Dwie uncje uśmiechu

Postaci: Słowacja [Michaela Macháčková], Saksonia [Johann Wärzner] i w zakresie mniejszym: Czechy [Josef Havel], Prusy [Gilbert Beilschmidt], oraz różni wspomniani.

Ostrzeżenia: brak

– Ty jesteś pewien?

Joszka popatrzył na Gilberta ponad kuflem i zmarszczył brwi. Upór Prus w drążeniu tematu zaczynał być już nawet, nie tyle co babski, a polski i to mu się nie podobało.

– Nie jestem jej niańką – mruknął. – A ona nie jest dzieckiem i może robić, co chce. Poza tym nie wyróżnia się jakoś wybitnie w tłumie, więc to mogła być jeszcze, co najmniej setka innych kobiet.

Gilbert się nie zgadzał. Był pewien, że z okien pociągu stojącego na drezdeńskim dworcu widział Michaelę, a nie jakąś setkę innych kobiet. Wysiadła ze składu, który zatrzymał się po drugiej stronie platformy. Miał nawet sporo czasu, aby się przypatrzyć.

– Po co w ogóle miałaby tam być? – ciągnął Joszka. – Daj mi, choć jeden dobry powód. To naprawdę mógł być ktokolwiek.

– A ja ci mówię, że to była ona. – Gilbert uderzył kuflem o blat, jakby to mogło dodać kilka punktów do wiarygodności temu, co powiedział. – Rękę sobie dam uciąć. Drugą za to, że mi tam chyba Johann mignął.

– To mógł być równie dobrze Ludowit, żeby daleko nie szukać – zaoponował Joszka.

– Fakt – Gilbert wyraźnie oklapł. Przez chwilę pił piwo przesadnie małymi łyczkami.

– A nawet jeśli to był Johann, bo przyznam, że o ile kobiet podobnych z daleka do Misi jest wiele, to takich Johannopodobnych mężczyzn jest mniej, to naprawdę nie trzyma się to kupy. Zresztą, jeśli cię tak ta teoria spiskowa gnębi, to mogę do niej zadzwonić na numer domowy i się przekonasz.

– Dajesz.

– Z takimi teoriami spiskowymi trącisz Felkiem – stwierdził Joszka wybierając numer, a Gilbert skrzywił się paskudnie na to porównanie. Nijak to jednak nie zmniejszyło ciekawości.

Pomimo kilku rozłożonych w czasie prób, nikt nie podniósł słuchawki. Był środek tygodnia. Godzina raczej późna. Włóczenie się ze znajomymi nie wchodziło w grę. Z drugiej strony Joszka rozmawiał z Misią jeszcze kilka dni temu i nic o planach wyjazdowych nie wspominała. Nie żeby musiała – upomniał się. – Może robić co chce, ale wspomnieć mogła. Wycieczki o dwa kraje dalej nie robi się tak o.

– Może nocuje u jakiejś koleżanki.

Gilbert miał inne zdanie, ale wyczuł, że w imię własnego świętego spokoju w ten piękny wieczór nie powinien bardziej drążyć. Joszka mógł sobie bredzić, że Misia jest dorosła, wolna i tak dalej, a Gilbert wiedział swoje. Jak się jest cholernym starszym bratem, to już się w człowieku wykształca taka mała paranoja. Podejrzewał, że wobec młodszej siostry większa nawet, niż, gdy rozchodzi się o młodszego brata. A przecież Joszka i Misia byli też małżeństwem. Trochę biznezowym, ale ponoć uczucie też istniało, więc sprawa jasna.

– Chodź, bierzemy kiełbachy i piwo, i robimy tego grilla tak, jak planowaliśmy, bo mi tu niebawem kiszki marsza zagrają, a zdaniem Rodericha za grosz nie mam słuchu. Oczywiście się myli, ale może nie ryzykujmy.

Joszka nie protestował. Sam był już głodny. Mężczyzna nie złota rybka i jeść musi dużo.

Pociąg stanął na stacji Drezno Główne i tłum ludzi zalał platformę peronu. Michaela rozejrzała się. Miło było mieć podróż za sobą. Od siedzenia bolało ją wszystko, co tylko boleć mogło. Spacerki po wagonie nie pomagały od ostatnich iluś godzin i zaniechała ich jeszcze przed polsko-niemiecką granicą. Teraz miała wrażenie, że jej nogi ważą tyle co Białe i Małe Karpaty razem wzięte.

Podniosła torbę, starając się nie myśleć, co w niej ma, że jest taka ciężka i ruszyła w stronę wyjścia.

– Johann! – zawołała. Kilka osób obejrzało się, ale oni jej nie interesowali. Zawołała raz jeszcze i dopiero jak Wärzner odkleił się od stojaka z gazetami, poczuła się zadowolona. Pomachała mu.

– Witam w deszczowym Dreznie. Jak podróż?

– Straszna – jęknęła i przytuliła go na przywitanie. – Umieram i to nie tylko dlatego, że mam chyba cegły w bagażu – dodała teatralnie, gdy brał jej torbę. – Jeśli jeszcze kiedykolwiek strzeli mi do głowy, aby przyjeżdżać do Drezna pociągami i to przez Polskę, a nie Czechy, to ja proszę, przypomnij mi tę podróż, a na pewno zmienię zdanie.

– Mówiłem ci, że to –

– Wiem – westchnęła. – Za późno się zdecydowałam i nie było jak inaczej. A auto oficjalnie jest u mechanika. Nieoficjalnie jest u mnie w garażu, ale o tym ciii – roześmiała się. – Na razie moje mięśnie błagają o gorącą kąpiel.

– Do załatwienia – zapewnił i zaczął iść w stronę wyjścia. Michaela ruszyła za nim.

Padało, gdy wychodzili z budynku, gdy wsiadali do absurdalnie żółtego Trabanta i gdy z niego wysiadali pod domem Johanna. Pogoda była paskudna i skłaniała jedynie do pójścia spać lub chociaż zagrzebania się pod kocem przed telewizorem. Jakiekolwiek wycieczki po mieście, spacery nad Łabą i w ogóle wychodzenie z domu wydawały się niestosowne.

Po godzinach spędzonych w pociągach, Michaelę nawet ciągnęło do spania, ale wiedziała, że nie zaśnie. Jakkolwiek jej ciało było zmęczone i żądało, aby dać mu święty spokój, tak myśli za nic nie chciały zwolnić. Jedna przez drugą przekrzykiwały się w głowie, gdy siedziała w wannie i sennym wzrokiem wpatrywała się fakturę kafli. Jedne nieważne, bo dotyczące spraw, które zostawiła w Bratysławie i przez najbliższy tydzień nie musiała zaprzątać sobie nimi głowy. Kolejne, bardziej bieżące, dotyczące samego Drezna, jej wizyty i rzeczy z nią związanych. Niektóre w ogóle z innej beczki. Jakieś wspomnienie, jak się Feliks z Josefem pokłócili ostatnio – nie pamiętała ani gdzie to było, nie pamiętała ani gdzie, ani kiedy się to zdarzyło, ale było ciekawie.

Johann siedział w salonie. Z wieży płynęła muzyka równie senna co pogoda za oknem. To nie pomagało.

– Kawy? – zapytał, gdy stanęła w progu.

– Chętnie. – Poszła za nim do kuchni i wmeldowała się na krzesło przy stole.

Odwinęła ręcznik z włosów i założyła go na ramiona, aby nie zmoczyć bluzki.

Ekspres przestał hałasować, cukier znalazł się za czajnikiem elektrycznym, a ostry zapach kawy wypełnił kuchnię.

– Kawusia – powiedziała z rozmarzeniem. – Tutaj daj, nie chce mi się ruszać, poza tym w kuchni jakoś bardziej swojsko.

Nie zaprotestował. Postawił przed nią kubek, a sam usiadł po drugiej stronie. Przez chwilę pili w milczeniu. Gorąca, słodka kawa była tym, czego Michaela teraz potrzebowała. Podparła brodę dłonią i zapatrzyła się na niewielki ogród za oknem. Wszystko było takie szare, ciemne i nieciekawe. Tylko skrawek Trampka widoczny tuż przy ościeżnicy był nieprzyzwoicie radosny. Zwłaszcza, że Trampków w tym kolorze chyba nie produkowali. Nie miała pewności, ale tak się jej wydawało. Ten pewnikiem był kiedyś klasycznie niebieski. Błękitny wręcz.

– Czemu żółty? – zapytała. Johann spojrzał na nią z niezrozumieniem na twarzy. – Czemu polakierowałeś go na żółto?

Wzruszył ramionami. – Jakoś tak. Nie wiem. Wyszło.

Poczuła się rozczarowana. Liczyła na jakąś głębszą historię, a tu takie, bo tak. Jej Skoda była czerwona, bo Michaela lubiła ten kolor, ubezpieczalnie dawały na niego czasami zniżki, a Josef uważał, że dzięki temu będzie z daleka widoczna i nikt w nią nie wjedzie. Ona sama podejrzewała, że tkwił w tym podtekst, że widząc ją z daleka, wszyscy pouciekają, ale Czechy zarzekał się, że w ogóle mu to do głowy nie przyszło. Tylko kto by mu uwierzył?

– Mogłeś coś wymyślić po fakcie – stwierdziła. – Dorobić teorię.

Johann odchylił się na krześle i zamyślił.

– Teorię. Hymmm. Dodam czarne wykończenia tu i tam, obwiążę go zieloną wstążką i będę miał wariację na temat własnego herbu. No i dużo śmiechu na widok min niektórych osób, jak to zobaczą.

– I jeszcze kokardkę dodaj – zasugerowała.

– Nie, bo to będzie jak robienie z siebie prezentu. Nie chcę wiedzieć, jakby niektórzy to zinterpretowali. Ale ten żółty, to mi wyszedł tak w barwach drezdeńskich. Do tramwajów pasuje.

– A ja tam uważam, że kokardka powinna być. Symboliczna nawet. Taka od prezentów naklejona gdzieś w środku. Kupimy na mieście. To można w papierniczym dostać.

Johann przewrócił oczami.

– No co?! – roześmiała się.

– Nie jestem przekonany.

– A ja jestem. Postanowione – powiedziała stanowczo i uśmiechnęła się mrużąc oczy. – I tak trzeba będzie gdzieś wyjść, bo nie przyjechałam tutaj siedzieć w domu. Ładny masz, ale jednak.

Gestem zachęcił ją, aby kontynuowała, bo wciąż nie wiedział, czemu dokładnie zawdzięcza tę wizytę. Przez telefon Michaela była wysoce nieprecyzyjna. Zapytała jedynie, czy by mogłaby przyjechać wtedy i wtedy, bo ma coś do załatwienia. Czym było to coś, tego już nie powiedziała.

– Będę potrzebowała twojej pomocy – powiedziała poważnie. Nawet nieco zbyt poważnie jak na jej własny gust. – Bez obaw, to nic strasznego. W zasadzie mogło być na telefon lub mail, ale miałam ochotę się ruszyć z Bratysławy. Każdy pretekst jest dobry. Zbliża się dzień faceta, a ja nie mam pomysłu na prezent dla Josefa. Niby nic, a mnie gryzie. Miałam się ograniczyć do życzeń, ale jednak się złamałam. Tylko pomysłu brak.

Johann patrzył na nią i nawet nie krył zdziwienia. Nie pojmował logiki, jaka musiała kierować Michaelą, gdy postanowiła zwrócić się z tym do niego. Nie był w ogóle pewien, czy w tym była jakaś logika.

– I liczysz na mnie? – dopytał się tylko pro forma.

– Yhym – przytaknęła. – Znasz go. Nie mogłam prosić o pomoc Felka, bo jemu też prezent sprawiam. Poza tym on by w pierwszej kolejności znalazł dziesięć tysięcy rzeczy, które by przy okazji Joszce dopiekły. Byłoby zabawnie, ale czas nie gra na moją korzyść. – Wzruszyła bezradnie ramionami. – Ty się z Joszką lubisz, nie wbijacie sobie szpil dla zasady i tak dalej. Czasami wspólnie wchodzicie na wyższe stany świadomości.

Johann zakrztusił się ledwie wypowiedziała to ostatnie. Nie mógł powiedzieć, że nie ma racji, bo ją miała we wszystkich wymienionych kwestiach, ale żeby tak człowiekowi prosto w twarz… W zasadzie mógłby jej pomóc, gdyby tylko nie miał w głowie takiej pustki. Wichry tam wiały jak po ukraińskim stepie. Wziął duży łyk kawy. Prezent – powiedział sobie w myślach, ale nie wywołało to żadnych skojarzeń i już wiedział, że będzie ciężko.

– Jak się nic nie wymyśli, to mu kupię jakąś książkę. Nie pierwszą i nie ostatnią.

Spojrzała za okno na żółtego trampka. Pita kawa zupełnie nie zmniejszała jej senności. Myśl o wyjściu na deszcz bynajmniej też nie pomagała. Ziewnęła.

– W pociągu jechałam jakiś czas z kobietą z tych, co już wiedzą wszystko – podjęła zupełnie inny wątek. – W moim środowisku rzadko na nie wpadam i chyba dobrze, bo wydaje mi się, że jestem raczej spokojna… Ej, no!

Johann uniósł brwi i zapatrzył się na kwiatek na parapecie. Nic nie powiedział. Nawet nie pisnął. Nie musiał, bo całym sobą wyrażał, co o tym rzekomym spokoju myśli.

– Jestem. Nie rzucam się ludziom do gardeł, bo na mnie krzywo spojrzeli.

– To raczej agresja, a nie spokój – sprostował i zerknął na nią.

– Semantyka – westchnęła. – Dobrze. Zatem nie uważam się za osobę agresywną, a przy takich kobietach nóż mi się czasami w kieszeni otwiera. Słucham i słucham, a jest czego. Jak się dwie takie zbiorą, to już umarł w butach. Mężczyźni chyba tacy nie są. Zresztą to może też kwestia mentalności, może u ciebie inaczej?

Zrobiła pauzę, ale że Johann milczał jak zaklęty, kontynuowała.

– Pani zaczęła mnie wypytywać, co robię w życiu. Gdy zapytała o męża, to jak głupia palnęłam, że jestem rozwódką. I się zaczęło. Jasieńku, to się powinno nagrać!

Odchyliła się na krześle i spojrzała w sufit. Niczego ciekawego tam nie znalazła, ale trwała tak dłuższą chwilę, nim się odezwała ponownie.

– Mówiła, że młoda jestem i zapalczywa pewnie, że nie umiałam przy mężu wytrwać, jak przystało na dobrą żonę. Zaręczała, że sama taka była, ale ją rodzina upilnowała i teraz wie, że to było dobre. A ja nie umiałam jej wyjaśnić, że to nie takie proste. Że to w ogóle nie jest proste. I tak ponad dwie godziny, aż zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno mam rację? Wiem, że miałam. Poza tym wtedy to przecież nie zależało w pełni ode mnie. Ale nie mogłam jej tego powiedzieć i stąd pewnie to wahanie. A ona dalej o tym, że ja młoda, to mało życia widziałam. Poza tym teraz to jest inne życie… I tu się nóż otwierał.

Johann roześmiał się.

Plan ruszenia się z domu tego dnia spalił na panewce. Nie chciało im się.

– A w ogóle, gdzie Ludowita wcięło? – zapytała, gdy godzina zrobiła się na tyle późna, że samotne spacery po drezdeńskich trotuarach przestały wydawać się dobrym pomysłem. Co prawda, ulewa przeszła w niemrawe siąpanie i może było nawet ciepło, ale Misia miała obawy. W dodatku uzasadnione, bo Ludowit zdolny był się zagubić pewnikiem także w Dreznie. Co z tego, ze mieszkał w nim już co najmniej kilka dekad.

– Jest w Bautzen – odparł Johann. – Jakieś spotkanie czy coś. Tłumaczył mi, ale się nieco w tych wyjaśnieniach zgubiłem i nie dopytałem. Wróci pojutrze, więc się jeszcze zdążycie spotkać. Póki co jesteś skazana jedynie na moje germańskie towarzystwo. Heinrich powiedziałby, że ci dziwactwo stopniują, żeby nie nastąpił szok – roześmiał się. – Heinrich to Hesja. Drugi kraj związkowy na zachód stąd – dodał. – A ja mam nadzieję, że w swoim zdziwaczeniu jeszcze Ludowita nie przebiłem. Młodszy jestem i historia się ze mną łaskawiej obeszła.

Zachichotała. Nieco go to speszyło. Patrzył na nią badawczo, ciekaw, która część jego wypowiedzi tak ją rozbawiła. Nie zamierzał pytać. Oczywiście, mógł się pogodzić ze swoją niewiedzą, ale gdyby jednak powiedziała…

– Pamiętaj z jakiej ja rodziny pochodzę – powiedziała, gdy udało się jej na chwilę opanować wesołość. – Moim zdaniem, nie jest z tobą źle. Choć skala niemiecka zapewne jest inna. Za sztywni jesteście dla nas, Słowian.

– Pozory – westchnął filozoficznie. – I Ludwig na proscenium. I trochę takiej naszej logiki. Ale i tak bajzel potrafimy zrobić niezgorszy. Tylko raczej we własnym gronie.

– Nie wierzę! – rzekła stanowczo, ale burczenie w brzuchu odjęło jej nieco powagi.

– Jajecznica z kiełbaską, pomidorami i co tam jeszcze w lodówce mam, czy pizza na telefon? – zapytał.

– Pizza – zdecydowała szybko w nadziei, że uda się jej tym sposobem utrzymać temat rozmowy. Bardzo była ciekawa, co to mógł być za bajzel, który ponoć Ludwigowe kraje związkowe potrafiły zrobić.

Pomysł był dobry, ale nie wypalił. W czasie, jaki zmitrężyli na wybranie, którą pizzę z ulotki zamówią, zdążyliby tę jajecznicę z chlebkiem zrobić i zjeść ze trzy razy. Zmyliby też naczynia i otworzyli jakieś piwo, czy może winko. W poszukiwaniu cukru przetrząsnęła pół Johannowej kuchni i przypadkiem znalazła białe reńskie w jednej z szafek. Jeszcze się do tego nie przyznała (Johann był wtedy w toalecie), ale ochotę na nie miała coraz większą. W sumie wino do pizzy generalnie było pomysłem trafionym. Co z tego, że białe. Napomknęła, więc o nim ledwie gospodarz przestał szwargotać do telefonu.

– W sumie ono Ludowita – stropił się na moment, – ale to zwykłe stołowe. Gniewał się raczej nie będzie. Zresztą mu je odkupię. Tylko do lodówki trzeba wstawić. Temperatura pokojowa wina, to nie nasze dwadzieścia stopni, a to w dodatku białe. Martin za serwowanie czegoś takiego skróciłby mnie o coś od góry. Saara pewnie od dołu – powiedział i wzruszył bezradnie ramionami. – Nasze związkowe winopije z zachodu. – Spojrzał na etykietkę i doczytał, gdzie dokładnie ten sok winogronowy zepsuto. – To wino, to od Martina – dodał. – To już na pewno by mnie skrócił i nikt by mnie nie obronił.

Misia rozpromieniła się. Związkowy bajzel zupełnie uciekł jej z pamięci. Przeciągnęła się na krzesełku, które powoli robiło się niewygodne i spojrzała za okno. Było ciemno i żółty trampek dużo stracił na swoim optymistycznym wyglądzie. W zasadzie był już mało żółty w nikłym świetle, jakie docierało do niego z kuchennego okna.

Widok auta skierował jej myśli na powrót do nieszczęsnego prezentu. Samochody męska rzecz, a mężczyźni mają dzień chłopaka. Czemu w ogóle mówi się dzień chłopaka, a nie mężczyzny? Przecież w marcu jest dzień kobiet, a nie dziewczyn. Jakieś szemrane się to wydawało, ale nie była w stanie dojść do jakiś konkretnych wniosków. Johann jej w myśleniu nie przeszkadzał. Siedział po drugiej stronie stołu i wpatrywał się w rozsypane na blacie ulotki różnych żarełkodajni oferujących leniwym ludziom dowiezienie jedzonka pod sam nos. Z pewnością nie była to fascynująca lektura, ale zapatrzony był w nie tak, że nawet, gdy myśli Misi wróciły z wycieczki lingwistycznej, nie śmiała się odezwać. Bardzo miło się jej milczało i patrzyło na zamyślonego Johanna w oczekiwaniu na obiadokolację.

Po dobrych trzydziestu minutach w końcu rozległ się dzwonek przy drzwiach. Johann szybko znalazł się na dworze i w kilku długich krokach dotarł do furtki. Misia stała w progu z mało inteligentną miną. Chciała powiedzieć coś o tym, że na ścieżce jest mokro i lepiej nie wychodzić w laczkach, ale już było na to za późno. Pozostało jej jedynie chichotać.

Johann, powód jej wesołości pojął w drodze powrotnej. Pokręcił tylko głową i zostawił klapki w przedpokoju, a do kuchni dotarł w samych skarpetkach.

– To może męski dom, ale odkurzacz mamy. Nawet wczoraj go używałem – stwierdził.

– Oho! Wyrażam kobiece uznanie – roześmiała się. Wyciągnęła z lodówki wino i zaczęła grzebać w szufladach za korkociągiem.

– Talerze czy z pudełka?

– Z pudełka i broń boże bez sztućców – odpowiedziała. – No może jakiś nóż, bo nie wiem, czy dobrze pokroili. Masz gdzieś korkociąg?

– W koszyku na lodówce.

– Bym się nie domyśliła.

Wzruszył ramionami.

– Daj tę butelkę. Za zostawienie otwierania wina kobiecie też by mi Martin coś niemiłego zrobił. Nie żeby w talenta nie wierzył, to po prostu trochę kobieciarz, więc chodzi o zasady.

Bez słowa protestu oddała butelkę. Otworzył ją wprawnie i odstawił na blat. Zniknął na chwilę w salonie i wrócił z kieliszkami. Ocenił wygląd stołu i zamyślił się na moment.

– W zasadzie to moglibyśmy z tym pójść do pokoju…

Obrzuciła go spojrzeniem zarezerwowanym zazwyczaj dla idiotów.

– Zrozumiałem – powiedział szybko. – Gilbert to jakoś ładnie ujął, jak wrócił z waszego spędu rodzinnego, ale teraz sobie nie przypomnę. Coś o tym, jak kuchnia jest ważnym pomieszczeniem i… Nie. Jak kocha, to może mi się przypomni. Dla pełni atmosfery chcemy świece?

– A czemu nie – roześmiała się.

Johanna znów wcięło na chwilę, tym razem dłuższą. W pewnym momencie dom wypełnił się muzyką. Cokolwiek Johann puścił, było to jak najbardziej klasyczne, ale bynajmniej nie nudne.

– Musimy zadowolić się podgrzewaczami – oznajmił. – Innych nie ma.

– Mogą być. Chodź jeść, bo mój żołądek zaraz zagłuszy te piękne skrzypeczki.

– Paganini. I mogłaś zacząć beze… Dobrze, zamykam się.

Przez pierwszą połowę pizzy w zasadzie nie rozmawiali, zbyt pochłonięci czystą konsumpcją cienkiego ciasta z dużą ilością ciągnącego się żółtego sera i dodatków. Michaela uznała to za istną bombę kaloryczną, co nie przeszkadzało jej jeść z apetytem. Grzech to był okrutny wobec kobiecej figury, ale wyjaśniła sobie, że po tej całej podróży coś się od życia należy. Czemu zatem nie pizza i reńskie wino? Jakąkolwiek osobą był ten Martin, zdecydowanie z winami szło mu dobrze. Nawet bardzo dobrze, zdaniem takiego laika jak ona. Nie ukrywała, że na co dzień pije bardziej pospolite trunki, ale od czasu do czasu czemu nie.

Po trzecim kawałku gigantycznej pizzy jej głód został zaspokojony na tyle, aby mogła dalej skubać delektując się i rozmawiając. A raczej w dużej mierze monologując, bo Johann jadł dalej chętnie. Nie wiedziała, gdzie się to całe jedzenie mieści. Ją można już było kulać jak piłeczkę, a on dojadał jej połowę. Rozumiała gdzie Iwan może mieścić takie ilości jedzenia, ale Johann to nie był jakiś wybitnie wielki chłop. Z drugiej strony Feliks był jeszcze mniej imponującej postury, a jadł równie dużo. I nie tył! Niesprawiedliwość dziejów; nie żeby Misia podejrzewała historię o jakiekolwiek poczucie sprawiedliwości.

Wino skończyło się równo z pizzą. Zdecydowanie odbiło się ono na ich humorach. Siąpiący za oknem deszczyk został zapomniany, a jedzenie się trawiło ku ich ukontentowaniu.

– Dobre było, ale się skończyło – westchnęła. – Jedna butelka wina na dwoje to mało. Jeśli zdarzyć się następny raz, to trzeba się będzie lepiej przygotować.

– Tak jest.

– Służbista.

Wzruszył tylko ramionami i ziewnął. Godzina była późna. Wystarczająco późna, aby uznać dzień za udany i zakończyć go. Spać poszli jak grzeczne dzieci bez marudzenia i gadania przez ścianę. Bez bawienia się w ciszę i wychodzenia z łóżek.

– Johann, co zrobiłeś ze słońcem? – zapytała. Stała w drzwiach do pokoju na piętrze, który nosił miano sentymentalnej graciarni i tak też wyglądał. Ze starą kanapą, meblościanką rodem z NRD i innymi równie starymi akcentami. Tylko stojący na biurku pecet nie pasował. Zdaniem Michaeli powinien był znajdować się w barku, żeby nie rzucał się tak w oczy. Teraz pecet był wyłączony. Grało radio stojące na półce. Johann siedział na jedynym krześle w pokoju z gazetą w jednej ręce i kubkiem w drugiej i spoglądał na nią zaskoczony. Roześmiała się.

– Gdybyś widział teraz swoją minę.

Zmarszczył brwi i wyraz jego twarzy momentalnie przestał być taki zabawny. Michaela jednak uśmiechała się dalej. Weszła do pokoju i usiadła na kanapie. Stare sprężyny jęknęły.

– No to co zrobiłeś z tym słońcem? Nie pada już, ale słońca też nie ma. Jest szaro, buro i ponuro.

– Według tej gazety widziano je w Wirtembergii, a Jurgen to skąpiradło i w ogóle, więc pewnie szybko nie odda – odpowiedział.

– Oj. Niedobrze. Deszczu nie mógł wziąć?

– Deszcz wrócił do domu, do Hamburgu. Niestety wiatr, chyba też zabrał się do domu do Szlezwik i Holsztynu, i nie ma co przewiać tych chmur. Przykro mi. Jeny, gdyby mnie teraz Ludwig usłyszał, to uznałby, że oszalałem do reszty.

– A tam od razu szaleństwo. – Wzruszyła ramionami. – Krzywda się nikomu nie dzieje. Poza tym co by ci zrobił?

Johann zamyślił się. Fakt faktem niewiele mógłby Ludwig zdziałać. Gdy ktoś wycinał jakiś numer, mógł pokrzyczeć, mógł wygłosić mowę, aby wzbudzić w delikwencie wyrzuty sumienia. Mógł wymierzyć jakąś karę, ale co mógł zrobić szaleńcowi?

– Zamknąłby mnie gdzieś pewnie. Zapisał na cykl wykładów o kulturze germańskiej i przydzielił kogoś, kto by pilnował, abym na nie chodził. Ba! Może sam by ze mną chodził i jeszcze odpytywał.

– Czemu na takie wykłady? – Zdziwiła się szczerze, bo w jej myślach pojawił się raczej pokój bez klamek albo jakaś bardzo długa rozmowa. Johann uśmiechnął się perfidnie. Odsunął od biurka i wyciągnął przed siebie nogi. Miał irracjonalnie czerwone skarpetki, które bardzo dobrze pasowały do wizji szaleńca.

– Żebym na nowo odkrył moje germańskie korzenie, o których najwyraźniej zapomniałem na skutek jakiejś osmotycznej slawizacji. Graniczę z dwojgiem z twoich braci, a trzeci pomieszkuje u mnie. To nie może być zdrowe dla Germanina. O, Ludowita by pewnie przy okazji wyeksmitował do Bautzen, albo lepiej Cotbus. Brandenburgii tak wszystko zwisa, że pewnie by się nie zaraził.

– Johannie Wärzner – powiedziała wstając z kanapy i podchodząc bliżej. – Czy ty insynuujesz, że my, Słowianie, jesteśmy szaleni?

Stała tuż przy jego nogach. Poruszał stopami w czerwonych skarpetkach w rytm lecącej w radiu piosenki. Uśmiechał się. Miała ochotę kopnąć go w kostkę.

– A nie jesteście? Sama wczoraj coś na tę nutę mówiłaś. Chodziło bodajże o moje i Ludowita zdziwaczenie  – odparł. Patrzył jej prosto w oczy. Uśmiechał się teraz w ciepły, przyjazny sposób.

– A jesteśmy? – Położyła dłonie na biodrach i kopnęła go lekko. Uniósł brew jakby nadal śmiał wątpić. – Johannie Wärzner… – zagroziła.

– Powiedziałbym, że do tego zarażacie…

– Johannie, ja cię ostrzegam…

– Tajna broń Słowian. Kiedyś wszyscy oszaleją, a że nie będą mieli w tym takiej praktyki jak wy, to staniecie się górą.

– Jasiu – jęknęła i zaczęła chichotać. – Przejrzałeś nas i teraz będę musiała ci wypowiedzieć małą wojnę i cię zabić. A tak miałbyś szanse w tej odległej przyszłości pozostać na powierzchni. Widzisz, jak my, Słowianie Zachodni, chcieliśmy dla ciebie dobrze? A teraz… – Przeczesała palcami włosy i spojrzała na niego uśmiechając się smutno. – Jak mogłeś…

– A mogę spróbować się wykupić? – Zapytał rzeczowo. W radiu zmieniła się piosenka i czerwone skarpetki zaczęły poruszać się w nowym rytmie.

– Nie wiem, czy istnieje takie coś, co mog –

– Kawa z likierem czekoladowym i bitą śmietaną oraz tosty z dżemem lub miodem do wyboru – wszedł jej w słowo.

– Kusicielu! – jęknęła. Cofnęła się o kilka kroków i opadła na kanapę. Johann uśmiechał się. – Jeszcze powiedz, że to razem.

– Oczywiście. Daj mi kwadrans.

Wstał i rozejrzał się za laczkami. Znalazł je pod biurkiem. Zabrał ze sobą swój kubek, gazetę wrzucił do koszyka obok kanapy. Wyłączył jeszcze radio i spojrzał na nią.

– Za kwadrans w kuchni.

Michaela czuła jak jej dieta właśnie jedzie na urlop. A spadaj – mruknęła w myślach. – Ja też jestem na urlopie.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s