Dwie uncje uśmiechu – część 3 [koniec]

– Johann, byłeś kiedykolwiek tak zakochany aż ci się wydawało, że nic innego się nie liczy? Po prostu tak na amen i nie ma zmiłuj? –  zapytała, gdy im napad chichotu przeszedł i odzyskali oddechy oraz jako taką powagę.

Zamyślił się i dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Nawet nie próbowała wstać mu z kolan. Nie skarżył się, że mu ciężko (spróbowałby tylko!), a jej było wygodnie. I nagle dorwała ją taka refleksyjna nuta w myślach. Z tu i teraz przeskoczyła na całe wieki swojego życia, wobec których ten wieczór był mgnieniem, a cała zabawa w szukanie prezentu, którego tak naprawdę nie potrzebowała – ot pretekst, przyznała przed samą sobą – nic nie wartym detalem.

– Chyba tak – Johann odezwał się w końcu, a ton głosu miał taki, że była pewna, iż wpadł do tego samego jeziora melancholii, co ona. Westchnęła. Teraz tonęli w nim oboje.

– Nie żyje?

– Nie żyje.

– Życie bywa do dupy – westchnęła filozoficznie. – Kiedyś sobie powiedziałam, że dość. Koniec i nie oglądam się za nikim, kto umrze najpewniej w przeciągu najbliższych sześćdziesięciu lat. Dwa dni później szlag trafił to postanowienie przez jakiegoś Novika czy innego, co komplementy prawił. I mogłam sobie wmawiać, że nie ma sensu się interesować. Że on przeminie lada moment, a ja zostanę ze swoim uczuciem. Próżność i samotność brały nade mną górę.

– A Josef?

– A to inna bajka – zaprotestowała. – Zupełnie inna. To był biznes. Znaczy się, kochałam go – powiedziała z przekonaniem. – I to tak, jak kobieta kocha mężczyznę, ale naprawdę nie wiem, czy gdyby sytuacja była inna, to doszłoby do jakiegokolwiek małżeństwa. To zresztą specjalnie długo nie przetrwało, przyznasz. Feluś i Taurys zrobili unię bez miłosnego och i ach, i przetrwali dłużej. Może biznes i miłość naprawdę nie powinny iść w parze?

Nie mógł się z tym kłócić. Niemcy, jako takie na mapie też od wieków były różnymi związkami i nikt tu sobie wielkiej miłości nie wyznawał z tej okazji. Niektórzy nawet sugestie o takowej traktowali, jako obrazę. Uśmiechnął się do wspomnień kilku takich sytuacji, ale nic nie powiedział.

– Czasami, to mi tęskno do tamtego, ale rzadko. Naprawdę. To, jaka ona była?

– Hym?

– No ta, w której się tak zakochałeś? Gdzie ty mi myślami uciekasz? Chyba naprawdę przebywanie z Ludkiem jest zaraźliwe.

Wzruszył ramionami.

– No to, jaka?

– Nie pamiętam – przyznał. – Chyba nawet specjalnie zapomniałem. Nie było, po co pamiętać.

Michaela nabrała powietrza, jakby chciała powiedzieć coś dobitnego, ale finalnie tylko wypuściła je głośno i pokręciła głową.

– Faceci.

– To było dawno temu. Bardzo dawno. A potem zmieniały się mody i wspomnienie się wypaczyło. Tak mi się teraz wydaje. Poza tym było, minęło. Nie ma co do tego wracać.

– Faceci! – powtórzyła. – Kobieta się stara, a wy i tak zapomnicie! Zero sentymentu.

Johann jej nie przerywał, choć miał ochotę zaprzeczyć, że sentymentalni faceci też się zdarzają. Ba! Nawet uważa, że Josef ze swoim zbieractwem kufli jest sentymentalny, bo żeby pamiętać historię zdobycia niemal każdego… No i jemu samemu też sentymentalizm zarzucano czasami. Nie żeby się tym przejmował.

– To jak z tym prezentem. Ja się tu tak poświęcam – mówiła z emfazą. – Taki szmat drogi pokonuję, a oni tak pewnie zapomni.

Johann chrząknął. Zrozumiała to w lot.

– Wiem, że palnęłam dzisiaj, że to pretekst był. Że pewnie i tak bym cię nawiedziła. Za długi mam czasami język. To te same geny, co u Felka się odzywają, ale on ma je mocniejsze. Nie zmienia to faktu, że się staram. Bo się staram, prawda?

Przytaknął skinieniem głowy i poparł to pełnym zdaniem, gdy mu się Słowacki łokietek wbił w żebra.

– No właśnie. Niestety nic z tych starań nie wychodzi, więc może byłoby szczęśliwiej, jakbym przyjechała jednak bez pretekstu? Wiesz co, ja jednak wstanę. Zaschło mi w gardle i może po wino sięgnę, ale mój kieliszek został po drugiej stronie ławy.

– Służę moim – zaproponował. Przyjęła bez wahania. – To jak, Jasieńku, masz jakiś pomysł?

Westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy w geście o tyleż dramatycznym, co według Misi zabawnym.

– Nie wiem, nie wiem. Jakiegoś zdjęcia wspólnego nie macie, co by zawierało coś takiego, że by je jednak w tej ramce trzymał na wierzchu.

– Może mamy, ale każde zdjęcie w końcu schowa do albumu i tyle. Pomysł nadrukowywania zdjęć na talerze mi się nie podoba, że ubiegnę propozycje. Myśl o tym, że ktoś co obiadek będzie wbijał mi widelec w oko nie napawa mnie radością. A uwierz mi, Joszka okresowo na pewno by to robił.

– Na breloczki też to nadrukowują – zasugerował nieśmiało. Z pewną obawą obserwował kieliszek Misi. Pal licho jego ciuchy, ale obicie fotela doprać, to byłoby wyzwanie.

– Ma ich wystarczająco dużo.

– I na inne rzeczy – dokończył myśl.

– Kurzołapki i durnostoki – skwitowała i upiła wina. – Joszka nie Feluś, aby to zbierać. Schowa, a potem wyrzuci i tyle. Pat – westchnęła i dopiła pozostałe w kieliszku wino.

– To mu się na kufelek nadrukuj, tego nie wyrzuci, bo mu sumienie kolekcjonera nie pozwoli.

Misia zamarła. Spojrzała na niego i rozpromieniła się.

– Jasieńku, jesteś genialny. Tylko niech ja znajdę gdzie takie coś robią. Siebie może nie nadrukuję, ale jakiś tekst. Wymyślę. Jeju.

– Koło dworca –

– Słucham?

– Robią takie rzeczy koło dworca na nowym mieście – powtórzył i uzupełnił wcześniejsze zdanie. – Wiem, bo kiedyś Waschdiemu tam coś zamawiałem.

– I my możemy tam jutro pojechać? – upewniła się.

– Możemy.

– Jasiu – powiedziała niby poważnie, ale oczy się jej śmiały, twarz się jej śmiała, cała była radością. – Kocham cię!

– Ja ciebie też. Mniej tę kość, którą mi się wbijasz w udo, ale nie takie rzeczy w historii przetrzymywałem.

Misia umościła się wygodniej na Saskich kolanach.

– Nie dramatyzuj. Ty nie Felek.

– Unie personalne – przypomniał tonem, jakby w ogóle bardziej do siebie mówił aniżeli do niej.

Pociągnęła go za kosmyk włosów i roześmiała się. W głowie jej nieco szumiało. Lubiła ten stan, ale zwykle trudno było go utrzymać. Nie pić więcej od tego momentu oznaczało go stracić niebawem. Za to wypicie szybko niweczyło subtelną równowagę, a teraz bardzo nie chciała do tego dopuścić. Westchnęła i objęła go.

– A tam unie – stwierdziła. – Ile ja pod Austro-Węgrami siedziałam i co? Ani do niego, ani tym bardziej do niej podobna nie jestem.

– Twój brat bardziej zaraźliwy? – zaproponował.

– A to możliwe w sumie – zawahała się. – Ale wiesz co, Jasiu?

Spojrzał na nią kątem oka. Całym sobą mówił „Nie, wcale nie patrzę się na ciebie, ani nie chcę usłyszeć tego, co miałaś do powiedzenia. Skądże znowu!”

– Uodporniłeś się już nieco na nas, Słowian, jako takich, więc pewnie i na Felka masz już odporność.

– Słowianie – powiedział w zamyśleniu. – Nowa jednostka chorobowa.

Wbiła mu pazurki w ramię.

– Au?

– Bądź mężczyzną – powiedziała uśmiechając się przymilnie.

– Kwestionujesz?

Odchyliła się, na ile mogła nie ruszając się z jego kolan, i zmierzyła go wzrokiem. Pomijając koafiurę, która wedle pewnych kanonów za męską nie uchodziła, to Johannowi raczej niczego nie brakowało. Przynajmniej wedle jej obecnej wiedzy i przypuszczeń.

– W sumie… – powiedziała niby zamyślona.

Chrząknął. W odpowiedzi wbiła mu pazurki mocniej w ramię. Zmrużył oczy. To jej się nie podobało, bo miał ładne. Nawet w słabym świetle lampy stojącej przy kanapie.

– W sumie… – powtórzyła.

Objął ją mocno w pasie.

– Byłeś w unii z Felkiem – podjęła. – Może i lubią mu przypinać etykietkę takiego, co w kieckach biega, ale przecież chyba oboje wiemy, że to nie do końca tak. Ja wiem, że nie każdą unię trzeba skonsumować, ale w sumie… Auć! Masz zimne dłonie!!!

Uniósł brew w wyrazie bezbrzeżnego zdziwienia o cóż jej chodzić może. Zmarszczyła nosek niezadowolona i prychnęła, ale to nijak nie zmieniło sytuacji. Zimna dłoń Johanna nadal rezydowała na jej talii zdecydowanie pod bluzką. To drugie jej nie wadziło.

– Sadysto! – zachichotała. – Gdzieś ty te rękę trzymał, że taka zimna?

– Brak kawy – powiedział filozoficznie.

– Wino masz! Alkohol też ci powinien pomagać. Poza tym mogłeś te ręce trzymać w jakimś cieplejszym miejscu. Ja wiem? Siedzieć na nich, kocykiem nakryć…?

– To przecież trzymam w ciepłym – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Jedną, ale to zawsze pięćdziesiąt procent. W dodatku to prawa, a ja jestem bardziej prawo niż lewo ręczny, więc można powiedzieć, że to ta cenniejsza, a zatem większa połowa.

Pokręciła głową z rozbawieniem. Objęła go za szyję i cmoknęła na chybił trafił. Wyszło w skroń. Zmrużył oko, jakby się na chwilę przestraszył, że mu je wydziabie. Roześmiała się. Odchyliła głowę i zapatrzyła się w sufit. Chichotała. Dłoń Johanna już nie wydawała się taka zimna i teraz stanowiła punkt, z którego przyjemne ciepełko rozchodziło się po całym ciele. Ale drugą pewnie nadal ma lodowatą – pomyślała. Jako kobieta dobrze wiedziała, jak to jest z tymi marznącymi dłońmi i stopami. Gdzieś z odmętów pamięci wypłynęło jej wspomnienie budzenia Joszki na zimne stópki. Dawne czasy tu i teraz nieważne. Znów spojrzała na niego.

– A druga zamarznie i odpadnie – zachichotała.

Wyglądał na nieco zawiedzionego.

– I będzie szkoda – ciągnęła, – bo jedną ręką na gitarze nie zagrasz. Smutno będzie, wiesz? I…

Nie dał jej dokończyć. Podskoczyła, gdy druga zimna dłoń wsunęła się pod jej bluzkę. Zacisnęła na moment ząbki, a gdy pierwszy szok minął roześmiała się.

– Tak? – zapytał.

– Nie za dobrze ci?

– Nie… Chyba nie. Moim dłoniom w sam raz, a mi… – zawahał się. – Nie mam powodów, aby się skarżyć. Widoki mam ładne…

Zadarła dumnie brodę. Śmiałby tylko na widoki narzekać. Wybranie bluzek na ten wyjazd zajęło jej dłuższą chwilę. Nie żeby kiedykolwiek ktokolwiek miał się o tym dowiedzieć. I nie żeby Johann o tym myślał. Tu i teraz interesowało go bardziej. Pocałował ją w odsłoniętą szyje. Nie zaprotestowała. Wtuliła się w niego i westchnęła.

– Wino – odpowiedział na niezadane pytanie.

– Może. Nie wiem.

Jedna z jego dłoni wymeldowała się spod bluzeczki i teraz głaskała Michaelę po włosach. Kobieta czuła się ukontentowana.

– A ponoć tacy dorośli jesteśmy. Tyle wieków doświadczenia i w ogóle – ciągnęła. – A nie wiemy.

– Jak dzieci…?

– Jak napalani nastolatkowie – zachichotała.

– Źle z nami?

– Nie wiem… – Pocałowała go w policzek, bo tak miała najbliżej. – Czy to w sumie ważne? Kiedyś, to czynniki zewnętrzne zmieniały się chyba wolniej i łatwiej było sobie sformować zasady, a teraz? Polityka wywraca się czasami z kadencji na kadencję, więc czemu raz na jakiś czas nie pobyć apolitycznym? Tak dla siebie, dla zabawy?

– W sumie…

– Przedrzeźniasz mnie!

– Ja?

– Ty!

– I romantyzm szlag trafił – westchnął.

– Oj. Rozchmurz się. Zostaję jeszcze kilka dni.

– Jutro Ludowit wraca.

Skrzywiła się.

– A nie dałoby się mu zasugerować, aby wiesz? Jakiś dzień dłużej w jednej ze swoich stolic posiedział?

– Rano może do niego zadzwonię – zdeklarował.

Uśmiechnęła się. Nieco wyswobodziła się z jego objęć i sięgnęła po butelkę i kieliszek. Napełniła go i wzniosła w górę.

– To za to, aby Ludek trochę dłużej u siebie posiedział – powiedziała i upiła nieco poczym podała mu.

– Za Ludka, Chociebuż i Budziszyn oraz dzielące je od Drezna odległości – dodał i sam się napił. – A teraz co?

– Spać i byle do jutra? Prezent z rana i potem niech się dzieje wola nieba – zaproponowała nie do końca sama pewna, czy tego teraz chce. Dobrze jej było tu, na fotelu. Ciepło i bezpiecznie. Łóżko w gościnnym było duże i zimne, ale atmosfera rozwiała się i Michaela nic nie umiała na to poradzić. Spojrzała kątem oka na Johanna. Nie rwał się do wstawania. – Jak tu zaśniemy, to jutro będziemy chodzili jak połamani.

– Adekwatnie do naszego wieku.

– Dokładnie – szepnęła mu do ucha. – A wtedy nawet, jeśli Ludek nie wróci, to nic nam z tego nie przyjdzie.

– Stajesz się praktyczna w podejrzanie germański sposób, wiesz?

– Jesteś zaraźliwy – parsknęła śmiechem na krótką chwilę, nim Johann pocałował ją tak, że śmiech nie miał już racji bytu. Rozpłynęła się na moment, ale atmosfera i tak nie powróciła, a oni jednak nie byli napalonymi nastolatkami. Pozwoliła się zanieść do gościnnego i pocałowała Johanna na dobranoc, i tyle było tego dnia dla niej. Zasnęła szybko ukołysana całodziennym łażeniem, winem, obiadokolacją i powidokami chwil ledwie co minionych.

Obudziła się z lekkim kacem. Znała się z nim raczej dobrze i wiedziała, że za góra godzinę nie będzie po nim śladu. Czasami odbijał się czkawką wyrzutów sumienia, ale tym razem się ich nie spodziewała. Uśmiechnęła się i przeciągnęła, aż jej w kościach strzyknęło.

– Starość – westchnęła i roześmiała się. Koleżanki mówiły, że przesadza, że młoda jest… Dla nich była! Dla nich miała te dwadzieścia lat z haczykiem. Gdzież temu było do jej prawdziwego wieku?!

– I jakie to ma dzisiaj znaczenie? – zapytała sama siebie na głos. – Żadne – odpowiedziała.

Nie mogła zdecydować czy się wyspała, czy nie. Ciepły półmrok zachęcał do powtórnego zagrzebania się w pościeli, ale jasne światło tuż pod krawędzią rolety sugerowało, że dzień się już zaczął i może należałoby się jednak ruszyć z łóżka. Niekoniecznie gdzieś daleko. Na przykład tylko sprawdzić, czy Johann jeszcze śpi. Jeśli będzie, to ona z czystym sumieniem sama też zaśnie. Jeśli nie będzie, to cóż.

Spodobał się jej ten plan.

Wychynęła na korytarz. Pokój Johanna, pokój Ludowita, graciarnia – zamknięte drzwi budziły w niej dziecięcą ciekawość, może zatem jeszcze nie była taka stara? Uśmiechnęła się. Nigdy pokoju Ludowita nie widziała. Ani tu, ani jak jeszcze mieszkał w Budziszynie lub Chociebużu. Nigdy w ogóle w Chociebużu nie była. Nie miała nawet pewności, co do powodów tego, że zamieszkał z Johannem. Nie pytała o to, albo już zapomniała, jak brzmiała odpowiedź. Może zresztą odpowiadał Ludowit i zagubiła się w jego dygresjach. Może odpowiadał Johann i też do końca historii nie doszedł, bo zeszedł na inny temat. Jemu również się to zdarzało. Teraz drewniane drzwi z żółtą szybą kusiły, żeby tylko zajrzeć. Rzucić okiem czy panuje tam porządek, czy bałagan podobny do tego w Ludowitowych myślach. Poranna cisza ośmielała.

Nikt się przecież nie dowie – szeptała.

Michaela wsłuchała się w nią i wtedy dopiero wychwyciła coś jeszcze. Muzykę dochodzącą z graciarni. Saint-Saëns. Ciekawość zmieniła swój obiekt zainteresowania równie szybko, co ulotniła się odwaga.

Zapukała i zajrzała do środka. Gospodarz leżał na kanapie z książką.

– Dzień dobry.

– O! – Spojrzał na nią ponad lekturą. – Jak się spało?

– Krótkawo jakoś. Przyłożyłam głowę do poduszki i już było rano – odpowiedziała zgodnie z prawdą i usadowiła się obok niego. Zerknęła na tytuł książki, ale z niczym nie mogła go skojarzyć. – Która jest godzina?

– Koło dziewiątej.

– Jeju. Jasiu – powiedziała przesadnie poważnym tonem. – Ja myślałam, że z nas dwojga, to ty tutaj jesteś zdechlakiem porannym i powinieneś spać do południa, a tymczasem ty już na nogach. Będę miała wyrzuty sumienia.

– Czynniki zewnętrzne – roześmiał się i wskazał jej okno.

Spojrzała w nie. Okno jak okno. Dłuższą chwilę zajęło jej dojście do tego, co konkretnie miał na myśli. Filtrowany białą firanką dzień wlewał się do pokoju i…

– Słoneczko! A tyle dobrego się czasami słyszy o niemieckich prognozach pogody – zaśmiała się.

– Na szczęście, czasami się mylimy. Zresztą nie dam sobie ręki uciąć, że to się długo utrzyma –

– Nie kracz pan, panie Wärzner! – przerwała mu. – Ja lecę pod prysznic i jedziemy załatwić ten kufelek. Wiem, co chcę na nim mieć. Ludowit będzie kiedy?

Johann wzruszył bezradnie ramionami.

– Nie udało mi się do niego dodzwonić – wyjaśnił.

Westchnęła. Wolałaby wiedzieć ile ma jeszcze czasu.

– To ja tym bardziej zmykam do łazienki.

– Jakaś kawa, śniadanie?

– To ceduję na ciebie. Przygotowuj strategię pod ten mój syndrom sztokholmski, chyba że jednak pogodziłeś się ze swym marnym losem? Mam nadzieję, że nie. Przykro by mi było. Bardzo.

Gdy przekraczała próg kuchni już czuła się kupiona. Tym razem nie na słodko, bo jajeczniczką. Prawdziwy męski standard. Tutaj w dodatku wyćwiczony przez naprawdę wiele lat. Do niej dostała soczek. Ku jej zdumieniu Johann też go pił, a już przywykła do niego i kawy jako nierozłącznej pary. W zaledwie dwa dni. – Aż sama była zdziwiona. No może nie dwa – poprawiła się w myślach po chwili. – Po prostu teraz bardziej zwróciłam na to uwagę.

– Tak?

– Hym?

– Uśmiechnęłaś się tak, jakbyś chciała coś powiedzieć.

– Nic a nic – zarzekła się. – Dzisiaj znów rowerujemy?

– Raczej nie. Chyba, że skłonna jesteś jeździć na moim lub Ludowita rowerze, ale mogą być trochę za duże. Koleżanka potrzebuje swojego.

– Ludowit na rowerze. W tłumie. Wiem, przesadzam pewnikiem, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mógłby się tak zamyślić, że w kogoś by wjechał. Jestem złą siostrą, ale chyba nawet nie zamierzam tego specjalnie zmieniać.

– Możemy pojechać autem, albo komunikacja miejską – dokończył poprzednią myśl, jakby zupełnie nie zwrócił uwagi na to, co powiedziała Michaela.

Padło na auto.

– Nie zgub się.

– Robię, co mogę – odpowiedziała i chwyciła się mocno jego ramienia.

Przechodzili przez dworzec, a na jeden z peronów wjechał pociąg i to ani chybi był taki, który niebawem kończył bieg, bo ilość ludzi, jaka się z niego wysypała była zatrważająca. Teraz tłum zmierzał ku wyjściu na plac, a oni szli pod prąd. – Poza tym twoja przyszłość próbuje mnie tu zadeptać – dodała ciszej, gdy kolejne dziecko prawie w nią weszło.

– Nie jestem pewien, czy to moja przyszłość, bo na moje ucho to oni bardziej z północy, ale wezmę to na siebie.

– Nie wnikam. Nie rozeznaję się i pewnie nigdy nie zacznę. Nawet nie będę próbowała. Ja chcę tylko wyjść stąd w jednym kawałku. I zwolnij nieco, bo ja mam za krótkie nóżki na twoje tempo – poskarżyła się.

– Maleństwo…

– Co mówiłeś?

– Nic.

– Już ci wierzę – mruknęła. – Coś powiedziałeś, ale ja nie zrozumiałam, bo zrobiłeś to cicho. Tu natomiast jest głośno, a mój niemiecki jest, jaki jest. Bo ci po słowacku zacznę mówić.

Johann wzruszył ramionami, a raczej ramieniem, bo drugie nadal tkwiło w uścisku Michaeli.

– Można wiedzieć, co takiego będziesz chciała na tym kuflu?

Spojrzała na niego i westchnęła teatralnie. Nie skomentowała tak niedelikatnej zmiany tematu. Ostatecznie mogła się pogodzić z tym, że się nigdy nie dowie, jak nazwał ją tam w tunelu pod peronami. Była pewna, że mówił o niej. Inaczej, po co by się z tym tajniaczył?

Faceci są niczym książki – pomyślała.

– Taki jeden dowcip sprzed jakiś dwudziestu lat. Jeszcze czechosłowacki. Mam nadzieję, że haczki w nim nie będą problemem.

– Haczki?

– Haczki – powtórzyła. – Takie haczyki nad literkami. Na pewno je widziałeś, bo są zarówno w słowackim, jak i w czeskim, a czeskiego tu w Dreźnie całkiem sporo. Zresztą dowcip będzie po czesku, ale chyba ci go nie opowiem, bo i tak nie zrozumiesz – wyjaśniła i znowu zerknęła na niego.

– Uważaj na krawężnik.

Parsknęła śmiechem.

– Czyżbym męską dumę uraziła? To dowcip polityczny. To, czy zrozumiesz go w pełni zależy od tego, na ile orientujesz się w politykach moich i Joszki sprzed kilku dekad.

– Nie orientuję się – przyznał bez żalu. – A moja duma ma się dobrze. Po prostu mi się skojarzyło, jak raz tu Saskia w podobnej sytuacji omal się nie wywróciła.

– Znowu mówisz o kimś, kogo nie znam – stwierdziła zadbawszy o urażoną nutę w swoim głosie. – Czy mam być zazdrosna?

– Saskia, to taka doszywana siostra dla mnie, więc raczej nie. Chociaż w tych naszych rodzinach, to nigdy nic nie wiadomo. A z tym dowcipem, to zaryzykuję.

– Rozumiem. A żart jest taki. Premier Czech – Pithart, premier Słowacji – Čarnogursky i premier Czechosłowacji – Čalfa przechodzą w poprzek zamarzniętej rzeki. Nagle lód pęka, kto jest uratowany? – zapytała.

– Hym?

– Czechosłowacja – roześmiała się.

– Polityczne, faktycznie – przyznał. – Skojarzenia czechosłowackie będzie miał Joszka na pewno.

– Wolałabym same słowackie, ale jakoś nic takiego nie przyszło mi do głowy. Zatem będzie tak bardziej refleksyjnie. Sama się pewnikiem nigdy nie przekonam, jak on to zinterpretuje, ale jakby co, Jasiu, to wiesz…

Tyrpnęła go lekko w bok.

– Nie wiem – odparł bardzo szybko.

– Wiesz – powiedziała z przekonaniem. – Daleko jeszcze?

– Wyskakuj, ja jeszcze do sklepu podjadę.

– Beze mnie?

Spojrzała na niego podejrzliwie. Nie było jej jakoś specjalnie spieszno do domu, bo kuflowe formalności załatwili nad podziw szybko i miała wrażenie, że ledwie wyszli, a już wrócili. Pogoda zachęcała nawet do jakiegoś spacerku.

– Bez ciebie – przytaknął. Zatrzymał Trampolo przy krawężniku i włączył awaryjne. – Ciebie zostawię w ciekawszym towarzystwie.

– Mi tam twoje odpowiada – zapewniła.

– Miałem na myśli ciekawsze niż półki w spożywczym – sprostował. Na twarzy odmalowało mu się rozbawienie lekko zabarwione niedowierzaniem albo zwątpieniem. Nie umiała zdecydować, a napatrzyć się nie dał.  – Wyskakuj, a ja zaraz do was dojadę.

– Was?

Wskazał podjazd koło własnego domu. Zaraz za bramą stała szara Jetta.

– Ludowit – powiedziała nieco do siebie. Nie była pewna, czy jest zadowolona z tego, że jej brat już wrócił do domu. Trochę liczyła na to, że nie nastąpi to przed wieczorem. Oczywiście starała się nie dać tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się i szybko wysiadła. – Nie zapomnij mu tego wina odkupić – roześmiała się i pobiegła ku furtce.

Drzwi do domu były niezakluczone. W salonie telewizor gadał sam do siebie – zajrzała i nikogo innego tam nie znalazła. W kuchni na stole stał kubek z parującą herbatą, ale po Ludowicie też nie było śladu. Jakby się pod ziemię zapadł.

– Ludek! – zawołała. Telewizor zagadał nie na temat. – Ludowit!

– Misia? – Wołany pojawił się w drzwiach do składziko-spiżarni. – Co ty tu robisz? – zdziwił się szczerze.

– Przyjechałam po prezent dla Josefa – odpowiedziała. – I tak w ogóle w odwiedziny. Co tam u ciebie? – zapytała zanim zdążyła się ugryźć w język. Zadziałał odruch wyrobiony w czasie spotkań ze zwykłymi znajomymi. Brawo Michaelo, co może być u kogoś, kto mimo wszystko stara się o jakąś niepodległość od wieków z wiadomym skutkiem?!

– W porządku – odparł Ludowit. – Chcesz herbaty z konfiturą? O ile znajdę tę konfiturę, bo jak nie znajdę to będzie bez niej. – Znowu zniknął za uchylonymi drzwiami. – Szykujemy się do małego festiwalu w Chociebużu i trochę jeżdżę między nim, Budziszynem a Dreznem. Dobrze, że Trabant jest już na chodzie, bo na jednym aucie byłoby trudniej, to wszystko zorganizować, a tak jest dobrze, bo Hans chętnie Trabantem jeździ i mogę pożyczać drugie… Może wpadniesz na początku października do Chociebuża?

– Może –

– Będzie mi miło. O ile pogoda dopisze, to będzie naprawdę fajnie. Już namówiłem Maxa i Heinricha. Może nawet Albrecht się ruszy z Poczdamu, ale z nim to nigdy nie wiadomo, czy mu się nie odechce. Kto ją postawił na tej półce? Pewnikiem ja. Nieważne. Może jeszcze kogoś namówię.

Usiadła przy stole i słuchała tego potoku słów. Nawet nie próbowała dodać czegoś od siebie. Nie miała pojęcia, o kim on mówi. Czy to są jacyś zwykli ludzie, czy nie. Łatwiej jej było z Ludowitem rozmawiać, gdy tematem była przeszłość. Był kopalnią ciekawych historyjek i lubiła je z niego wydobywać, ale Ludowit i współczesność już mniej jej podchodzili. I naprawdę nie obraziłaby się, gdyby mu się powrót do Drezna opóźnił o dzień lub dwa.

Bo widzisz, braciszku, ja tu przyjechałam pod pretekstem szukania prezentu, ale tak naprawdę, to mi się ostatnio straszliwie nudzi i samotno mi, bo znajome powychodziły za mąż lub znalazły gachów tymczasowych i w ogóle, więc postanowiłam sobie zafundować mały anty-depresyjny romansik z twoim współlokatorem, więc mógłbyś wrócić, do swojego Chociebuża, Budziszyna, czy gdzie tam cię jeszcze mogą potrzebować? – powiedziała sobie w myślach i aż się jej wyć chciało od stężenia brutalnej szczerości w tym zdaniu.

Ludowit opowiadał o jakimś festynie.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

Na chwilę poczuła się wykluczona z rozmowy. Nie nadążała z kojarzeniem różnych wydarzeń, ludzi i miejsc. Piła swoją herbatę i oddała się prostej obserwacji. Bez dwóch zdań Johann i Ludowit byli do siebie podobni. Pewnie nie raz ich brano za rodzinę, ale jeśli nie dać się zwieść pierwszemu wrażeniu, to całe podobieństwo opierało się na włosach i podobnej posturze. Może trochę rysach twarzy, ale tylko trochę. Jakby im tu jeszcze dostawić Josefa – rozważała w myślach, a oni tak byli zajęci rozmową, że nie zwrócili uwagi na jej badawcze spojrzenie. – Może nie rodzeństwo, ale jakiś więzów krwi ktoś mógłby się zacząć dopatrywać.

Do zapamiętania: unikać tego – pomyślała. – Jeszcze mi kto będzie próbował wmówić jakiś kompleks, że się oglądam za podobnymi do starszych braci.

Skrzywiła się, ale i to przeszło niezauważone.

Przypadek – wyjaśniła sobie. – Wszak nie tylko za takimi się oglądam.

Przyjrzała się Ludowitowi. Siedział po drugiej stronie stołu i coś opisywał. Łapała pojedyncze słówka z tej niemiecko-górnołóżyckojęzycznej rzeki. Chyba chodziło o ten festiwal, ale pewna nie była. Johann jednak wyglądał na zainteresowanego. Stał oparty o kuchenną ladę, w ręce miał kubek z kawą i słuchał.

Kawusia – roześmiała się w myślach. – Świat wrócił do normy. Tylko teraz Ludek taki nie Ludkowy. Taki niezagubiony, chociaż dygresja pewnie nadal goni dygresję.

Może podrzucę Joszce i Felkowi informacje o tym festiwalu? Że łużycki to ich pewnie nie ruszy, ale zawsze okazja do wycieczki, napicia się piwa i zabawy, więc a nuż dadzą się namówić? Ludowit by się ucieszył. Chyba – zwątpiła. – Chyba by się ucieszył. Tak mi się wydaje, bo –

Głos Ludowita ucichł. Skupiona na własnych myślach zauważyła to dopiero po chwili. Zamrugała i spojrzała na gospodarzy pytająco.

– Odpłynęłaś – stwierdził Johann i roześmiał się. Ludowit też. Nie chciała wiedzieć, jak głupią musiała mieć minę, że tak ich to rozbawiło.

– Troszeczkę, a o co chodzi?

– Zbieram się – oznajmił Ludowit. – Przyjechałem tylko po czyste ubrania i wracam. Zachorował jeden z organizatorów i wziąłem na siebie cześć jego pracy, i muszę tam teraz być, choć nie planowałem. Trzeba to i tamto pozawozić w różne miejsca. No i ładowarki do komórki zapomniałem też.

Roześmiała się.

– Mam nadzieję, że nic innego mi się nie przypomni ledwie wyjadę na autostradę –

– Mi się przypomniało – przerwał mu Johann. – Że Friedrich dzwonił na stacjonarny tutaj, bo się do ciebie na komórkę nie mógł dodzwonić. Teraz już wiem, dlaczego. Oddzwoń do niego.

– A. Yhym, oddzwonię.

– Nawigację masz naładowaną?

– Mam wpiętą w gniazdko w aucie. Poza tym do Chociebuża trafię bez niej.

Michaela przygryzła wargę, aby się nie roześmiać. Mina Johanna sugerowała, że ma jakieś „ale” odnośnie tego trafiania. Była ciekawa, co to za „ale”, jednak pozostało to milczeniem. Pięć minut chaotycznych pożegnań później została w kuchni sama. Z okna widziała Ludowita wsiadającego do auta. Po chwili Jetta znikła, a na jej miejscu pojawiło się słoneczne Trampolo, wcześniej zaparkowane na chodniku.

– Fajny dzień. Jak w kalejdoskopie – powiedziała na głos. Przeciągnęła się i utkwiła wzrok w wejściu. Odezwała się ledwie pojawił się w nim Johann. – I co poczniemy z takim miłym popołudniem?

Wzruszył bezradnie ramionami.

– No gospodarzu – zachęciła. Wstała od stołu i oparła się o ladę tam, gdzie jeszcze nie tak dawno on sam stał. – Wiemy kiedy Ludowit znów wróci?

Zaprzeczył ruchem głowy. Podsiadł ją na krześle i wydal z siebie pomruk sugerujący bardzo skomplikowane procesy myślowe. Zmarszczył brwi i zapatrzył się na wiszący nad lodówką landszafcik.

– A ty kiedy dokładnie masz pociąg powrotny? – zapytał.

– Nie mam – odparła pogodnie. – W sumie mogłam dzisiaj bilet kupić, ale… – przeciągnęła ostatnią samogłoskę i nie dodała już nic więcej.

– Tak? – Podjął zabawę.

– Jasiu… – Podeszła do niego, wsparła się dłońmi o stół i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się.

– Tak?

– A tobie nie chciałoby się może Rodericha odwiedzić?

– Wiedeń…?

– Jest ładny o tej porze roku – zachęciła.

– I czasami człowiek zagapia się na autostradzie i dojeżdża trochę dalej niż planował, tak?

– Czytasz mi w myślach – roześmiała się i usiadła mu na kolanach. – Czasami nawet nawigacja się tak gubi i prowadzi licho wie gdzie.

– Podejrzewasz, że moja mogłaby –

– Moglibyśmy to sprawdzić. Nie dziś, czy jutro, ale może pojutrze. Jak już kufelek będzie. Pomyśl, że mogłaby mi gdzieś torba upaść tak niefortunnie, że by się stłukł – dodała z emfazą.

Johann skapitulował. I tak od samego początku tej rozmowy zamierzał to zrobić. Wiedeń. Cóż, może faktycznie do niego wpadnie w drodze powrotnej. Po tym, jak mu się uprzednio omskną zjazdy na autostradzie i dojedzie do Bratysławy.

Josef patrzył na rozpakowaną paczkę, którą chwilę wcześniej odebrał od kuriera. Była od Michaeli – to wyczytał łatwo, na papierze, jakim owinięto pudełko. Rozpoznał też jej charakter pisma na włożonej do środka kartce z życzeniami. Kufel był już niespodzianką. Postawił go na stole i przyglądał mu się z rozbawieniem. A to go zaszła, wredota jedna.

Český premiér Pithart, slovenský premiér Černogurský a federálnípremiér Čalfa jdou přes zamrzlou řeku, když tu náhle se prolomí led. Kdo bude zachráněn? Československo – przeczytał na głos.

Pamiętał ten żart. Budził wspomnienia. Trochę dobrych, trochę gorszych, a wszystkie sprowadzały się do Czechosłowacji.

– Tak, Misiu – roześmiał się nieco zrezygnowany. – Pamiętam.

Wziął kufel w ręce i obejrzał dokładnie. Do napisu się ktoś przyłożył. Ładnie go rozplanował. „Československo” miało trochę większe litery niż cała reszta. Szkoda było mu postawić go gdzieś w głębi półki i był pewien, że na to właśnie liczyła jego siostra. Nie schowa go głęboko i będzie patrzył na niego wiele razy. A wtedy będzie mu się kojarzyło.

Spojrzał na niego pod światło i coś rzuciło mu się w oczy. Mała sygnatura producenta samego naczynia. Zmarszczył brwi. Z pamięci wypłynęło mu gadanie Gilberta sprzed dwóch tygodni. Szkło było niemieckie. Gilbert był pewien, że widział Michaelę w Dreźnie. Nie wspominała, że tam jedzie, ale może pojechała.

Po kufel?

Takie coś mogła załatwić nie ruszając się z domu przez Internet i to w Bratysławie. Zresztą mogła robić, co chciała… Spojrzał na komórkę. Zadzwonić? Zapytać niezobowiązująco…

– Jeszcze czego! – przerwał własnym myślom. – I usłyszę, że niby znowu próbuję ją kontrolować.

Napisał tylko smsa z podziękowaniami, a kufel wprowadził do służby czynnej. Na stanie za szybką jeszcze będzie miał czas. Przepłukał go i nalał do niego piwa. Usiadł w wygodnym fotelu i wrócił do przerwanej przez kuriera lektury. I tylko gadanie Gilberta ciągle dzwoniło mu między uszami i nie pozwalało się skupić ani na książce, ani na muzyce.

– I tak się kiedyś dowiem – uciszył własną ciekawość.

Z głośników wieży popłynęła kolejna piosenka. Jęknął pod naporem skojarzeń, ale nie chciało mu się sięgać po pilota i jej przełączyć.

“I loved you for a long, long time

I know this love is real

It don’t matter how it all went wrong

That don’t change the way I feel

And I can’t believe that time’s…”

Drezno – Wrocław – Paryż 2010/2011


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s