No chyba was popie… – cz. 1

Sugerowane ograniczenie wiekowe: 15+

Krople deszczu uderzały w szybę. Kanonada kropel atakowała Bogu ducha winne okno, a w porannej ciszy, co jakiś czas rozlegał się huk grzmotu. Heike przetarła oczy i ziewnęła. Nie takiej pobudki się spodziewała. Kiedy szli spać było niewiele chmur, a teraz…
– Ale leje – powiedziała sama do siebie i naciągnęła bardziej kołdrę.
– Jakby, kto kurek odkręcił – roześmiał się Waschdi.
Zerknęła w jego stronę. Leżał na boku, głowę wsparł na łokciu i zdawał się być szalenie z siebie zadowolony.
– Dzień dobry – wymamrotała ziewając. – Która godzina?
– Dziewiąta z hakiem – odparł.
– Trzeba by wstać…
– Nie spieszy się. W taką pogodę i tak niewiele rzeczy można robić poza, na przykład, dręczeniem niskociśnieniowców – roześmiał się dobrodusznie.
Powędrowała za jego spojrzeniem ku jednemu takiemu, który spał pomiędzy nimi nic sobie nie robiąc ani z huku burzy, ani z ich rozmowy. Znowu leżał na boku, odwrócony plecami do niej. Waschdi uśmiechnął się.
– Po co doprowadzać go do stanu używalności, skoro można mu pozwolić naprawdę przespać większość dnia? – Sięgnął dłonią, aby odgarnąć Johannowi włosy z twarzy. Założył je za ucho i powiódł palcami po policzku.
– Mówisz? – roześmiała się cicho. – Ile można spać?
– Dużo. I tak go nie dobudzisz. Spróbuj, jeśli chcesz.
Nachyliła się ku Johannowi i dmuchnęła mu leciutko w ucho. Wzdrygnął się i odsunął od niej na ile mógł, a to nie oznaczało wiele. Wtulił się w Waschdiego i tyle. Nie wyglądał, aby był choć o krok bliżej obudzenia się niż chwilę wcześniej.
– Dziękuję – uśmiechnął się Waschdi i objął zdobycz, która sama do niego przyszła. Za oknem zagrzmiało tak jakby chciało rozerwać niebo. W taką pogodę małe dzieci przybiegały do sypialni rodziców i wchodziły im do łóżek.
– Nie ma za co – roześmiała się. Przysunęła się bliżej i sięgnęła ponad Johannem, aby zmierzwić Waschdiemu włosy.
– Wiesz, że on ma łaskotki?
– Nie ma – zaprotestowała rozbawiona. Wiedziała, że ma, ale takie niemrawe, że szkoda było o nich wspominać.
– Ma – oparł przekornie. – Tylko że jedynie w niektórych miejscach. Na przykład tutaj… Za uchem i trochę w dół. Tylko trzeba bardzo delikatnie pomiziać. O tak.
Przesunął opuszkami palców tuż za uchem Johanna i w dół wzdłuż szyi. Narysował małego esafloresa i wplótł dłoń w jego włosy. Łaskotany wzdrygnął się i skulił, jakby chciał uciec. Tylko, dokąd? Waschdi odczekał chwilę i narysował kolejnego zawijasa bardzo zadowolony z otrzymanej reakcji.
– A nie mówiłem? – szepnął .
Heike roześmiała się cicho.
– Odkryłem to, gdy już niemal straciłem nadzieję i pogodziłem się z faktem, że łaskotanie to bezużyteczna broń wobec niego. A tu taka niespodzianka. – Narysował małą spiralkę. – Ale jak widać, w taką pogodę, nawet to go nie obudzi.
– Obudziło – Johann odezwał się bardzo cicho. Dodatkowo mówił w poduszkę, więc prawie to przeoczyli. – Która godzina?
– Po dziewiątej – odparł radośnie Waschdi.
– A poszliśmy spać koło piątej? Litości – jęknął i przewrócił się na brzuch.
– Śpij – Heike szepnęła mu do ucha.
Nie musiała tego dwa razy powtarzać. Nie usłyszała nawet namiastki odpowiedzi, tylko deszcz, deszcz, deszcz, burzę i cichy śmiech Waschdiego. Podejrzewała, że Johann nawet nie będzie pamiętał tego, że się obudził. Nie był rannym ptaszkiem. Raczej sową. Gdy szli spać był najbardziej temu przeciwny. Mówił, że dojdzie później, a tymczasem jeszcze coś tam porobi. Słuchała go jednym uchem zbyt śpiąca po całym dniu. Na szczęście Sebastian był bardziej przytomny niż ona i jakoś Hansa na zmianę zdania namówił. Znała życie i znała jego. Skończyłoby się na tym, że zasnąłby na kanapie i tyle. A przecież taki poranek był o wiele milszy. Przeczesała palcami jego włosy. Jak ona czasami chciała mieć takie proste!
– Jak można tak spać? Udusić się chyba można– roześmiała się.
– On tak często. Pozycja na: odwal się ode mnie świecie.
– Wiem, co nie znaczy, że zmienię zdanie. Według mnie tak jest niewygodnie.
– Nie masz predyspozycji do spania na brzuchu – roześmiał się i zamiast patrzeć jej w oczy spojrzał niżej.
– To też wiem. Nie czuję się stratna, a każdy śpi tak, jak lubi. Tylko jak on tak śpi, to nie mogę sobie zrobić z niego poduszki, a to już mi nie pasuje.
– Możemy coś na to poradzić.
– Seba –
– Ciii.
Dmuchnął Johannowi w ucho. Nie mocno, ale za to długo. Podziałało to połowicznie, ale Heike była usatysfakcjonowana. Teraz to Sebastian był tym, do którego Johann odwrócił się plecami. Odgarnęła mu włosy z twarzy. Jakkolwiek by ładne nie były, to nie uważała ich za smaczne. Chciała kiedyś przekonać go, aby je na noc związywał, ale nigdy jej to nie wyszło.
– To prawda, że nie umiesz zaplatać warkoczy? – zapytała.
– Umiem – zaprotestował.
– Dobierane?
– Warkocz to warkocz. O taki na przykład.
Spróbował rozdzielić na trzy części pasmo johannowych włosów.
– Nie szarp – mruknął ich właściciel.
– Cichutko, Haane. Masz strasznie poplątane.
– To je zostaw – odmruczano mu.
– Zaraz – zapewnił i pogłaskał go po odsłoniętym ramieniu. – Cichutko. – Pocałował go w nie i skupił się na rozplątywaniu kosmyku.
– Zostaw, cholero. – Mrukniecie było tym razem bardziej zdecydowane. – Umyję i rozczeszę później. I nie umiesz dobieranego.
Waschdi prychnął i dał spokój. Przewrócił się na plecy i zapatrzył w sufit. Za oknem dalej lało i grzmiało. Czasami w szarości pokoju widać było, jak się błyska. Dawno już takiej burzy nie widział. Heike wtuliła się w Johanna i chwilowo nic więcej do szczęścia nie potrzebowała. Okno z paskudną pogodą miała za plecami i tylko słyszała jednostajny szum przetykany grzmotami. To i równy oddech Johanna usypiały ją, choć jeszcze chwilę wcześniej nie była już śpiąca. Zamknęła oczy i nie otworzyła ich, gdy usłyszała szelest pościeli. Uśmiechnęła się czując dłoń Waschdiego w swoich włosach.
– W sumie Johann generalnie ma łaskotki, tylko że je jakoś kontroluje – powiedziała cicho. – Raz ma, raz nie ma. Na boku ma, ale tylko czasami. Rano, jak jest zaspany i o ile połaskocze się go bardzo delikatnie.
Waschdi się z nią nie zgodził, a był w tym tak uparty, że uznała to za wyzwanie. Nie musiała się nawet zbytnio ruszać, aby udowodnić mu, że się myli. Wystarczało przecież zademonstrować. Uwolnić rękę chwilowo unieruchomioną przez obejmującego ją Johanna i przesunąć dłonią po jego boku delikatnie. Tak, jak to nie raz robiła. Johann wzdrygnął się i spróbował odsunąć. Waschdi pogłaskał go uspokajająco po włosach.
– No już, już, Haane.
– O co wam chodzi? – padło bardzo ciche pytanie. Heike ledwie je usłyszała.
– O nic – zapewnił Waschdi nie przestając go głaskać. – Ot nauczyłem się o tobie czegoś nowego. Po tylu wiekach jest to zaskakujące.
Heike miała wrażenie, że na niewiele się Sebastianowi ta wiedza zda. Taki wielki chłop, z tak ciężką ręką mógł nigdy nie nauczyć się pomiziać kogoś dostatecznie delikatnie – pomyślała z satysfakcją.
– Yhym.
– Haane, żebyś ty siebie teraz widział. Cukier – roześmiał się i przytulił ich oboje przy okazji ich przygniatając. Cóż, nie miał przecież innego wyjścia. Sztuki lewitowania nie opanowali nawet Bawarczycy. Johann nie odpowiedział. Znowu przysnął. Jego oddech działał uspokajająco, a wręcz usypiająco na Waschdiego i Heike.
– Prześpimy cały dzień – ziewnął na granicy snu.
– Nie wypada – roześmiała się i spróbowała wyswobodzić spod jego ciężkiej ręki. Pozwolił jej. Położył się z powrotem na swoim miejscu i naciągnął kołdrę pod samą brodę.
– Haane może. Już śpi znowu. A może nie śpi? Śpisz? – zapytał go szeptem na ucho i przygryzł jego płatek. – Chyba śpi…
– Próbuję – padła cicha i mało zrozumiała odpowiedź.
– I jak ci idzie?
Johann mruknął ponownie coś równie niezrozumiałego dla nich obojga i usiadł na łóżku. Przeczesał palcami włosy i zaklął cicho, zorientowawszy się, jak bardzo się splątały przez noc.
– Wyglądasz jak stara wiedźma – roześmiał się Waschdi. – Brakuje ci tylko jakiegoś zielska we włosach.
Odpowiedziało mu kolejne mruknięcie. Towarzyszyło ono powolnej próbie wydostania się z łóżka bez konieczności przechodzenia nad kimkolwiek. Chodzenie po materacu czasami okazuje się być nie lada sztuką. Zwłaszcza, gdy kołdra próbuje owinąć ci się wokół stóp.
– Haane, gdzie cię niesie?
– Do domu.
– Jesteś w –
– Nie jestem – Johann wszedł mu w słowo. Mówił cicho i po swojemu kładąc akcent na pierwszą sylabę wymawianych słów. Każde rozdzielał wyraźną przerwą, jakby zaspanie sprawiało, że złożenie ich w sensowne zdania było dla niego problematyczne. – Dom mam w Dreźnie. Tam przynajmniej nikt nie bawi się w budzenie mnie, co kilka minut, jakby to była jakaś super zabawa.
– Hans. – Waschdi usiadł na łóżku i zmierzył go wzrokiem. – Nie będziesz w taką pogodę i tak zaspany nigdzie jechał – powiedział spokojnie. – Żarty na bok.
– Jak wam się to tak podoba, to znajdźcie sobie inną zabawkę, do ćwiczenia na niej różnych technik łamania przesłuchiwanych. – Johann mówił tak, jakby Waschdiego w ogóle nie usłyszał. Zabrał swoje ubrania i wyszedł z pokoju.
Heike sięgnęła po swój szlafrok. Przecież tylko żartowali.
– Ale go ugryzło – mruknął Waschdi.
Wyszła na korytarz i omal nie wpadła na Johanna wychodzącego z łazienki. Nie odezwał się do niej, a zanim ona zadecydowała, co w ogóle chce powiedzieć, za nim zamykały się już drzwi wejściowe.
– Hans! – krzyknęła i pobiegła za nim. – Daj spokój! Nie świruj i wracaj tu, Hans! – Stała w progu i nie zamierzała wybiegać na dwór na bosaka. Zagrzmiało. – Johann! Sebastian, chodź tu do cholery jasnej!
Chciał jej odkrzyknąć, że chwila, moment, nie pali się, bo zanim Johann upora się z bramą wjazdową, to minie trochę czasu, ale wtedy przypomniało mu się, że przecież Trabi został na chodniku za płotem. Poprzedniego dnia robili kiepisz w garażu i jego oraz Heike auta zajęły cały podjazd. Trabant się już nie zmieścił.
– Cholera jasna – zaklął, ale zdążyć już nie zdążył.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s