czy to, że Sebastian pojawił się nad morzem? Znaczy się dla mnie to drugie. To był maj. Radosne złego początki. Było im tam całkiem miło, pochodzili po plaży, powspominali dawne dzieje patrząc na u-bota i tyle. To wiem od Katrin, bo Christian jest jednak mniej rozmowny, a mnie wtedy jeszcze nie naszło, żeby próbować wziąć siostrzyczkę na spytki. Pod koniec miesiąca były czyjeś, tak zwane, urodziny… Chyba Maxa, ale tam byłeś, co nie? – Spojrzał pytająco na Johanna, ale mówił dalej. – Widziałem cię jakoś na początku, a potem jak wyjeżdżałeś w pośpiechu, bo coś się w domu stało. Właśnie, o co chodziło?
– O nic.
– Ej no. Wzbogać moją wiedzę – oburzył się sztucznie Martin i zaraz rozchichotał.
– Nic. Blef. Nie byłem taki ślepy jak ci się wydaje – wyjaśnił tak niewyraźnie, że Martin ledwie go zrozumiał. – Widziałem ich i to, że oni mnie nie widzą. Wtedy, jak sam powiedziałeś, to były początki i taki stan rzeczy bardziej mnie denerwował. Pierwsze objawy przywyknięcia pojawiły się później. Tamtego dnia chciałem po prostu wrócić do domu, więc wysłałem Ludowitowi wiadomość, aby zadzwonił na stacjonarny Maxa i opowiedział bajkę. Ludowit umie zrobić z igły widły, więc wyszło wiarygodnie.
– Tyś coś takiego wyciął!? Nie wiem czy mam znowu złożyć ci wyrazy szacunku za taką akcję, czy po nadreńskiej linii rodzinnej opieprzyć z góry na dół.
– Dolać wina i opowiadać dalej – pomógł mu podjąć decyzję. – Posłucham, to zadecyduję.
– O czym ty chcesz decydować?
– O tym, czy dalej będzie jak w „Małym Księciu”, czy jednak nie – odparł i zaczął się huśtać na tylnych nogach krzesła. – Mów.
– Żeby tylko potem nie było na mnie – zaznaczył Martin z rzadką u siebie stanowczoscią. – Jakby co, to ja nic nie mówiłem, jasne? To dobrze. Z rzeczy „z po twojej rejterady”, to zabawa trwała w najlepsze, a widok siostry na kolanach Sebastiana jest miły oku. Oni naprawdę ładnie ze sobą wyglądają, tylko jak wtedy jedno nachyla się drugiemu do ucha i coś szepcze, to człowiekowi tak dziwnie. Chciałoby się wiedzieć, co mówią. A robili tak wiele razy. On odgarniał jej włosy z twarzy, mówił coś, ona się śmiała. Umie wyciągnąć z niej kobietę.
Johann mruknął coś niezrozumiale i Martin uznał, że się nie będzie dopytywał, co to był za komentarz. Nie jego sprawa na tym etapie. Opowiadał dalej.
– Paulchen i Katrin były zachwycone. Ludwig też miał już ten rozmaślony wyraz oczu, gdy na nich patrzył. W czerwcu byli na krótko u mnie, ale bardziej na miejscu byłoby stwierdzić, że się u mnie zadekowali i tyle. Moje towarzystwo było im potrzebne głównie, jako przewodnika. Nie żebym narzekał, bo i tak było miło. W lipcu razem z Szles-Holami byli w górach. Tak na drugą nóżkę po tym morzu. Jak to tam w tym bawarskim domku wygląda, to ty wiesz na pewno lepiej ode mnie, więc nie będę robił z siebie błazna i próbował opisać, gdzie byli. Dość powiedzieć, że Christian potem trochę narzekał na to, że czuje się jakby dopiero Katrin poznał, bo wchodziła mu na głowę z iście duńskim zapałem. Pewnie naoglądała się gołąbków i nagle uznała, że jej związek schłodził się do średniej temperatury Bałtyku lub Północnego i trzeba na to coś poradzić. Myślę, że to daje niezłe pojęcie o tym, jak im w tych górach było. Dalej był sierpień. Jeny, co ja robiłem w sierpniu? A, kursowałem na linii Mainz Saarbrucken, ale to nieważne. Jeszcze wina? Jak na piwosza całkiem nieźle ci wchodzi. Ty pamiętaj, że to jest mocniejsze od piwa. No wiem, że masz zaprawioną głowę, nie patrz na mnie jak na debila. Jak na nieodpowiedzialne dziecko, to mnie nie rusza, ale jak na debila, to nie lubię. Wracając do sierpnia, to był Berlin. Tam też byłeś, bo to było pożegnanie lata w wykonaniu Gilberta i byliśmy tam wszyscy. Niezapomniana scena, jak Sebastian zaczął na Prusaków narzekać ogólnie, siostra chrząknęła wymownie i on się przestawił na personalne narzekanie na Gilberta Beillschmidta. U mnie to już obudziło alarm w głowie. O ile wiem większość była jedynie pod wrażeniem. A ty?
Johann pił wino małymi łyczkami i milczał. Martin uważnie mu się przyjrzał. Wolną od kieliszka dłoń zaciskał w pięść, a na twarzy malowało mu się rzadko widziane tam zacięcie. Nie trzeba było geniusza od relacji interpersonalnych, aby wiedzieć, że te podawane w telegraficznym skrócie historie nie są mu obojętne. To go w pewnym sensie cieszyło.
– Okey. Niech ci będzie. A teraz mamy wrzesień. Na początku miesiąca wiem, że trochę jeździli. Byli u Saskii, znowu u Katrin i Christiana, i chyba tam jeszcze Ingo i Wilhelm z Młodym byli. Wrażenia podobne i –
– A wy tu, co tak na uboczu? – Głos Katrin wszedł mu w słowo. – I to tak po ciemku.
Obaj równocześnie spojrzeli w stronę drzwi.
– Rozmawiamy.
– O? Coś ciekawego? Mogę się przyłączyć?
– Nie. Męskie sprawy – odparł Martin i posłał jej uśmiech, który zwykł burzyć mury wokół serc zatwardziałych singielek. Katrin tylko westchnęła ciężko i wycofała się na korytarz, a dalej do pokoju jej i Christiana. Przez niedomknięte przez nią drzwi sączyło się ciepłe światło. Martin poczekał w milczeniu na drugie trzaśniecie drzwi i odgłos jej kroków na schodach prowadzących na parter.
– To wracając do tematu – podjął. – Wiesz, co w tym wszystkim najbardziej wzbudziło moje obawy. A może podejrzenia, jak zwał tak zwał. W każdym razie skłoniło mnie do stwierdzenia, że coś jest zdecydowanie nie tak?
– Ymmm? – zachęcił, ale nawet na niego nie spojrzał. Martin odpaliłby euro czy dwa, aby wiedzieć, co takiego siedzi teraz Johannowi w głowie. Co go gryzie, bo że zjadało go od środka, to było widać.
– Byli u tylu osób, ale nigdy sami. Jestem tego niemal pewien. Dużo rozmawiam z siostrą i wątpię, aby możliwym było, aby się jej po prostu o tym nie wspomniało. Zresztą, dlaczego miałaby się z tym kryć? Poza tym ona lubi dokumentować rzeczy. Z każdego wyjazdu ma zwykle jedno czy dwa zdjęcia i je wywołuje. Naprawdę wywołuje. Uznaje, że jeśli szlag jej trafi nośnik elektroniczny, to jest szansa, że chociaż kilka papierowych ocaleje. Rozsądne to w sumie, więc do niej pasuje. Zdjęcia ma w albumie w jednym pokoju. Można do niego samemu zaglądać i kilka razy w ostatnich miesiącach to zrobiłem. Pustka. Poza tym na lodówce ma nadal zdjęcie z tobą. Podobnie w kliku ramkach tu i tam. Zdjęcia Sebastiana też ma, ale są to tylko te, na których jesteście w trójkę. – Zakaszlał. – Jeny, w gardle mi zaschło. Nie wiem ile z tego już wiedziałeś, ale co teraz powiesz?
Johann wzruszył ramionami i westchnął niczym dusza pokutująca za swe grzechy. Przez chwilę miał wrażenie, że romantyczna decyzja podjęta według zasady z „Małego Księcia” będzie na miejscu, ale to ostatnie, co powiedział Martin, sprawiło, że wszystko wzięło w łeb. Nie było, co się oszukiwać, że tak im będzie lepiej, a nie ma tego, do czego on nie przywyknie, nawet jeśli coś w środku jego samego rwie się do walki o swoje. Teraz mógł to przyznać przynajmniej przed samym sobą: nikomu lepiej nie będzie jak sytuacja się nie zmieni, tylko że do odwrócenia kart potrzeba było cudu.
– A mogę wiedzieć, co się właściwie stało? – zapytał Martin. – Zaznaczam, że nie pytam, co masz zamiar zrobić, tylko szukam źródła.
Johann oparł się łokciami o stół i splótł ze sobą dłonie. Na chwilę zamyślił się. Próbował sobie przypomnieć tamten cholerny poranek. Nie było to ani miłe, ani łatwe, bo przez ostatnie miesiące z uporem godnym lepszej sprawy pogrążał to wspomnienie w bagnach zapomnienia.
– Jak nie to –
– Moment. Daj mi zebrać myśli – przerwał mu. – W skrócie, to był ranek. Pogoda taka, że wstawać się nie chce. Deszcz taki, że nikomu by się wstawać nie chciało, a mnie tym bardziej. Jakbym musiał, to bym się zwlókł i w końcu to zrobiłem. Powiedzmy, że Heike i Sebastian nie mogli się zdecydować, czy chcą mnie z wyra wygonić, czy pozwolić mi spać dalej – prychnął. – Jakby im jakąś niewysłowioną frajdę sprawiało pozwalanie mi przysnąć, a potem budzenie mnie. Samo budzenie całkiem miłe, ale nie w cyklu obudzić, dać zasnąć, obudzić i tak dalej. W końcu miałem tego dość. Wstałem, ubrałem się i wsiadłem do auta. Na pierwszej stacji benzynowej wypiłem rzędem trzy kawy. Chyba ekspedientka się mnie trochę przestraszyła. Wczorajszy zarost, nieuczesane włosy, ubranie też takie na szybko skompletowane. W dodatku gada to dziwo z dziwnym, niezrozumiałym akcentem. Pewnie przez dwa tygodnie mnie tam wspominali. No i to byłaby połowa biedy, bo wyszłoby jedynie, że się zeźliłem i tyle. Ale ja na odchodnym nie ugryzłem się w język.
– Wysłałeś ich do diabła?
– Nie – roześmiał się. – To było by nic. Ja kazałem im poszukać sobie nowej zabawki, bo widać tego im potrzeba.
Martin głośno wciągnął powietrze do płuc i spojrzał na niego zaskoczony. Takiego komentarza się nie spodziewał. Był daleki od stwierdzenia, że rozumie, jak się wtedy mogli Heike i Sebastian czuć, ale jakieś wyobrażenie miał.
– I co teraz?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s