Zjazd rodzinny raz proszę

Raz. Czas i odległości są mocno umowne. Wybaczcie, upchnęłam to wszystko w jednym dniu, mimo że to niemożliwe (sama podróż z Litwy na Ukrainę trwa sporo…). Rozwlekanie się czasowo zabiłoby ducha tego fica. Wolałam pozostać w bezpiecznej względności.

Dwa: Fic podejmuje tematykę rodzinną i jest raczej nastawiony na komedię (nie mylić z parodią). Stosunki między Hetaliowymi uosobieniami państw są nieraz napięte (polityka), ale gdzieś w tym wszystkim nadal jest jakieś poczucie solidaryzmu i  wielkie pokłady rodzinnych uczuć (ludzie).

Ostrzeżenia: Przekleństwa. Niepoprawność polityczna. Dużo historii i kultury.

ZJAZD RODZINNY RAZ PROSZĘ

Część pierwsza o tym, jak Prusy daje się wywieść do Ruskich

Gilbert szedł sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, co w jakimś stopniu go deprymowało. Nie miał żadnych pomysłów i strasznie się nudził. Jednakże nudniejsze od nudzenia się samemu było nudzenie się z Ludwigiem. Postanowił więc pownerwiać sąsiadów (a nawet sąsiadów sąsiadów, bo wywiało go na Litwę), mimo że groziło to uszczerbkami na zdrowiu. Niestety, nawet owe uszczerbki stały w chwili obecnej pod znakiem zapytania, bo Prusy miał wrażenie, że nikt się z nim nie liczy – po co marnować swoje zdrowie i czas na pobicie kraju, którego nie ma?

Pesymistyczne myśli już miały na dobre zagościć się w głowie Gilberta, gdy na horyzoncie pojawił się Polska wraz z Litwą. Prusy, widząc w tym szansę podreperowania skopanego ego, postanowił rzucić kilka uwag pod adresem Feliksa, a nuż da się sprowokować. Podszedł i już miał wygłosić jakiś średnio inteligentny, ale wredny tekst, kiedy dotarło do niego, że coś, u licha, jest nie tak.

Polska wyglądał jak mężczyzna. Włosy związał zwykłą gumką, bez pomponików i ozdóbek, a grzywkę zostawił samopas bez podpinania jej. Miał ubrane sztruksowe spodnie, białą koszulę i kamizelkę. Półbuty. Choćby śladu dziewczęcych dodatków. Bardzo wściekły pakował wypchane po brzegi siatki do różowego monstrum na kółkach, którego reflektory przypominały małe szeroko rozstawione świńskie oczka, a kratka wentylacyjna wygięła nibyusta w podejrzanym grymasie.

Siatki cały czas donosił Taurys, zaprawdę z godnym podziwu zapałem. Wystroił się w spodnie w kant i zielony sweter z dekoltem w serek. Gilbert rzadko widział go bez munduru, a jeśli już, to na pewno nie w tak… Formalnym i bezpretensjonalnym stroju.

Zarówno Feliks, jak i Taurys, mieli tak ponure miny, że Prusy postanowił, iż tego dnia poszuka zaczepki gdzie indziej. Kto wie, co ci dwaj szaleńcy szykują. Jeszcze ma to coś wspólnego z Rosją albo Węgrami, a tych krajów biedna prusacka głowa mogła nie znieść.

– Gilbert! – Za późno. Litwa go zauważył. – Hej! Nie przywitasz się?

Prusy zrobił zgrabny obrót na pięcie i jak gdyby nic przystąpił do ataku:

– Nie będę się witał ze słowiańskim motłochem, co ziemie niemieckie bezprawnie zagarnął!

Początkowa satysfakcja Gilberta z potoku przekleństw Feliksa zniknęła, gdy okazało się, że przyczyną jego złości była jakaś rzecz, która nie dała się ustawić w środku różowego wehikułu tak, jak Polska by sobie tego życzył.

– Nam też cię miło widzieć – westchnął Taurys i pochylił się nad tyłkiem Feliksa, bo jego druga połowa ciała zdawała się zniknąć na dobre w wątpliwej urody czterokołowcu.

Prusy postał chwilę, usiłując zwalczyć wstrętną myśl, odbijającą mu się od ścian czaszki, że jest ignorowany.

– Co wy wyprawiacie? – Nie wytrzymał w końcu, kiedy Litwa położył się na Feliksie, który z kolei porzucił swój rodzimy język by przejść na łacinę. Różowe monstrum miało nie tylko cztery koła, ale teraz także cztery nogi. A Feliks i Taurys w cztery ręce próbowali upchać kolorowe siatki.

Pierwszy, z powodów natury technicznej, wynurzył się Litwa i sapiąc wyjaśnił:

– Jedziemy na zjazd rodzinny.

Gilberta zatkało.

– Świetnie, pod waszą nieobecność zagarnę wasze, to jest, moje ziemie! – Nie pozostało mu nic innego, jak próbować pokryć swoje zmieszanie.

– Totalnie pieprz się – rzucił zrezygnowanym głosem Feliks.

– Nie będzie nas krótko. Dzisiaj wieczorem, najdalej jutro rano wracamy – usłużnie wyjaśnił Litwa.

– O nie, kurde! – zacietrzewił się Polska. – Najdalej jutro rano to będę w Nowym Jorku sprzedawał pierogi na, kurde, ulicy!

– Czemu w Nowym Jorku? – zapytał Litwa, podając mu kolejną siatkę, którą to tym razem wpakowali do małego świńskiego tyłka, to znaczy, poprawił się w myślach Gilbert, do bagażnika.

– Optymalnie najdalej od każdego z was!

Taurys westchnął, ale nie uciszał ani nie strofował Feliksa, co Prusom wydało się nader podejrzane.

– I tak po prostu sobie jedziecie, tak? Nie boicie się, na przykład, że ktoś się wam do domu włamie? – upewnił się.

Litwa zirytowanym gestem przeczesał ręką włosy, oceniając, ile jeszcze siatek z podejrzaną zawartością uda im się wepchnąć do czeluści różowego koszmaru.

– Bardzo się boimy – zapewnił – dlatego uważam, że koniecznie powinieneś jechać z nami. W celach bezpieczeństwa, oczywiście.

Podbudowane ego Gilberta – które zdawało się zauważać tylko to, że Prusy stanowi zagrożenie dla kogoś, a wcale, a wcale nie został określony włamywaczem – znowu miał czekać niemiły ciąg dalszy.

– A tak żarty na bok, może faktycznie z nami pojedziesz? – zapytał Litwa. – Plemiona pruskie wliczają się w końcu w plemiona Bałtów, czyli jak Raivis i ja. Co ty na to, Feliksie?

– Wszystko, kurna, jedno. Jedna czarcia dupa w te czy we w te tego piekła nie pogorszy.

– Feliksie…

Gilbert podrapał się w blond czuprynę. Wiedział, jak przebiegały spotkania pseudorodzinne na Zachodzie. Austria komentował wszystko mało pochlebnie. Vash zerkał na swój szwajcarski zegarek psiocząc, że chyba się zepsuł, bo minuty nie mogą płynąć tak wolno. Ludwig zawsze wygłaszał dokładny plan spotkania i realizację poszczególnych punktów takich jak: Wspomnienia z Dzieciństwa czy spożywanie Wspólnego Posiłku. Liechtenstein niezmiennie nie dawała się poderwać. Może chociaż u Słowian popije za darmo…?

– Ukraina. Ładnie tam. Ona jest ładna – przekonywał go Litwa. – I naprawdę będzie nas tam tyle, że twoja obecność nie zrobi różnicy.

Gilbert kombinował dalej. Znowu tacy obcy to oni nie są. A skoro będzie tyle ludu, to oznacza, że muszą się zjechać totalne pipidówy. Nie będą miały czelności śmiać się z niego, że nie posiada własnej ziemi. Obrócił się w stronę zachodnią. Tam nudny Ludwig, a na wschodzie wspaniałe istoty, które potrafią doprowadzić do wściekłości Polskę samym faktem, że istnieją. Podjął decyzję.

– Jadę! Wschodzie drżyj!

Taurys krytycznym wzrokiem zlustrował jego ubranie. – Pożyczę ci coś.

Polska oparł się o maskę różowego monstrum, otarł pot z czoła i w ponurym milczeniu przyglądał się, jak Prusy przymierza marynarkę Litwy. Po chwili zjawił się Łotwa, tachając kolejne siatki i Gilbert zaczął się martwić, że z braku miejsca każą mu jechać z Polską w tym różowym czymś. Feliks dokonał kolejnych akrobacji, a jego dzieło okazało się majstersztykiem, jeśli chodzi o skompresowanie tylu wypchanych siatek na tak niewielkiej powierzchni. Polska nie zajmuje się produkcją puzzli?

Raivis miał na sobie dżinsy, koszulę z krawatem i marynarkę, czyli podobnie jak Gilbert, który właściwie pierwszy raz widział go w czymś innym, niż w tym jego czerwonym mundurze galowym ze szczotkami na ramionach.

– Właź – Polska odchylił fotel pasażera.

Prusy zamrugał. – Co?

– Włazisz?

– Do tego? To Taurys nie ma auta?

– A co ci się nie podoba w mojej syrence? – Feliks założył ręce na piersi. – To dobre auto.

Gilbert wziął oddech. Lata wpajania mu przez Ludwiga, na czym polega klasa samochodu nie poszły w las.

– Po pierwsze: to nie jest auto. Po drugie: to nie jest syrena, syrena ma coś z ryby, a to ma coś ze świni, żeby daleko nie szukać – kolor. Po trzecie…

– To się wal. – Polska trzasnął siedzeniem i omal nie uderzył Łotwy, chociaż ten już siedział po przeciwnej stronie, za fotelem kierowcy.

Feliks rozeźlony obszedł auto, wsiadł i bezczelnie zatrąbił na Litwę. Prusy zamarł z wystawionymi trzema palcami, a miał ich pokazać jeszcze co najmniej cztery! Tymczasem Polska zignorował jego zaczepkę. Od kiedy on się zachowuje, hm, racjonalnie?

Nagle Łotwa wydał z siebie okrzyk, szamotał się chwilę w trzewiach różowego monstra. Dało się słyszeć stukot szkła, siedzenie obok kierowcy dosłownie wyleciało do przodu i uderzyło z impetem w deskę rozdzielczą, a i tak rumor byłby większy, gdyby nie było obite imitacją skóry tygrysa czy innego pechowego kota. Polska zanurkował do tyłu upychać porozwalane rzeczy na miejsca, a przy tym wylał z siebie potok bardzo polskich słów, których znaczenie Prusy zaczynał już kojarzyć, ba!, nawet sam używać.

Raivis wyskoczył z syrenki i niemal rzucił się do nóg Prusaka.

– Panie Gilbercie, bardzo pana proszę, niech pan z nami jedzie! Ciocia Bułgaria zawsze wspominała, że chciałaby pana poznać, ze względu na to, jak potężny pan by… jest!

Oczy Litwy rozszerzyły się niebezpiecznie, a Feliks podrapał się po głowie. Popatrzył na Prusy, popatrzył na tylnie siedzenia. Po chwili wydał z siebie cichy jęk.

– Gilbercie – wyskoczył z auta w ślad za Łotwą – z samochodami jest jak, kurna, z babami. Piękne się puszczają, a brzydkie wierne jak totalne psy, kumasz?

Prusy mimo wszystko rozluźnił się, słysząc normalny ton Polski.

– Moja syrenka może nie jest totalnie zajefajna, ale za to bardzo wierna, normalnie jak Taurys! Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. – Blondyn poklepał czule różowy wehikuł. – Moja potworka…

– Feluś bardzo dba o samochody, ten jest bardziej dopieszczony niż większość samochodów twojego brata – zapewniał gorliwie Łotwa.

Prusy, nadal trzymając trzy palce w górze, powoli i nieufnie wgramolił się do wnętrza syrenki. Polska w momencie przytrzasnął go siedzeniem gestem, jakby stawiał kropkę na końcu zdania. Łotwa truchtem obiegł auto, przemknął obok Feliksa, wpakował się do tyłu, podciągając nogi pod brodę i stękając jął sobie przygotowywać miejsce na podłodze, żeby nie musiał jechać w tej pozycji. Gdy tylko minął pierwszy atak klaustrofobii, Gilbert stwierdził, że w sumie ma się niezgorzej. Miał gdzie dać nogi, sufit, co prawda, był tuż nad jego głową, ale jednak mógł się wyprostować. Różowe pluszowe kostki przyczepione do lusterka zadyndały smętnie, kiedy Feliks siadł jako kierowca, a Taurys jako pasażer. Zapieli pasy i Polska ruszył z piskiem opon. Prusom nawet to zaimponowało, bo Ludwig tak nie umiał nawet w mercedesie, a Polak dał radę w tej motośwince przy pełnym obciążeniu. Wszelkie ciepłe uczucia względem Feliksa odwołał, gdy po chwili wpakowali się w dziurę i głowa Prusaka gwałtownie spotkała się z sufitem.

Litwa spokojnie rozłożył przed sobą mapę. Zastanawiał się nad nią chwilę. Nagle krzyknął, że Polska ma się zatrzymać. Gilbert aż podskoczył na dźwięk tak stanowczego głosu Taurysa (i znowu przywitał się czule z sufitem), ale Feliks tylko przyspieszył.

– Nie mieliśmy zabrać Obwodu? – zapytał zdezorientowany Litwa. Raivis zatrząsł się nieznacznie.

– Nie będziemy teraz zawracać – stwierdził niewinnie blondyn. Spojrzał do lusterka i mrugnął porozumiewawczo do Łotwy.

– Poza tym jedzie z nami Gilbert. Ta mała krwiożercza bestia już się nie zmieści – uśmiechnął się chytrze.

Taurys jęknął. – Jest taki malutki! Co ci w nim nie pasuje? Jest w stu procentach zależny od Rosji!

– A co to zmienia w fakcie, że jest małą krwiożerczą bestią? – zapytał ponuro Polska.

Prusy nie miał pojęcia, o czym rozmawia tych dwóch, więc wlepił wzrok w Raivisa.

– Będzie tam Iwan, co? – zapytał złośliwie.

Łotwa nawet na niego nie spojrzał. – Raczej na pewno.

Prusy poczuł się zbity z tropu. – Będzie cię dręczył – poinformował Raivisa na wszelki wypadek.

Poczucie normalności, bezpieczeństwa i niezmienności pewnych wartości jak to, że zero bezwzględne równa się zero stopni Kelvina, ziemia jest jako tako okrągła i krąży po elipsie, i woda wrze przy stu stopniach Celsjusza, fiknęły mentalnego kozła, bo oto Raivis się do niego uśmiechnął. Bardzo wesoło.

– Wątpię, czy będzie miał chociaż czas, żeby się ze mną przywitać.

W sumie, pomyślał Gilbert, zjazdy rodzinne odbywają się chyba raz na jakiś czas. Łotwę może męczyć na okrągło do porzygania, a te wszystkie pipidówy to on raz na ruski rok widzi… Ruski rok, chacha, ale mi się dowcip udał, muszę im go sprzedać…

Różowy potwór jechał zadziwiająco spokojnie, silnik wcale nie buczał jak mała Icia, nawet nie chrumkał. Gilbert wątpił w to, że jest oryginalny. Był pewny, że w tej maszynie hańbiącej cześć samochodów bije niemieckie serce w postaci silnika. Polska włączył radio, ale antenka się złożyła, więc guzik odbierali. Nikt nie kwapił się do rozmowy, co było dla Prusaka bardzo dziwne. Milczący Feliks, intrygujące, doprawdy.

– Litwa i Łotwa nie są z plemion słowiańskich – zauważył w końcu Gilbert, nie wytrzymując tej atmosfery. – Sam powiedziałeś, że to Bałtowie… A tak w ogóle to ja do żadnych Bałtów nie należę!

– Niemiecka świ…

– Niby tak – Taurys pośpieszył z wyjaśnieniami, zagłuszając Polskę – bo ty byłeś pod wpływami niemieckimi, a potem cię na NRD przerobili… A Raivis i ja tak długo byliśmy przy Iwanie, a ja jeszcze przedtem z Felkiem, to nas tam jak swoich traktują.

– Tylko Estonia się wykpił – powiedział cicho Raivis, poprawiając ułożenie siatek.

– Pieprzony farciarz – rzucił Polska z emfazą i skręcił gwałtownie.

Jakiś słoik wypadł na kolana Prus, wieczko pyknęło i z pojemnika zaczęła wylewać się entuzjastycznie zielona śmierdząca substancja. Gilbert zaczął wrzeszczeć, Łotwa rzucił się go ratować, Litwa złapał za kierownicę, bo Polska odwrócił się do tyłu, żeby zobaczyć, który z ich specjałów poświęcił się i próbował zamordować Prusaka.

– Fuj! Co to jest?! To zgniło?! – darł się Prusy, gdy Raivis wycierał jego spodnie chusteczkami.

– Ogórki totalnie kiszone – stwierdził wesoło Feliks. – Poznaję po tym cudownym aromacie.

– Cudownym aromacie? Jebie na całe auto!

– Więc przyznajesz, że to auto – rzucił przez ramię Polska.

– Nie łap mnie za słowa! Otwórzcie okno, mój delikatny niemiecki nos nie zdzierży tego słowiańskiego smrodu! Co to jest? Broń biologiczna?! Wy tę rodzinę otruć jedziecie?!

– Zagryzka! – Polak nie tracił animuszu.

Chwilę jechali jeszcze w całkowitym chaosie, Feliks nie musiał nawet trąbić na rowerzystę, bo ten, na widok różowej syrenki czy też, jak wolał wierzyć Polska, usłyszawszy wrzaski Gilberta, spikował prosto w przydrożne krzaki. Ogórki zostały odratowane, ale w powietrzu nadal unosił się ich cierpki zapach, a spodnie Prusaka nadal były mokre.

– Kto wziął ogórki? – zapytał Litwa, gdy Prusy się względnie uspokoił. – Iwan miał przecież dostarczyć…

– Taurys, Taurys, Taurys – Polska pokręcił głową. – Przecież wiesz, że wszyscy tego nazwożą, a potem i tak brakuje.

– Spróbujcie zagryzać czymś innym…

– Czym? Kosowo i Wojwodina zawsze wpieprzą wszystkie chrupki.

Gilbert był bardzo zły na cały świat. No, może nie na cały świat, ale na kraje wschodnie na pewno. Na Litwę, bo go zaprosił, na Łotwę, bo go tu zaciągnął i na Polskę – tutaj nic nowego – bo istniał. Taki był spokój przez te sto dwadzieścia trzy lata… Trochę się poganiali po lasach.

– Gilbert? – zagaił Polska podejrzanie niewinnym głosem.

– Spieprzaj na choinkę. Albo nie. Choinka to niemiecki wynalazek, nie będziesz go kalał swoją obecnością! Spieprzaj na drzewo iglaste!

– Dobrze, jak, kurna, zbejrzysz jakieś pod drodze, to daj mi cynk. Wpieprzę się prosto na nie. Syrenka jest totalnie boska, ale poduszek powietrznych za Chiny tu nie wciśniesz, więc może to być ostatnia rzecz jaką zrobisz w swoim zafajdanym życiu! O, sorry, ty już właściwie nie żyjesz…

– Fajnie, że Gilbert z nami jedzie – zauważył Raivis. – Felek ma dobry humor, a jak ma dobry humor, to tak nie szaleje po drodze.

– Tym można szaleć? – W głosie Prus nie było ani cienia złośliwości, jedynie przemożna ciekawość.

– Pokazać ci? – zaoferował się blondyn.

– Nie! – wrzasnęli jednocześnie Taurys i Raivis.

– Auto jest, jak to się mówi? Podrasowane – zapewnił spokojniejszym tonem Litwa, bo Łotwa zaczął dygotać. – Może więcej niż ci się wydaje. Uwierz na słowo.

– Właściwie przyganiał kocioł garnkowi, panie NRD – zaśmiał się Polska. – A co ze Sputnikiem na kółkach, mydelniczką, trampkiem, skrzydlakiem, Fordem kartonem, Zemstą Honeckera?

– Zemstą kogo? – zdziwił się Gilbert.

– Honeckera – wyjaśnił Litwa. – Powinieneś powiedzieć, to twój polityk, fan komunizmu, nadzorował budowę muru berlińskiego…

– A ten fiut… – przypomniał sobie Prusy.

– No Trabiego nie pamiętasz? Trabanta? – zdziwił się Polska.

– Nie pamiętam – żachnął się Gilbert.

Właściwie to nie chciał pamiętać, a chcieć coś to prawie móc, więc tak ogólnie to nawet nie skłamał.

– Nie jeżdżę takim szajsem – rzucił po chwili, widząc uśmieszki współpasażerów.

– Tylko chodzisz na piechotę – roześmiał się Raivis.

Gilbert nie odzywał się aż do granicy. Nogi mu jednak tak ścierpły, że nie zdzierżył.

– Co jest w tych siatkach?! – kopnął ze złością tę, która osunęła mu się na stopę.

– Żarcie – odpowiedział Polska. – Właśnie skopałeś mój żurek, dupku.

Taurys wsadził nos w mapę i wydał z siebie serię podejrzanych dźwięków.

– Żurek? Co to, cholera jasna, jest żurek?! Znowu coś skisłego?

– Spieprzaj, pyszna zupa, dodać jajeczko albo białą kiełbaskę i totalnie wcinać!

Gilbert, patrząc z obrzydzeniem, wcisnął siatkę Łotwie. Po jakimś czasie Polska z Litwą znów zaczęli dyskutować o sprawach, o których Prusy nie miał pojęcia.

– Jak to się rozwiodła?

– Normalnie. Totalnie powiedziała, że ma go dość i nawet nazwę zmieniła. – Feliks nerwowo bębnił palcami o kierownicę, czekając aż światło zmieni się na zielone. – Montenegro czy Montenegri… Coś w ten deseń. Straszne robią teraz cyrki u mnie o ambasadę.

Litwa zamyślił się na chwilę. – Ech, kolejny rozwód w rodzinie. Ciocia Bułgaria będzie niepocieszona.

– Ja jestem niepocieszony i to bynajmniej rozwodem. Totalnie.

– Daleko jeszcze? – przerwał im Gilbert.

– Ośle… – zachichotał Raivis. – Ostrzegam cię.

Feliks z Taurysem zaśmiali się wesoło, a Prusy definitywnie nie odzywał się, aż dojechali do domu Ukrainy. Nie będzie go przezywał jakiś podrzędny kraik!

Polska z wdziękiem zaparkował w rabatkach. Gilbert przeżył moment grozy, gdy siedzenie pasażera nie chciało dać się odsunąć, ale ostatecznie uwolnił go nie kto inny jak Polska, zasadzając opornemu fotelowi z kopa. Miał przy tym taki jakiś maniakalny błysk w oku, że Prusy musiał zwalczyć chęć ucieczki przez okno, byle dalej od Polaka.

Domek Ukrainy był ładny, bardzo malowniczy. Gilbert nigdy nie zwracał uwagi na architekturę, ale musiał przyznać, że weranda z drewnianą balustradą pomalowaną w kolorowe paski wyglądała dość romantycznie. Uroku dodawał siedzący na bujanym fotelu podstarzały mężczyzna, czytający gazetę. Pomachał im energicznie i wrócił do lektury.

– Stary dziad, dupy nie ruszy – mruczał Feliks, otwierając bagażnik.

– Feliks! Wiesz, że wujek Macedonia jest bogaty w lata i doświadczenie – zrugał go Taurys.

Z domu wybiegła Ukraina. Zielona sukienka z brzegami obszytymi białą koronką pasowała do niej świetnie. Gilbert po raz pierwszy w życiu był skłonny przyznać Francisowi rację. Ona ma naprawdę taki wielki biust.

– Feluś – pocałowała Polskę w policzek.

– Hej Heluś – blondyn próbował się uśmiechnąć. – Jesteśmy wcześniej, żeby ci, kurde, pomóc, i jednego frajera na zmywacza znaleźliśmy po drodze – machnął ręką w stronę Prus. – Gilberta pamiętasz, nie?

– Och, dzień dobry – dygnęła przed Prusakiem, który nie włożył tyle wysiłku w wojnę o Śląsk, co w to, żeby oderwać wzrok od jej dekoltu. – Taurys – kolejny dostał buzi – Raivi – i jeszcze jeden.

Gilbertowi wepchnięto tuzin siatek, finalnie niósł je nawet w zębach. Nie omieszkał obić czegoś w jednej z nich na schodach wiodących na werandę. Miał nadzieję, że to żurek. Wujek Macedonia rzucił mu krótkie spojrzenie, wstał i wziął cieknącą już torbę od Prus. Był niskim mężczyzną z nadwagą, lekko obwisłymi policzkami, dwoma podbródkami, nieco już łysiejącym. Tylko w jego oczach czaiła się iskierka dawnej siły i Gilbert odruchowo przywitał się z nim grzecznie.

– Prusy, tak? Gilbert, jak pamiętam.

Gilbert pokiwał głową i nagle zrobiło mu się głupio z powodu rozwalonego naczynia. Przeprosił, cedząc słowa przez zęby, z których smętnie zwisał inny pakunek. Wujek Macedonia spojrzał do siatki.

– To tylko ogórki, opłucze się je i są uratowane. Feluś mówił, żeś jest niezdara…

Gilbert gwałtowanie odwrócił się, szukając wzrokiem Polski, ale blondyn pogrążył się w czeluściach różowej landr… syrenki! Wehikuł wyglądał całkiem nieźle, gdy opierała się o niego Ukraina w letniej zielonej sukience ze sporym dekoltem.

Wujek Macedonia wszedł do domu, więc Prusy powlókł się za nim. To miejsce było zupełnie inne od tych, do których przyzwyczaił się u Ludwiga, lecz inne też od jego wyobrażenia. Nie było brudno, ale kurz zalegał na ramach obrazów. Nie śmierdziało, ale kilka zapachów unosiło się leniwie w powietrzu i mieszało w jeden nieokreślony. Nie bibeloty i kiczowate figurki stały na półkach, tylko rodzinne pamiątki. Podłogę wyłożono linoleum, które czasy świetności miało gdzieś w okolicach II Wojny Punickiej. Mimo wszystko było tak… urokliwie.

– Idziesz? – zawołał wujek Macedonia, a Prusy podreptał za jego głosem do pomieszczenia, które prawdopodobnie było kuchnią.

Krzątała się tam przysadzista kobieta. Najlepsze określenie jakie znajdował na nią Gilbert to matrona. Niebrzydka, wielka, mocno opalona, o ciemnych włosach i oczach. Właściwie jedyną cechą łączącą ją z Ukrainą był rozmiar biustu. Miseczka F, ocenił Gilbert. Może jeszcze obie miały taki poczciwy wyraz twarzy…

– Witaj, ciociu Bułgario. – W drzwiach stanął Polska.

– Witaj Feluś, ułóż te siatki tam, pod ścianą. – Ciocia Bułgaria kiwnęła w tę stronę dłonią brudną od mąki.

Prusy poczuł się cokolwiek zagubiony. Wujek Macedonia pracowicie ratował ogórki w zlewie.

– Ciociu, to jest Gilbert, Prusy, zabrał się z nami. – Feliks niedbale wskazał kciukiem chłopaka.

Ciocia Bułgaria odwróciła się z taką mocą i stanowczością, że miało się wrażenie, że ona stała w miejscu, a to kuchnia przemieściła się zgodnie z jej wolą.

– Jeszcze jeden? O słodki Boże, wy z Iwanem jesteście tacy kochani, co rusz jakiegoś biedaka przyprowadzicie.

Kobieta wytarła ręce w fartuch, objęła zszokowanego Gilba, wycałowała w oba policzki i zapytała, czy nie jest głodny. Prusy zerknął na stół zastawiony składnikami potraw i zdecydował, że bezpieczniej teraz nie rzucać się w oczy. Feliks wskazał podbródkiem na krzesło. Prusy usiadł niepewnie, patrząc na miskę śledzi tuż przed nim.

Do kuchni dotarła reszta zgrai, a siatek namnożyła się spora kupka. Ciocia Bułgaria oderwała się od jakiś różowych kawałków, które pracowicie obtaczała w mące. Na widok Litwy zmarszczyła brwi.

– Taurys, ciociu, Litwa – podpowiedział usłużnie.

– A tak, tak! Były Felka, a teraz były Iwana! – Kobieta pokiwała głową.

Taurys zaczerwienił się po czubki uszu, co ze złośliwą satysfakcją zauważył Gilbert. Ciocia Bułgaria zerknęła na Raivisa, który nerwowo bawił się palcami.

– Waniuszka? Aleś ty urósł!

– Raivis, ciociu – zasugerował Polska, opierając się o stół.

Kobieta miała najwyraźniej tendencję do mączenia wszystkiego, co różowe, bo wytargała policzki Łotwy, pozostawiając na nich białe smugi. Może pokazać jej syrenkę Felka?

– No już pamiętam! Nic się nie zmieniłeś od ostatniego razu!

Gilbert pomyślał, że na jego zjazdach rodzinnych przynajmniej wszyscy znają wszystkich. Raivis odbębniwszy rytuał powitalny, zajął się wykładaniem słoików z ogórkami z poszczególnych siatek. Układał je pod drugim, mniejszym stołem zawalonym wszelkiego rodzaju garnkami, garneczkami i garnuszkami. Wujek Macedonia wyłożył warzywa ze słoika rozbitego przez Prusaka do miseczki i wkomponował w rozgardiasz przed Gilbertem. Polska sięgnął po jednego ogóreczka i Prusy z przerażeniem patrzył, jak ta mała, zgniłozielona, śmierdząca rzecz z tycimi wypryskami znika w ustach Feliksa. Polak jednak nie przewrócił się rażony tą bronią biologiczną, a oblizał ochoczo palce.

– Świetne mi w zeszłym roku wyszły – pochwalił się.

– Jak zwykle, słoneczko – stwierdziła ciocia Bułgaria i zaczęła topić różowe omączone kawałki w żółtej breji. – Czechy ze Słowacją obiecali, że przyjadą szybko, więc zaraz powinni też tu być. Wania i Nastka mogą się spóźnić, ale poczekamy na nich. Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina będą dokładnie na obiad. Serbia obiecał przywieść Kosowo i Wojwodinę, nie wiem jak z Czarnogórą, bo przecież nie są już razem…

Gilbert przestał słuchać… Znał te państwa z nazwy. Jeśli znał je z nazwy, to znaczy, że to nie są totalne pipidówy… O cholera, w co ja się wpakowałem?! Mają tu telefon? Jeszcze zdążę zadzwonić do Ludwiga…

Objaśnienia:

Tytuł pochodzi z disnejowskiej bajki Mulan, gdzie smok (nie jaszczurka!) zwany Muszu zostaje zobligowany do budzenia duchów zmarłych przodków, czym jest dość podenerwowany (a właściwie protekcjonalnym traktowaniem go) i mówi: No to zjazd rodzinny raz proszę! Słowa odnoszą się do tego, że ta fucha ubliża mu i czuje się jak kelner x]

Kwestia plemion. Bałto-Słowianie dzielą się, jak sama nazwa wskazuje, na plemiona Bałtów i Słowian. Do Bałtów zalicza się Litwę i Łotwę (rzadziej Estonię).

Plemiona słowiańskie dzielą się na Słowian Zachodnich, Wschodnich i Południowych. Ci ostatni jeszcze też na Wschodnich i Zachodnich. W ficu zakładam, że to kuzynostwo, a Południowo-Zachodni to, że tak powiem, półka wyżej, czyli wujek z ciocią.

Zachodni to oczywiście Polska, Czechy i Słowacja oraz (Serbo)Łużyczanie (tutaj można wymienić jeszcze kilka mniejszych obecnie grup etnicznych). Wschodni to Rosja, Białoruś i Ukraina. Południowo-Zachodni – Serbia, Chorwacja, Bośnia i Słowenia plus wszystkie te mniejsze ziemie proklamujące swoją niepodległość od rozpadu byłej Jugosławii po właściwie dzień dzisiejszy. Południowo-Wschodni – Macedonia i Bułgaria. Rodzinka w komplecie.

Plemiona pruskie zaliczane są do plemion Bałtów. Zostali wybici po części przez plemiona polskie, po części litewskie, a dzieła dokończyli Krzyżacy. Zakładając, że Gilbert z początku to właśnie Zakon Krzyżacki, można powiedzieć, że z Prusami jako plemieniem nie miał nic wspólnego. Jednak trochę żartów i gdybań jest w tym dziele na ten temat.

Estonia. Powinien jechać na zjazd z racji swojej przeszłości, ale z racji pochodzenia zdołał się wykpić. Bliżej mu do Skandynawów niż Bałto-Słowian.

NRD. Uznałam, że Gilbert z Prus przemieścił się do Ludwiga, za sprawą Iwana. Czyli został NRD.

Ukraina. Shen mnie uświadomiła, że ktoś użył jej imienia Olena w ficu, a ja byłam pewna, że to jej imię nadane przez autora! Tak mi do niej pasowało, no i żeby już nie mieszać – została Olena :] Jeśli autor imienia czuje się tym urażony – proszę napisać.

Wujek Macedonia. Istnienie Macedonii jest dość problematyczne, ponieważ jedynie z nazwy nawiązuje do Starożytnej Macedonii (czego nie mogą wybaczyć Macedończykom Grecy). Jest to bardzo nowe państwo, a terminologia wprowadza w błąd. Pozwoliłam sobie ten błąd powielić

Zrobiłam z Macedonii wujka, bo – jeśli założymy, że istnieje ciągłość od Starożytnej Macedonii – jako kraj ma spory staż, mimo że wpadł pod panowanie rzymskie, tureckie… Kiedyś był bardzo silny, teraz jest zupełnie niepozorny i ze względu na niego rodzinka zawsze spotyka się nad morzem, bo on sam nie ma do niego dostępu. Jednak każdy bardzo go szanuje, bo weteranów wojennych szanować się powinno. Poza tym, wujek Macedonia pozostaje poza wpływami cioci Bułgarii. Kiedyś, jeszcze w średniowieczu był jej mężem, ale uznali, że małżeństwo to był bardzo głupi pomysł. Potem ciocia pobiła się o niego z Serbią, ale to już inna historia. Większość XX wieku przesiedział u swojej drugiej siostry Jugosławii, ale gdy do władzy dorwał się Serbia, stwierdził, że nie będzie nim żaden gówniarz pomiatał, zwinął manatki i wyniósł się na swoje. Ciasne, ale własne. Macedonia to mały radosny kraik.

Tak więc według historii kraj ten powinien być dużo młodszy od Polski. Pozwoliłam sobie jednak na nagięcie faktów (za które Grecy by mnie znienawidzili).

Ciocia Bułgaria. Razem z wujkiem Macedonią należą do grupy Słowian Południowo-Wschodnich. Ciocia Bułgaria stażem historycznym sięga do wieku VII, a potrzebna mi była postać „matronki”. Z tego powodu jako postać jest starsza od reszty. Kiedyś (koło średniowiecza) byli razem z wujkiem Macedonią, ale nic im z tego nie wyszło i szybko się rozstali. Pozostali rodzeństwem, mając dobre stosunki, głównie dlatego, że podbił ich Turcja i mieli wspólnego wroga. Dobrze wspomina czasy komuny – za czasów PRLu Polacy tłumnie wyjeżdżali na wakacje do Bułgarii. Podobnie jak Czesi i różne nacje z ZSRR. Potraktowałam to jako metaforyczne odwiedziny.

Bułgarzy są rośli i postawni, więc przestawiać ich raczej trudno.

Wiem, że postać Bułgarii pojawiła się w stripach. Pojawiła się po tym, jak wymyśliłam postać cioci, a przynajmniej wpadłam na nią za późno. Teraz już trudno, ale kombinowałam, czy hetaliowego Bułgarię nie uczynić synkiem cioci, a na równi pokoleniowo z większością Słowian.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s