Pat

Ostrzeżenia: klną
Obyczajówka i związki męsko-męskie wspominane, ale nic opisowego.

Pat


Powietrze w pomieszczeniu wydawało się być dostatecznie gęste, aby móc w nim zawiesić siekierę i jeszcze kilka akcesoriów drwalsko-stolarskich. Nie żeby od razu ktoś chciał to robić, wszak nikt tu nikomu do gardła nie skakał. Przynajmniej na razie. Atmosfera zagęściła się w sposób zupełnie naturalny od dymu z papierosów, potu ludzi i braku dobrej wentylacji. Robienie imprezy w piwnicy wystającej ponad chodnik na liche kilkadziesiąt centymetrów nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, gdy tylko dwa przyziemne okienka w ogóle chcą się otworzyć, ale nikt o tym nie pomyślał, gdy tu przychodził, a i teraz mało, kogo to obchodziło. Ilość alkoholu, która ze kufli i butelek wlała się do organizmów zgromadzonych była wystarczająca, aby przestali oni zwracać większą uwagę na te drobne niewygody. A gdy ktoś jednak miał ochotę na łyk świeższego powietrza, to po prostu wychodził na chwilę i nikt się tym nie przejmował.
Było super. Dokładnie tak, jak Gilbert to sobie zaplanował. Miała być zagilbista impreza i była. Oficjalnie zorganizował ją „bo tak”. Nieoficjalnie, to „bo tak” miało kilka rozwinięć, ale nimi się nie chwalił. Grunt, że się wszyscy – a przede wszystkim on – dobrze bawili.
Pociągnął duży łyk z butelki i odkrył, że na kolejny nic już w niej nie zostało. Wszystko, co dobre się kiedyś kończy – mruknął sobie filozoficznie i odstawił butelkę między narzędzia zalegające ma półce. – Grunt, żeby znaleźć tego więcej – dodał i uśmiechnął się szeroko. W zadymieniu musiał zmrużyć oczy, aby określić najkrótszą drogę do stojącej w rogu lodówki. Ktoś podstępnie przestawił jeden z przytarganych tu stołów tak, że trzeba go było obchodzić, aby otworzyć drzwi. Stawiać takie przeszkody spragnionym złotego trunku było rzeczą niewybaczalną, ale w zagadaniu z Holsztynem Gilbert zupełnie nie zauważył, kto się tej zbrodni dopuścił. Teraz mógł sobie nagwizdać.
Nie miał ochoty gwizdać. W szumie rozmów i głośnej muzyki nikt by go nie usłyszał i tak. Miał za to ochotę na jeszcze jedno piwo i może haust czy dwa nieco świeższego powietrza. Trzeźwym wężem pomiędzy ludźmi ruszył w stronę wypatrzonej lodówki. Po drodze omal nie przewrócił się, gdy stopą zahaczył o wyciągnięte nogi Wirtembergii. Sam właściciel nóg mało się zdarzeniem przejął i dalej rozmawiał o czymś z okupującym sąsiedni rozpadający się fotel Badenią. Gilbert zaklął pod adresem zajmujących przestrzeń życiową Szwabów, ale zostało zignorowane. Zaklął zatem raz jeszcze i ruszył dalej przezornie omijając Saarę. Wobec bardziej niż ekspresyjnej gestykulacji było to dobrym rozwiązaniem i wszyscy tak robili. Przy drzwiach piwopoju spotkał się z Meklemburgią – farciarz załapał się wcześniej na jeden z nielicznych całych kufli i teraz ostrożnie przelewał zawartość butelki do niego.
– Nastąp się.
– Moment. Nalewam.
Gilbert prychnął.
– Nie musisz robić tego oparty o drzwi lodówki.
– Muszę – Meklemburgia zapewnił, a Prusy przez moment rozważał, czy go za tę jawną impertynencję nie uderzyć, ale uznał, że szkoda byłoby kufla, który niechybnie grzmotnąłby wtedy o ziemię. Wbił więc jedynie wzrok w swoje bardzo EX terytorium i czekał. Czekał cierpliwie. Bardzo cierpliwie. A Meklemburgia miał dobre wyczucie, co do tego, kiedy zacząć się spieszyć, aby jednak nie oberwać. Wszak znał Prusy nie od dziś.
Pełna butelka piwa w dłoni była czymś, co szybko studziło pruski gniew niemalże niezależnie od sytuacji. Nawet teraz, gdy w poszukiwaniu świeżego powietrza musiał jeszcze przebyć labirynt ludzi i ich podstępnych nóg, a przy tym nie uronić ani kropli.
Poszczególne części piwnicy były wyznaczone przez grube ściany i w tej chwili Gilbert doceniał to bardziej niż na co dzień (bo zwykle zupełnie go to nie obchodziło). Teraz jednak, gdy hałas zredukował się do postaci szumu, aż się uśmiechnął. Rozejrzał się za krzesłem – bo jakieś tu widział rano, ale widać ktoś je wniósł do środka, albo wyniósł na dwór, bo już go tu nie było. Jedynym zdatnym do siedzenia miejscem była duża skrzynia po licho-wie-czym, a ta była akurat okupowana. Z przeźroczystym kuflem (sic!) piwa w ręce Saksonia zajmował całą szerokość skrzyni, bo wpakował się na nią z butami, i rozmawiał przez telefon. Na Gilberta nie zwrócił najmniejszej uwagi. Nawet w jego stronę nie spojrzał i Prusy przez moment podejrzewał, że ktoś tu jest głuchy, aby nie usłyszeć na chwilę otwieranych drzwi. Potem uznał, że owa ignorancja jest wymierzona bezpośrednio w niego i prychnął na samą myśl o tym. Nic to jednak w całej sytuacji nie zmieniło. Johann nadal szwargotał do telefonu i przyglądał się bąbelkom gazu w piwie, jakby nie było niczego bardziej zajmującego na świecie. Nawet, gdy się rozłączył i schował komórkę do kieszonki koszuli nie zaprzestał obserwacji. Gilbert sarknął.
– Ty, cholera, nie masz ciekawszych zajęć.
Saksonia spojrzał na niego, jak na jakieś egzotyczne zwierze.
– Słucham? – zapytał ze szczerym zdziwieniem w głosie.
– Siedzisz i gapisz się w bąbelki. Nie sądzisz, że to głupie?
– Nie – odparł Johann. – Zabronisz mi, Preußen?
– To moja impreza i nie po to ją organizowałem, abyś się kurna wpatrywał w bąbelki w piwie, Sachsen.
Johann wzruszył ramionami i upił nieco piwa. Skrzywił się mimowolnie, bo w czasie rozmowy się to piwo zagrzało i zaczęło smakować paskudnie. Gilbert przyglądał się temu pokazowi zdegustowanej mimiki i szukał jakiegoś adekwatnego komentarza, który połączyłby smak piwa z tempem picia jego posiadacza. Ile ta cholera musiała rozmawiać i jak to musiało być pasjonujące, aby się pół kufla zmarnowało?! Saksonia tymczasem odstawił kufel i zszedł ze skrzyni. Przeciągnął się. Wyciągnął z kieszeni kawałek rzemyka i związał włosy. A wszystko to robił bez pośpiechu i z całkowitym olaniem osoby Prus.
– To sobie pójdę. Przekaż ode mnie Waschdiemu, żeby mnie pod telefonem później łapał.
Gilbert prychnął. Tak wychodzić z jego imprezy?! I jeszcze wykorzystywać go jako skrzynkę kontaktową z Bawarią?!
– Po moim trupie.
Saksonia spojrzał na niego powątpiewająco. Uniósł brew i uśmiechnął się tak, że w Gilbercie na moment coś się zagotowało.
– Doprawdy?
– Doprawdy. Nikt nie będzie sobie ot tak wychodził z mojej imprezy.
– Pomorze.
– Co?
– Erich wyszedł – zauważył przytomnie Johann.
Gilbert wzruszył ramionami. No fakt, wszedł i co z tego, że wyszedł? Mógł sobie pójść w cholerę, ale ponoć miał wrócić. Zresztą, co to miało do rzeczy?
– No i co mnie on, kurwa, obchodzi? – Prusy wyraził słowami to, co mu się w głowie kotłowało. – Wyszedł to wyszedł. Wróci kiedyś. Płakał po nim nie będę.
– Podziwu godna konsekwencja – westchnął Johann bardziej do siebie niż do Prus. Sprawdził czy aby na pewno ma w kieszeniach spodni klucze i portfel. Były. Przeliczył gotówkę. – Jak kobieta na pms-ie – mruknął do siebie.
Gilbert usłyszał go jednak bardzo dobrze i przez moment miał ochotę na przykład rzucić w Johanna trzymaną w dłoni butelka, ale się rozmyślił. Szkoda było dobrego piwa. Lepiej było odstawić butelkę i załatwić sprawę ręcznie. W kilku długich korkach znalazł się tuż przy skrzynce i odstawił na nią butelkę. Szkło uderzyło o drewno, piwo spieniło się i wylało. Gilbert zaklął ponownie. Johann spojrzał na niego zdziwiony, bo jeszcze przed chwilą dzieliło ich dobre kilka metrów.
– Jak kto? – wycedził.
– Kobieta na pms-ie. Chyba że Szlezwik klasyfikuje się do kategorii „nikt” i „nikt” mógł wyjść.
– Czepiasz się słówek.
– Stwierdzam fakt.
– Czasami jesteś kurna tak upierdliwy, że mam ochotę ci skręcić kark. Zawsze taki byłeś. Przegrywałeś bitwę po bitwie, zmieniałeś fronty, układałeś się i kurna ciągle gdzieś tam byłeś. Coś utargowałeś, coś wygrałeś, coś namotałeś. Szlag jasny mógł człowieka trafić, wiesz?!
Saksonia wzruszył ramionami i spróbował go wyminąć. Bezskutecznie, bo Gilbert nie zamierzał mu na to pozwolić.
– Z której bym cię kurna nie zaszedł strony, toś się musiał jakoś wywinąć. Mogło być prosto, ale nie. Zamiast zatańczyć, jak ci zagrali, to ty coś wyczyniałeś i mi Prowincja Saksońska wyszła, jaka wyszła, a ty i tak tytuł królestwa zachowałeś. I na co ci to było? Tylko problemy z tym miałem.
– To trzeba się było ode mnie odczepić. Dać mi święty spokój i zamiast leźć na południe, to zająć się wschodem i zachodem.
– A żeby!
Johann miał ochotę cofnąć się o kilka kroków, ale już po pierwszym napotkał ścianę. Gilbert natomiast chyba był z tego zadowolony. Z tyłu ściana, z lewej skrzynka, z przodu Prusy, z prawej Pruska ręka oparta o ścianę. Skojarzenie z klatką było aż nadto wyraźne i nieprzyjemne.
– A żeby – powtórzył. – Teraz też byś mógł. Idź się bawić, w końcu zorganizowałeś, jak to mówisz… Zagilbistą imprezę?
– Żebyś wiedział, że zagilbistą i dlatego nigdzie nie pójdziesz. Sobie porozmawiamy, wiesz?
– Weź się ode mnie odczep. Mam dość, wiesz?
– Doprawdy, Sächschen.
Johann miał dziką ochotę po prostu Prusy rąbnąć i jedyne, co go przed tym powstrzymało, to świadomość, że w kłótni na słowa ma większe szanse, niż gdyby się tu pobili.
– Nu. Uczepiłeś się jak rzep psiego ogona. Do porzygania i ja przez wieki nie doszedłem, czy ty sobie tym kurna jakiś kompleks wynagradzasz czy co
– Pieprzysz! Ty może jednak już lepiej dzisiaj nie pij, bo ci na mózg siadło.
– A ciebie widać dupa do tego ciągnie, tylko że wiek po wieku odsyłają ci ją z kwitkiem.
Wolną dłonią Gilbert chwycił koszulę Johanna, jakby samej pseudo klatki było mało. Miał na końcu języka coś adekwatnego do powiedzenia tej blond cholerze, ale przy każdej próbie wyartykułowania tego słowa w ostatniej chwili spierniczały od niego. Doskonale wiedział, że musi wyglądać co najmniej kretyńsko robiąc karpika i jego wkurzone spojrzenie nic w tym nie zmienia. Johann nawet nie fatygował się patrzyć gdzieś w ziemię czy obok jego głowy na ścianę. Nie. Gilbert sarknął w myślach. Cholera patrzyła na niego i mógł sobie wręcz policzyć jaśniejsze linie na jego tęczówce tylko po co?! Zacisnął mocniej dłoń, co było równie bezsensowne, bo to jego zaboleć mogło a nie Johanna. Zdecydowanie się tu wszystko już pochrzaniło i ta pseudo rozmowa nie przybliżała ich do rozwiązania problemu, a wręcz przeciwnie. Jak wszystko przez ostatnie półtorej miesiąca.
– Jeden i drugi uparty jak osioł – Johann mówił dalej. – Już żeś był w ogródku, już żeś się witał z gąską, a ta ci spierdoliła do Francji, tak? Albo do kogo innego i po dziś dzień sarka. Ale ty se siana dać nie mogłeś, co panie zagilbisty? Trzeba było kurna romanse pisać, a nie się mnie uczepić. Ja jakiś substytut jestem, czy co?! Załóż sobie jakiegoś blogaska na blog.de, popisz o swej wiekowej miłości i deptaniu mięśnia sercowego. Na pewno zdobędziesz rzesze rozpiszczanych fanek. A mi daj w końcu święty spokój, dobrze?!
– Przestań, kurwa, pierdolić od rzeczy –
– Doprawdy takie to od rzeczy? – Saksonia wszedł mu w słowo. – Zapytajmy może innych? Zobaczymy ilu powie, żeś się za Polską przez wieki uganiał –
– Stul pysk!
– Bo?! – Johann prychnął. – Zaprzeczysz? Spróbuj, to pójdziemy piętro wyżej i wyciągniemy pierwszy lepszy podręcznik do historii.
Cichutki głosik w głowie Saksonii radził mu, aby skończył temat nim Gilbert przyłoży mu jako pierwszy. W przeciągu ostatnich kilku zdań przekroczył nie jedną, a co najmniej kilkanaście linii, których przekraczać nie należało, jeśli nie chciało się wkurzyć Prus. Tylko Saksonia naprawdę miał już tego dosyć. Nazbierało mu się w głowie już tyle myśli na ten temat, że było mu od nich niedobrze, a nigdy nie był mistrzem w zachowywaniu swojej opinii dla siebie. Przynajmniej na tle innych krajów związkowych na przestrzeni ostatnich kilku dekad.
– Stul pysk, bo ci przypierdolę i będziesz po tym wyglądał gorzej, niż po tym jak ci Drezno zbombardowali.
W Saksonii zagotowało się. Zwykłe zaciskanie pięści przestało w ogóle pomagać i bardzo, ale to bardzo, zapragnął Prusom jednak przyłożyć, nawet jeśli to jego mieliby potem zeskrobywać z piwnicznej podłogi.
– To się nazywa argument – prychnął. – Weź nie przemęczaj mózgu i po prostu zostaw mnie kurna w spokoju na zawsze! Mamy Schengen, to możesz sobie biegać za granicę, kiedy ci się żywnie spodoba i nikt tego nie sprawdzi. Korzystaj z tego, a nie odbijaj sobie cięgle swojego kompleksu odrzuconego Casanovy na mnie. Weź się z tego wylecz albo znajdź se inną blondwłosą ofiarę, która ci się będzie kojarzyła i gnęb ją! Czego byś sobie w tej wybielonej głowie nie uwidział, ja się nazywam Saksonia lub Johann Wärzner i nic tego na szczęście nie zmieni. Wbij to sobie do łba, a teraz mnie puść i daj mi stąd wyjść, bo mam już dosyć ciebie, tego miejsca i tego dnia. Wrócę sobie do hostelu i pozwolę Ludowitowi zagadać bełkotem o tym, co robił dzisiaj i jaki to miało związek z czymś co się wydarzyło dziesięć wieków temu. Nawet pozwolę mu na gadanie do mnie po łużycku, byle tylko odbyło się to daleko stąd.
Oddychał ciężko i po raz pierwszy od dłuższego czasu odwrócił wzrok od twarzy Prus. Zdecydowanie miał tego widoku dość. Cała ta litania rozładowała trochę chęć uderzenia Gilberta i miał nadzieję, że będzie to efekt na tyle długotrwały, że zdąży się w tym czasie stąd wydostać. Wyjdzie na dwór, ochłonie. Wróci do hotelu z buta, może kupi po drodze jeszcze po piwie dla siebie i Ludowita i zapomni o tej całej Pruskiej imprezie. Konsekwencjami będzie się martwił później.
Gilbert za to nie miał najmniejszej ochoty pozwalać Johannowi iść gdziekolwiek, a wzmianka o najstarszym z zachodniosłowiańskich braci sprawiła, że coś się w nim zagotowało jeszcze bardziej. Nie miał wątpliwości, że Johann pieprzy od rzeczy. Jakie kurna odbijanie kompleksu?! Po cholerę miałby to robić?! I co do tego kurna miał Feliks?! Że niby on… że niby to, że Saksonia wyglądał jak zagubione ogniwo zachodniosłowiańskiej rodziny, to on – Gilbert – latał do niego, bo go Feliks miał gdzieś?! Co go w ogóle Feliks w tym kontekście obchodził? Tu chodziło o ziemię, zyski i…
Prychnął i splunął. Saksonia stanowczo za długo z Łużycami przebywał i naprawdę pierdolił bez sensu. Gilbert nie wiedział skąd takie głupie pomysły przyszły mu do łba, ale był pewien, że to się powinno już leczyć. Wierutne bzdury, to w cale nie było tak. Nie było…? Zaklął w myślach i doprawił na głos. Oczywiście, że nie było. Prawda?! Czuł potrzebę, aby ktoś mu przytaknął, ale na Saksonię przecież teraz liczyć nie mógł.
– Pierdolisz – syknął. – Pierdolisz tak bardzo, że aż można pomyśleć, żeś się z tym Łużycami zamienił miejscami, wiesz?
– Doprawdy? Udowodnij mi kurna, że się jednak mylę!
Przez myśli Gilberta przemknęło kilka różnych wydarzeń rozsianych na przestrzeni wieków, które niezgorzej pasowałby do sytuacji. Chociażby utworzenie Prowincji Saksońskiej. Niby po kiego grzyba ją tak nazywał, mógł to wszystko włączyć do śląskiej, bo Polska zawsze ględził, że Śląsk to taki jego i wtedy może bredzenia Saksonii by miało jakiś cień sensu, ale przecież tego nie zrobił! Ba, mógł to nazwać jakkolwiek inaczej, a zostawił Johanna w nazwie! Chciał to mu powiedzieć i to tak, aby dotarło do tej jego pustej głowy, skoro już tak potrzebował historycznych faktów, ale Saksonia już nie miał zupełnie ochoty słuchać. Szarpnął się i spróbował wyrwać siłą. Zaskoczenie zagrało na jego korzyść. Gilbert odruchowo go najpierw puścił, potem szybko złapał za rękaw.
– Puść.
– Najpierw mnie, kurna, posłuchasz, bo to już za długo tak cholera idzie.
– A gówno! – prychnął Johann.
Saksonia zamachnął się, a Gilbert zasłonił się drugą ręką, ale do niczego nie doszło.
– Ale bez mordobicia – Bawaria stwierdził bardzo spokojnie. Trzymał ich obydwu i nie sprawiało mu to problemu. Oni zaś dopiero teraz zwrócili uwagę, że doczekali się szerszej widowni. Gilbert prychnął, Johan szarpnął się.
– Puść mnie. Ja chcę tylko stąd wyjść.
Z nieznanych Gilbertowi powodów Bawaria posłuchał Saksonii. Ten zaś bez słowa odwrócił się i skierował do wyjścia.
– Lepiej za nim pójdę – rzucił Turyngia i tyle go widzieli.
– Mnie też możesz puścić, wiesz? – Zasugerował Gilbert, ale poczuł się zignorowany.
– Wiesz, Prusy, w pewnym sensie trudno odmówić Johannowi logiki w rozumowaniu. Coś w tym co tu powiedział, wykrzyczał i wysyczał jest.
Gilbert rzucił nienawistne spojrzenie Meklemburgii.
– Inna rzecz, że sporą część tego rozumowania dałoby się przeprowadzić w przeciwną stronę i wiemy, że to ma sens – ciągnął Georg. – Ty to lepiej przemyśl nim będziesz z nim następnym razem rozmawiał, bo ja nie wiem, o co wyście się pożarli u podstaw tego wszystkiego, ale to się robi bardzo toksyczne.
– Pieprzenie – prychnął.
– Doprawdy? – Heike spojrzała na niego i uśmiechnęła się tak, że coś się w nim skręciło. Gdyby nie była kobietą i gdyby go Bawaria nie trzymał, to by może ją uderzył, a tak? Usiadł na skrzyni i sam westchnął ciężko. A taką miał zagilbistą imprezę i co z tego wyszło? Cyrk. Jeden wielki cyrk. Nie miał zamiaru teraz się zastanawiać nad tym czy Johann miał rację, czy nie. To tutaj było wierzchołkiem góry lodowej, a on nie miał ochoty mierzyć się z tą masą tu i teraz. Chciał się napić.
– Johann się uspokoił i może wróci później. Powiedział, że musi ochłonąć – zakomunikował Turyngia jeszcze nie zszedłszy do końca ze schodów.
– I dobrze – rozpromienił się Bawaria i dopiero teraz puścił Gilberta. Wrażenie, że mu ktoś rękę uwolnił z imadła było aż nadto realistyczne i Prusy nieco przesadnie zaczął rozmasowywać ramię. – Możemy więc wrócić do środka i skończyć pić nie martwiąc się o widmo wojny domowej.
Ktoś się roześmiał. Ktoś – chyba Saara, ale Gilbert nie był pewien – zaczął snuć katastroficzną wizję tego, co by wtedy nastąpiło. To wywołało jeszcze większy wybuch ogólnej wesołości, bo scenariusz był zgoła absurdalny. Prusy poczuł, że ktoś wciska mu w dłoń jego butelkę piwa i ciągnie go w stronę drzwi. Wszystko wracało do normy, cokolwiek to znaczyło. Gilbert nie wnikał. Będzie się nad tym zastanawiał kolejnego dnia na ciężkim kacu – to  zawsze był dobry stan, aby próbować zrozumieć niekiedy bardzo pokręconą logikę Johanna.

Koniec

Advertisements

3 thoughts on “Pat

    • xD bo to było dawno temu pisane, jeszcze chyba w czerwcu czy lipcu chyba. Z czasem trochę się im wyewoluowało. I Meklenburg generalnie mówi, jak ma po co xD Od krańcowego niemówienia jest chyba Albrecht, temu to się dopiero nie chce. meklenburgia to z pomorzem jakoś musi się porozumiewać, więc ma praktykę 😛

  1. No, ale i tak, jak czytałam tą ilość słów w ustatach Georgach… nie chyba, że po pijaku staje się rozmowny :’D
    A on się z Erichem rozumie bez słów, mówię Ci. Telepatia jakaś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s