Jak dobrze wstać skoro świt – II

Jak dobrze wstać skoro świt – II

Łukasiewicz obrzucił wzrokiem tłum na przystanku i nadjeżdżający tramwaj.
– My chyba z buta pójdziemy, wiesz? – stwierdził. – Nam się tak nie spieszy, jak im – kiwnął głową na tłumek, który już zszedł z trotuaru na jezdnię, choć tramwaj miał do przystanku jeszcze dobrych kilka metrów. – Możemy pochodzić. No i hop. Dobry facet jest – aż gwizdnął, gdy raczej krępej budowy mężczyzna wskoczył do nadal wyhamowującego pojazdu. Dwóch innych, znacznie wyższych, aż takiego wrażenia na nim nie wywarło. Chwilę później tramwaj minął ich, hałasując niepomiernie. Przez każde drzwi wystawało kilku pasażerów stojących na stopniach i mocno trzymających się barierek. W sumie, w takim upale, to może im tak nawet było wygodniej, niż tym, co się do środka zmieścili.
Minęli kolekturę totalizatora sportowego, pod którą dwóch wątpliwej jakości dżentelmenów rozmawiało o katastrofie w Silesii. Minęli odzieżowy, szewca, kolejny zatłoczony przystanek tramwaju. Jakieś dziecko przecisnęło się między nimi, niosąc wielki wór makulatury, na oko ważący co najmniej jedną trzecią tego co ono. Dalej był jeszcze skwerek, papierniczy, w którym ktoś awanturował się o książkę zażaleń, aż go było na dworze słychać, i w końcu byli na miejscu.
Bar, jak to bar stołówkowy – stoliki, ceratka, obgryzione talerze i kubki w białopodobnym kolorze. Tłum ludzi w pośpiechu pałaszujących obiad, trochę studentów jedzących wolniej, za to więcej rozmawiających. Hałas ulicy wlewał się przez otwarte drzwi. Jadłospis nad ladą składał się z wielu pozycji, ale przy wielu też nie było już ceny – dziś już lub w ogóle niedostępne. Przodowały tu te, które w sposób jawny zawierały mięso.
– Dobrze, że dziś nie jest poniedziałek, to chociaż jakimś mięsem te biedne zupki postraszyli – Łukasiewicz powiedział tak bardziej do siebie niż Lorinaitisa, ale tamten i tak usłyszał. Westchnął. – Taurys, u was też wprowadzili post od mięsa w poniedziałki? – zapytał, ale Lorinaitis nie miał szansy odpowiedzieć, bo przyszła ich kolej. Postawna kobieta za ladą spojrzała na nich niczym pan i władca świata, a przynajmniej tego jego kawałka, który tu i teraz mógł rozstrzygnąć o tym, czy odejdą głodni czy nie. – Dobry! – Rozpromienił się Łukasiewicz. – Ogórkową dwa razy i kompociki.
Kobiecina ni to chrząknęła, ni to wydała z siebie jakiś inny podobny temu dźwięk.
– Taurys, weź sztućce. Tylko spróbuj, żeby jakieś proste były. Władza kształtuje lud, a lud sztućce.
Usiedli w rogu – najdalej od okien, jak to tylko było możliwe, żeby schować się przed słońcem.
– Kto prosił ruskie? – ponad ogólny gwar wybił się wrzask kogoś z kuchni.
– Nikt nie prosił… sami przyszli… – mruknął Łukasiewicz.
Studenci ze stolika obok zarżeli nawet nie odwróciwszy w ich stronę spojrzeń. Lorinaitis zamarł z łyżką w dłoni.
– No co? – Łukasiewicz spojrzał na niego, unosząc pytająco brew. – To taki dowcip. Jedz i sceny nie rób, bo się jeszcze jakiś nadgorliwy partyjny znajdzie i nam, i chłopakom kołomyję zrobisz – dodał już ciszej i przepił kompocikiem, który więcej miał koloru niż smaku, ale przynajmniej był mokry i względnie letni.
Lorinaitis spróbował skupić się na zupie, ale choć była daleka od bycia gorącą, to z trudem przechodziła mu przez gardło. Niby nic się nie zmieniło, ale rozmowy, śmiechy, cały ten gwar nagle jakby zostały oddzielone od niego grubą szybą. Łukasiewicz westchnął.
– Jedz szybciej i spadamy stąd. Tu się nie pogada – powiedział i przewrócił oczami. – Skoczymy jeszcze po Trybunę Ludu, albo i dwie, poczytasz sobie jak chcesz, a potem zabierzesz lub nie. W zasadzie to kalka z rosyjskiego chwilami, więc pewnie niczego specjalnie nowego tam nie wyczytasz. No ale gazeta rzecz przydatna. Ku chwale jednostce prasowej KC.
Lorinaitis przełknął ziemniaczka i wbił wzrok w Łukasiewicza. Zielone pięciozłotówki próbowały dojść, czy Łukasiewicz żartował, czy mówił poważnie, bo ton głosu wskazywał na to drugie, treść na pierwsze. A może robił i to, i to, tylko w którym momencie jedno brało górę nad drugim?
Wyszli na spaloną słońcem ulicę i zaczęli iść w stronę Pałacu Kultury, gdzie w pełnym słońcu stała Syrenka. Na samą myśl o wsiadaniu do niej robiło się słabo.

– Ne, Taurys, chcesz wjechać na górę?
– Na…?
– No na Pałac. Warszawa wygląda z góry świetnie. – Łukasiewicz się do pomysłu zapalił. – Nie żeby skąd inąd wyglądała źle, ale widok z Pałacu ma ten niezaprzeczalny plus, że nie widać stamtąd Pałacu.
– Feliks – westchnął.
– No co? Tak to już jest z prezentami, że nie zawsze muszą się podobać, co nie? Raivis też z radości nie skacze, co nie?
– Nie. Nie skacze.
– To jak? Wjedziemy?
Lorinaitis przytaknął. Dalszy opór nie miał sensu.
Windziarz uśmiechnął się do nich promiennie dziurawym uśmiechem.
– Ostatnie, co nie? – zapytał. Wschodni akcent wyraźnie przebijał spod twardych polskich słów.
– Ostatnie – przytaknął Łukasiewicz i oparł się o ścianę windy.
– O, gazetkę pan kupił – zagadał windziarz. – Ja nim z pracy wyjdę, to już pewnie nie dostanę. A tak byłem ciekaw…
Łukasiewicz westchnął, spojrzał na gazetę trochę tak, jakby właśnie zmieniła się w jego ręce w jadowitego węża.
– A wie pan co? Niech pan ją sobie weźmie – stwierdził. – Kolega mój też kupił, to poczytam od niego.
– Nie, nie – windziarz zaprotestował gwałtowniej niż to było konieczne. Lorinaitis nie był w stanie rozstrzygnąć czy on swój jest, czy Bragińskiego. – Gazeta się może przydać.
– Się proszę nie bać. Mam sąsiadkę, co się z pewnością, jakby co, ze mną nowinami podzieli – zapewnił i wcisnął windziarzowi zrolowaną Trybunę. Ten rozpromienił się.
Winda zaś z mozołem wspinała się na czterdzieste drugie piętro.
– O co chodziło z tą gazetą? – Lorinaitis zapytał, gdy byli na tarasie na górze. Było tu pusto. Dla odmiany wiało. Można rozmawiać.
– Nie wiem. On albo jest partyjny, albo nie. Pracuje tu od niedawna i nie udało mi się wywiedzieć. Więc albo chodziło faktycznie o Trybunę, albo o plotkę o brakach papieru toaletowego na magazynach. Albo o obie te rzeczy. W końcu nic nie może się marnować, co nie?
Łukasiewicz spojrzał na niego przez ramię i wyszczerzył się. Wiatr momentalnie zwiał mu włosy na twarz i musiał przytrzymać je dłonią, aby w ogóle coś widzieć.
– Yhym.
To miało sens.
Warszawa rozciągała się przed nimi plackiem dachów, ulic i kępek zieleni. A dalej to już była przestrzeń, był horyzont i było niebo. Lorinaitis zadarł głowę i zmrużył oślepione słońcem oczy. Teraz mógł sobie nawet wmawiać, że jest gdzie indziej – choć było to głupie i już na pewno bez sensu.
Łukasiewicz stał przy balustradzie i patrzył w dół.
– Ponoć jakiś Francuz stąd skoczył – powiedział w przestrzeń. – Przetarł szlak, no nie licząc tych kilkunastu ruskich, co spadli w czasie budowy – parsknął.
– To wygląda tak znajomo.
– Parę lat temu gdzieś pisali, że stąd to skoczyło tylko siedem osób, a z tej wieży Francisa z trzysta. – Głos drżał mu od sugestii śmiechu.
– Chwilami nierealnie.
– Jakby tu zainstalowali zewnętrzną klatkę schodową, to by im się te kalkulacje rypsły i tyle.
– Niesamowite, że to wszystko odbudowałeś.
– No i nawet tu w końcu odgrodzili człowieka od świata – westchnął uspokoiwszy nerwowy chichot. Wczepił palce w drucianą siatkę i oparł o nią głowę.
– To musiało być trudne.
– Co?
– Odbudowanie Warszawy.
Łukasiewicz zaczął się śmiać. Głośno, szczerze, z głębi piersi.
– Tośmy się dogadali! – powiedział, zdławiwszy nieco śmiech. – No normalnie…! Ja o samobójcach i płotach, a ty o odbudowie.
Lorinaitis patrzył na niego i czuł, jak zdumienie rozlewa się po nim ciepłą miast zimną falą. To było dziwne uczucie, ale znajome.
– Ale wiesz co?
Łukasiewicz odwrócił się gwałtownie, oparł plecami o barierkę i utkwił w Lorinaitisie spojrzenie. Nieodwrócenie wzroku wymagało całej silnej woli, jaką w tej chwili dysponował. Pamięć na gwałtu rety podsuwała świadomości strzępki wspomnień z wygranych bitew, z udanych polowań. Wszystko, absolutnie wszystko, co mogło podtrzymać siłę woli.
Łukasiewicz uśmiechnął się. – Totalnie mi się taka odmiana podoba, że ja o gorszym, ty o lepszym. A odbudowa… Było wiele wyrzeczeń. Kurcze, żeby tu coś odbudować, to trzeba było gdzie indziej kamienice w lepszym stanie rozbierać i tu cegłę przywozić. No, ale chodziło o symbol. W końcu stolica. Fajnie, że ci się podoba. Josef się chełpi swoją Pragą, wredota jedna. Ta jego Praga, to wizytówka jego odwagi. A moja Praga, mojej. Ha!
– Jesteś okropny.
– Co?
– No, dla niego – sprecyzował bez złośliwości.
– E tam – Łukasiewicz wzruszył ramionami. – Chodź, pojedziemy na tę moją działkę. Nic ciekawego, ale w domu to na kolację czy śniadanie, to mi już nic nie zostało. Chleb to mi spod dziewiątki kupi. Strasznie miła kobieta. Wdowa, syn jej pojechał za miasto na polach pomagać i wraca tylko na weekendy, a ona ma instynktu macierzyńskiego tyle, że by kilkoro dzieciaków obdarzyła. Ale na samym chlebie, to ja nie wyżyję – zakończył z przesadną emfazą i przeciągnął się, aż mu coś w kościach strzyknęło. – Starość, kurna – westchnął, a Lorinaitis uśmiechnął się i pokręcił głową.
Pojechali w stronę Mokotowa przez aleję Niepodległości, która dosłownie sprowokowała Łukasiewicza do mówienia. Wymrukiwał pod nosem rząd rzeczy, których lepiej byłoby nie wypowiadać w miejscach publicznych. Ale tu, w terkoczącej Syrence mocno popędzanej gazem, było jakby bezpieczniej.
– Wszyscy tworzymy nowy świat, a tymczasem człowiek się boi odezwać, powiedzieć co myśli, bo ktoś doniesie. Ktoś mi ostatnio opowiadał historyjkę, żart trochę może, nie wiem. – Wzruszył ramionami. – W każdym razie student opowiadał dowcipy polityczne w tramwaju i nagle wstaje tajniak i chce go wyprowadzić. Student na to, że on nic nie mówił. Tajniak mu, że ma światków i pyta siedzącą obok kobietę, a ona, że nic nie słyszała. Kolejny dziadek, że jest przygłuchy. – Roześmiał się. – W ogóle mam wrażenie, że już to kiedyś słyszałem, z dziesięć lat temu, a może dwadzieścia. Cóż, pewne rzeczy są stałe tak, jak taka solidarność obywatelska. Ale to się tak raz zdarzy lub ktoś wymyśli, a na co dzień, to wiadomo, że obserwują, spisują wszystkie duperele. Co jadłeś, ile minut myłeś zęby, czy na przystanku stałeś sam, czy z panią krępej budowy z ciężką siatką w dłoni. Widziałem takie raporty, wiesz?
– Nie boisz się?
– Co? – zdziwił się Łukasiewicz i jednocześnie osadził Syrenkę w miejscu przed przejściem dla pieszych.
– Pytam, czy się nie boisz? – powtórzył Lorinaitis. – Że mogą cię podsłuchiwać.
Skręcili w Wawelską.
– A co mi zrobią? – westchnął jakby sama ulica go uspokoiła. – Jestem chyba najszczęśliwszą osobą w tym bagnie, bo przynajmniej nie wpakują mi kulki w głowę czy coś takiego.
– Mogą cię zamknąć –
– I co? A to pierwsi będą?
Lorinaitis westchnął. Znajome uczucie powątpiewania w to, że Łukasiewicz potrafi w praktyce zastosować radę: ugryź się w język – zaczynało w nim ponownie kiełkować. I w sumie nie wiedział czy woli, aby Łukasiewicz po prostu tego nie umiał, czy też wręcz przeciwnie. Bo jeśli by nie umiał, to pech. A jeśli to drugie, to strach mu było pomyśleć, jakie rzeczy jednak światła dziennego nie zobaczyły.
– Chociaż, kto ich tam wie. Może i powinienem siedzieć i generalnie trzymać mordę na kłódkę, ciesząc się, że miłościwe moje szefostwo czuje się zobligowane poświęcić mi tyle uwagi, co bym miał gdzie spać i tak dalej. Mogliby przecież uznać, że skoro nie ma Boga, to nie ma też tak absurdalnych tworów, jak personifikacje narodów, ne?
Lorinaitis się wzdrygnął, a Syrenka minęła stadion Skry i skręciła w lewo.
– I tak staliśmy się dodatkowym absurdem do absurdu – Łukasiewicz parsknął śmiechem.
– Cofnij to – Lorinaitis wycedził przez zaciśnięte zęby i wbił wzrok w Łukasiewicza, tyle że tamten nawet tego nie zauważył, zbyt zajęty tym, co miał przed maską.
– Co?
– Cofnij to porównanie nas i Boga, i nie uznawania.
– Dlaczego? Jest, jakby to powiedzieć, całkiem trafne.
– Właśnie dlatego – powiedział powoli i z trudem, bo w gardle stanęła mu gula utrudniająca nawet oddychanie.
Łukasiewicz westchnął. – Nie bój się, nie wpadną na to – zapewnił. – To poza ich zainteresowaniami, bo w nas nikt nie wierzy i tak generalnie, to raczej nie uwierzy. Nie stanowimy zagrożenia dla jedynie słusznej władzy – zakończył i podkreślił to uderzeniem dłoni w kierownicę.
I znów zakrólowały formy stare. Wątpiący i ten, co pełen wiary wątpliwości rozwiewa. Nawet tu, nawet na drodze do, zdawało się, że nieosiągalnego socjalizmu.
Zatrzymali się nieopodal Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich. Łukasiewicz tylko zerknął w jego stronę i prychnął krótkim śmiechem.
– Ładnie mi działkę dali, co nie?
– Myślę, że myśleli, iż poczytasz to za zaszczyt.
Łukasiewicz zerknął na niego, próbując osądzić, czy to był żart, czy stwierdzenie faktu. W końcu zadecydował, że pierwsze. Uśmiechnął się. Lorinaitis ten uśmiech odwzajemnił.
Działka była prostokątna, ogrodzona siatką, krótszym bokiem przylegała do ścieżki, a na jej samiuśkim końcu znajdowała się altanka, która w przeciwieństwie do swojej sąsiadki nie wyglądała, jakby miała się zaraz rozpaść. Tuż przed nią znajdował się niewielki skalniaczek. Po lewej coś miało wyrosnąć, po prawej poza trzema drzewami coś niemrawo pięło się ku górze. Z boku altanki rosła papierówka i to ku niej od razu skierował się Łukasiewicz.
– Nawet nikt nie oskubał – ucieszył się. – Masz – krzyknął i rzucił Lorinaitisowi zielone jabłuszko.
To poszybowało w powietrzu po paraboli i gdyby mężczyzna nie podszedł szybko o dwa kroki, to niechybnie spotkało by się z ziemią.
– Powinno być już jadalne, chociaż to papierówka krzywimordka. Rok w rok coraz kwaśniejsza z niej baba.
Lorinaitis wgryzł się w owoc. Był mały, więc za jednym gryzem znikła co najmniej jedna czwarta. Był bardzo soczysty i Łukasiewicz miał rację, że zaliczał się do krzywimordek. A na koniec pozostawiał w ustach to dziwne wrażenie przeżucia soczystego, kwaśnego papieru. Był kwintesencją tego, czym powinna być papierówka. Przywracał wspomnienia wielu zjedzonych wcześniej i sprawiał, że gdy z twarzy już zeszło wywołane kwaśnością skrzywienie, to pojawiał się na niej mimowolny uśmiech. W przeciągu sekund z jabłuszka pozostał sam ogonek.
– Mówiłem, że jest rewelacyjna? – zapytał Łukasiewicz i podał mu kolejną.
– Mówiłeś. Miałeś rację.
– Ha! Widzisz. Bo ja zawsze mam rację!
– Oczywiście – Lorinaitis roześmiał się. Pozwolił sobie zapomnieć się w tej chwili. To było za łatwe i gdzieś na dnie czaszki coś szeptało mu, że nie należy tak ryzykować, ale cokolwiek to było, nie umiało krzyczeć dostatecznie głośno, aby zagłuszyć tę potrzebę, żeby przez chwilę było jak dawniej, normalniej. – Poza tymi momentami, kiedy jej nie masz – dodał i roześmiał się.
– No… Co!?
Łukasiewicz aż zakrztusił się kęsem papierówki i zamiast się oburzyć, zaczął walczyć o oddech. A gdy już go odzyskał, jakoś mu się oburzać odechciało i też się zaczął śmiać.
– Twa niewiara zostanie zapomniana – stwierdził, parodiując chyba samego siebie z wieków tak odległych, że trochę nierealnych i znów parsknął śmiechem. – A masz!
Zamachnął się kolejnym jabłuszkiem, które bezbłędnie wylądowało w dłoni Lorinaitisa.
– Bo objemy ci całe drzewko – zauważył.
– I co z tego? Jak dla mnie możemy totalnie całą działkę objeść, jeśli to ma utrzymać ten nastrój, wiesz?
Lorinaitis westchnął.
– To teraz już wiesz. Jedz i nie marudź. Trochę weźmiemy do domu. I marchewka jakaś chyba nada się do wyrwania, to się pani Zosia ucieszy. Szkoda, że tylko jeden dzień tu jesteś, to by nam pewnie obu coś z tego zgotowała.
Z jabłuszkiem w zębach powędrował obejrzeć zielone wiechetki wystające ponad ziemię kawałek dalej. Lorinaitis nie widział jego twarzy, ale Łukasiewicz zwykł sporo tego co myślał nosić na wierzchu i ton jego głosu mówił wszystko, czego było potrzeba mu wiedzieć. Westchnął. Stojąc tu, na działce, czy tam na tarasie widokowym PKiNu naprawdę chciał móc zostać na dłużej. Zapomnieć o wszystkim. Odpocząć. Odzyskać siły przed powrotem do własnej rzeczywistości.

Na parkingu minęli się z patrolem MO próbującym doprowadzić konesera wódek różnych do pionu, a przynajmniej do jakiejkolwiek pozycji, w której dałoby się go odtransportować na izbę. Nie szczędzili przy tym komentarzy pod adresem mężczyzny. Że ferment, że zdrajca idei, że dno samo. Łukasiewicz obdarzył ich pustym spojrzeniem. Och, jak ich nie lubił. Nikt ich nie lubił. Na Lorinaitisa zaś podziałali niczym kopniak od rzeczywistości prosto w brzuch. Byli tu, mogli wejść na działki, mogli być wszędzie indziej… Rozmowa o tajniakach powróciła nagle i za nic nie chciała się odczepić. Przepędziła ledwie odzyskaną w tym miejscu swobodę i na powrót rozsiadła się na tronie, zaspokajając w ten sposób szept z dna czaszki.
Wsiedli do Syrenki w milczeniu. Potem mówił tylko Łukasiewicz. O mistrzostwach w piłce nożnej w RFN, o tym, jak jego chłopaki skopią tyłki Brazylijczykom. O tym, jak nie lubi bloków z wielkiej płyty. O kręceniu „Potopu” przez Wajdę. O tym, że ma dość Bragińskiego zerkającego mu na ręce. O jakiś piosenkach Osieckiej. O czerwonej Škodzie, gdy przyszło mu koło niej zaparkować. A skoro było o Škodzie, to było o Josefie. Zjechało mu się na praską wiosnę i dalej na defenestracje – z nich śmiał się, gdy szli w stronę ławki.
– Nigdy mnie to nie przestanie bawić. Motyw mu wyszedł przedni, ale o tym to generalnie ciii i w ogóle. Jeszcze by sobie co pomyślał.
Przed blokiem grupka dzieci bawiła się wokół trzepaka, powtarzając zasłyszane tu i tam wierszyki mniej lub bardziej po partyjnej myśli. Oni zaś siedzieli na ławce i patrzyli, jak słońce zachodzi za wielką płytę.
– Chcesz ciukielka, idź do Gielka – zaśmiało się jedno, a Łukasiewicz aż wzdrygnął się.
– Nie, nie, nie – stwierdził i bez słowa dalszych wyjaśnień podszedł do dzieci. Usiadł na trzepaku i chrząknął.
Przyszłość narodu momentalnie spojrzała na niego. Przez chwilkę Lorinaitis łudził się, że teraz w końcu świat ponownie stanie na nogach, miast chodzić na rękach.
– Mały, jak masz na imię? – Łukasiewicz zapytał chłopca.
– Edwald.
– Jak towarzysz Gierek? – nie do końca zamaskował rozbawienie. – To drogi Edziku, spróbuj teraz zrobić tak. Rrrrr. Tak, żeby ci się język o podniebienie obijał.
Chłopiec spróbował. Zresztą nie tylko on, ale kilkoro innych dzieci również.
– Nieźle – pochwalił je. – Jeszcze raz.
Tym razem chłopcu wyszło. Uśmiechnięty od ucha do ucha powtórzył dźwięk kilkakrotnie.
– To teraz , jak powinien brzmieć wierszyk? – zapytał Łukasiewicz.
– Chcesz cukierrrrka, idź do Gierrrrka, Gierrrrek ma, to ci da!
– Dobrze – znów go pochwalił i zaklaskał. – Ale o tym cii. Wiecie, czym jest ten wierszyk?
– Tajemnicą! – zachichotały dzieci.
– Słusznie – przytaknął. – Idźcie grać na boisko.
Lorinaitis czuł, że kręci mu się w głowie.
– Jeny! – krzyknął, jęknął… sam nie wiedział, co chciał bardziej zrobić. – Feliks! Spoważniej! – w głosie odbiła mu się panika. Wszedł na chwilę na wysokie tony. Dłonie miał zaciśnięte w pięści i z trudem powstrzymywał się od próby wbicia nimi odrobiny zdrowego rozsądku do głowy Łukasiewicza. Ten zaś spojrzał na niego z wysokości trzepaka i uniósł brew w tym powątpiewająco–pytającym grymasie, który nic, tylko bardziej jeszcze irytował.
– Ja jestem poważny – powiedział i to wcale nie zabrzmiało wesoło. – Ja totalnie jestem poważny. Generalnie to jestem tak poważny, że kurna robię co mogę, aby od tych absurdów nie zwariować do reszty. Bo tutaj, to ciągle słychać jak coś tupie. Tup, tup tup… I wiesz, co to tak tupie?
Lorinaitis pokręcił głową, a usta zacisnął w cienką linię.
– To przechodzi ludzkie pojęcie. A ktoś, chyba jakiś Włoch, kiedyś napisał, że śmiech odrywa na jakiś czas od strachu i ja tam generalnie wolę mieć czkawkę od śmiania się z tego wszystkiego, niż dzień w dzień budzić się z myślą, że juto może być najwyżej gorzej.
Lorinaitis milczał. Nie mógł powiedzieć, że Łukasiewicz nie miał racji. Nie mógł, ale… Oparł się o trzepak i patrzył jak dzieciaki gonią za piłką. Co rusz, któreś się potykało i przewracało lub było przez inne przewracane. To nie czyniło różnicy, bo oczka przez moment szkliły się tak samo, ale nim chociaż zdążył pomyśleć o tym, żeby się ruszyć i dziecku pomóc, ono już stało na nogach i krzyczało za kolegami.
– Chodź – ponaglił go Łukasiewicz.

c.d.n.

—————————————————

Przypisy:

– Książki skarg i zażaleń – niby żywe do dziś, ale w kapitalizmie klient jest bardziej u władzy, więc i ich użyteczność spadła. Co innego w PRL-u. Można znaleźć sporo ciekawych wpisów z tych książek. Że zacytuje jeden znaleziony w książce o PRL-u:
„Jeżeli chodzi o rosół, należy stwierdzić, że zawartość soli w tej potrawie przekracza przyjęte przez konsumentów normy. Ponadto należy dodać, że umakaronowienie rosołu było zbyt wysokie”

– Katastrofa w Silesii – katastrofa w kopalni węgla kamiennego „Silesia” jaka miała miejsce 28 czerwca 1974 roku. Zginęło wtedy ponad 30 górników.

– Jarskie poniedziałki w PRL-u wynikały z zarządzenia ministra handlu wewnętrznego z dnia 31 lipca 1959 roku. Zakazywało ono handlu i konsumpcji pewnych towarów, tj mięsa w pewne dni tygodnia i wynikało z trudności z zaopatrzeniem. W restauracjach i stołówkach podawano w poniedziałki tylko dania jarskie, w sklepach sprzedawano smalec, podroby i kaszankę.

– Trybuna Ludu – Trybuna Ludu – gazeta codzienna wydawana w PRL. Zaczęto ją wydawać w roku 1948 jako oficjalny organ prasowy KC PZPR (patrz przypisy do poprzedniej części). W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, kiedy w PRL-u papier toaletowy potrafił być towarem luksusowym osiągała nakład do 1,2 miliona egzemplarzy (można więc się domyślić do czego więc również mogła Trybuna służyć).
Do zadań „Trybuny Ludu” należało:
* prezentowanie stanowiska PZPR wobec wydarzeń w kraju i sytuacji międzynarodowej,
* publikacja materiałów partyjnych i przemówień,
* wspieranie działań PZPR w sprawach gospodarczych (np. Plan 6-letni, kolektywizacja wsi),
* inicjowanie kampanii skierowanych przeciwko wrogom ludu czyli Kościołowi katolickiemu, imperializmowi, reakcji i wrogowi klasowemu,
* informowanie o zmianach personalnych w partii oraz komentowanie jej polityki.

– PKiN i samobójcy – pierwszy z tarasu PKiN-u w Warszawie skoczył francuski turysta w 1965 roku, po nim skoczyło jeszcze 7 polaków. Po tych wypadkach taras okratowano. Zaś wcześniej, w czasie budowy, zginęło jeszcze 16 rosyjskich robotników.

– MO – Milicja Obywatelska – oficjalna nazwa policji w Polsce w latach 1944–1990. Chyba jeszcze częstszy temat żartów niż obecna Policja. O inteligencji funkcjonariuszy MO dowcipy te miały raczej marne zadanie.

– Mistrzostwa Świata w Piłce nożnej w RFN – rozegrane w 1974 roku. Zwyciężyli gospodarze – Republika Federalna Niemiec, drugie miejsce wywalczyli Holendrzy. Polska Rzeczpospolita Ludowa uplasowała się na miejscu trzecim po skopaniu Brazylijczyków 1:0.

– „Potop” Jerzego Hoffmana – ekranizacja drugiej części sienkiewiczowskiej trylogii realizowana w latach 1973 – 1974; nominowana w 1974 do Oscara

– Edward Gierek – I sekretarz KC PZPR w latach 1970 – 1980. T zw. „gierkowska dekada”, czyli okres sprawowania przez Edwarda Gierka władzy w latach 1970-1980, charakteryzował się w pierwszej połowie dynamicznym rozwojem gospodarczym PRL (kosztem znacznego zadłużenia Polski w krajach zachodnich), aby w drugiej połowie zakończyć się wieloaspektowym kryzysem gospodarczym, który w efekcie doprowadził do upadku jego rządów oraz w dalszej perspektywie do upadku systemu komunistycznego w Polsce.
Wykorzystana w tekście rymowanka przeżyła okres jego urzędowania o całe lata… nawet w latach dziewięćdziesiątych ciągle się to mówiło, choć dziećmi będąc nie mieliśmy pojęcia co to za Gierek xD

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s