Pruska egzystencja

Prusak pojawił się pod domem Słowenii, z kwiatami i pudełkiem czekoladek. Tak doradzał Josef, a Gilbert ufał mu, chociaż wiedział, że nie powinien. Czechy dostał w geograficznym spadku bardzo nieodpowiednie geny. Ale przecież nikt nie ma wpływu na to jakim się rodzi, prawda? Na szczęście czynniki środowiskowe robiły swoje. Gdzie było Czechom do Polski? Przecież oni jak ogień i woda. To już raczej Michaela upodabniała się do Łukasiewicza z tym swoim zamiłowaniem do wódki, gór, głupich odzywek i chełpienia się nieswoimi osiągnięciami, ot co! A Josef? Gdzieżby… Taki miły, uczynny, lubiący napić się dobrego piwa, niemal zgermanizowany, owszem, czasami z kretyńską fryzurą, porąbanym filmem o fetyszach i nie-do-końca przyjemnym zwyczajem śmiania się ze studzienki kanalizacyjnej podczas radosnego rytuału palenia trawki, ale co tam… Przynajmniej człowiek nie musi się bać, że wywinie jakiś wstrętny numer (chyba że akurat wypalił jointa i wciąga pianę z piwa nosem, a potem wydaje mu się, że jest Rosją w okresie wzmożonej potrzeby okazywania miłości, ale do tego wspomnienia Prusak wolał nie wracać) – co jak najbardziej byłoby wskazane w przypadku słowiańskiej rodzinki. Oczywiście, oprócz Dunji Vošnjak. Ale ona też jest zgermanizowana…
I właśnie w tym momencie Prusak uświadomił sobie, że stoi jak ostatni kołek i gapi się na czarowny słoweński domek, z pięknym ogrodem, zadbanym skalniakiem, przejrzystym stawkiem z rybkami i olbrzymimi drzwiami do garażu. Czysty, bajkowy, wyjęty żywcem z utopijnego serialu, gdzie bezrobotna, bezdzietna, bezchłopa sierota-matka z córką i babcią wprowadza się do takiego pałacyku w wersji minimalnej. A może ona miała pracę, ale w jakiejś agencji mody, i źle jej płacili? Stanowczo za dużo czasu spędzał przed telewizorem. Papa Germania powtarzał, że nowoczesność nas wszystkich wykończy… Właściwie to doradzał, żeby od czasu do czasu chodzić na dziwki, gdy łapie się doła, ale to na pewno miało głębszy sens.
Westchnął rozdzierająco. Przez wieki śmiał się z nieporadności Ludwiga. A teraz co? Jeden głupi pomysł wyjazdu na Litwę, a dorobił się miłej dziewczyny i wstrętnego bachora. Jakie życie jest niesprawiedliwe… Powinien niczym wolny duch przemierzać Europę (i to tylko i wyłącznie część zachodnią, ewentualnie północną) wzdłuż i wszerz, i zatruwać innym życie. Nic go w końcu nie trzyma. Ani ziemia, ani zobowiązania, ani polityka… Jest wolny. Może odejść na emeryturę jak papa Germania, aczkolwiek niekoniecznie było mu to w smak. Co jeśli okaże się, że musi spędzić z nim wieczność? Lepiej zostać i poegzystować sobie jeszcze. Nikt nie wie, na jakiej zasadzie, ale czy to ważne? Nie warto wdawać się w takie dysputy. Filozofia to coś, co przytrafia się komuś innemu.
Pięknie odmalowane i misternie wykonane drzwi frontowe otworzyły się gwałtownie.
– Gilbercie! Czemu nie wejdziesz? Gdzie zaparkowałeś samochód? Wjedź nim do garażu! Co prawda, u mnie nie jak u Sanji i Sonji, że z golfa to tylko pola nie ukradną…
Prusy poczuł, że jego usta rozjeżdżają się w uśmiechu, chociaż mózg nie do końca zrozumiał dowcip. Ważne, że urocza autorka tych słów wybiegła zgrabnie z domku i dziarskim krokiem zmierzała w jego kierunku.
– Otworzyłam bramę – poinformowała. – Możesz wjechać.
Gilbert niepewnie odwrócił się. Faktycznie, ładnie wykończona mosiężna brama właśnie otwierała się bez najmniejszego szczęku. Prusy w myślach kopnął się dwa razy w zadek, poprawił plaskaczem po mordzie i wziął głęboki oddech.
– Witaj! – powiedział nazbyt szarmancko i nazbyt wesoło, żeby mogło zabrzmieć naturalnie. – To dla ciebie, moja śliczna.
Wręczył jej bukiet i dopiero zauważył, jak bardzo poturbował kwiatki podczas swoich przemyśleń o świecie. Jedna z różyczek złamała się i różowa główka smętnie dyndała, by po chwili odpaść i potoczyć się po słoweńskim bruku.
– Są piękne, bardzo ci dziękuję! – Słowenia nie zauważyła. Prusy możliwie dyskretnie skopał kwiatuszek na trawnik.
– I tego, czekolada, mam nadzieję, że się nie odchudzasz czy coś, i trafiłem w twoje gusta.
Rosjo, czemu mnie wtedy nie dobiłeś…
– Uwielbiam czekoladę – zapewniła Dunja – a teraz przestaw samochód, bo mój sąsiad denerwuje się, gdy ktoś parkuje na chodniku. Jeszcze nie odgadłam, czy to przez co obserwuje podwórko, to luneta czy celownik snajperski, więc…
Prusy wziął radę do serca. Prędko wsiadł do auta, wcisnął sprzęgło, wrzucił jedynkę, zaczął powoli wdeptywać pedał gazu… No tak, Gilbercie, byłoby ci prościej gdybyś odpalił silnik… Słowenia stała przy bramie i patrzyła zachęcająco. Prusak uśmiechnął się, a raczej wykrzywił rozpaczliwie twarz jak może tylko człowiek, który wie, że jego debilizm jest równie zaawansowany co partyzantka w Afganistanie. Przegrali tam wszyscy począwszy od Aleksandra Wielkiego, przez Ruskich, a skończywszy na Amerykanach. Nie ma co podejmować działań obronnych, pozostaje tylko poddać się i patrzeć jak Titanic idzie na dno w piaskowym sztormie. Prusy też szedł na dno, nie silił się na wysyłanie SOS, nie potrzebował widowni, tym bardziej, że orkiestra pokładowa wygrywała wariację na temat piosenki „Something stupid”.
Odpalił silnik. Ruszył, ale chyba o coś zaczepił, bo auto nie chciało się go słuchać. Dunja coś krzyczała. Odkręcił okno.
– Ręczny, Gilbercie, ręczny!
Podśpiewując „ich bin Dummkopf” na melodię Piątej Symfonii Beethovena, szerokim łukiem wziął zakręt. Bez większych strat wjechał do garażu. Jego Opel prezentował się mizernie przy dwóch Mercedesach. Nie wspominając Lamborghini. Pożałował, że nie wysilił się, żeby być zabawny, i nie przyjechał Trampkiem. Chociaż w sumie, gdyby go Austria dorwał, pewnie by mu autko zezłomował. To mogłaby być przyczyna pogorszenia się stosunków na linii Berlin-Wiedeń, a za to Ludwig pourywałby mu to i owo. Małe pocieszenie, że Roderichowi też.
Dał się pociągnąć Dunji w kierunku schodów, potem przez drzwi, mały hol, gdzie stało mnóstwo słoików, zasłonkę z koralików, przedpokój, z którego zapamiętał tylko stojak na parasole w kształcie ryby rozdziawiającej paszczę bardzo szeroko… Słowenia posadziła go na kanapie obitej imitacją skóry.
– Cieszę się, że wpadłeś, chociaż zaskoczył mnie twój telefon – powiedziała, a w jej głosie brzmiała najszczersza sympatia. – Jakież sprawy do załatwienia może mieć tu przypadkiem ktoś z tak dalekiej Północy?
– Nie taka daleka ta Północ – podjął Prusak, w myślach każąc swoim kolanom przestać drżeć, więc zabrzmiał zdecydowanie zbyt opryskliwie we własnej ocenie. – Szczególnie teraz – dodał z kolei zbyt potulnie. Świetnie, nie dość, że zbuntowały się kolana, język, to jeszcze dłonie spociły, a uszy zakwitły czerwienią taniego francuskiego wińska.
Słowenia przechyliła głowę w sposób, który prawdopodobnie miał zachęcić Prusaka do kontynuacji, a przede wszystkim udzielenia odpowiedzi na pytanie. Gilbert chrząknął.
– Byłem u chłopaków. Tak stare dzieje powspominać – skłamał nie tak gładko, jakby sobie tego życzył. Szczególnie po kilku dniach kombinowania nad tą wymówką.
– Och, Zakon Krzyżacki – rozpromieniła się Dunja. – Wspaniali ludzie.
– Tak, też tak sądzę – przytaknął niepewnie Gilbert.
– Tęsknisz za nimi?
– To za dużo powiedziane.
Zapadła niezręczna cisza.
– Czego się napijesz?
Prusy wpadł w panikę. O co powinien poprosić? O kawę? To nie jest zbyt bałkańskie? O herbatę? To nie zbyt prostackie? Coś mocniejszego? I co on zrobi? Będzie motelu po nocy szukał czy czekał, aż go Ludwig uwolni dyplomatycznymi drogami z aresztu za jazdę po pijaku? Sok? A jak nie ma soku i wprawi ją w zakłopotanie? Och, chłopie weź się w garść, nie żyjesz od dobrego półwiecza, a teraz zachciało ci się posypać?!
– Emphm… – usta podjęły decyzję, chociaż mózgowi prawdopodobnie nie o to chodziło.
– Może czegoś mocniejszego? – zaoferowała Dunja. – W końcu do Berlina trochę się jedzie, rozsądnie byłoby wyjechać jutro z rana… Albo generalnie jutro. Mam świetne sycylijskie wino.
Ach, Włochy… Przynajmniej nie to północne ścierwo.
– Bardzo chętnie – odparł i prawie rozpłakał się z radości z odzyskania panowania nad swoim głosem. Odważył się na komplement. – Twoja sukienka jest…
Rozdzwoniła się pruska komórka.
– …naprawdę świetna – dokończył z trudem. Wygrzebał telefon i rozłączył rozmowę, bez jednego zerknięcia na ekranik kto dzwoni. – Podkreśla twoją figurę i w ogóle genialnie ci pasuje – rzucił  nieco głośniej, bo Słowenia zniknęła w sąsiednim pokoju.
– Bardzo dziękuję! Dorwałam w szmateksie.
– Naprawdę świetna – odkrzyknął dyplomatycznie Gilbert. Nie miał pojęcia co to szmateks. Wrodzona inteligencja podpowiadała mu, żeby zignorować ten bagatelizujący ton w głosie Dunji. Znając kobiety, kupienie tej kiecki mogło graniczyć z cudem i może musiała kogoś zabić, żeby ją teraz nosić. I mogła oczekiwać od Gilberta, że to doceni. Prusy skupił się i ze zgrozą uzmysłowił sobie, że nie ma pojęcia jak rzeczona część garderoby wygląda. Moment. Biała sukienka na ramiączkach. Do kolan. Miała jakieś wzroki. Jakie? Myśl, myśl, myśl… Kwiatek, tam był kwiatek, w okolicach biustu, na pewno zielsko jakieś cholerne…
– Bardzo oryginalna! – dodał jeszcze czując się jak kretyn.
– Twoja koszula też jest… urocza.
Dunja wróciła z tacą, na której stało wino, kieliszki, jakaś sałatka i salaterki. Umysł Gilberta nie wiedział, czy ma się skupić na czerwonym kwiatuszku zaczynającym się nieco nad lewą piersią, a którego listki wiły się po ramiączku, czy na fakcie, że z jego koszulą musi być coś nie tak, skoro zwróciła na nią uwagę.
– Otworzysz wino?
– Oczywiście.
Kwiatuszek rozkwitł w pełnej krasie, płatki prawie Gilbertowi uszami wyszły, szczególnie gdy ramiączko z listkami opadło nieznacznie. Nie na tyle, żeby je poprawić, ale dość, aby Prusakowi zakręciło się w głowie. Przeklęty Francjo, jeśli jesteś tak kochliwy za jakiego się podajesz, masz moje najszczersze współczucie… Machnie ci taka pantofelkiem, a ty w zębach naszyjnik z brylantami przyniesiesz.
Otwieranie i nalewanie wina skończyło się nadspodziewanie dobrze, głównie dlatego, że było czynnością rozkosznie mechaniczną. Dunja nałożyła sałatki do salaterek. Gilbert podał jej kieliszek i rozsiadł wygodnie. Słowenia pochyliła się ku niemu.
– Wiesz… Trochę czasu minęło od kiedy cię ostatni raz widziałam, a mam wrażenie, że… że to było przed chwilą. I że byłeś już to kiedyś.
– Nie wykluczam – mruknął Prusy i stuknął swoim kieliszkiem o słoweński.
Speszenie Dusi było ujmujące. Próba złapania jej spojrzenia, napawanie się widokiem czerwonych uszu i wiedza, że nie jest się jedynym który zrobi z siebie idiotę – wszystko to było więcej niż cudowne. Wzajemność to taka wspaniała sprawa.
Dunja otworzyła usta, spojrzała na Gilberta i zamknęła je.
– Za spotkanie? – zapytał unosząc kieliszek.
– Za spotkanie – odparła Słowenia z delikatnym uśmiechem.
Prusy łyknął wina, ale prawie nie poczuł jego smaku.
– Nie byłeś teraz w żadnym Zakonie, prawda? – powiedziała cicho Dunja. Gilbert ucieszył się, że przełknął wino, bo zrobiłby kwiatuszkowi braciszka. – Tym bardziej mi miło.
Uszy Słowenii płonęły. Musiała zdobyć się na dużą odwagę, żeby walnąć takim tekstem praktycznie na początku ich pierwszego spotkania w cztery oczy. Chyba że skądś, za chwilę, wyskoczy  ta cholerna słowiańska rodzina. Z wazonu wyjdzie Serbia, spod wykładziny wypełznie Chorwacja, z półki wychynie Bośnia, przez okno wskoczy Hercegowina, a dodatkowo Austria wejdzie sobie głównym wejściem i zagra na pianinie tylko dlatego, że świat postanowił się uprzeć na Gilberta.
Prusy westchnął i przypomniał sobie radę Czech. Jeśli wszystko weźmie w łeb, przytul, przeproś, że jesteś debilem i potakuj. Bez zastanawiania się, wtedy łatwiej przeboleć ujmę na honorze.
Objął Dunję, uznał, że przepraszać jeszcze nie musi. Tym bardziej, że Słowenia beztrosko złożyła głowę na jego ramieniu, choć od jej uszu mogły zająć się chorwackie lasy.
Jestem zajebisty, pomyślał Gilbert wyrzucając z głowy słowiańską rodzinkę. Germańską także.
– Myślisz o tym jaki jesteś zajebisty?
– Czytasz w myślach? – odparł pytaniem, zanim dotarł do niego sens słów Słowenii.
Dunja zachichotała. – Trochę.
– To fascynujące, opowiedz mi o tym trochę i nie zwracaj uwagi na kaloryfer i kajdanki.
– Teraz kiedy o tym mówisz, to będzie trudne.
Słowenia spuściła wzrok, ale było w tym więcej kokieterii niż zawstydzenia. Prusy również spojrzał w dół na prezentujący się w całej krasie słowiański biust, kwiatuszek na sukience oraz lampkę wina w pewnym uścisku słoweńskiej ręki.
Zachowujesz się jak Francja, zganił się w myślach. Ale musiał przyznać, że idzie lepiej niż zwiastował to początek. Jednak gorzej niż sobie założył w domku, w Berlinie…
– Pewnie nie słyszałeś o kimś takim jak Slavoj Žižek? – podjęła Dunja.
Słyszeć słyszał. W telewizji coś o nim było. Ale kim był ten facet? Jego umysł z trudem pozbył się wizji słoweńskich piersiąt na rzecz zarośniętego kolesia wykładającego coś z przekonaniem. Nie była to miła zamiana.
– Filozof? – zaryzykował.
Dunja podniosła wzrok. Oczy zielone jak lasy przez które jechał chyba milion godzin, zanim tu dotarł, z niebieskimi plamkami jakby jeziorkami…
– Zaimponowałeś mi.
Gilbercie, jeśli nie zaczniesz się skupiać na tym co ona mówi, to staniesz się najgorszym Casanovą w historii. Co prawda, zwycięzcy piszą historię, więc jeśli da temu i owemu po mordzie…
– Mam nadzieję, że to nie ostatni raz – odparł nonszalancko i wziął łyk wina.
Dunja nieśmiało złapała za guzik jego koszuli. Zaczęła go trącać, a potem obracać w palcach. Gilbert miał nadzieję, że nie zauważy, jak bardzo zaczął się pocić. Ostatnio był w tak intymnej relacji chyba tylko gdy odkrył, że Węgry jest kobietą. Chociaż nie, tamto było bardziej przerażające niż intymne, ze względu na to, że Erzsebét była pewna, że jest facetem i że jej urośnie ta męskość.
Uśmiechnął się do Dunji. Słowenia to kobieta, w dodatku tego świadoma. Może nie tak śmiała jak Węgry, ale miało to swoje plusy. Nie przestawała bawić się guzikiem. Miał nadzieję, że go urwie, zaczerwieni się uroczo, zaproponuje, że go przyszyje, on musiałby zdjąć koszulę… I wszystko w pół godziny, Francis poskładałby się z zazdrości. Gdyby wiedział… Bo pewnie się nie dowie.
– W każdym razie… – zaczęła Słowenia, a dla Prus zabrzmiało to nadzwyczaj obiecująco. Uniósł zachęcająco brwi. Kontynuuj, chciał powiedzieć. Mów byle co, a ja będę słuchał i gapił się na twoje czerwone uszy. Gdy pogapię się wystarczająco, to… No właśnie. To co? Nie miał żadnych oczekiwań. Podobało mu się tu i teraz. Ciepło i zapach jej ciała, miękkość kanapy, wzorek na sukience. Niemal poczuł, o co chodziło temu pojebowi Rzymowi z tym jego carpe diem.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s