Dwie uncje uśmiechu – część 2

W kuchni była po dziesięciu minutach. Zapachy wywabiły ją z łazienki. Wyszła z zawiniętymi w ręcznik włosami i bez cienia makijażu. Robienie się na bóstwo z pewnością mogło poczekać. Skręcający się żołądek jasno dawał to do zrozumienia. Jedzenie jest konieczne do przeżycia, a ogromna pizza z poprzedniego wieczoru była już tylko wspomnieniem.

– Jesteś sadystą. W dodatku dobrze się z tym ukrywasz – powiedziała stojąc w progu.

Wzruszył ramionami i wskazał stół pod oknem. Usiadła. Chwilę później postawił przed nią kawę. Żołądek skręcił się jej ponownie.

– I to jednym z najgorszych.

Do kawy dołączyły talerzyki i słoiki z dżemem oraz miodem.

– Iwan będzie wysyłał do ciebie Waniuszkę na nauki.

Po chwili były i pierwsze grzanki. I to nie z opiekacza, a francuskie z patelni.

– Nienawidzę cię – zawyrokowała i sięgnęła po pierwszą z brzegu.

– Myślę, że jakoś to przeżyję, o ile nie naślesz na mnie swoich braci w odwecie.

– Dasz im po piwie i sznyclu, czy innym takim, i tyle z tego będzie. I jeszcze się będziecie ze mnie śmiać. Ja was facetów znam. Wszak mam trzech braci.

Nie kłócił się. Sam przyznawał się tylko do jednego, więc nie porównywał. Z kubkiem czarnej jak smoła kawy usiadł po drugiej stronie stołu i sam zaatakował grzanki.

Jedli w milczeniu. Za hałas robiło radio i dobrze dawało sobie z tym radę. Stacja grała muzyke klasyczną i przygrywała im kawałkiem z „Piratów z Karaibów”. Czarna Perła atakowała kogoś, a oni atakowali grzanki – świetne połączenie. Tylko pogoda za oknem była wybitnie nie karaibska. Żółty Trampek sprawiał równie irracjonalne wrażenie co czerwone skarpetki Johanna. Misia postanowiła dołączyć do tego grona. W torbie miała odpowiednio czerwoną spódnicę, która powinna była przetrwać podróż w stanie pozwalającym na nieprasowanie jej z rana.

Myśl o spódnicy pociągnęła za sobą kolejną, tym razem mniej wesołą. Prezent. Misia prezenty uwielbiała kupować, nie tylko dlatego, że można było wtedy bezkarnie pochodzić po sklepikach z gatunku szwarc, mydło, powidło i pooglądać te wszystkie kurzołapki i durnostojki, na które szkoda wydawać pieniądze. Z zasady, żeby uniknąć pokusy, wystrzegała się tych sklepów jak ognia, ale w pogoni za prezentami zaglądała do nich zawsze. Niejednokrotnie wychodziła też z czymś dla siebie. Sklepiki spełniały rolę prezentodajni bardzo dobrze, gdy nie miała jakiegoś konkretnego pomysłu. Tym razem jednak zawiodły. Trzy tygodnie gdybania, chodzenia i przeglądania gazet nie pomogły. Wszystko było nadto udziwnione, bezsensowne lub po prostu głupie. A ona miała w tym roku popełnić jakiś wybitny prezent. Nie wynikało to z jakiejś konkretnej rocznicy i nie miało głębszego uzasadnienia. Poprzedniego dnia powiedziała Johannowi prawdę. Po prostu ją naszło.

– Masz jakiś pomysł na ten prezent? – zapytała.

Pokręcił w odpowiedzi głową, bo na bardziej werbalny przekaz nie mógł sobie chwilowo pozwolić. Przeżuwał dość spory kęs grzanki.

– Chcę, żeby to było coś takiego, że zapamięta kto mu to dał. Wiesz jak to jest z prezentami. Większość z nich dostajemy, a po kilku latach lądują na strychu lub na dnie bardzo głębokiej szuflady. Potem w koszu. Inne udają, że są pseudoużyteczne. Wszystkie kubki, nieśmiertelne albumy na zdjęcia. Kiedyś masowo dostawałam kubki i teraz mam każdy z innej parafii. Kilka lat temu ubłagałam koleżanki, aby mi cztery takie same kupiły, żeby to jakoś wyglądało przy poważniejszych gościach. Na szczęście, jako panie na domowych włościach uznały, że mam świętą rację. Od tej pory, jak kupujemy sobie takie rzeczy, to zawsze grupowo i zestawikami. Ale to nie zmienia faktu, że w sprawie Joszki się zacięłam. Mur. Wielki. Gruby mur. Niczym mur berliński. Perfumy – zużyje i zapomni. Jakiś ciuch? Znam jego gust, na oko dobiorę rozmiar, a za dwa lata i tak pewnie zostanie przerobiony na szmatę do wytarcia rąk po grzebaniu w aucie. Książkę? Przeczyta, odstawi na półkę i do widzenia. Płytę z muzyką? Wiem czego słucha, ale nie wiem, co już ma. Musiałabym go odwiedzić i poszpiegować. Narzędzi mu kupować nie będę, choć narzekał ostatnio, że jakiś klucz połamał. Jaki? Zabij, a nie powiem. Nie pamiętam, a jak zapytam, to zacznie podejrzewać! Myślałam, że może coś na wesoło, ale nic nie znalazłam. Wszystko było bardziej głupie niż wesołe. Poza tym egoistycznie chcę, aby to ze mną kojarzył.

Johann uniósł wymownie brew i zapakował sobie do ust drugą połowę grzanki, skutecznie wymigując się w ten sposób od szerszego komentarza. Misia postanowiła zignorować to niezupełnie metaforyczne nabieranie wody w usta. Wzruszyła ramionami i upiła nieco słodkiej kawy.

– Mam taką ochotę i tyle – powiedziała i zapatrzyła się na żółte Trampolo za oknem. – Tylko co mi po tej ochocie? Felek ma dzielnicę w stolicy, która się tak nazywa i pewnie ma z niej więcej pożytku. A czas płynie. Ale póki go mam, chcę kombinować. I nie przewracaj oczami! Wiem, że dzień faceta to nie jakaś wybitna okazja, ale wszelkie urodziny i tak dalej zwykle mają drugą stronę medalu. Tą historyczną. A taki dzień jest w tym względzie neutralny.

Starała się brzmieć poważnie, ale śmiech narastał jej w piersi i wiedziała, że jeszcze chwila tego monologu z Johannem przeżuwającym tosty, jako słuchaczem, a nie wytrzyma. Zamilkła zatem i w ciszy piła swoją cudowną kawę.

 

Aura średnio im sprzyjała. Było ciepło, nieco wilgotno i szaro. Johann uznał jednak, że jemu ta pogoda całkiem odpowiada i że Trampka ruszać nie będą. Rowery nadają się w sam raz. Misia miała pewne obawy. Jazda w ewentualnych strugach deszczu zupełnie się jej nie uśmiechała. Nie omieszkała wygłosić tych obaw.

– To gdzieś przeczekamy – odparł. – A jak nie będzie chciało przejść, to pojadę sam do domu i wrócę po ciebie autem. Są jeszcze autobusy i tramwaje, choć mieszkam tak, że do przystanków jest kawałek do przejścia.

Poczuła się nieco uspokojona.

– Tylko z góry ostrzegam, jak się rozchorujesz przez to, to ja nie będę –

Nie skończyła swojej groźby, bo Johann parsknął śmiechem, a ona szybko do niego dołączyła.

Rower dla niej Johann pożyczył od znajomej mieszkającej w bloczkach kawałek dalej. Czas jaki mu to zajęło ona przeznaczyła na ostateczne doprowadzenie się do stanu używalności publicznej. Uczesała się, zrobiła makijaż i przebolała smutną myśl o tym, że spódnicy nie założy, bo w spódnicy na rowerze jeździć jest niewygodnie. Musiała czym innym zaznaczyć swe kolorowe szaleństwo. Gdy zeszła do kuchni, Johann stał i pił kawę. Kolejną – westchnęła w myślach.

– Gotowa?

Przytaknęła.

Rower był śliczny. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Jakoś początkowo kojarzyła go głównie z nieco topornym środkiem lokomocji o szerokich kołach, grubej ramie… Ten był inny. Typowy rower miejski. Cienkie opony, błotniki. W dodatku nie jakieś z czarnego plastiku, ale malowane na ten sam kolor co cały rower – niebieskie z białym kwiatowym wzorkiem. Widywała takie, ale to nie one kojarzyły się jej jako pierwsze.

– Jedziemy?

Pokiwała głową nadal oczarowana. Johann nie odważył się roześmiać.

 

Ogólny brak pomysłów przywiódł ich do świątyni handlu zwanej Galerią Altmarkt, ale to niewiele pomogło. Czas jakiś spędzili po prostu przechadzając się między sklepami. W Nanu-Nana było to, co zawsze, czyli wszystko, ale zarazem nic. Masa durnostojek nikomu nie potrzebnych. Trochę bardziej użytecznych czy sensownych gadżetów, ale summa summarum, to więcej z tej wizyty przyszło śmiechu niż pożytku. Niektóre rzeczy były tak fikuśne, że pojęcia nie mieli, co z nimi można zrobić. Jakieś krzywe wazony, wypadkowe świecznika i podstawki do jajek, girlandy, które jako żywo przypominały Misi glony. Popłakała się, próbując sobie wyobrazić jak musiałby wyglądać przyozdobiony nimi pokój. Wyobraźnia żądała kilku helowych baloników w kształcie Nemo przywiązanych do różnych mebli. Johann dzielnie zachowywał powagę. Śmiechem parsknął dopiero, gdy ponownie znaleźli się w głównym holu centrum, gdzie Bogu ducha winne sprzedawczynie nie mogły go usłyszeć. Zdaniem Michaeli była to zbytnia wstrzemięźliwość, ale darowała sobie komentarz. Rozchichotany Johann był wielce przyjemnym oku widokiem i nie miała zamiaru mu tego ataku wesołości przerwać. W końcu naprawdę niewiele osób przychodziło tu o tej porze, a te kilka to głównie były nastolatki, na ile zauważyła. Nawet nie widząc ich, miała pewność, że one spoglądają w ich stronę nie dlatego, że zbulwersował je fakt tak głośnego śmiania się. Może zainteresował, ale potem to…

– Jasiu, tylko mi się tu nie uduś – roześmiała się. – Szkoda by było, a jeszcze by mi Ludwig wojnę wypowiedział. Joszka zamiast prezentu, dostałby przemarsz wojsk niemieckich – dodała starając się pozostać poważną, choć było to trudne.

Spojrzał na nią załzawionym okiem. Prawie udało mu się opanować, ale nie dało się przewidzieć na jak długo. Widziała to. Wystarczyło dodać jeszcze jakieś jedno małe zdanko i znowu wybuchnąłby śmiechem. Pokusa była wielka i wmawianie sobie, że przecież są tu po COŚ i trzeba się na tym skupić nijak nie pomagało. Całe to COŚ, czyli prezent, naprawdę nie było dla niej aż takie ważne, jak to przedstawiała, ale póki co trzymała się tej wersji.

– No już, już.

– Nie jestem pewien, czy Ludwig aż tak bardzo chciałby mnie pomścić – wykrztusił w końcu. – Może by się nawet ucieszył. Jeden dziwak mniej.

– Więcej optymizmu – poradziła. – A teraz myśl nad prezentem, bo ja mam pustkę w głowie. Wydawałoby się, że jak się kogoś zna wieki, dosłownie, to się nie powinno mieć takich problemów, a tu tymczasem – westchnęła ciężko, wzięła go pod ramię i pociągnęła w stronę kolejnego sklepu.

Tchibo też było ostoją wszystkiego i niczego, ale na wyższym poziomie. Niewiele to jednak zmieniło. Zatrzymali się tam na dłużej głównie dlatego, że Johann zażądał kawy. Misia przewróciła oczami i westchnęła.

– Czwarta?!

Wzruszył ramionami.

– Mam od jakiegoś czasu ciśnienie wzorowego trupa, jak to chyba mój brat kiedyś nazwał. W takie dni jak dzisiaj albo śpię, albo je sobie sztucznie podnoszę.

– Magnez i potas sobie do cna wypłuczesz – powiedziała bardzo poważnym tonem, który jednak nie zrobił na Johannie większego wrażenia. Słyszał to już tyle razy, że zobojętniał zupełnie.

Usiedli przy stoliku w sąsiedztwie szyby. Widok mieli średnio zajmujący. Dzień roboczy, pora przedpołudniowa, więc wszędzie było raczej pustawo i nie mieli na czym wzroku zawiesić.

– Uzupełniam braki pigułkami – stwierdził beztrosko. – Alternatywą niefarmakologiczną dla kawy byłby jakiś koniaczek, ale się mi butelka skończyła jakiś czas temu. Czekam na święta, może mi kto łaskawy kupi – roześmiał się. – Byle co pić głupio, a generalnie zwykle pieniędzy mi szkoda. Kawa tańsza i smakuje mi bardziej.

Misia nie była pewna, czy dla spokoju sumienia mu tego koniaku nie kupi jeszcze dziś, żeby tylko nie patrzeć jak wypija jakąś nastą kawę. Wzdrygnęła się.

– Zimno?

– Nie. Tik – skłamała.

Dziewczyna z kasy przyniosła im zamówienie. Au lait Misi było bardziej mlekiem niż kawą, o takie prosiła. Johann miał espresso. Pił je z takim zadowoleniem na twarzy, że wykład na temat skutków wzmiankowanego wypłukania magnezu z organizmu odłożyła na później. Ponadto zaczynał ją tyrpać Głodzik nikotynowy i prawienie morałów o jednym nałogu zaraz rzucając się w objęcia drugiego było wyjątkowo niewskazane. Zwłaszcza, że nałóg Johanna przynajmniej do pewnego stopnia nie brał się z sufitu. Jej samej się kiepsko tego dnia wstawało, a na niskie ciśnienie nie narzekała.

– Możemy jeszcze przejść przez Saturna. Po drodze jakieś pseudo rękodzieło tam widziałem. Albumy na zdjęcia i ramki sobie zostawmy na sam koniec wszystkiego. Wcześniej się jeszcze powłóczymy. Pojedziemy na Neustadt, jeśli ci to odpowiada.

– Prowadź, mości gospodarzu – roześmiała się. – Jestem otwarta na propozycje, tylko jakbyśmy na chwilę wyszli gdzieś na zewnątrz, gdzie bym mogła dokarmić mojego raka płuc, to byłabym cała w skowronkach.

Przerwa na papieroska okazała się nie być problemem, tyle że spędziła ją sama. Johann pognał do toalety. A raczej udał się do niej krokiem bardzo spacerowym, na ile zdążyła zaobserwować przez szklane drzwi. Nic dziwnego, że wybrał dla nich tego dnia rowery. Na piechotę w tym tempie wiele by nie zdziałali.

– Po co się spieszyć – powiedziała do siebie. Spojrzała na szare niebo, ale szybko odwróciła wzrok. Mdliło ją od tego widoku. Jednorodna masa chmur wisiała nad Dreznem i nie wyglądała na taką, która chciałaby się w najbliższym czasie ruszyć. Zresztą Johann mówił, że raczej tu zostanie.

– Brzydka jesteś – mruknęła pod jej adresem i zaciągnęła się głęboko. Pogoda nic sobie ze słowackiej obelgi nie zrobiła. Niebo nadal było szare od ciężkich chmur, a ciśnienie ziewliwie niskie i zdawało się, że mimo zapowiedzi jednak lunie. Może nie od razu urwanie chmury, ale mżawka pojawi się na pewno. Michaela wzdrygnęła się. A ona będzie ganiała po Dreznie za prezentem, zamiast leżeć na miękkiej kanapie okutana kocem i oglądać telewizję. Albo prowadzić mało mądre, za to weselsze od pogody, rozmowy z gospodarzem. Oparła się o pobliską witrynę i zaciągnęła dymem.

– Nie do końca tak to miało wyglądać – westchnęła, wyrzuciła niedopałek i wróciła do środka. Johanna znalazła opartego o ścianę między dwoma witrynami i zupełnie pochłoniętego rozmową przez komórkę. Po swojej jednej stronie miał jakieś damskie kiecki, które zupełnie nie były w jej guście. Po drugiej męskie garnitury i rządki kolorowych krawatów. Zamyśliła się.

Kupić Joszce krawat, rzecz praktyczna, bo może mu się kiedyś przydać. Tylko to „kiedyś” może okazać się bardzo odległe – pomyślała. – Za rok, za dwa, za trzy. To nie ma sensu.

– Pomyśliku potrzeba – westchnęła, gdy Johann w końcu zakończył randkę z komórka. – Czy ja chcę niemożliwego? – Zignorowała jego wzruszenie ramionami i mówiła dalej. – Coś wyjątkowego, coś raczej przydatnego. Takiego, aby zapamiętał, że to ode mnie. Ładnego, nie za drogiego – wymieniała. – Niewrednego… Ja naprawdę cudu szukam, a cuda w galeriach handlowych trafiają się tylko w sklepach jubilerskich i są to cuda dla kobiet.

Roześmiał się.

– To nie jest zabawne – oburzyła się na niby. – Idziemy. No już. W drogę, panie Wärzner! Szukać cudu dla facetów, bo dzień kobiet jest w marcu, a my mamy czerwiec.

 

Dzień zleciał, a prezentu jak nie było, tak nie było. Potknęli się o kilka pomysłów do sprawdzenia w sieci i obdzwonienia różnych miejsc, aby jednak zdrowie pooszczędzać, ale tak naprawdę nic serca Misi nie podbiło. Co było z tym czy owym nie tak, często powiedzieć nie umiała. Trochę wychodziło z tego „nie bo nie”, ale miała z tego tytułu wyrzutów sumienia.

– Jak znajdę to coś właściwego, będę wiedziała – zapewniła, gdy odpinali rowery od latarni nieopodal jednego sklepiku. – Mam taki dodatkowy zmysł, o którym wy, faceci, nie macie pojęcia – wyjaśniła mu, gdy spojrzał na nią z miną pełną zwątpienia. – Zmysł bardzo kobiecy i przez wieki wyćwiczony, a zatem nieomylny. Nie próbuj zrozumieć, jak to działa.

Johann nawet nie zamierzał. Był zmęczony tym całym to nie, a może to, ale jednak nie, chociaż może gdyby… Litości! Mieszkał w zdecydowanie zmaskulinizowanej części Niemiec. Najbliżej leżała Westfalia, a to i tak było wskroś całych ziem Turyngii i Hesji. Daleko. Naprawdę bardzo daleko, a przynajmniej na tyle, aby wyraźnie nie czuł się obyty z takimi sytuacjami. Pozwolił sobie płynąć z prądem, tylko że nie miał do czynienia z spokojną rzeką, a górskim strumieniem. Można było się nieźle poobijać o kamienie kobiecych wymagań. Ciągłe przytakiwanie, kiwanie główką i tak dalej, nie zaspokajały słowackiego pożądania jego opinii, a on częstokroć pojęcia nie miał, co mógłby więcej powiedzieć. Naprawdę nie miał zdania. Natomiast Michaela raczej skłaniała się ku opcji, że on zdanie, owszem, posiada, tylko takie, że nie chce powiedzieć, aby jej nie urazić. Uważała to za bardzo głupie, bo by się przecież nie obraziła. Na kogoś innego może, ale na niego nie. On oczywiście zaprzeczał na całej linii takiemu scenariuszowi, ale Miśka jednak spokrewniona z Felkiem była i różne malusie spiskowe teorie dziejów czasami pojawiały się w jej myślach i za nic w świecie nie chciały zniknąć.

– Dajemy już na dzisiaj spokój? – zmienił temat na bezpieczniejszy niż tajemnice kobiecych umysłów.

– No ja padam z nóg. Ot, tyle sił mi pozostało, że jakoś popedałuje do domu. A potem artystycznie padnę na kanapę i się nie ruszę. A przynajmniej nie bardziej jak do kibelka i takie tam.

– To cię odwiozę, żebyś nie pobłądziła, i sam potem pojadę po zakupy. Będzie łatwiej.

– Ej! – oburzyła się.

Spojrzał na nią zdezorientowany.

– Do sklepu jeszcze dojadę! – oznajmiła hardo. – Przyjechałam do ciebie i nie będziemy robili szopek, że mnie odwozisz i potem sam jedziesz po zakupy dla nas obojga, a ja zostaję sama i usycham z nudów. Dom masz ładny, ale bez ciebie nijak mnie nieinteresujący i – zawahała się. Za późno ugryzła się w język. Uniesiona brew i uśmiech Johanna uzmysłowiły jej to z siłą wiadra zimnej wody wylanego na głowę. – No i może mnie natchnie na ten prezent – dodała pośpiesznie, ale wątpiła, aby to kupił. Ona sobie już nie wierzyła.

– W Lidlu? – zapytał wyraźnie rozbawiony.

– A czemu nie?! Lidl dobry jak wszystko inne. Skoro do tej pory nic nie pomogło, to może on. A jak nie on, to zakupione w nim wino. Bo pijemy dziś wino. Może to i mało niemieckie, ale będę się alkoholowo odchamiała przynajmniej do przyjazdu Ludowita.

– To ja przynajmniej coś bardziej niemieckiego ugotuje na ten obiad.

– Sas przy kuchence?

Nu. Żeby nie było za włosko. Ja nie odczuwam związku emocjonalnego z Włochami. Od tego mentalnie jest Martin –

– Ten od wina? – weszła mu w słowo, a on przytaknął.

– Martin czuje pewien duchowy związek z włoską mentalnością, a przynajmniej tak to czasami wygląda. Obiegowa opinia głosi, że może by zmienił przynależność państwową, ale na drodze do Włoch stoją mu dwa kraje związkowe oraz pół na pół Roderich ze Szwajcarią. Więc się nie da. A o włoskich zapędach Ludwiga wiedzą wszyscy i my, związkowcy, że tak powiem, się nie wypowiadamy. W każdym razie coś ugotuję. Z Ludowitem nadal żyjemy, więc raczej trujące to nie będzie, ale tego wina to tak przynajmniej trzy butelki w celach prewencyjnych jakby co.

Michaela roześmiała się. Skłonna była nawet przy gotowaniu pomóc, a przynajmniej trzymać nadzór nad jego poczynaniami, jako kobieta i Słowianka. Obwieściła to gdzieś między lidlowymi regałami, co spotkało się z saskim fochem, bo mówił, że umie gotować. O tym, że przecież żartowała i wcale a wcale w niego nie wątpi, musiała go przekonywać całą drogę do domu. Było to podwójnie trudne, bo po pierwsze jechali ciągle rowerami, które choć piękne, to rozmowy nie ułatwiały. Po drugie raz po raz łapał ją atak przewlekłego śmiechu, a to nie dodawało przeprosinom wiarygodności. Do domu dotarła zdyszana jakby co najmniej u siebie po górach tym rowerem jeździła, a nie po Dreznie, które w gruncie rzeczy jest raczej płaskie. Grzecznie wprowadziła rower do garażu, a potem udała się do domu i zgodnie z danym słowem padła na kanapę.

Nic tego dnia nie załatwiła. Przynajmniej nic, co sobie zaplanowała w ramach wielkiego planu zdobywania prezentu, ale nie odczuwała wyrzutów sumienia. Nie omieszkała jednak oznajmić, że je ma i że raz po raz wciskają się jej w brejowatą strukturę mózgu. Podzieliła się tą wizją z Johannem i żałowała, że nie widzi jego twarzy, bo odgłos zdegustowania, jaki z siebie wydał, był wielce obiecujący.

– Małe, wredne wyrzutki sumienne – krzyknęła przez ścianę. – Wciskające się w zwoje mózgowe i podgryzające je! I się ze mnie nie śmiej!

– Nie śmiem!

– Śmiesz!

– Nie śmiem, zastanawia mnie tylko jedno.

– Co takiego? W ogóle zaczyna ładnie pachnieć, co tam dobrego robisz?!

– Przyjdziesz, to się dowiesz – odkrzyknął jej.

– Przecież obiecałam, że nie będę ci patrzyła na ręce! Poza tym wygodnie mi na tej kanapie. I co cię zastanawia?

Z kuchni dobiegło bardzo teatralne westchnięcie, ale nawet ono nie zmobilizowało jej do ruszenia się. Przeciągnęła się i delektowała kuchennymi aromatami, które coraz bardziej gęstniały w salonie. Miała nadzieję, że cokolwiek to będzie, szybko wyląduje na talerzu, bo nie ręczyła za swój żołądek. Ostatni raz była tak głodna, kiedy zrobiła sobie samotną wycieczkę po górach. Weszła na szlak z plecakiem przed siódmą rano i do okolic dwudziestej żyła na wodzie i batonikach. W schronisku zaprzyjaźnieni ratownicy górscy objechali ją za to z góry na dół, zakrzyknęli na kuchnię, aby jej zrobić podwójną porcję – za karę, żeby zapamiętała. Oczywiście zjadła cały ten wielki obiad, za co została pochwalona, że je jak na człowieka przystało, a nie jak wróbelek. Nawet nie zająknęła się o tym, że czuje się jak wielki worek wyładowany kamieniami. Duma jej nie pozwoliła. Biesiadowała z ratownikami do późnych godzin nocnych, a następnego dnia poturlała się na dół i wróciła do Bratysławy z twardym postanowieniem nie oglądania wagi przez tydzień.

– Teraz też nie spojrzę – westchnęła ciężko. – Pojadę najpierw w góry i wychodzę to, czego tu nie wyjeżdżę. I będę się dobrze bawiła.

Obróciła się na brzuch, oparła brodę na dłoniach i wbiła spojrzenie w otwarte drzwi. Po drugiej stronie korytarzyka była kuchnio-jadalnia i źródło zapachów, które skręcały jej kiszki.

W sumie teraz też bawiła się bardzo dobrze. Zamknęła oczy i zupełnie położyła się na kanapie, zrobiwszy sobie z przedramion pseudo poduszkę.

– I o dobrą zabawę tu chodzi. Prezent może iść robić to na zielonym. Joszka to nie facet, którego próbujesz upolować, bo już to zrobiłaś i wyszło z tego coś miłego, ale to już minęło. To twój brat i jak mu złożysz życzenia, to i tak będzie dobrze.

– Ale będziesz się czuła tym nieusatysfakcjonowana i za rok poprzeczkę zawiesisz jeszcze wyżej. Co takie złe może nie być, bo każdy pretekst dobry.

Poderwała się gwałtownie.

– Nie strasz! – prawie krzyknęła. – Ty się mścisz za rano?

– Nie…

Johann stał w drzwiach pokoju. Gdzieś w między czasie swobodny strój wyjściowy zmienił na wersję bardziej domową i teraz paradował w pełnej glorii luźnych dżinsów i koszulki z napisem, którego z tej odległości w pełni odczytać nie umiała. Fakt, że złożył ręce na piersi dodatkowo utrudniał zadanie.

– A ja myślę, że tak.

– Nieeeee. Chciałem tylko zapytać, czy chcesz kawy, bo właśnie mam sobie zamiar zrobić małą przedobiednią.

Usiadła, odgarnęła włosy na plecy i przeciągnęła się.

– Nie, dziękuję. Ty też mógłbyś zrezygnować, bo poobiednią też masz zapewne w menu, prawda?

Skinął głową, co ostatecznie wyswobodziło kilka kosmyków włosów z bardzo prowizorycznego warkocza, zaplecionego tylko po to, aby rzeczone włosy nie właziły do przygotowywanego jedzenia. Odgarnął je za ucho nieco nerwowym ruchem, co nie uszło uwadze Michaeli. Roześmiała się.

– Benedikt umie tak zapleść, że mu się nie rozlatuje i włosy nie wpadają w co popadnie – powiedział jakby to miało coś wyjaśnić. Co? Miśka nie miała pojęcia. – Co prawda, on ma z przodu generalnie krótsze, to mu do talerza i garnków nie sięgają.

– Ciebie też by można tak obciąć.

– Nie można – odparł poważnie. – A przynajmniej stan docelowy jest obwarowany wieloma zakazami głównie odwołującymi się do tego, co Benedikt i Ludowit na głowach noszą. Pojęcia nie mam, czemu to ja zdaniem wszystkich mam się dostosowywać, aby się im nie myliło z odległości pięćdziesięciu metrów. Tak się jakoś poukładało –

– Przywykłeś? – weszła mu w słowo.

Nu.

Jęknęła.

Przedobiednia kawa nie doszła do skutku, bo przegadali czas na nią i Misia była z tego bardzo zadowolona. Sam posiłek wprawił ją w jeszcze większą radość. Nie powiedziała tego na głos, ale najedzona i z kieliszkiem wina w ręce czuła się szczęśliwa.

– Kawy?

Oderwała wzrok od czerwonego płynu w kieliszku i obdarowała Johanna spojrzeniem, które matki rezerwowały dla nierozsądnych synów. A przynajmniej takie miała wrażenie. Nigdy nie była matką, więc wiedzę miała jedynie teoretyczną.

– Jasiu, ty masz w żyłach krew czy kawę?

– Nie wiem i nie mam zamiaru się ciąć, aby to sprawdzić.

– A może jednak?

– Nie. Raczej nie.

– A może… Byłoby mięsko z Sasa na obiad jutro. Nie żeby mi dzisiejsze nie smakowało, bo było pyszne, ale na jutro mogłoby być jakieś inne. Taka sasina marynowana w kawie – powiedziała z rozmarzeniem w głosie. – Mówiłam ci dziś rano, że przejrzałeś nasz słowiański plan i będę musiała cię zabić. Zatem potnę, rozwieję wątpliwości na temat krwi i kawy, po czym zjem. Lutek się pod ciebie na jakiś czas podszyje i nawet nikt się nie zorientuje. Oficjalnie powie się, że on sam gdzieś się zgubił. To na pewno odwlecze wojnę niemiecko-słowacką. Jestem genialna!

Johann na zachwyconego nie wyglądał i to bawiło ją jeszcze bardziej. Nawet nie chciało się jej zastanawiać, czy to nie jest po trosze sprawką wypitego już wina. Jakie to miało znaczenie? Liczyło się, że siedział w fotelu na wprost niej z miną, którą tłumaczyła sobie na „litości” i wyglądał bardzo, ale to bardzo niebojowo. W końcu i jego chyba zmęczenie po całodziennej eskapadzie dorwało na dobre, a i winko zrobiło swoje. Trochę przypominał jej smutnego spaniela w wersji blond. Brakowało jedynie, żeby go wystawiła na chwilę na dwór. Akurat padało, to by mu te włosy tak zwisły smętnie. Oczywiście nie zamierzała tego próbować.

– No Jasiu. – Wstała z kanapy i przysiadła na poręczy fotela. – Zrozum, że to mój przykry obowiązek. Niemcem jesteś, to powinieneś to rozumieć. Nieco zeslawizowanym, ale jednak.

Chrząknął wymownie, ale zignorowała to z premedytacją. Jakby w zamyśleniu zaczęła zaplatać mu na włosach luźny warkoczyk.

– Obowiązek wobec rodziny – ciągnęła. – Bo jeśli komuś powiesz, nawet tak przypadkiem, to zniweczysz naszą wielowiekową pracę i poświęcenie. A wszystko przez to, że ja miałam za długi język. Ja! Wiesz, że nas Słowian całe mrowie i ja sama przeciwko całej reszcie rodziny… Jestem małym krajem – pociągnęła nosem, ale kataru nie miała, więc efekt dramatyczny nieco wzięło w łeb.

– A jeśli cię wezmę jako zakładniczkę…

Nie mogła rozsądzić, czy Johann powiedział to sam do siebie, czy pytał ją o zdanie.

– Takie zagranie byłoby nie fair. Zresztą odbiliby mnie.

– Fair czy nie, to nie ważne. Już zmieniałem fronty w połowie bitew, więc co mi tam. A że odbiliby… Zyskałbym nieco czasu na przedyskutowanie kwestii zgładzenia mnie lub nie.

– Naiwnyś, Jasiu –

– I jeszcze bym zadbał o to, aby wypracować u ciebie syndrom sztokholmski – kontynuował jakby jej nie usłyszał. – Skoro już złośliwi zarzucają mi jakieś zupełnie wydumane zeslawizowanie, to w sumie czego nie robi się, aby przeżyć, prawda?

– Panie Wärzner, to już zupełnie nieniemieckie zagranie – oburzyła się i wstała gwałtownie, ale nim zdążyła się odsunąć od fotela, złapał ją za rękę i pociągnął z powrotem.

– Unie personalne z jednym twoim bratem, drugi wpadający od czasu do czasu, trzeci pod moim własnym dachem – powiedział bardzo powoli. – Naprawdę wielu rzeczy mogłem się przez ten czas nauczyć i nie podoba mi się, że się mnie nie docenia w tym względzie – dodał i pociągnął ją za rękę raz jeszcze. Tym razem już nie miała gdzie postawić kroku i raczej nieelegancko przewróciła się mu na kolana. Tyle co udało się jej tak wymanewrować, aby usiąść, a nie zawisnąć niczym małe dziecko z tyłkiem do góry. Tego by jeszcze brakowało. A Johann mówił dalej wolno, jakby właśnie dziecku tłumaczył – A przede wszystkim, jestem Sasem i robię rzeczy po Sasku, nie po niemiecku.

– I co ci z tego zyskanego czasu przyjdzie? Zeslawizujesz się do reszty?!

– Może i do tego mógłbym przywyknąć – westchnął.

– No tak. Sasi. Przywykną do wszystkiego, tak?

– Prawie. Do braku kawy mógłbym się obecnie już nie przyzwyczaić, ale chyba nie macie jakiejś tajemnej rodzinnej reguły, która zabraniałby jej spożywania.

– Nie, nie mamy. Ale teraz nie chce mi się wstawać, więc musisz zadowolić się winem, bo po butelkę jestem w stanie sięgnąć, nie ruszając się stąd – odparła nagle bardzo radośnie.

Johann jęknął. Pogłaskała go po głowie i uśmiechnęła się.

– No Jasiu, rozchmurz się. A jutro to ci osobiście ten koniaczek kupię.

Jeszcze bardziej rozdzierające jęknięcie rozległo się w salonie.

– Ale ja lubię kawę i pal licho moje niskie ciśnienie.

– Ale ja wolę mięsko marynowane w koniaczku! – powiedziała stanowczo i tu już nie wytrzymała. Zaczęła się śmiać. Głowę oparła o Johannowe ramię, żeby nie widział jak jej z tego rozbawienia łzy z oczu lecą. Opatrzności dziękowała za wodoodporny makijaż i chichotała jak mała dziewczynka. Nawet nie próbowała się opanować. Wiedziała, że to byłaby z góry przegrana sprawa. Zresztą Johann też się śmiał, więc czemu miałaby sobie tego odmawiać?

 

 

c.d.n.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s