Zjazd rodzinny raz proszę XII

Część dwunasta, o tym jak Prusy przypieka się na słowiańskim ogniu

Wujek Macedonia zaczął podpalać gazety i wpychać je kijem w stosik chrustu. Poprzetykany suchą trawą zajął się prawie błyskawicznie.

Ukraina właśnie wracała do towarzystwa z dzbankami soku. Ciocia Bułgaria… Prusy wytrzeszczył oczy. Ciocia Bułgaria niosła całe naręcze kufli z piwem.

– Ciekawe, w czym Olena sączyła to drewno – mruknął Josef. Najwyraźniej nie zauważył cioci, bo głos miał kwaśny. – U mnie nigdy nie chce chwycić tak szybko.

Gilbert skinął podbródkiem na kufle przytulone do piersi cioci Bułgarii. Joszka natychmiast się rozchmurzył.

– Unia Europejska powinna to uregulować – zauważył Prusy, udając, że słuchał o czym Czechy mówi. Chciał jeszcze coś dodać i to na pewno nie na temat Unii ani regulacji, ale Litwa zakrył mu usta dłonią.

– Nie mów o – ściszył głos – UE przy Wschodnich.

Brunet spojrzał niepewnie w stronę Iwana, ale ten oddalił się już z synkiem, bo Waniuszka przejawiał samobójczy pęd do ognia. Prusy zastanowił się i odtrącił rękę Taurysa. W końcu niewiadomo, gdzie ją trzymał.

– Tak jak nie mówi się o NATO przy Południowych? – zapytał również ściszonym głosem.

Josef jęknął, załamał ręce i poszedł w kierunku piwa. Jego mina wyraźnie sugerowała, co myśli o takich rozmowach.

– Szybko łapiesz – pochwalił go Litwa, nerwowo rozglądając się na boki.

Dziewczyny były zaaferowane sobą. Serbia umieścił na stole talerz z kupą grillowanego mięsa. Musiał sporo rzeczy poprzestawiać, żeby się zmieścił. Głównie szklanek i butelek. Łotwa grzebał w wiaderku po farbie. Wujek Macedonia z wprawą pilnował, żeby ognisko nie wymknęło się spod kontroli. Płomienie buchały wysoko w niebo. Polska jakiś strapiony wpatrywał się w ogień. Dalmacja podszedł do niego, szerokim łukiem omijając Iwanów. Feliks podrapał psa za uchem.

– Mogłeś mnie uprzedzić wcześniej, o czym się jeszcze nie mówi… – żachnął się Gilbert. Żar z ogniska docierał do miejsca, w którym stali. Nagle wydało mu się, że wszędzie oprócz kręgu światła rzucanego przez płomienie jest strasznie ciemno. Na zachodzie po słońcu zostało już tylko lekko sine niebo.

– Wybacz, pewne rzeczy wychodzą już wręcz naturalnie, jeśli się ma takt – wytłumaczył się Taurys. – Nie mówi się o pierwszej wojnie światowej przy Południowych, ani o drugiej Polsce.

Prusy kiwnął głową. Jeśli chodzi o to drugie zdarzenie, był nawet ucieszony. Dalmacja wydawał się dostać wszystko, czego od życia pragnął, gdy Feliks drapał go za uchem. Silvija zaśmiała się dźwięcznie, kiedy Olena zaczęła pokazywać Nataszy jakiś taniec. Iwan patrzył z wielkim zaciekawieniem, nie zwracając uwagi na Obwód, który wyrywał się. Waniuszka z kolei bardzo zaaferowany był ogniskiem. Viktor grillował chleb.

– Na pewno nikt nie ma prawa wspomnieć o wojnie domowej w Jugosławii. Nigdy, przenigdy i o nic z tym związane nie pytaj nikogo z Południowych – zastrzegł Taurys. Gilbert wziął to sobie do serca. – Nie wspomina się o rozbiorach Polski, trzydziestym ósmym i dziewiątym, a także o sześćdziesiątym ósmym jeśli chodzi o Czechy i Słowację. Wolałbym, żebyś nie wspominał o jesieni ludów. O wiośnie lepiej też nie. Nie mówić nic o stosunkach Polski i Białorusi. Jak ona do niego wpada, to on traktuje ją jak służącą, a jak on do niej, to ona wywala go z domu bez podawania żadnych powodów i tak Polska kończy czasem w środku nocy, na środku mińskiej ulicy, w samej piżamie. Pół biedy jak nie na komisariacie. Stosunki Serbii i reszty to kolejny problem…

Prusy chrząknął. I ze zdziwieniem pojął, że Litwa usłyszał chrząknięcie i zareagował na nie, milknąc. Litwa to naprawdę nie Słowianin.

– Chciałem zauważyć – podjął Gilbert – że spora część tych rzeczy już została poruszona na tym zjeździe.

– No niby tak – stwierdził Taurys. – Ale widzisz…

Gilbert znowu chrząknął. Litwa zamilknął.

– Chciałem także zauważyć, że mogliście mi o tym wszystkim powiedzieć wcześniej! – Ledwie powstrzymał się, żeby nie wrzeszczeć. Jak oni mogli go wziąć w sam środek takiego kotła! Jeszcze wiedząc jak niepoprawnie polityczny ma charakter.

Litwa podniósł ręce i pomachał ugodowo.

– Przyszło mi do głowy poinformowanie cię, ale uznałem, że nie będzie to dobry pomysł. – Gilbert wziął się pod boki i spróbował naśladować minę cioci Bułgarii. Podziałało, bo Taurys cofnął się nieznacznie. – Jakbym ci powiedział, to byś specjalnie zawadził o któryś z tych tematów. Teraz wiesz czym to grozi. Mówię ci na przyszłość. I żeby nie zmarnować reszty tego dnia, bo był dość udany.

Spojrzenie Litwy powędrowało w okolice Łotwy. Najwyraźniej jeszcze mu nie mógł darować, że nie podzielił się nowiną o związku z Estonią.

A Prusy nie mógł odmówić Litwie racji, co do tego, że specjalnie prowokowałby, myśląc, że ma asy w kieszeni. Asy okazałyby się granatami posmarowanymi supermocnym klejem.

– To, że mówimy o takich sprawach, nie znaczy, że ty możesz. Nie masz odpowiedniego wyczucia. Nie mam na myśli twojego charakteru. Co innego, gdy każdy broni siebie i swoich racji. Ty jesteś bezstronny, spoza tego wszystkiego, obcy. Jeśli weźmiesz czyjąś stronę, tak łatwo się kłótnia nie rozwiąże. Woda na młyn dla jednej i drugiej strony. W sumie i tak uważam, że zostałeś potraktowany bardzo miło.

– Słucham? – Prusy złowił wzrokiem Słowenię, która pomachała mu nieśmiało. Sanja i Sonja zaśmiały się perliście. Gilbertowi zrobiło się gorąco i to bynajmniej nie od żaru ogniska.

– Serbia nienawidzi Europy, która zbombardowała mu ukochane miasto, a potem pomogła Kosowu się usamodzielnić. Bośnia i Hercegowina uważają, że Zachód kradnie ich pieniądze, nie daje się dobrze rozwijać albo chociaż prowadzić dość naturalnej dla nich wojny. Rosja w ogóle ma gdzieś Europę. Ukraina jest zła, że do Unii przyjęto Polskę czy Słowację, a nawet Słowenię, a jej nie.

– I wam do głowy w ogóle przyszło, żeby zabrać mnie na zjazd, wiedząc o tym wszystkim? Tylko po to, żeby nie musieć brać Obwodu? – Głos Gilberta zabrzmiał mniej stanowczo niż sobie tego życzył. Mimo wszystko… Chyba czuł wdzięczność, że mógł tu być.

– W sumie pomyślałem o tym, dopiero gdy jechaliśmy przez Białoruś – przyznał Litwa i miał przynajmniej tyle taktu, żeby się zarumienić. – Ale uspokajałem się, że przecież ciocia bardzo lubiła twojego brata. Silvija nadal lubi twojego brata. Co do Gorana, nie jestem pewien. Jeździć do niego lubi, ale u siebie chyba nie chce go widzieć.

Prusy zastanowił się, czy widział kiedykolwiek Serbię u Ludwiga. Może i gdzieś mu przemknął, ale wziął go za Cygana albo Araba.

– Jakim cudem wy się jeszcze nie zagryźliście? – zapytał.

– Ja nie wiem – odparł spokojnie Taurys. – Naprawdę nie wiem. Sam usiłuję zrozumieć ten fenomen. Widzisz… Czytałem takie serbskie powiedzenie, że „Lepiej mieć brata mordercę niż obcego za gospodarza.”

– Serbia nie ma braci – powiedział, patrząc jak Silvija krzyczy coś i biegnie za dom.

– Och, jak to łotewsko zabrzmiało – sarknął Taurys. – Nie łap mnie za słówka. W każdym razie, to wydaje się stosować do wszystkich Słowian. Może poza Rosją. Ale on też jest tragiczny na swój sposób. Daj Słowianom powód – zjednoczą się. Zostaw ich samych sobie – sami się wyrżną.

Wujek Macedonia siadł za stołem i nałożył sobie mięsa grillowanego przez Serbię. Dziewczyny zaczęły uskuteczniać tańce przy ognisku. Serbia dołączył do nich po chwili wahania. Czarnogóra odciągnęła Kosowo od pełnego talerza. Łotwa musiał przesunąć nieco pieniek: widać było, że żarł ogniska dał mu w kość nawet z takiej odległości. Polska podniósł się, ignorując skowyt Dalmacji. Nalał jakiejś nalewki na dno szklanki i ruszył w litewsko-pruskim kierunku. Podał trunek Litwie i uśmiechnął się. Chciał chyba podjąć rozmowę, ale Czechy złapał go za kark i pociągnął za sobą. Feliks zaczął wrzeszczeć coś o pijanych pepikach, ale po chwili śmiali się razem. W rękach Joszki pojawiła się gitara. W momencie wybuchła sprzeczka kto będzie grał i co. Goran położył temu kres, wrzeszcząc, że mają zagrać cokolwiek, bo zrobi im z tyłków poligon.

Rosja również usiadł za stołem, nadal trzymając Obwód na kolanach. Obok przycupnęła Natasza. Zaczęła karmić na przemian Iwanów bigosem. Olena stanęła za bratem i bawiła się jego szalikiem.

– Mam nadzieję, że nie wywołacie trzeciej wojny światowej – stwierdził Gilbert, patrząc jak Taurys wychyla alkohol jednym haustem.

Litwa prawie się udławił. Na pewno zdezynfekował sobie płuca. – Gilbercie!

– No co? Oni przetrwają. – Machnął ręką w stronę roztańczonego Południa, rozchichotanego Zachodu i zwartego Wschodu. – Normalne narody rozwijają się w okresie dobrobytu. A ci tutaj najlepsze lata mieli, gdy lali się o wolność albo między sobą!

Prusy zauważył, że Goran tańczy z Dusią. Poczuł jak gniew uderza w niego z siłą czołgu.

– To pochopny wniosek, Gilbercie.

Wujek Macedonia gonił widelcem oliwkę po talerzu.

– Jedyny właściwy – nakręcił się Prusak. – Nędza popędzana nędzą, a oni się świetnie bawią! Pamiętam Feliksa za czasów komuny. Świetnie się bawił! Jakie miał odzywki! Jakiego chojraka zgrywał! Złapią mnie? A, mam to w dupie… Cwaniaczył na prawo i lewo, mogę się założyć, że reszta rodzinki to samo… I… I Erzsébet jest bardzo słowiańska – dokończył, gdy Goran odbił do Jovany.

– Nie wiem, dlaczego nie przyjechała – przyznał miękko Litwa.

– Pewnie ma na pieńku z Serbią – mruknął zirytowany.

– Raczej ze Słowacją.

– Michaela jest wredna.

Słowacja siedziała na kolanach Czech. W ręku trzymała kieliszek. Trąciła nim o kufel Joszki. Śpiewali coś, a Polska grał na gitarze. Południowi tańczyli we własnym rytmie. Zdawało się, że dla nich najważniejsze jest, że w ogóle mają jakąś muzykę, nieważne czy to coś do czego można tańczyć.

– Tak jak Feliks i Josef, chciałem zauważyć – powiedział Łotwa. Podał Gilbertowi miskę z bigosem. – Ciocia kazała zanieść.

Prusak ujął z wdzięcznością naczynie. Udał, że nie przeszkadza mu, że Raivis nie przyniósł mu widelca. Nie miał zamiaru dawać satysfakcji temu wrednemu kraikowi. Rozejrzał się za miejscem do siedzenia. Taurys pociągnął go w kierunku stołu.

Silvija wróciła z butelką brązowego płynu. Prusy domyślał się, co to jest. Rakija. Ludwig miał u siebie jedną taką butelczynę. Gilbert obiecał sobie, że zapyta brata, skąd się u niego wzięła. No bo chyba nie od Serbii czy wujka Macedonii…

Goran siadł z rozmachem na krześle – innego sposobu chyba nie znał – i nalał do literatki rakiji. Pot posklejał mu włosy w strąki. Zanim Serbia zdążył podnieść szklaneczkę, sprzątnęła ją Radmila. Z miejsca wypiła całość i uśmiechnęła się wrednie.

– Teraz to ty musisz jechać – stwierdziła, złośliwie zezując na Gorana. – Nie będę prowadzić tego składanego czołgu.

Serbia przeżuł coś w ustach. Wstał, wziął szybko następną literatkę, nalał rakiji tak prędko, że część znalazła się poza szklanką. Przełknął zawartość jednym haustem. Kilka kropel ściekło mu po brodzie na koszulę.

– Wojwodina jedzie – powiedział wesoło i wstał.

Czarnogóra się zapowietrzyła. – Ona jest nieletnia.

– No i chuj – wyszczerzył się Serbia.

Radmila wzięła zamach, żeby przyłożyć Goranowi gdzieś na wysokości nerki, ale ten zręcznie ją wyminął, złapał w pół i cmoknął w szyję. Kobieta chwyciła go za włosy i Serbia z cichym jękiem uniósł głowę. Czarnogóra okręciła się, tym samym wyswobadzając z objęć byłego męża. Rzuciła mu jeszcze swoje firmowe wyzywające spojrzenie ciemnych oczu i odeszła w stronę ławeczki. Goran patrzył na nią jeszcze chwilę. Konkretnie na jej tyłek.

Gilbert stwierdził, że pośladkom Radmili, owszem, nic nie brakuje, ale te słowiańskie miłostki były poza jego percepcją. Przecież Czarnogóra na pewno piła w kuchni, a Serbia… Nie widział go, ale wątpił, czy byłby taki zadowolony, gdyby sobie wcześniej nie strzelił kieliszka…

Nadal nie umiał znaleźć żadnego widelca. Po chwili zastanowienia, gwizdnął komuś łyżeczkę z herbaty. Bigos był przepyszny. Waniuszka na kolanie Iwana przeciągnął się markotnie i potarł oczka. Natasza tupnięciem przegoniła Dalmację. Zobaczywszy to, Silvija zaszarżowała na nią. Piękny atak udaremnił Goran, chwytając Chorwację w pół i okręcając się z nią. Ucieszony postawił ją na ziemi i zaczął uchylać się przed ciosami; ani na chwilę nie przestał się śmiać.

Gilbert wziął haust piwa. Waniuszka porwał podpieczoną kromkę chleba i uderzył nią o kant stołu. Złamała się, jeden kawałek wyleciał w powietrze i spadł na włosy Białorusi. Iwan wyplątał go z uśmiechem. Litwa szybko wychylił kolejny kieliszek nalewki. Nie miał zadowolonej miny.

Łotwa strugał kij pod czujnym okiem cioci Bułgarii. Na gotowy patyk Jovana nabijała kiełbaski. Prusakowi ślina nabiegła do ust, a żołądek przeklął go po tysiąckroć. Zagłuszył go piwem.

– Się wypieprzył. Jak długi i chudy, tak leżał na tych schodach, w tej swojej pelerynce – mówił ochoczo Feliks.

– Kiedy ma się taki wzrost, to się spada i spada. Zdążyłem dwa razy parsknąć śmiechem, zanim cały się wyłożył – poparł go Josef.

– I dobrze, Serbia zdążył dać nogę – zachichotała Radmila.

– Nikomu nie dawałem ani jednej z moich nóg. Może raz czy dwa ugrzęzła w tureckim tyłku, kiedy usiłowałem go kopnąć – zastrzegł Goran.

– Ja nie wiem, co się tak tych wampirów boisz – zastanowiła się Olena.

– Bo są straszne – wzruszył ramionami Południowiec.

Prusy wyłowił słowo „Rumunia” z ogólnego gwaru i stwierdził, że nie bardzo go to interesuje, nawet jeśli wysysa krew z Serbii. Był dość zmęczony, przejedzony, a w dodatku zaczynał być również przepity. Zastanowił się, gdzie zostawił litewską marynarkę, bo trochę dalej od ogniska, zimno dawało się już we znaki.

Szczególnie, że ogień nieco przygasł. Miał koło półtora metra wysokości. Żar wokół zmalał i można było podejść bliżej. Wujek Macedonia zagrzebywał w popiele ziemniaki. Gilbert zastanawiał się, czy u Ludwiga będzie mógł w ogóle spojrzeć na kartofle.

Nagle przez ogień przeleciał Polska. Prusy patrzył oniemiały. Feliks był niesamowitym durniem, teraz ganiał wokoło i się cieszył.

– Feluś, to nie noc świętojańska – skarciła go ciocia Bułgaria.

Polska niewiele się tym przejął i znowu przeskoczył przez ognisko. Prusy tylko czekał aż polskie ubranie albo włosy zajmą się ogniem. Niestety. Złego licho nie bierze. Nic nie wjechało w jego syrenkę, nie pokopał go prąd, nie przysmażył ogień. Cholerne bezmyślne polskie szczęście.

Gilbert krótko wrzasnął, gdy przez ogień przeskoczyła Michaela. Wcześniej przezornie związała włosy i zakasała spódnicę. Rozchichotana wpadła w ramiona Feliksa. Rodzeństwo runęło na trawę, śmiejąc się głośno.

Joszka ponuro patrzył na dwójkę wariatów. Prusy postanowił podejść do niego, bo stał bliżej ogniska (tam gdzie cieplej), a także, żeby dodać mu otuchy. Stanął obok i poklepał go po przyjacielsku.

– Dobrze, że ty jesteś normalny.

Czechy obdarzył go wesołym spojrzeniem i zaśmiał się.

– Joszka nie skacze przez ognisko, odkąd mu brodę zjarało! – krzyknęła Misia i zaczęła się pokładać ze śmiechu obok Feliksa.

– Pepino się potem golić musiał! – ten też chichotał. – Bo nie chciało równo odrastać!

– Widziałem w korytarzu na ścianie strzelbę – zaoferował się Gilbert.

Czechy spojrzał na niego z radosnymi iskierkami w oczach.

– Dziękuję, nie trzeba, Olena ma ją na domokrążców, nie będę marnował…

Iskierki zamieniły się w małe diabełki tańczące w zielonych tęczówkach.

– Pomóż mi… – szepnął cicho i skinął na pokładającego się ze śmiechu Feliksa.

– Co? – nie załapał Prusak. Wpakował sobie szybko do ust kawałek kiełbaski, który podsunęła mu Dunja. Słowenia zdecydowanie rozkojarzyła go na chwilę.

– Pomóż mi – powiedział Josef i pociągnął Gilberta za sobą. Zdążył tylko kiwnąć roześmianej Dusi.

Teraz Prusak w mig pojął, o co chodzi Joszce. Złapali Polskę – Czechy za nogi, Prusy za ręce. Feliks spazmatycznie łapał powietrze, jeszcze po ataku śmiechu i specjalnie się nie opierał. Udało im się zaciągnąć go aż pod ogrodzenie, chociaż zaczął wyrywać im się z furią. Tutaj nie było drucianej siatki, tylko całkiem porządny drewniany płot. Żeby wziąć dobry zamach, dwa razy nim zakołysali w akompaniamencie wrzasków i inwektyw, a potem puścili jednocześnie. Feliks wyleciał im z rąk, przeleciał nad ogrodzeniem i wylądował na kupie skoszonej trawy.

– Zawsze zachwycało mnie polskie lotnictwo – zakpił Gilbert.

Polska karaskał się ze stogu i obrażał własną matkę, nazywając Czechy bardzo konkretnym słowem. Na słowa jakich używał, aby opisać Prusy, spuścimy zasłonę milczenia. Udało mu się stanąć na nogi. Przyszykował się i skoczył. Byłby przesadził ogrodzenie i wrócił do ogrodu, gdyby nie Iwan, który przypałętał się nagle, i zepchnął Feliksa z powrotem na suchą trawę.

– Ale zabawa – stwierdził radośnie Rosja, gdy Czechy i Prusy zwijali się ze śmiechu. Mina Polski na widok rosyjskiej ręki oplatającej go nagle w pasie powalała.

Gilbert usłyszał głośne chrząknięcie. Michaela siedziała na ziemi i wyglądała na obrażoną.

– Czuję się pominięta – powiedziała.

– Skoro tak. – Josef nie patyczkował się. Przerzucił swoją byłą żonę przez plecy. Broniła się nieco bardziej niż Feliks, ale w końcu przy pomocy Iwana wylądowała obok brata, za płotem.

– Nie o to mi chodziło! – darła się Słowacja, a Prusom chwilę zajęło pokojarzenie, że to nie Polska.

– Ale zabawa – powtórzył Rosja.

– Ona cię zabije – chichotał Gilbert.

– O tak, tak! – Joszka zataczał się ze śmiechu.

Michaela i Feliks wymienili szybie spojrzenia i ruszyli na ogrodzenie. Któremuś musiało się udać. Nie udało. Iwan odepchnął dziewczynę, a zaraz potem jedną ręką wyrzucił z powrotem Feliksa.

– Co wy robicie? – zawołała ciocia Bułgaria.

– Feluś i Misia chcieli poskakać po sianku! – odkrzyknął Iwan. Przez chwilę Gilbert miał wrażenie, że to nie dziecięcą radość słyszy w jego głosie, a przemożną złośliwość.

– Każcie im wracać! Zaraz będą ziemniaczki! – Cóż, ciocia na pewno usłyszała tylko czystą rosyjską niewinność.

Czechy przybił piątkę z Prusakiem, a zaraz potem z Rosją. Gilbert tego wyczynu nie próbował, widząc, że Josef ze zbolałą miną rozciera dłoń.

– Jak za starych dobrych czasów… – westchnął Joszka.

– Przecież ty nie Austria – zastanowił się Prusy. Nie pamiętał z historii, czy i kiedy naparzali się Polska z Czechami. No, na pewno ledwo przed drugą wojną światową, ale tam Rosjanie nic nie mieli do powiedzenia. Dobrze kojarzył skład do znęcania się nad Feliksem i żadnego Pepika w nim nie było.

– I chwała opatrzności! – huknął Josef. – Ale wiesz… Pod nim siedziałem, to bywało różnie. Wcielenia do wojska… Oczywiście nie z mojej woli. – Czechy zrobił bardzo wymowną i zbyt niewinną minę, żeby mu wierzyć.

Pewne wspomnienie popłynęło po piwnych falach pruskiego umysłu i momentalnie utonęło. Gilbert usiłował je ratować przez chwilę, ale się poddał.

– Czekaj… Chodziłeś ogolony? – zapytał, gdy wspomnienie brało ostatni wdech.

Czechy spojrzał na niego badawczo, ale było widać, że spora część jego pamięci również walczy ze złocistą chmielową powodzią.

– Ano, bywało – odparł ostrożnie.

Pruskie wspomnienie ledwo żywe wypełzło na trzeźwy kawałek myśli. Wokół powódź przybierała na sile wspomagana przez Zmęczenie i Przejedzenie – dwa główne dopływy.

– O kurde… – stropił się Gilbert. – No to chyba pomyliłem cię z Kongresówką…

– Co? – zwątpił Josef.

Feliks po raz kolejny zwalił się za płotem. Sądząc po jego przekleństwach, Iwan nie wycelował w nic miękkiego.

– A za komuny miałeś brodę? – Inne pruskie wspomnienie utrzymywało się na powierzchni podchmielonego umysłu, rozpaczliwie młócąc nogami w stylu przypominającym połączenie żabki i pieska.

– Nie miałem… – powiedział powoli

Prusak zachłysnął się powietrzem. Pamięci udało postawić się potężny wał, odgradzający ją od chmielowej powodzi.

– Ty… Ty mi zawsze usiłowałeś wkopać na Wyścigu Pokoju! – wrzasnął oskarżycielsko.

– Gilbercie, to było dawno… – jęknął Joszka. Nie lubił rozpamiętywania.

– A ja myślałem, że to Feliksa popieprzyło, najpierw mi pomagał, a potem usiłował wypchnąć z toru… – Zamyślił się Gilbert.

– Pomyliłeś mnie z Feliksem – Czechy zwątpił.

Polska ze Słowacją negocjowali z Rosją warunki wejścia do ogrodu.

– Josefie, to było dawno… – Gilbert przedrzeźniał Joszkę.

Czechy zaczerwienił się, co było doskonale widoczne, gdy jasne wąsy i broda zaczęły odcinać się wyraźnie na twarzy. – Myliłeś przez te wszystkie wieki!

– Nie wszystkie, czasami po prostu zapominałem… – odezwała się bagatelizująco pruska pycha. -Ale Husytów pamiętam! – dodała jakaś nowa część jego osobowości.

– Husytów pamięta cała Europa. – Joszka dumnie wypiął pierś.

– Kogo? – zainteresował się Iwan. Najwyraźniej słowackie cukierki i polska wódka nie zdołały przekonać rosyjskiej służby celnej do wpuszczenia ich na teren ukraińskiego ogrodu.

– Rosja to w dużej mierze Azja – zastrzegł Czechy, uprzedzając docinek Prus.

– Oczywiście. Mandżuria i te sprawy… – zakpił Gilbert, przez chwilę chociaż czując się sobą.

Michaela zaczęła wygrażać co i czym zrobi Krecikowi jak go dorwie, jeśli Josef natychmiast nie powie Iwanowi, żeby sobie poszedł. Feliks pytał żałośnie, co Krecik jest jej winny, ale była nieugięta. Czechy zlustrował ją obojętnym spojrzeniem, jakby cała sprawa przestała go bawić.

– To co? Idziemy się napić? – zaproponował. -A pamiętasz w Wyścigu Pokoju jak twoi zamknęli główną bramę i…

– I wszyscy się na niej wyjebali, a na miejsce mety dotarł tylko Feliciano? – Prusy pociągnął go z potworem w kierunku ogniska. – O tak… Myślałem, że ich zabiję. Owszem, nieczyste zagrywki cacy, ale mogliby mnie poinformować…

– Wania, idź z nimi – Misia zmieniła ton i zatrzepotała rzęsami.

– Nie bawimy się już? – Iwan się zakłopotał.

– My nie – rzucił Joszka przez ramię. – Ale Misia z Felusiem się z tobą pobawią.

Pod czeskim adresem poleciały słowacko-polskie inwektywy.

– Ale zabawa – stwierdził Rosja.

Prusy chciał powspominać sobie Wyścig Pokoju, ale zauważywszy Dunję wirującą z Goranem, stwierdził, że nie ma co dalej robić z siebie durnia. Trzeba wrócić do starych przyzwyczajeń. Przyskoczył i odbił ją, niemal wpychając Serbię do ogniska. Być może skończyłoby się to potyczką, ale natychmiast pojawiła się Jovana, podała ojcu literatkę z rakiją. Gdy Goran wypił, wzięła mu ją z ręki, rzuciła Łotwie (ledwo, bo ledwo, ale złapał) i zaczęła tańczyć z ojcem.

Słowenia – na początku niepewna stopnia trzeźwości Prus – teraz wydawała się zachwycona.

– Gilbercie, co my w ogóle tańczymy? – pytała, śmiejąc się.

– Tango! – krzyknął i przytulił ją mocno do siebie, parodiując ruchy tego tańca.

Przesadnie głośno zabrzmiał dźwięk robienia zdjęcia z komórki. Prusy dobrze wiedział, że to ten mały pyskaty Łotwa. Nie obchodziło go to jednak zbyt wiele, tym bardziej, że wątpił, czy cokolwiek wyjdzie przy takim oświetleniu.

– Gilbercie, ty jesteś pijany jak koalicja fińsko-estońska na festiwalu folklorystycznym w Danii!

– Gdy jeste pijany, jeste ponoć uroczy – odparł jej. Nie przerażało go nawet zachwycone spojrzenie cioci Bułgarii. Które po chwili zamieniło się w zupełnie inne.

– Gdzie reszta? – zapytała, zezując na Czechy.

– Powiedzieli, że lubią bardziej przypieczone – odparł gładko.

Południowi ryknęli śmiechem.

Gilbert spostrzegł Waniuszkę powoli zasypiającego na kolanach Taurysa. Widok zrobił na nim takie wrażenie, że całkowicie pogubił kroki i nie wyrżnął się z partnerką tylko dzięki interwencji Kosowa. Dryg do ratowania sytuacji najwyraźniej miał po ojcu. Dunja przyjęła to ze śmiechem, stwierdzając, że musi odpocząć, bo nie dorównuje pijackim tanecznym umiejętnością Gilberta. Pociągnęła go do stołu i wpakowała kiełbasę z ogniska na talerz.

Prusy z lubością rozmyślał o tym, jaki jest zajebisty. Wkurza Rosję sprawą z Kaliningradem, Polskę wyrzucił za płot, a kobiety lgną do niego. Zawsze lgnęły. Taka Węgry… Może biła go i wykopała ze swojego domu, ale to przecież dlatego, że nie mogła pogodzić się ze swoimi uczuciami.

Jego wzrok padł na Wojwodinę. Roześmianą, roztańczoną, tak podobną do Erzsébet. Nazwała go głupkiem. Zobaczyła go pierwszy raz w życiu i wiedziała jaki jest. Od Węgier.

No ale nic. Przeżuł w skupieniu przypieczony kawałek skórki kiełbasy.

Przecież Michaela wyraźnie wykazywała, że się nim interesuje. Te spojrzenia rzucane przy stole, parę razy wydawało mu się nawet, że poklepała go po udzie. Przecież to oczywiste, że zafascynował ją taki mężczyzna jak Gilbert. Ta kobieta miała naturę zdobywcy, w końcu tyle u niej gór.

Właśnie pojawiła się w kręgu światła, tryumfalnie wjeżdżając na Iwanie. Zeskoczyła zwinnie, wpakowała się na kolana Josefa i poczęła tarmosić go za włosy. Na Prusaka nawet nie spojrzała, chociaż on też przecież miał swój udział w wyrzuceniu jej za płot.

Dobra. Ugryzł chleb takim sposobem, jakby wypowiadał mu wojnę.

Były Sanja i Sonja. Ich urocze uśmiechy i mrugnięcia. Chociaż był innowiercą, zainteresowały się nim. To o czymś świadczyło. Co z tego, że jeszcze wczoraj uważał je za kraj trzeciego świata? Co z tego, że one pewnie nawet teraz sądziły, że kradnie ich pieniądze… W umyśle Prusaka pojawił się obraz rozanielonej Bośni i Hercegowiny przy Turcji. Zwątpił.

Dunja podała mu kolejną kromkę chleba, widząc, że poprzednią spałaszował.

Tak. Pomyślał o Dusi. Kraju maleńkim, cichym, ignorowanym. Wszystko co mógłby powiedzieć o niej dzisiaj rano brzmiałoby jakoś: Gdzie to, kurwa, jest? Słowenia? Słowacja, owszem, słyszałem. Dusia była jedną kobietą, która uśmiechnęła się do niego bez prób uszkodzenia jego ciała. Kobietą, która śmiała się do niego, a nie z niego, chociaż był pijany. Kobietą kompletnie nie w typie Gilberta.

Zapatrzył się w ogień. Pieprzeni Słowianie. Żadnemu Niemcowi jeszcze nie wyszło nic dobrego na obcowaniu z nimi. Jest Niemcem, pomyślał hardo w duchu, żadnym zasranym Bałtem.

Odchylił się nieznacznie, żeby uniknąć obsmarowanej sadzą grudki ziemi. Feliks rzucał się nimi z Josefem. Żeby trafić w Prusy, Polska już się nie trudził. A przecież własnoręcznie wyrzucił go za płot. Życie było niesprawiedliwe. Słowenia poklepała go po ramieniu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s