Jak dobrze wstać skoro świt – III [koniec]

Jak dobrze wstać skoro świt – III [koniec]

Weszli do ciasnego przedpokoju, z którego przechodziło się do kolejnych pomieszczeń. Tramwajowa kuchnia znajdowała się zaraz na wprost i to do niej z miejsca skierował się Łukasiewicz.
– Weź się rozgość, w ogóle czuj się jak u siebie. W pokoju jest trochę bajzel, bo tam ostatnio śpię. Burżuj ze mnie, bo mam jeszcze ten mniejszy pokoik, ale okno się tam rozwaliło i generalnie to jest tam szybkowar, a ja gwarantuję, że gotowany, duszony, a nawet podawany z warzywkiem i tak smaczny nie będę – stwierdził z przekonaniem i spojrzał przez ramię na stojącego wciąż przy drzwiach Lorinaitisa. – Ty też byś nie był – dodał i roześmiał się. – Miałem jeszcze do sąsiadki skoczyć. Poczekasz sekundkę?
– Poczekam – powiedział. Jakbym mógł zrobić coś innego.
Łukasiewicz wypadł na klatkę schodową, obrzucił windę niechętnym spojrzeniem i zbiegł, przeskakując po dwa stopnie. Lorinaitis został sam w przedpokoju. Stanie tam było w zasadzie pozbawione sensu, ale zagłębienie się w mieszkanie na własną rękę… Kusiło i onieśmielało zarazem. Stare formy… Potrząsnął głową, aby odegnać te wszystkie pytajniki i wielokropki ze swoich myśli. Zajrzał do kuchni. Meblościanka oklejona imitacją drewna niepodzielnie panowała na lewej flance, prawą zaś we władanie wzięła lodówka, kolejne szafki i mały stolik. A na końcu było okno. Podszedł do niego, uważając, żeby o nic nie zahaczyć. Miejsca tu było tyle, co kot napłakał. Okno wychodziło na parking, na boisko, skrawek wyschniętego na wiór trawnika i na kolejny blok. W nocy można było podglądać sąsiadów. Pewnie niektórzy faktycznie podglądali. Zapisywali, o której pogasły światła w oknach, o której ktoś przeszedł z pokoju do kuchni… Cofnął się i usiadł na taborecie. Nie ciągnęło go do salonu. Przypadkiem kopnął coś, zabrzęczało szkło. Zajrzał pod blat tylko po to, aby odkryć stojący tam gąsiorek z rurkami i produkujące się w środku wino. Uśmiechnął się. Domowe najlepsze. Kiedyś to było normalne, normalniejsze – takie własne wino. A potem się porobiło. Skomplikowało. Westchnął i wbił wzrok w rysy na blacie.
Coś szczęknęło.
Zadziałał odruch bezwarunkowy – podskoczył na taborecie i skierował wzrok w stronę drzwi wejściowych. Mięśnie napięte miał niczym postronki, w głowie kołatały roztrzęsione myśli. Bragiński? Dłuższą chwilę zajęło mu zorientowanie się, że to jedynie sąsiad otwierał własne mieszkanie. Przeklętą niech będzie akustyka wielkiej płyty! Odetchnął ciężko, położył ręce na blacie i złożył na nich głowę. Zaczął nucić jakąś zasłyszaną niedawno melodię, żeby zagłuszyć przestraszone głosy w głowie. Ten dzień był miły. Zaczął się w stresie, ale generalnie wspinał się po drabinie i był coraz milszy, nawet pomimo takich akcentów, jak ten z dziećmi na dole. Na samą myśl o nim się wzdrygnął.
W ciszy mieszkania słychać było, jak ktoś wbiega po schodach, szczęknęła klamka, otworzyły się drzwi i zdyszany Łukasiewicz wpadł do środka. Uśmiechał się zadowolony z siebie. W ręce trzymał talerz z czymś, co było schludnie przykryte czystą ścierką do naczyń.
– Ciasto – wyszeptał konspiracyjnie. – Z truskawkami, które wczoraj pomagałem zbierać – dodał i teatralnym ruchem postawił talerz na stole. – Ta kobieta jest aniołem. Herbaty chcesz, czy może być lurowaty kompocik?
– Herbatę, jeśli można –
– Jakby nie było można, to tak generalnie bym ci jej nie proponował, co nie? – żachnął się Łukasiewicz i zaczął krzątać po niewielkiej kuchennej przestrzeni. – Żeś się znowu spiął. To przez ten wierszyk? Oj, Taurys… Weź ty się tym nie przejmuj. Tu to my się tak serio przed szajbą bronimy. Inaczej byłoby tu już totalne wariatkowo. No oddział zamknięty. Nie wmówisz mi, że u ciebie nikt tego nie robi.
Lorinaitis nie odpowiedział. Nawet się nad potencjalną odpowiedzią nie zastanowił.
– Super. Cukier wyszedł. Będzie na gorzko, ale ciasto powinno być słodkie. Truskawki to nie moje papierówki – roześmiał się i jednocześnie sięgnął do szafki po dwie szklanki. Z innej wyciągnął metalowe koszyczki na nie. Nim gwizdek rozwył się na całe piętro zdjął go, odczekał chwilę i w tym czasie z jeszcze innej szafki wyciągnął talerzyki, z szuflady nóż i widelczyki. Zalał herbatę.
– Ale wiesz co, kuchnię mam jak w u–bocie, chodź do pokoju – stwierdził i zaczął rozglądać się za jakąś tacką. Jedyna, jaką znalazł była maława; szklanki tak, talerzyki jeszcze, sztućce z biedą… – Taurys, weźmiesz ciasto, bo mnie ręki zbraknie. Bozia tylko dwie dała, a tacka też taka nie tentegna.
Lorinaitis uśmiechnął się mimowolnie i skinął głową.
– Super. I przepraszam za bajzel, ale już mówiłem chyba, że ja tam ostatnio śpię.
Zresztą bajzel był przejaskrawiony. Co prawda na fotelu walały się ciuchy, jedna szafa stała otworem, ukazując kilka pustych i pełnych wieszaków. Firanka przesłaniała otwarte na oścież drzwi balkonowe i chyba tylko dzięki nim w pokoju było nawet znośnie. Na ławie walało się trochę różnych papierów, ale generalnie człowiek się nie potykał, więc było dobrze. Starczyło nawet miejsca na ławie, aby i ciasto się zmieściło, i tacka.
– Częstuj się – zakomenderował Łukasiewicz, po czym sam go obsłużył wciskając mu w dłonie szklankę, talerzyk z ciastem i wbitym weń widelczykiem. Na skutek ruchu widelczyk się gibnął, kiwną i opadł do pozycji horyzontalnej, na szczęście jednak nie spadając niżej. – Chodź na balkon, tam jest przyjemniej. Nie żeby widoki, ale tak ogólnie.
Widoki faktycznie były nijakie albo raczej takie zwykłe. Normalne i bynajmniej niepiękne. Bloki. Domy dla mas. Galeriowce, gdzie ludzie na piętrach i w pionach żyć mieli jak jedna wielka rodzina. Pomagać sobie, wspierać, spędzać razem czas. Bzdura. Małe pokoje, krzywe ściany i sufity, nieszczelne okna, zacinające się windy i śmierdzące szyby zsypowe. Żyć nie umierać – Lorinaitis skrzywił się, stojąc oparty o parapet, na którym niepewnie postawił szklankę z herbatą. Słodycz ciasta wydawała mu się tu czymś zupełnie nie na miejscu. Powinno było być kwaśne jak papierówki krzywimordki lub gorzkie. Łukasiewicz stał za to oparty o balustradę. Szklanka ustawiona na jej szerszym fragmencie nie groziła upadkiem, ale nie można było tego powiedzieć o cieście, które powoli, acz konsekwentnie zsuwało się po talerzyku. Łukasiewicz nawet nie zwrócił na to uwagi. Odpłynął myślami do tych lat, kiedy wszystko było inaczej, fajniej, lepiej, piękniej…
– Cholera!
Gwałtownie wypoziomował talerzyk.
– Pal licho tych na dole, ale by mi się ciasto zmarnowało – jęknął i pro forma cofnął się niemal pod samą ścianę. – I jak, smaczne?
– Tak.
– Mówiłem – roześmiał się. – Będziecie też wracać przez Warszawę?
Lorinaitis milczał przez dłuższą chwilę. Po prawdzie nie wiedział. Nie interesował się powrotem, bo on wydawał się być jeszcze tak daleko. Przed wyjazdem jego myśli dźwięczały jedynie wizją zatrzymania się w Warszawie. I to dźwięczały w iście kakofoniczny sposób, nabrzmiałe sprzecznymi uczuciami. To chciał się tu zatrzymać, to nie. To wolał zostać z Bragińskim, to oddalić się jak najszybciej i jak najdalej. Gdy nie myślał o niczym konkretnym, jego własna podświadomość nakazywała mu układać różne scenariusze tego, co powie i zrobi, a jeden głupszy od drugiego. A wszystkie i tak tylko po to, by denerwował się bardziej, bo koniec końców żaden się nie przydał. Niemniej wobec tego wszystkiego powrót był niczym socjalizm. Majaczył niemrawo na odległym horyzoncie i trudno było o nim myśleć w kategoriach bliższych. Jak będziemy wracać? Tędy? Może przez Pragę, Iwan coś wspominał… Minuty sączyły się jedna za drugą wraz z zachodzącym słońcem. Bloki kładły się długimi cieniami na ziemi, a jego podświadomość dziwiła się, że Łukasiewicz jeszcze nie zaczął go ponaglać. Że nie zmienił tematu. Że w milczeniu je ciasto i popija je herbatą.
– Nie wiem – odezwał się i sam wziął kolejny kęs. Jakiś taki odruch, wymówka, aby nic więcej nie dodawać.
– Hymmm. Szkoda. Można by się było znów spotkać, bo ten dzień totalnie za szybko mija. Wiesz co?
– Ymm?
– Jak się dowiedziałem, że tu będziesz, to sobie myślałem, co ci powiem, gdzie cię zabiorę, co opowiem, a… – westchnął i upił herbaty. – A finalnie to wszystko było o kant dupy rozbił, bo jak przyszło co do czego, to jakoś rzeczy działy się same i w ogóle. Wiem, że to było głupie. Ech. Ale tak jakoś.
Wpakował sobie do ust duży kawałek ciasta i to jakby stanowiło finalną kropkę. Głupków dwóch – szepnęło coś w głowie Lorinaitisa, ale nie powiedział tego na głos. Westchnął tylko i wygodniej usiadł na parapecie. Chyba zaczynał to akceptować.
W oknach na wprost zapaliło się światło i na tle firanek poczęły przesuwać się cienie.
– Kłócą się – Łukasiewicz westchnął i skrzywił się. – Witamy w raju i… ała! Co za paskudna baba!
Lorinaitis spojrzał na niego gdzieś miedzy gryzem a łykiem.
– No komarzyca – sprostował Łukasiewicz, a Lorinaitis odruchowo odetchnął. – Chodź do środka, bo nas zjedzą. Albo mnie zjedzą. Ciebie nigdy tak nie żarły, widać nie wiedzą co dobre – parsknął śmiechem.
Łukasiewicz przepuścił go i wstawił w otwarte drzwi przybitą do kilku listewek firankę, w sposób ostateczny odgradzając ich od krwiożerczych bestii, jakie się w tym roku wylęgły nad Wisłą.
– Spocznijcie dobry człowieku – rzekł Łukasiewicz i nieelegancko zwalił się na kanapę.
Lorinaitis zawahał się na moment, czy też wybrać kanapę, czy może fotel, ale nim sam podjął jakąkolwiek decyzję został brutalnie pociągnięty za ramię i sprowadzony na miejsce tuż koło Łukasiewicza. Włączony gdzieś po drodze telewizor zagrał na inną nutę i Łukasiewicz rzucił się w jego stronę, omal nie wbijając Lorinaitisowi łokcia w żołądek. Zawinął się wokół fotela i padł na kolana przed drewnianym pudłem. Podgłośnił akurat, gdy z ekranu zniknął tytuł „Kronika filmowa”.
– No to teraz czas na radosną indoktrynację – stwierdził konspiracyjnym szeptem Łukasiewicz i idąc tyłem, aby broń Boże czegoś nie przegapić, wrócił na kanapę. Oczywiście się o nią potknął i gdyby go Lorinaitis nie złapał, to skończyłoby się źle dla nich obojga.
– Indoktrynację?
– Yhym.
Łukasiewicz umościł się po części koło niego, a po części na nim.
– Będą nas przekonywać, że żyjemy w raju. No przynajmniej mnie, bo to produkcja krajowa i o PRLu, chociaż NRD, PRL czy SSRy, to naprawdę nie taka wielka różnica w takich programach, bo to nie tyle chodzi o to jak jest naprawdę, a jak „jest oficjalnie”. Wszyscy bowiem żyjemy w komunizmie i zmierzamy do majaczącego na horyzoncie socjalizmu. Tylko właśnie wpadliśmy na mieliznę zwaną alkoholizmem, ech. Szkoda, że nie zostajesz na dłużej, bo moglibyśmy się czegoś napić, a tak to kicha, bo cię odwieźć muszę. Ale teraz ciii. Słuchamy!
Na ekranie zagościł tłumek robotników czytających zakładową gazetkę. Lektor z lekką emfazą zaczął odczytywać wierszyk: jestem osłem co się zowie, piję wódkę na budowie. Łukasiewicz parsknął śmiechem.
– Ale się wpasowali. Kocham, normalnie kocham te wierszyki – powiedział ocierając łzy. – Kiedyś pomagałem takie układać…
Widać było, że chce jeszcze coś powiedzieć, ale się powstrzymuje, żeby nie zagłuszać. Na ekranie pokazano dzieci z rodzin alkoholików. Czy na pewno z nich były, tego się nie dało określić, ale ktoś zadbał o odpowiedni ładunek emocjonalny. Kątem oka Lorinaitis widział, jak Łukasiewicz zsunął ze stóp laczki i podciągnął kolana pod brodę.
Czy chcesz skazać swoje dziecko…? – zapytał lektor i na ekranie pokazało się remedium. Pojawili się lekarze i wizja pomocy alkoholikom. W końcu produktywność takiego alkoholika była niższa od niepijącego, prawda?
Dwie minuty później było po wszystkim. Mogli się czuć mądrzejsi o wiedzę na temat tego, czemu nie należy pić.
– Te wierszyki mnie dobijają – Łukasiewicz wrócił do przerwanego wątku. – Już nie pamiętam na jaką okazję to układaliśmy, ale chodziło chyba o zużycie papieru w urzędzie. Dobrze, że główny zampolit akurat miał grypę i liczył się jedynie efekt, a nie proces dojścia do niego. Alina… Chyba Alina siedziała ze słownikami wypożyczonymi z pobliskiej biblioteki i szukała słów pasujących do wizji moich i Andrzeja. A wierz mi, byliśmy kreatywni. Takie bzdury nam wychodziły, że od śmiechu mnie potem brzuch bolał, ale jakoś zdążyliśmy. Potem córki Aliny to nam wycinały w zamian za ołówki z ostatniego przydziału. Nawet jakąś pochwałę dostaliśmy i jakąś jubileuszową gazetkę nam przydzielili do robienia. I nie pytaj, co ja tam w ogóle robiłem. Władza uważa, że ręce narodu, czy raczej Narodu też się marnować nie powinny. Kurs tu, kurs tam i coś mi do roboty znaleźli. Na wczoraj i dziś mam, ekhem, chorobowe. I się tak nie krzyw, poszło górą i w ogóle. Co prawda, chyba myśleli, że będę towarzyszył towarzyszowi Bragińskiemu, ale… – teatralnie zawiesił głos i westchnął.
– Te wierszyki nie są głupie. Hasła z plakatów też nie – Lorinaitis odezwał się. Wzroku utkwił w wiszącym pod sufitem żyrandolu z metalu udającego jakieś dalekie pokrewieństwo do starego złota. Klasyczny Ludwik Słońce w wersji oświetleniowej.
– Hę?
– To nie to, że są fajne, bo nie są – zaczął się usprawiedliwiać, słysząc nutę zwątpienia w mruknięciu Łukasiewicza. – Nie o to mi chodziło! – jęknął. – Główna myśl jest zwykle słuszna. No tu była, czasami to może nie, ale… Wiesz, o co mi chodzi!
– Pojęcia nie mam.
– Nie udawaj!
– Że niby ja? – uniósł się niewinnością.
– Feliks!
– Taaaak?
– Wiesz, co miałem na myśli…
– Ech, no wiem. Ale mnie chodziło o jakość tych wierszyków. Wiesz, rymy z Częstochowy i ten cały patos. Chłopie dbaj o czystość jaj. Dbaj o zdrowie – tęp muchy. Albo to, co w reklamach dają. Ludzie! Ja was proszę – jedzcie mekintosze – roześmiał się.
– Czystość jaj? – Lorinaitis zwątpił.
– No kurzych – zachichotał Łukasiewicz. – Dobra, to było dwuznacznie zabawne, ale nie wiem, czy tego, no… zamierzone. Wiesz.
– Wiem… – roześmiał się, a Łukasiewicz uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Ale te gazetowe hasła i te z plakatów. To takie suche. Było takie słowo… – zamyślił się, wyraźnie szukając czegoś, co miał na końcu języka. – Drętwe! Takie bla, bla, bla. No przynajmniej dla mnie. Taurys, nie wydaje ci się, że ten świat był kiedyś totalnie bardziej kolorowy?
– Był – westchnął. – Oj, był i bardziej kolorowy i jaśniejszy.
– Ta, a teraz żyjemy pod czterdziestką, a nie sześćdziesiątką.
– Co?
Drogi, jakimi wędrowały skojarzenia Łukasiewicza wciąż mu chwilami umykały.
– No moce żarówek.
Słońce socjalizmu jest jak żarówka czterdziestowatowa przy sześćdziesiątce normalności – przetłumaczył sam sobie. To porównanie w pewnym stopniu nie miało sensu, ale też było sensowne – absurd, pomyślał i zreflektował się, że w końcu żyje w absurdzie, więc nie powinien się dziwić. Co nie znaczyło, że przestał.
Za oknem zapadła noc, pod blokiem ucichło, na górze ktoś chodził z lewa na prawo i z prawa na lewo w butach spokrewnionych z chodakami. Za ścianą grało radio i próbowało wygrać z ich telewizorem. Łukasiewiczowi nie chciało się wstawać, aby go wyłączyć czy zrobić z nim cokolwiek innego, a Lorinaitis nie bardzo nawet miał możliwość, bo blondyn nadal nieco ograniczał jego ruchy. Świadomość, że i tak trzeba będzie niebawem wstać i pojechać do hotelu sprawiała, że jakiekolwiek wstawanie w międzyczasie chciało się zredukować do minimum. Blondyn trochę przysypiał półleżąc na Lorinaitisie. Ten nie wydawał się być tym faktem tak zbulwersowany, zaniepokojony i partia wie, co jeszcze, niż rano chwyceniem go za ręce. Jego myśli snuły się od niczego do niczego… Zachichotał.
Łukasiewicz gwałtownie poderwał się i spojrzał na niego.
– O czymkolwiek pomyślałeś, chcę to wiedzieć – zażądał. – Jeśli nawet ty się roześmiałeś, to –
– Raivis mi to opowiadał – przerwał blondynowi. – Wiesz, jak wyglądają godła poszczególnych republik?
– No nie na pamięć. Generalnie, to jest ich sporo i na jedno kopyto. Ale ogólnie, to wianuszek z kłosów, wstęga, cytacik z Marksa i wschodzące słońce socjalizmu.
– Dokładnie. Ale są różnice. Ja przeforsowałem drugi wieniec, dębowy. Eduard połowę ma z sosny. Karelo–fińska ma taki leśny widoczek z rzeką. A Raivis przeforsował tam fale Bałtyku, uzasadniając to tym, jak ważne dla niego jest to morze. I ponoć niektórzy, jak partia nie słucha, mówią, że to słońce tam wcale nie oznacza wschodu socjalizmu.
Łukasiewicz zmarszczył brwi, jakby próbował zgadnąć, do czego to wszystko zmierza. Lorinaitis uśmiechnął się.
– Słońce wyglądające zza horyzontu nad Bałtykiem widać od niego tylko wtedy, gdy zachodzi.
Łukasiewicz zakrztusił się własnym śmiechem. Z jednej strony strasznie mu się śmiać chciało, tak pełną piersią. Z drugiej było już późno, nie należało zbytnio hałasować, bo jeszcze by się ktoś przyczepił. Sąsiad po prostu uwielbiał znajdować preteksty, aby walić upominająco w rury. Lorinaitis jedynie się uśmiechał. Wciąż bał się to powiedzieć głośno i wątpił, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić, ale cieszył się, że tu przyjechał. Nawet wizja Bragińskiego w hotelu wydawała się jakaś łatwiejsza do zniesienia.

Koniec

Przypisy:
W „najweselszym baraku” obozu komunistycznego – jakim ponoć była Polska Rzeczpospolita Ludowa – pędzenie własnego alkoholu miał dwa cele. Po pierwsze można go było pić, po drugie władza zabraniała tego robić, więc robiło się to, aby zagrać władzy na nosie.

Kronika Filmowa – cotygodniowy magazyn filmowy, długości około 10 minut, poprzedzający projekcję filmu w kinach, będący narzędziem propagandy w czasach stalinowskich. No właśnie, była w kinach nie telewizji, telewizory to zresztą inny kwiatek tamtego okresu… Po drugie przedstawiona tutaj pochodzi z lat pięćdziesiątych, czyli ma już tak 20 lat w kontekście tekstu. Pasowała mi i pozwoliłam sobie naciągnąć fakty.

Godła republik związkowych ZSRR – wszystkie godła republik związkowych nawiązywały do godła ZSRR i zawierały kilka podobnych elementów:
– otoczone były wieńcami zbóż (czasami wieniec był podwójny: Litewska SRR – zbożowy i dębowy, lub pół było zbożowe, a pół inne; np. sosnowe – Estońska SRR);
– u góry pomiędzy gałązkami wieńca znajdowała się czerwona pięcioramienna gwiazda, oznaczająca zwycięstwo komunizmu we wszystkich pięciu częściach świata;
– u dołu wieńca na wstędze widniała nazwa republiki w rodzimym jej języku;
– kawałki wstęgi oplatające wieniec zawierały hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” w języku rodzimym republice i rosyjskim;
– wewnątrz wieńca znajdował się złoty sierp i młot oraz wschodzące słońce oznaczające nowy początek, wschód nowej epoki.
Ponadto niektóre republiki miały w godłach coś charakterystycznego dla siebie. Karelo – Fińska SRR widoczek górski, Azerbejdżańska SRR szyb naftowy, a Łotewska SRR właśnie ów fale Bałtyku…

A o łotewskim godle z tamtego okresu można poczytać też tu: http://pl.wikipedia.org/w…81otewskiej_SRR
Z ciekawostek obecne godło Białorusi nie wiele różni się od godła Białoruskiej SRR.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s