…i się potrzęsę

Informacja wstępna sprostowująca zawartą w fanfiku pomyłkę: Łotwa wprowadziła ten sam system udzielanie obywatelstw co Estonia, zatem informacja znajdująca się w ficu jest błedna. O tym jednakże dowiedziało mi się już po opublikowaniu powyższego i przerabianie byłoby raczej kłopotliwe. Mea culpa.

…i się potrzęsę


Chodnik, przebiegający wskroś trawnika, urwał się nagle na dwa metry przed skrzyżowaniem z prostopadłym do siebie kolegą, no bo czemu w sumie miałby do niego dołączyć? Skoro się skończył, to dalej trzeba przejść po trawie lub zawrócić i pójść jakimś innym, który, być może, docierał do celu idącego po nim. Tylko że Galante nie miał zupełnie ochoty zawracać. Siły również. Plecak wbijał mu się w ramiona i przyczyniał do powstania garbu już dostatecznie długo, aby jego jedynym celem stało się dotarcie do domu. Trawnik nie trawnik, to nie miało znaczenia. Przeszedł go skupiony na poszukiwaniu kluczy, które – był tego pewien – włożył do jakiejś kieszeni. Sedno problemu tkwiło w słowie „jakiejś” i oczywiście okazało się, że chodzi o tą ostatnią, w jakiej postanowił szukać. Bo czemu by nie?
„Nie” było dla niego ważnym słowem tego popołudnia. Można było NIE pójść do Maximy po zakupy, można było NIE zrobić tak dużych zakupów, można było NIE pójść przy okazji do biblioteki i NIE wypożyczyć tylu książek i finalnie NIE narzekać na zbyt ciężki plecak. No i tak na deser, to Galante naprawdę NIE chciał wiedzieć, co w owym plecaku waży więcej: zakupy czy książki.
Winda w bloku nie działała, na pocieszenie stało przy niej trzech panów w firmowych kamizelkach. Bardzo żywiołowo o czymś dyskutowali, ale o czym, tego Galante nie wychwycił. Zbyt szybko czmychnął na schody, zostawiając ich gdzieś za sobą. Poświęcił im tyle uwagi, że zastanowiło go tylko, cóż takiego mogą wymyślić stojąc na parterze, podczas gdy dźwig jest na górze? Ale się na windach nie znał, więc może naprawdę coś mogli.

Automatyczna sekretarka radośnie mrugała doń czerwonym światełkiem, jak w tym dowcipie veikia, neveikia… Włączył odtwarzanie gdzieś pomiędzy zamknięciem drzwi, a skierowaniem się do kuchni w celu uwolnienia się od ciężaru plecaka.
– Raivis, proszę, powiedz, że tylko ukradli ci telefon, a nie ciebie! I proszę, daj jakiś znak życia. Pozdrawiam, Taurys.
Galante obdarzył urządzenie zdziwionym spojrzeniem. Okradać?
– Co takiego? – wyartykułował swoją wątpliwość i to jakoś pomogło mu dojść do sedna problemu zgodnie z zasadą, że problem wypowiedziany sam zaczyna szukać swojego rozwiązania.
– Upsss – zachichotał i spojrzał na porzuconą na kuchennym stole komórkę. – Się porobiło.
Może sprawa nie była do śmiechu, bo wiedział doskonale, że Litwa naprawdę się o niego martwił, ale jednak – chichot w myślach, chichot w gardle; to było podświadome.
Nieodebranych połączeń było dwanaście. Dwa nieznane, siedem od Litwy i trzy od Estonii. W ramach bonusu zaś dostał smsospam, czyli konkurs o niewiarygodnie trudnym pytaniu: czy Moskwa leży w Rosji, czy na Białorusi?
– Natasza byłaby w siódmym niebie – zachichotał, ale jakoś sama myśl o niej szybko ucięła całą wesołość. – No Iwan, to raczej wręcz przeciwnie – wzdrygnął się, wyszedł z odczytu wiadomości i oddzwonił do Litwy.
– Nie, nie, Taurys. Nie ukradli mi ani telefonu, ani niczego innego, ze mną włącznie, naprawdę – zapewnił z pewną dozą skruchy w głosie, w zamian zaś otrzymał poirytowane westchnięcie.
– Każdemu się przecież może zdarzyć zapomnieć zabrać z domu komórkę – dodał z cieniem nadziei w głosie, ale miał wrażenie, że był w tym za subtelny i Litwa nawet nie zauważył.
– Niby tak, ale wiesz jak mnie i Edwarda wystraszyłeś?
– Przepraszam…
Potem jeszcze długo się zastanawiał, czemu miał wtedy tak wielkie wyrzuty sumienia, skoro, po pierwsze, nic się tak naprawdę nie stało, a po drugie, było to zdarzenie zupełnie losowe. Przecież nie zrobił tego specjalnie! No i Litwa wcale nie miał do niego żadnej ważnej sprawy. Dzwonił, żeby zadzwonić. Żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i pośrednio udowodnić powszechnie znaną tezę, że drugim imieniem telefonu komórkowego jest „smycz”. Może Litwa naprawdę nie miał takiego zamiaru, ale Łotwa poczuł się jak dziecko, które co rusz trzeba kontrolować. Na chwilę obudziła się w nim chęć buntu, szybko jednak zaczęła przygasać. Przyznać musiał przed sobą samym, że czasami faktycznie głupie wpadki mu się zdarzały. Może i bardzo głupie też, ale mimo wszystko był samodzielny. Wyszarpnął kawałek tortu zwanego niepodległością dla siebie i pora była najwyższa, aby zamiast ciągle pozwalać innym mówić mu, co powinien robić, zaczął w pełni decydować sam o sobie. Błędy popełniają przecież wszyscy, a najlepiej uczy się na własnych.
Tylko że wytępienie przyzwyczajeń zdawało się pracą godną Syzyfa. Sto lat niepodległości Łotwy to ciągle było dla Litwy za mało, aby nauczył się, że – gorzej lub lepiej – to jednak potrafi on zadbać o siebie na tyle, aby nie zabić się sto metrów po wyjściu z domu. A może…
– Przesadzam – westchnął i gwałtownie pokręcił głową, aby odegnać te wszystkie myśli. Pozwolił sobie za bardzo się rozpędzić i przerysować fakty.
A przynajmniej wierzył w to, że je przerysowuje. Pseudoromantyczny bunt, gdzie logika idzie na spacer, a emocje multiplikują się jedne przez drugie w nieskończoność, narastał w nim jeszcze przez chwilę, choć sam Galante boleśnie zdawał sobie sprawę z jego bezsensowności. Gdyby chociaż szło za nim jakieś twarde postanowienie powiedzenia Litwie, co o takim traktowaniu myśli, to jeszcze może by to wszystko dokądś prowadziło. Ale on wiedział, że nie powie. Zbyt wiele go z Litwą łączyło, zbyt wiele było jeszcze w rachunkach wdzięczności i sentymentu, aby mógł się na taki krok odważyć.
Z wymrukiwania własnej irytacji wyrwał go telefon, bo historia lubi od czasu do czasu wrócić do punktu wyjścia.
– Halo?
– A co taki brak optymizmu w tak piękny dzień?
– Trolejbus znów miał awarię trakcji i trzeba było go przepychać przez trzy przecznice. Mnie, co prawda, nikt w to nie wciągnął, ale opóźnienie i tak złapaliśmy. Plecak z książkami i jedzeniem przyprawił mi garb wielbłądzi i jutro pewnikiem będą mnie boleć ramiona, no i winda nie działała. A na deser Litwa dzwonił i to już tak jakoś w ogóle wszelki optymizm do dnia dzisiejszego we mnie stłamsiło. Sam zresztą nie wiem. Jakoś tak…
W słuchawce rozległo się westchnięcie z pogranicza współczucia i rozbawienia.
– To nie jest śmieszne, Edward. Naprawdę. Ty nie mieszkasz na piątym piętrze i nie masz tyle siły co ja, aby uważać, że to chwilami stanowczo za wysoko. I do ciebie Litwa nie dzwoni co najmniej raz na dzień, żeby sprawdzić, czy sobie czegoś nie zrobiłeś.
– Tak, tak. Wiem. On się martwi tylko.
Nuta rozbawienia w głosie Estonii nie poprawiła Łotwie nastroju.
– Wiem, ale to… No, to trochę denerwuje. Jak mu się Polska wtrąca w jego sprawy, to się potrafi tak zacietrzewić, że aż się boję z nim porozmawiać. I mówi wtedy, że u siebie może robić co chce i jak chce, a przecież mniejszość polska na Litwie jest większa niż litewska u mnie. Mało tego! Tu jest nawet więcej Polaków niż Litwinów! Ale to chyba nie ma znaczenia, bo nie o to chodzi, prawda?
– Pewnikiem. Ignoruj go, a z czasem mu przejdzie.
– Niemal sto lat…
– Ale jakie sto lat!
– Poza tym, ignorować to tak… No ja go szanuję i nadal jest dla mnie ważny, ale czasami, to… Sam nie wiem…
– Sam musisz zdecydować.
– Wiem. Wiem, niepodległość. Ale… – westchnął i nie dokończył, bo mu słowa na dobre uciekły. W języku mówionym uczucie nie zawsze da się zawrzeć wiernie i czasem lepiej pozostawić je w sferze milczenia na czas dłuższy. Pozwolić mu dojrzeć i samemu odnaleźć słowa właściwe do jego opisania – a przynajmniej on tak uważał.
– To schodząc na ziemię – Edward wykorzystał okazję, aby płynnie zmienić temat i to nie dlatego, że poprzedni mu jakoś specjalnie wadził, choć może trochę, ale ponieważ dzwonił z konkretną sprawą i nie chciał, żeby mu uciekła. – Mógłbyś mnie przenocować za dwa dni? Mam kilka spraw do załatwienia, a hotel mi nie w smak.
– Za dwa dni? Nie, znaczy się tak, czyli nie widzę problemu. Odebrać cię skądś czy będziesz samochodem?
– Autem. Będę jeszcze dzwonił, tylko nie zapomnij komórki, proszę.
– A! Właśnie! Przepraszam za dzisiaj, jakoś zupełnie nie zauważyłem, że jej nie zabrałem. Przepraszam.
Po drugiej stronie kabla Edward westchnął i roześmiał się.
– Zdarza się i tyle.

Przez dłuższą chwilę Łotwa wpatrywał się wiszący na ścianie kuchni kalendarz. Wrażenie, że coś jest absolutnie nie tak, jak być powinno, nie dawało mu spokoju już od kilku dni, ale zwykle się spieszył i jakoś finalnie cała rzecz rozmywała się w codzienności. A teraz była sobota. Na nic nie zaspał, nigdzie nie musiał się spieszyć i mógł spokojnie zjeść śniadanie, siedząc na wprost źródła tego pseudo problemu. U góry znajdowało się zdjęcie z Daugavpils, całkiem ładne zresztą, poniżej duży napis oznajmiał, że jest kwiecień, pod nim drugi – mniejszy – robił to samo, ale w cyrylicy, jeszcze niżej tabelka z dniami i niby wszystko było w porządku, ale…
Zastygł z kubkiem kakao w dłoni i zaczął liczyć w myślach. Kwiecień jak nic wypadał na dole.
– Znowu pomylili liczbę dni w miesiącu – westchnął, bo za pierwszym, piątym i dziewiątym razem to było śmieszne, ale potem już przestało. Zwłaszcza, gdy z tego powodu, pomyliło się daty spotkań. Usprawiedliwienie, że w jego kalendarzu nagle luty okazał się mieć trzydzieści jeden dni, jakoś nie działało przekonywująco. Zwłaszcza na osoby z zagranicy, bo tutaj, to jakoś tak…
Przywykliśmy – pomyślał i przed oczami stanął mu zegar pewnego znajomego, na którym zamieniono piątkę z czwórką. No bywa. Po prostu bywa. Różne rzeczy się po prostu zdarzają i bunt przeciwko nim jest daremny. Sama myśl o tym przypomniała mu o Litwie, a za tym skojarzeniem przyszło kolejne i nagle przeraźliwie jasnym się stało, że ostatnie dwa dni umknęły gdzieś w przeszłość niczym kijewskie metro i tyle je widzieli. Przynajmniej on tyle je widział, a tu akurat herbata wyszła z przytupem, mleko natomiast się wściekło, a raczej wścieknięte było już wtedy gdy je otwierał i dlatego swoje obecne kakao pił zrobione na wodzie.
Jęknął na myśl o konieczności zrobienia zakupów. Nie miał najmniejszej ochoty ruszać się gdziekolwiek poza próg mieszkania, ale jedyną alternatywą było poprosić Estonię, aby sam kupił te kilka drobiazgów po drodze, tylko że…
– Nie uchodzi, oj nie uchodzi – wymamrotał nadal wpatrzony w felerny kalendarz.
Skoro nie uchodziło, to trzeba było się samemu ruszyć. I z ostatnim pozbawionym nadziei „to niesprawiedliwe” na ustach zaczął się zbierać do wyjścia.

Najskuteczniejsza smycz rozwyła się akurat wtedy, gdy stojąc na przystanku szukał, w którym miejscu skończył czytać „Vaidelotę”, i tym samym zmusiła go do żonglerki książką, siatką zakupów i telefonem schowanym w zapiętej kieszeni kurtki. Tym, co pierwsze (i na szczęście ostatnie) uderzyło o chodnik była siatka. Dodatkowym szczęściem w szczęściu było to, że nie kupił niczego, co mogłoby się stłuc.
– Ha… Halo?
– Chciałem tylko powiedzieć, że powinienem niedługo być.
Lekko znudzony spokój Estonii był w tej chwili absolutnym przeciwieństwem stanu Łotwy.
– Niedługo?! Ale, ale takie twoje „niedługo” czy ogólne?
Przez chwilę w słuchawce słychać było jedynie zgiełk ulicy. Potem zlało się z nim westchnięcie i Galante nie był pewien, czy aby Estonii nie obraził, ale przecież nie chciał źle. Po prostu niezaprzeczalnym faktem było, że niedługo oraz chwila dla Estonii bywały czymś zupełnie innym niż dla pozostałych. Bardziej w czasie rozciągniętym i sam Estonia czasami z tego żartował.
– Takie ogólne, Raivis.
Rozbawienie w głosie Estonii niewiele ulgi przyniosło Łotwie, bo owo ogólne niedługo nijak się miało do jego odległości od domu.
– Co!? Ale… Mnie nie ma teraz w domu! Musiałem pojechać na zakupy i… Nie będzie mnie jeszcze jakieś dwadzieścia minut, no chyba że trolejbus się zepsuje… Wiesz… No bywa…
To nie był dobry dzień. Oj nie był. Nie żeby to było jakąkolwiek nowością dla Łotwy. Czasami miał wrażenie, że świat, a raczej Świat, po prostu uwielbia sobie tak z niego żartować i doprawiać mu życie stresem. Humor to był zaiste czarny, a w dodatku wszyscy wokoło twierdzili, że przesadza i nadinterpretuje zdarzenia co najmniej losowe i, o zgrozo, pewnikiem mieli rację, ale cóż poradzić? Pierwszą myślą w głowie Łotwy i tak było: O nie… Znowu…
W takich chwilach jak ta, miał ochotę krzyczeć… A przynajmniej się rozpłakać.
– Edward… Może… Może byś po mnie podjechał? Ostatnio kilka ulic zamknęli. Wiesz, dziury po zimie albo coś wylało. Tak, tak chyba będzie prościej.
Odpowiedziało mu westchnięcie, pełne czegoś, czego absolutnie nie umiał nazwać, ale znał aż za dobrze.
– Proszę – dodał cichutko.

c.d.n.


A teraz mała litania, bo wiele rzeczy w powyższym tekście bynajmniej nie wyszło z mojej głowy.

Kalendarz – luty:
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2009010509181699599.jpg
Kalendarz – kwiecień:
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2008071601241018615.jpg
Chodnik donikąd, o ile pamiętam to ryski:
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2008102602111072496.jpg
Chodnik donikąd 2 (to samo miejsce inny kadr):
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2009031102262538621.jpg
Droga donikąd – jedna z wielu – jako bonus:
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2008080408452250857.jpg
Zegar (chyba z Maximy):
http://i6.photobucket.com/albums/y237/lemarite/fun/latvija/lv_l_2008051807081265951.jpg
Ryskie trolejbusy:
http://www.youtube.com/watch?v=k0Gvw2280fk&feature=related

Wszystkie zdjęcia zlinkowane powyżej pochodzą z: http://www.millionreasonswhylatviaisthebestcountryintheworld.com/ i jako takie należą do swoich właścicieli, a ja je niecnie wrzuciłam na moje PB, bo na myśl o przeglądaniu raz jeszcze ponad 100 stron w poszukiwaniu adekwatnych linków stamtąd zrobiło mi się słabo ^_^” A linki na YouTube to już tym bardziej wiadomo komu należą się prawa autorskie filmików.

Dane demograficzne, które gdzieś tam się przewinęły były podane za Wikipedią.

Słowniczek:
veikia, neveikia… – [lit.] działa, nie działa *
Eesti – [est.] Estonia (mam brzydki nawyk mówienia w ten sposób, więc się udzieliło ficowi; obawiam się, że makaronizowanie to u mnie już rzecz nieuleczalna)

Przypisy:
*żeby nie było niejasności, chodziło o ten dowcip tylko ze zmienionymi krajami
Norweg podjechał na szwedzką stację benzynową i poprosił o pomoc ze kierunkowskazem. Po wymianie żarówki poprosił Szweda, aby ten powiedział mu czy działa. Na to Szwed spojrzał i powiedział:
– “funkar, funkar inte, funkar, funkar inte. ” (działa, nie działa, działa, nie działa…)

Osobiście widziałam go w wielu wersjach, norwesko-szwedzką akurat miałam teraz pod ręką; przyznaję bez bicia, że łotewsko-litewskiej chyba nie widziałam, ale po innych łotewskich dowcipach sądzę, że to chyba tylko przypadek xD

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s