Jak dzień długi i noc ciemna

 

10 listopada 1805

 

– Wot to jest? Będzie bitewka?
Książę smoleński spojrzał na mężczyznę stojącego u wejścia do namiotu. Iwan musiał się schylić, aby się w nim w ogóle zmieścić. I w takiej właśnie przygarbionej pozie przyglądał się mapie i rozstawionym na niej ciężarkom, symbolizującym rozmieszczenie wojsk w zakolu Dunaju. Na jego twarzy malowała się dziecięca ciekawość.
– Najprawdopodobniej będzie. Francuzi są po drugiej stronie gór – odparł Kutuzow.
– Mogę zobaczyć? – Iwan zapytał radośnie.
Pozostali oficerowie spojrzeli na dowódcę pytająco, ale Kutuzow nie czuł się w powinności, aby cokolwiek tłumaczyć.
– Później Iwanie, później.
Rosja posmutniał wyraźnie, ale odszedł nie powiedziawszy nic więcej. Chciał wiedzieć, czy będzie bitwa. Wycofywali się już od tylu dni, czekając na wsparcie z domu. Od Austrii wiedział, że zmierzają w stronę Wiednia, co samo w sobie zdawało się Rodericha irytować. Ciekawie się z nim wtedy rozmawiało, bo nie siedział nieruchomo, tylko chodził w tę i z powrotem, a jego głos nie brzmiał jak ton nauczyciela carewicza Aleksandra. Iwan pamiętał go bardzo dobrze. Nie przepadał za nim, ale to było dawno temu. Teraz carewicz był już carem.
Stojący przy namiocie strażnik spojrzał na niego i pokręcił krytycznie głową, Iwan uśmiechnął się w odpowiedzi.
– Będziemy się bili i pokażemy Francuzom, że powinni się nas bać – odezwał się i wywołało to uśmiech na twarzy wojskowego.
– O tak – zapewnił. – Wrócimy do domu w chwale.
Iwan rozpromienił się.

Feldmarszałek odetchnął i spojrzał na swoich oficerów.
– Napoleon będzie teraz chciał za wszelką cenę uniemożliwić wszystkim naszym wojskom przedostanie się na północny brzeg Dunaju. Fakt, że francuskie oddziały są po drugiej stronie gór jest tego tylko pośrednim dowodem. To po prostu najrozsądniejsze, co może zrobić. Zabezpieczają północny brzeg i z tempa, w jakim to robią, można wnioskować, że są pewni swego. I to, miejmy nadzieję, ich zgubi.
Na twarzach mężczyzn pojawiły się uśmiechy. Jedne mniej drugie bardziej pewne tego, że im się powiedzie.
– Przekroczymy rzekę i zniszczymy za sobą most –
– Ależ to szalone! – wtrącił jeden z oficerów. – W ten sposób zostawimy Wiedeń na pastwę losu! Nie będziemy w stanie dotrzeć tam na czas!
Kutuzow spojrzał na niego i zmarszczył brwi. Nie zamierzał zaprzeczać. Dokładnie wiedział, że tak właśnie będzie, ale to on tu dowodził. On jeden, bo tylko tak, można było mieć nad wszystkim kontrolę.
– Ale to pozwoli nam rozwiązać sprawę tu i zabezpieczyć możliwość dotarcia posiłków z Galicji. Wiedeń będzie musiał obronić się sam, a jeśli szczęście się do niego uśmiechnie, to na czas dotrą do tam wojska z Rosji. My, tu i teraz, musimy jak najlepiej wykorzystać sytuację, jaka się trafiła.
Zapadła cisza. Jasnym było, że nie wszystkim podoba się ta strategia.

Iwan jadł pajdę chleba i przyglądał się jak Roderich miota się z lewa na prawo i z powrotem. Przeszli Dunaj w Krems i rozbili obóz. Na wieść o zniszczeniu mostu Austria na moment wręcz spurpurowiał, a teraz chodził wściekły. To był taki zabawny kontrast z jego zazwyczaj stoickim zachowaniem.
– Będzie bitwa – Iwan odezwał się pogodnie nie przerywając przeżuwania.
Roderich rzucił mu zdegustowane spojrzenie.
– Kutuzow nie powinien był wysadzać mostu!
– Ale będziemy się bili, a nie wycofywali – powiedział Iwan. – To dobrze, bo mnie się już znudziło to wycofywanie się. Jeszcze ktoś pomyśli, że się boimy Francuzów. Że damy im się zapędzić aż pod Moskwę, a tak nie będzie!
– Wolałbym, aby nie doszli oni nawet do Wiednia, a wobec posunięcia twojego dowódcy nie będę mógł tam nawet dotrzeć sam.
– Tu też są Francuzi, którym trzeba porachować kości, aby się nauczyli. Tam będą inni, ale i nasi też tam są.
Roderich prychnął. Zatrzymał się gwałtownie, spojrzał na Dunaj i trwał tak dłuższą chwilę. Musiał zmrużyć oczy od słońca odbijającego się w wodzie. Gdzieś tam dalej, patrząc z prądem, leżał Wiedeń. A on znajdował się tu – w Krems. Starał się poukładać myśli. Prosta, wręcz łopatologiczna, logika Iwana była rzecz jasna słuszna – nie żeby miał ochotę powiedzieć to na głos. Podobnie jak nie miał zamiaru przyznać, że gdyby nie chodziło o Wiedeń, a taką Pragę czy Kraków, to pewnikiem sam doszedłby do takich wniosków.
Ale chodziło o Wiedeń. I gdyby jeszcze nie ta wieść o klęsce pod Amstetten.
Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze.
– Tak…
– Hę? – Iwan zaciekawił się.
– Tak, musimy tym Francuzom tutaj pokazać, że ich miejsce jest daleko na zachód stąd – powiedział powoli i uśmiechnął się nieznacznie.
Iwan przełknął ostatni kęs chleba i przeciągnął się aż mu w kościach strzeliło. Roderich stał z rękoma złożonymi na piersi i dalej patrzył na Dunaj. Tam dalej, w górze rzeki, byli Francuzi. Rozciągnięci na długiej linii, jeśli wierzyć meldunkom. Pewni siebie, posuwający się do przodu, ale w znacznie mniejszej sile niż ta, którą Kutuzow miał tutaj. Tak mówili ci, których kilka dni wcześniej przywiózł kozacki patrol. Na wspomnienie jazdy kozackiej coś w Roderichu drgnęło. Dobrze ich mieć po swojej stronie – pomyślał. – Nie trzeba się modlić, aby nie spotkać ich na swojej drodze. Odetchnął głęboko.
Kutuzow postępował słusznie, ale to w żadnym stopniu, nie poprawiało mu nastroju.
– Będziemy szli nocą przez góry, jeny! – jęknął jeden z mijających ich piechurów. – Moje pieskie szczęście. Trzeba pójść przespać kilka godzin teraz, żeby nie paść w czasie bitwy przez niewyspanie. Marne będzie z nas wsparcie, jak będziemy ziewać.
– Damy radę – roześmiał się jego towarzysz. – Skopiemy im tyłki i wrócimy do domu w chwale.
Austria spojrzał na nich. Kolumna Schmitta – pomyślał i podjął decyzję. Wolałby być w Wiedniu, ale skoro się nie dało, to nie zamierzał tylko siedzieć i patrzeć. Całe to wycofywanie się, niszczenie mostu i wszystko inne działało mu na nerwy bardziej, niż skłonny był przyznać.
Poprawił mundur i bez słowa ruszył w kierunku namiotu austriackiego marszałka.
Schmitt jadł właśnie obiad. Na widok Rodericha uśmiechnął się, ale nie było w tym żadnego ukrytego znaczenia. Dla niego pan Edelstein był tylko jednym z niższych oficerów, który cieszył się dużym poparciem władcy, ale na szczęście nie obnosił się z tym i nie sprawiał kłopotów.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłbym zająć chwilę?
Schmitt otarł usta serwetą.
– Proszę bardzo, panie Edelstein. Niech pan usiądzie. – Wskazał mu wolne krzesło. – O cóż takiego chodzi?
– Dziękuję. Będziemy atakować? – Od razu przeszedł do rzeczy.
Schmitt uśmiechnął się pod nosem. Wysokie czoło na moment przecięły głębokie zmarszczki, ale po chwili jego twarz znowu była obrazem neutralności.
– Tak. Tak będzie najlepiej.
– Rozumiem…
– Hrabia Miłoradowicz poprowadzi część wojsk rano. Dochturow dołączy do niego przechodząc dłuższa drogą przez wzgórza. Ja dołączę ostatni idąc najdłuższą drogą, więc na pana miejscu skorzystałbym z okazji i wypoczął teraz. W nocy bowiem pójdziemy przez góry i to samo w sobie nie będzie dla nas wszystkich najłatwiejsze. Chyba że planuje pan –
– Dziękuję, za tę informację – przerwał generałowi i wstał od stołu. – To mnie tylko interesowało. Dziękuję również za tę radę. Nie omieszkam z niej skorzystać – dodał i skłonił się nieznacznie.
Schmitt skinął głową. Jego zdaniem dziwny był ten oficer. Niby młody, ale brakowało mu młodzieńczego zapału. Jakby go wyprano ze wszelkich ambicji. Szlachetka kanapowy? Chyba jednak nie, bo do wojskowego fachu zdawał się być przyuczony porządnie. I to nie tylko szkolnymi podręcznikami. Raz miał okazję widzieć go w walce i dostrzegł w jego postępowaniu nie bezmyślność wyuczonych ruchów młodzika, a praktykę kogoś, kto nie pierwszy raz ryzykuje swoje życie dla kraju. Czy to był naturalny talent? Geniusz? Trudno było nie wierzyć w istnienie geniuszy, gdy ścierało się z Bonapartem.
Kiedyś w końcu kogoś zapytam o tego Edelsteina, ktoś coś wiedzieć musi – pomyślał i wrócił do posiłku. I tak już zdążył mocno wystygnąć.

Uważaj na północne ramię swojej armii…
Mortier spojrzał na najnowsze raporty. Słowa Bonapartego odbiły się echem w jego głowie, ale kiedy je wypowiedziano wszystko wyglądało inaczej. Sytuacja zmieniała się szybko. Nie przypuszczał, że Austriacy i Rosjanie będą tak spieszyli się do Wiednia, że nawet nie zostaną tu dłużej. A tym bardziej, że nie spróbują podjąć walki. Oto bowiem pisano mu, że Kutuzow się wycofuje. Rano natknięto się na straż tylną jego armii między Dürenstein a Krems.
– Panowie – powiedział, a Dupont i Gazan spojrzeli na niego. – Pogonimy ich trochę. Pierre, zostaniesz na północy. Trzy tysiące ludzi powinno ci starczyć, gdyby coś się miało jednak wydarzyć. Theodorze, ty z sześcioma tysiącami zajmiesz się straż tylną. Przypalimy im trochę pięty.
Gazan pokiwał zadowolony głową. Zabezpieczanie brzegu było ważne i zajmujące, ale to, co oferował mu Mortier, było jeszcze ciekawsze. Niewielkie wyzwanie, ale zawsze mogło mieć wpływ na jego dalszą karierę.
Dupont nie wydawał się być aż tak szczęśliwy.

 

11 listopada 1805

Dürenstein – Oberloiben – Unterloiben – Rothenhof – Stein – Krems

Dostał rozkaz udawania straży tylnej i tak ustawił ludzi, takie wydawał rozkazy, aby wyglądali jak straż tylna.
Tak. Dokładnie tak, drodzy Francuzi my tu tylko pilnujemy tyłków naszych kolegów, którzy idą dalej. Nie chcemy, abyście napadli na nasze zapasy i nasz sprzęt.
W pewnym sensie robili za przynętę i ludzie to czuli. Krok piechurów był niespokojny. Strzelcy rozglądali się, jakby chcieli zobaczyć na przestrzał drzew i wzgórz, gdzie jest przeciwnik. Czy zdarzą zdjąć z pleców broń i załadować ją? Niemal półtorametrowej długości strzelba nie była bronią tak poręczną jak stara dobra szpada, jednak jej skuteczność… Miłoradowicz wyprostował się, ściągnął łopatki i utkwił wzrok przed sobą. Trzeba było dawać przykład tym chłopcom.
Iwana świerzbiło nieco, aby wysforować się przed innych. Zobaczyć, co jest dalej, ale powiedziano mu, że wciągają Francuzów w pułapkę i wizja ich zdziwionych min, gdy się zorientują, utrzymywała go w szyku. Niewłaściwym wydawało mu się zepsucie tej niespodzianki. Poza tym, Francuzi mogli się czegoś domyślić, a tego nie chciał. Jechał, więc na koniu pośród innych kawalerzystów.
– Będzie się działo – odezwał się ten po jego prawej stronie. Miał bardzo silny akcent spod Uralu. Iwanowi zrobiło się na ten dźwięk jakoś miło. Tak dawno nie odwiedzał tamtych stron.
– Damy im popalić.
– Oby. Jak się gdzieś nie wsławię, to mogę zapomnieć o ręce mojej słodkiej Wiery, bo jej ojciec mnie nawet do ich domu nie wpuści. Zazdrośnik jeden.
Iwan uśmiechnął się szeroko.
– Wsławisz się – zapewnił.
Tamten odwzajemnił uśmiech się i spojrzał w kierunku wskazywanym przez Iwana.
– Francuzi… – szepnął.
Sześć tysięcy ludzi pod wodzą Theodora Gazana podążyło za strażą tylną Miłoradowicza i nie zamierzało przepuścić okazji, aby uzmysłowić im, gdzie jest ich miejsce. Bo oto byli oni. Francuzi. Żołnierze Bonapartego.
Słońce wisiało już dość wysoko. Cienie na rozmiękłej po porannym deszczu ziemi były krótkie. Przynajmniej tak krótkie, jak to mogło się zdarzyć w listopadowe przedpołudnie. Dunaj odbijał promienie słońca. Wielka rzeka nie zwracała uwagi na bitwę.
Zagrzmiała pierwsza salwa. Druga. Trzecia. Iwan mocniej zacisnął dłonie na wodzach. Co z tego, że koń był nauczony nie bać się hałasu, skoro wokoło szerzył się chaos? Ponownie ładowano karabiny. Zaraz zwarli się ze sobą pierwsi ludzie. I już nie miała znaczenia panna Wiera, pochwały, ordery.
Siec, siec, siec wroga! Kolor munduru jedynym wyznacznikiem.
Iwan się w tym zatracił. Która to była jego bitwa? Nie liczył. Za wiele ich w życiu stoczył, aby w ogóle starać się je spamiętać. Za wiele ich było za życia tego Jednego Francuza, aby pamiętał je wszystkie. Poruszał się bez udziału świadomości. Czysty instynkt. Siec z konia wroga tak długo jak się da. Atak, parada, silne odepchnięcie – musiał ponownie ściągnąć wodze, bo ktoś z piechoty – czyjej? – upadł stworzeniu pod kopyta. Nie, nie omijaj a depcz. Martwy, więc nieważny. Nie będzie straty, jeśli zdepczesz. Atak.
Słońce odbijało się od stali. Świetlne refleksy tańczyły wokoło. Dunaj patrzył.
Jeden Francuz padł, a już pojawił się kolejny. Ilu ich w ogóle było? Dla niego – żołnierza carskiego – to nieważne. Siec. Siec. Siec. To Miłoradowicz musiał wiedzieć, nie Iwan. Ktoś przed bitwą mówił, ilu ponoć jest Francuzów, ale teraz nie pamiętał. Nie musiał. Szabla położyła jednego piechura, drugiemu rozcięła ramię – już nie powalczy, koń niemal poniósł i zdeptał trzeciego. Obok padł austriacki chłopak. Zaraz ktoś po nim przejechał. Kawałek dalej huknął wystrzał. Strzelec w środku pola bitwy… więcej szkody niż pożytku, jeśli chce strzelać. Iwan tylko zerknął. Kilku piechurów osłaniało kolegę, gdy ten ładował broń. Na kogoś konkretnego polowali czy to ot tak? Pozwolił koniowi przebiec kawałek; szabla zahaczyła o czapkę Francuza. Nim ten zdarzył zaatakować już padł martwy. Brodaty mężczyzna w mundurze carskim uśmiechnął się do Iwana, ale to była chwila. Błysnęła stal w powietrzu. Tysiące par nóg wzbijało z ziemi kurz. Pchał się do oczu, ust i nosa piechurów. Walczyli nie widząc dokładnie, krztusili się…
Francuzi napierali. Atak. Atak. Trzeba było zmusić tamtych do wycofania się. Atakować! Co z tego, że domniemana straż tylna była liczniejsza niż zakładali? Nieszczęsny los wsi, co ulokowały się w zakolu rzeki. Z jednej strony góry, z drugiej Dunaj. Bitwa musiała przejść przez nie. Oberloiben, Unterloiben, ponoć żołnierze zwarli się również przy Rothenhof. W myślach widział mapę i liczby. Przed sobą miał pole bitwy. Zyskał przewagę. Uśmiechnął się. Na co rosyjski dowódca liczył? Czyżby nie wiedział, że jego wojska będą niemal o połowę mniejsze w stosunku do kolumny Gazana? To trwało zaledwie pół godziny, a już mieli przewagę.
Mortier już wiedział. Już wysłał rozkazy do Dupont-a. Wracaj do Dürenstein. Maszeruj na Krems. Inny goniec pędził do Gazana. Brawo, brawo Theodorze, żeś odepchnął ich pod Krems, a teraz czekajmy. Pierre dotrze tu ze swoją kolumną i wtedy ich zmieciemy.
Bitwa straciła na rozpędzie. Uspokoiło się między Dürenstein a Krems. Mortier czekał. Miłoradowicz również. Dupont prowadził swoich ludzi na Krems. Dchtorow i Strik robili dokładnie to samo. Słońce stało wysoko na niebie.

– Są!
Miłoradowicz odetchnął. Nie wiedział jeszcze, czy to była kolumna Strika czy Dochturowa, ale to nie miało znaczenia. Francuzi musieli teraz poradzić sobie z nim z przodu i z drugą kolumną atakującą ich z flanki. A niebawem powinna była pojawić się trzecia za ich plecami. Kutuzow miał rację.
Iwan patrzył jak dokonuje się zmiana we francuskim postępowaniu.
– Uciekają – powiedział jakby z żalem. – Nieładnie.
Zacisnął dłoń na szpadzie i ruszył do ataku. Wraz z nadejściem wsparcia wzmógł się hałas. Zgrzyt stali, tętent kopyt, krzyki ludzi. Walczyli z zacięciem. Iwan był pewien, że ojciec Wiery byłby dumny widząc tu swojego przyszłego zięcia. Zmęczenie dawało się we znaki Francuzom, ale przy ciągłych atakach nawet nie mogli dotrzeć do swojej floty i wycofać się za Dunaj. Bez Duponta…

– Francuzi są w potrzasku między wojskami generała Miłoradowicza, Strika i Dochturowa – meldował młody goniec. Roderich nie zamierzał podsłuchiwać, ale chłopak mówił tak głośno, że trudno było go nie usłyszeć, będąc w pobliżu marszałka. Zresztą chwilę później wieść podawana z ust do ust zaczęła krążyć między ludźmi. Schmitt był z tego zadowolony. Szli już długo. Zmierzch wydawał się być już blisko, a oni nie dotarli do celu, choć przecież mieli tam być w południe. Wieść, że reszta ich armii daje sobie radę wyraźnie poprawiła morale. Z drugiej strony, jeśli dotrą po bitwie, to będzie druzgoczące. Stres i zdenerwowanie już mocno nadszarpnęły jego równowagę, a podejrzewał, że inni znosili to jeszcze gorzej. Bitwa stanowiła teraz jedyną opcję, aby rozładować napięcie. A potem, gdy już wygrają, pojedzie do Wiednia. Co z tego, że cesarz z dworem przeniósł się do Cieszyna i Roderich powinien tam do niego dołączyć? Jemu spieszno było do swojej prawdziwej stolicy.

Zmęczenie walczyło z adrenaliną. Z zapałem. Z wolą walki. Dzień miał się ku końcowi. W listopadzie noc zapada szybko. W szarości zmierzchu kolory mundurów zaczynały tracić na wyrazistości. Ludźmi kierował instynkt. Siec. Bić. Zabić. Ilu poległo z rąk swoich towarzyszy?
A oni wciąż w lesie już słyszeli bitwę. Już wyciągali szpady. Choć było ciemno i w takich chwilach zwykle przerywano walkę, teraz nie miało do tego dojść. O nie. Nie po tym marszu. Zatrzymać się, poczekać do rana – to było niedopuszczalne. Zresztą, kto wie, co zastaliby rano? Czy pod osłoną nocy Francuzi nie uciekliby?
Marszałek dał znak.
Wkroczyli między swoich i Francuzów. Tego właśnie bitwie było potrzeba. Zwarte ze sobą armie za długo trwały w impasie. Za długo utrzymywała się pozorna równowaga. Najpierw Gazan był w potrzasku, a potem się karta odwróciła i Dochturow musiał się zmagać z francuzem na dwóch frontach. Teraz mieli przewagę liczebną. Drogę prostą do zwycięstwa, gdyby tylko nie było tak ciemno.
Zwarł się z kawalerzystą. Swój czy nie? Tylko rzut oka na mundur, na te kilka szczegółów, które dało się wyłowić i to musiało wystarczyć. Długie cięcie przez ramię tamtego, cofnięcie własnego konia. Trupy zaściełające ziemię. Kopyto konia zahaczyło o jednego. Zwierzę szarpnęło, ale tylko zaplątało się bardziej. Rozległ się huk wystrzału. Kto u diabła strzela po ciemku!? Koni zarżał i zatrząsł się. Roderich już wiedział, że zaraz padnie. Nie było czasu na współczucie dla zwierzęcia. Zsiadł z niego w pośpiechu, byle tylko nie zostać uwięzionym pod nim. Omal się nie poślizgnął. Zadeptana mokra ziemia nie dawała dobrego oparcia, a tu już czyjś krzyk. Swój? Nie. Odruch. Parada. Atak. Atak. Parada. Ktoś inny tego usiekł od tyłu. Chwila wytchnienia. Gdzieś tu jest Iwan – przeszło mu przez myśl, nawet nie wiedział czemu. No jest, i co z tego. Odwrócił się akurat, aby zablokować atak. Kto atakował? Swój czy Francuz?
Swój.
Potok przekleństw na późną porę. I znowu strzały. Krzyk. Huk. Zgrzyt stali. Zginą tysiące ludzi, ale to Rodericha nie obchodziło. Liczyła się walka – przeżycie – i Wiedeń.

Iwan zamachnął się i tępą stroną pękniętej szabli strzaskał czaszkę Francuza. Ten padł twarzą w błoto i rzęził jeszcze przez chwilę, ale w ogólnym chaosie i tak nie było go słychać. Iwan zwrócił uwagę tylko na moment, gdy schylał się po szablę przeciwnika. Zważył ją w dłoni i uśmiechnął się. Wiedział, że się nada w miejsce jego zniszczonej. Zaatakował. Byle do przodu. Byle przeżyć dopóki nie zostanie dany sygnał, że walka skończona. A potem odpocznie i może zobaczy Wiedeń, o który tak tu walczą. I się naje i napije. A teraz cięcie. Zasłona. Pchnięcie. Huk. Trzask. Pod nogami błoto i trupy. Przewrócił się, ale wstał.

Mortier liczył na ludzi Gazana. Musieli dać radę zatrzymać tamtych na tyle długo, aby reszta ich wojska przeprawiła się na drugą stronę Dunaju. Tam odpoczną, i rano, jeśli Rosjanie wciąż będą mieli siły, wznowią bitwę, ale na razie to byłoby szaleństwo. Wygrywali na ile mógł ocenić postępy walki, ale…

…Kutuzow zamyślił się. Podejrzewał, że pod osłoną nocy Francuzi przeprawią się na północny brzeg, ale nie mógł ich powstrzymać. Nie dysponował flotą, która mogłaby zniszczyć francuskie statki, ale i tak był zadowolony z wyniku bitwy. Wygrywał.

Im dalej w noc, tym było ciszej. Bitwa dogasała. Pozostały po niej zniszczone wsie i tysiące trupów w rosyjskich, austriackich i francuskich mundurach. Tysiące zmęczonych ludzi dziękowało Bogu, że przeżyli i wygrali, bo gdy nastał kolejny dzień już nikt nikogo nie atakował.

– To teraz Wiera będzie twoja – roześmiał się Iwan, a jadący koło niego Rosjanin rozpromienił się. Jechali na wschód; znowu. Dürenstein zostało za nimi i w ich pamięci.
– O tak! To będzie takie wesele, jakiego u mnie w mieście od lat nie widzieli.
– A ja wypije wasze zdrowie! Ha!
– A pij, pij! – Kawalerzysta wyjął manierkę i podał mu.
Roderich przyglądał się kątem oka i nie miał ochoty przyłączać, ale gdy Iwan wyciągnął w jego stronę rękę z trunkiem, a drugi Rosjanin patrzył wyczekująco, nie mógł odmówić. Potem wypili jeszcze inni za zdrowie pięknej Wiery, której nikt z nich na oczy nie widział, Arkadija Michaiłowicza – ich dzielnego towarzysza broni.
Zdrowie!

Koniec

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s