Zjazd rodzinny raz proszę XI

Część jedenasta o tym, jak Prusy popija słowiańskie piwko oraz miga się od roboty

Josef pociągnął Gilberta w inną stronę. Znaleźli się w pokoju, w którym poprzednio trwały tańce. Prusy przełknął krzyk – Czechy miał minę, której Gilbert bardzo nie lubił u Feliksa. Jednak po chwili rysy Joszki się wygładziły.

– Oni będą rozpalać tam ognisko – oznajmił spokojnie. – Ciocia Bułgaria zaraz zgarnie wszystkich, i debila elektryka, i maruderów z salonu. Nie rób takiej miny Gilbercie, oni zawsze się alienują. Chyba że Raivisa Eduard do nas zaciągnie albo na odwrót, a tolerowana obecność Kosowa to jeszcze nie ten stopień nietrzeźwości. I właśnie mówiąc o nietrzeźwości… – Ton Josefa zrobił się bardziej podniecony. – Poczekajmy spokojnie, nie dajmy się zaciągnąć do roboty. Zwinę piwo z lodówki i zamelinujemy się w winoroślach. Przy odrobinie szczęścia i zgiełku nikt nic nie będzie od nas chciał.

Prusy miał ochotę uściskać Czechy.

Do pokoju wpadła rozwścieczona Silvija. Gilbert podskoczył, i nawet się tego nie powstydził, bo Josef również poruszył się niespokojnie. Cofnął się i szarpał za końcówkę jasnego wąsa.

– Jak ten mały palant śmiał!

Za Chorwacją pojawiła się Słowenia. Chciała chwycić siostrę od tyłu za ramię, ale ta jej nie zauważyła i mocno gestykulując prawie jej przyłożyła. Dusia uskoczyła zwinnie, ale w bliską okolicę Prus. Za bliską. Gilbert nie zauważał jej całe spotkanie, a teraz ciągle rzucała mu się w oczy i niemal wpadała w ramiona.

– Ciszej! – syknął Joszka i wbił niespokojny wzrok w korytarz. Nic bułgariopodobnego nie wynurzało się z cienia. Co nie znaczyło, że nie zrobi tego za moment.

– Jakby Dalmacja spróbował pogryźć Obwód, to by wojna wybuchła! A jak ten mały dupek chce podziurawić moje wybrzeże, bo go coś swędzi, to Iwan uważa to za zabawne! – darła się Chorwacja, zupełnie jak Polska.

Pierś Dunji uniosła się w westchnięciu, ładnie napinając żakiet. Malutkie kolczyki były urocze.

Gilbert mocno uderzył się w czoło otwartą dłonią, co nie było dobrym pomysłem. Może wyrzuciło Słowenię z jego myśli, za to przyciągnęło zdziwione spojrzenia całej trójki.

– Dobra – jęknął Prusy. – Pójdę, zabiję dzieciaka, Rosja zabije mnie, co nie będzie niczym nowym ani oryginalnym. Nigdy nie pomyślałbym, że przyjdzie mi zginąć na ukraińskiej ziemi, w obronie chorwackiego wybrzeża, mając za druha Czecha, a pomści mnie być może Polak. Mój brat skończy w wariatkowie! Nie mówcie mu, powiedzcie, że utopiłem się w szambie.

W uszach Gilberta przemowa zabrzmiała żałośnie, wymuszenie i nieciekawie. Patrzył na twarze Słowian, szukając w nich jakichkolwiek oznak, że planują rzucić się do telefonu i zadzwonić po panów z prochami i kaftanikiem. Zamiast tego, Dusia roześmiała się radośnie, perliście, uroczo skrywając głowę w ramionach. Silvija rozchmurzyła się całkowicie, podeszła i poklepała Prusaka po ramieniu. Josef zmarszczył brwi, ewidentnie z rozbawienia, pokręcił głową i skierował się w stronę korytarza.

– Czas zapolować – rzekł i mrugnął porozumiewawczo do Gilberta.

Chorwacja obróciła się w stronę Czech; muszelkowe kolczyki zawirowały wokół jej głowy. Słowenia nerwowo wygładzała mankiety. Lśniły na nich śliczne, delikatne spineczki, których nie powstydziłby się nawet elegancki Ludwig – oczywiście gdyby był kobietą.

Prusy udał, że odgania muchę, bo jego ręka znowu bez udziału woli właściciela powędrowała do twarzy, żeby palnąć w ten pusty łeb. Spontaniczne reakcje przytrafiały mu się coraz częściej.

A jeszcze dzisiaj rano byłem normalny, pomyślał ze smutkiem.

Do pokoju przypałętał się Dalmacja z podkulonym ogonem. Silvija zaczęła głaskać i uspokajać psa. Dusia nerwowo zerknęła na Prusaka. Ten postarał wyprostować się z godnością, ale najlepiej tak, żeby nie zauważyła.

– Nie jestem jakimś polskim robalem – mruknął do siebie.

Spojrzenie Słowenii niosło ze sobą wiele troski.

– Twoje auto jest w całkiem niezłym stanie – zagaił Gilbert. – Zważywszy na to, czym jest.

Źle. To dlatego że nigdy nie podrywał kobiet. Same pchały się do niego. Jak grzyby do ręki Feliksa.

Na szczęście Dunja nie zauważyła albo zignorowała jego niezręczność.

– Dostałam od Feliciano.

Prusy szczelnie zamknął się w swojej twierdzy zagiblistości, ale zazdrość – i to marna, nijaka zazdrość o większego fajtłapę z braci Włochów – dzielnie szturmowała bramy.

– Włosi koszmarnie prowadzą – powiedział ostrożnie Gilbert.

– O tak! – Słowenia roześmiała się, ku jego uldze.

Co za durna sytuacja! Stoimy tu jak jakieś kołki, Gilbercie, co się z tobą dzieje?

Echa podobnych myśli przebrzmiewały mu w głowie, gdy z nonszalancją zajął fotel.

– Mogę zaoferować kolana – uśmiechnął się markowym uśmiechem, który przy dobrym wietrze wprowadzał w zakłopotanie nawet Francję. Po chwili Prusaka oblał zimny pot, że Dunja wybierze kanapę.

– Dziękuję – uśmiechnęła się uroczo Słowenia – jeszcze mam w pamięci długą podróż i jestem zadowolona, że mogę chodzić sobie bez przeszkód.

Chorwacja zerknęła na nią przez ramię i zacmokała z niesmakiem:

– Oj, siostrzyczko, tak się za to nie zabiera.

Zarumieniona Dunja rzuciła jej niezbyt przyjemne spojrzenie. Prusy miał nadzieję, że jeśli już całe ciało musi się przeciwko niemu buntować, to chociaż policzki będą mu wierne i pozostaną niemiecko blade. Na krucjatach tak się nie spocił jak tutaj.

Siostrzaną bitwę na spojrzenia przerwała Czarnogóra, pojawiając się znikąd – najwyraźniej wszyscy przejmowali od Joszki pomysł zaszycia się, żeby nie musieć spierać sadzy z ubrania przez następny tydzień. Radmila zlustrowała dziewczyny jakby były częścią wystroju i wbiła gniewny wzrok w Gilberta. Tupnęła parę razy nogą i wyszła. Prusy czuł strumyczek potu na plecach wsiąkający w litewską koszulę tam, gdzie stykała się z ciałem.

– Co za dziwne babsko… – wymruczał. Za głośno. Słowenia i Chorwacja zwróciły na niego uwagę. – Nic nie zrobiłem, a ona patrzy na mnie w taki sposób, że zastanawiam się, czy jej kogo…

„Kogo z rodziny nie zabiłem” nie było w jego przypadku dobry sformułowaniem.

– No źle się na mnie patrzy! – wyjaśnił nieporadnie.

– Bo zająłeś jej fotel – wyjaśniła niepewnie Dunja. Prusak wytrzeszczył oczy.

– Ona nie jest dziwna – zaprotestowała Silvija. – Ona jest po prostu leniwa… Nawet Euro u siebie wprowadziła, bo nie chciało się jej przeliczać…

W to Prusy nie mógł uwierzyć. Za całą wiedźmowatością Czarnogóry kryło się tylko i wyłącznie lenistwo? Jej spojrzenia, oszczędne ruchy i słowa nie były wyważoną częścią intrygi, którą knuła przeciwko narodowi niemieckiemu? Niemożliwe! To nie mogło być aż tak… tak… trywialne…

Nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy Radmila wróciła. Przeszła przez pokój kołysząc biodrami. Przeszukała wzrokiem podłogę i podniosła jakieś świecidełko. Wychodząc, oszczędnymi ruchami próbowała umieścić kolczyk w uchu. Gilbert przyjrzał się jej teraz pod nieco innym kątem. Być może, to nie musiał koniecznie być seksowny chód… Ale żeby zaraz powłóczyć nogami, bo nie chce się wyżej stopy podnieść?

To byli Słowianie. Tak. To było możliwe.

Prusy zawył cicho. Dalmacja spojrzał na niego zaskoczony. Chorwacja zaczęła się śmiać i podążyła za siostrą. Wrócił za to Josef. Z dwoma wielkimi kuflami piwa. Spojrzał na Dunję, zerknął na Prusaka, a potem przeniósł ucieszony wzrok na piwo.

O nie, pomyślał Gilbert, ten drugi kufel jest mój. Trzeba pić piwo póki zimne, na kobiety zawsze jest czas.

Wstał stanowczo, ukłonił się lekko Dunji, wmawiając sobie, że nigdy nie da się wrobić w taki związek jak jego brat. Co prawda Słowenii było daleko do niezaradności Włoch, ale mimo wszystko… Odebrał kufel i skinął głową, żeby wyszli. Napił się, żeby zagłuszyć irytujący głosik z tyłu głowy, że oto dumny Prusy salwuje się ucieczką.

Przez chwilę exNRD poczuł się jak za zimnej wojny: szpiedzy, skradanie się, przemykanie i te sprawy. Po krótkiej przygodzie, w której zaatakował go krzak malin, dotarli w miarę bezpiecznie. Winorośle dokładnie porastały malutką altankę. Gilbert miał nadzieję, że nie legną się w tym kleszcze… Pociągnął spory łyk piwa. Wszystko jedno co go ugryzie, byle nie był to Słowianin… Słowianka mogła być.

Przez myśl przeleciała mu Olena z pięknym biustem, Michaela z zadartym noskiem, długonoga Silvija, Sanja i Sonja z ich tajemniczym spojrzeniem, płaska ale bardzo węgierska Jovana. Ciocię Bułgarię i Nataszę prędko ze swych fantazji wyrzucił. Zbyt perwersyjne. Dunji nie umiał sobie wyobrazić.

Zauważył, że Josef przygląda się mu uważnie. – Zmęczony?

– Skądże – Gilbert dziarsko łyknął z kufla. – Dopiero zaczynam żyć.

– Cieszę się – uśmiechnął się Czech. W świetle zachodzącego słońca jego rysy wydały się jeszcze bardziej miękkie i spokojne. – Bo ja jestem zmordowany. A jeszcze tyle przed nami…

Prusy omal nie udławił się piwem. Pił je zdecydowanie za szybko. Pół kufla zionęło pustką.

– Och, nie… – jęknął Gilbert. – Ziemniaki kazali mi obierać. Talerze przecierać. Powiedz mi, że nie każą mi zmywać…

Josef zarechotał. I zaraz potem zmarkotniał. – Tobie nie. Mnie natomiast tak.

Prusak już miał ochotę zapytać, czemuż to taki zaszczyt kopnął Czecha, ale ten odezwał się:

– Zostajemy z Misią na noc. Feliks chyba wraca do domu. Raczej na pewno, bo nic dzisiaj nie pił.

Gilbert zastanowił się. – Przy takim żarciu to Felek mógł spokojnie coś wypić! Dawno by to wywietrzało i mógłby jechać.

– To nie chodzi o jazdę – podjął Joszka, a w jego głosie przebrzmiewały markotne tony – tylko o to, że czasami ciężko mu zachować umiar. A jak się nawali, to potem bywa nieprzyjemnie, jeśli chodzi o scysje z Iwanem i…

Prusy wiedział, co Czechy chciał dodać. „Ze mną”.

– Och – westchnął i mentalnie zdzielił się kilka razy po głowie. Dłonie były zajęte trzymaniem coraz bardziej pustego kufla. Wielki i dumny Prusy nie umiał z siebie wydukać nic poza „och”. Dunji też nie umiał zbajerować.

– Tak – mruknął Joszka, najwyraźniej zakłopotany. – Bracia…

Zapadła ciężka cisza, zakłócana odgłosami podobnymi do okrzyków plemiennych. Bardzo dobrze dało się jednak wyróżnić przekleństwa w kilku językach. Słowianie rozpalali to swoje cholerne ognisko. Prusy wlepił wzrok w ogród.

Domek był zbudowany fenomenalnie. Kuchnia od wschodniej strony, można było robić śniadanie przy pierwszym blasku promieni i jakoś od razu bardziej chciało się wyjść naprzeciw sprawom codziennym. Od zachodu weranda była porośnięta bluszczem, ogród pełen zieleni, no i ławeczki – tak często używane, że drewno lśniło niczym wypolerowane. Chłód ogarniał rozgrzane ciała i przyjemnie ożywiał zmęczony całym dniem umysł, który mimo wszystko poddawał się nieco zbyt szybko popijanemu piwu.

– Czasami mam ochotę przełożyć Ludwiga przez kolano i spuścić mu lanie – powiedział Gilbert. Mózg, który dopiero teraz wrócił z wycieczki krajoznawczej po okolicy, zarejestrował, co mówi jego właściciel.

Obok Prus Czechy mruknął na znak, że słucha. Mózg rozpaczliwie usiłował zapanować nad słowami. Piwo kopnęło go w mentalny tyłek – uderzenie przyjął zdrowy rozsądek, który z hukiem stoczył się po nie mniej mentalnych pruskich schodach sentymentalnych wynurzeń.

– Ale widzisz… Co ja mogę mu zrobić? Nagwizdać. Mnie nie ma – ciągnął więc Gilbert. – A on się ciągle przejmuje. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Koszule poskładane, spodnie w kantkę… Nie ma odstępstw od reguły. No i ciągle na nim ciąży sam wiesz co. Ciągle się snuje druga wojna światowa. On ma fioła na tym punkcie. Że jest zły i musi na każdym kroku udowodniać, że się zmienił. Nigdy nie był zły. Tylko obowiązkowy.

Wzrok Gilberta, dotychczas błądzący po przestrzeni, padł w końcu na Josefa. A ten uśmiechał się do niego dobrotliwie. Broda, wąsy, długie włosy oraz kurze łapki wokół zielonych oczu sprawiały, że nawet gdyby tego człowieka spotkać gdzieś w ciemnym zaułku, to miało się ochotę do niego przytulić i z własnej woli oddać portfel.

– Pieprzę? – zapytał niepewnie Prusy.

Czechy pokręcił głową. – Mów dalej, jeśli chcesz…

Gilbert wodził chwilę brzegiem kufla po ustach. – Nie. To chyba wszystko. Bycie starszym bratem jest do kitu. Młodszym pewnie też. Masz obok siebie człowieka, którego właściwie normalnie byś nie lubił, gdyby nie fakt, że znasz go od zawsze. Zawsze gdzieś się przewija i pałęta. Wycina świństwa, robi dobre rzeczy, ale ogólnie ciągle jest. No to siłą rzeczy traktujesz go inaczej.

– Rodzeństwo to u nas przekleństwo – powiedział Josef nieco bełkotliwym tonem. – Oj, zrymowało mi się… A to wcale nie śmieszne. Rodzeństwo to coś, co jest od zawsze, coś bliskiego… Ale czym właściwie są dla nas więzy krwi? Bo przecież to i tak jakaś sąsiednia nacja, nie ty, coś obcego, co chce zagarnąć twoje ziemie. Narody rzadko potrafią ze sobą współpracować.

– Wy ze Słowacją potrafiliście – zauważył Gilbert.

– Do czasu – jęknął Czechy. – A potem się wszystko sypnęło. Bo ja to ja. A ktoś to ktoś. Nigdy dla nikogo nie zrobię więcej niż dla siebie. Nie, jeśli sam nie mam z tego dla siebie pożytku.

– Brzmi kiepsko.

– Nawet nie wiesz… Chociaż nie. Ty wiesz. – Josef mrugnął do Gilberta. Zabębnił palcami o kufel.

W mokrej trawie odezwały się świerszcze.

Dlaczego to zawsze są świerszcze?, zapytał głos w głowie Prus. Czemu to nie mogą być to te… no… cykady. Pojadę do Chorwacji i będę prowadził męskie rozmowy, przysłuchując się cykadom… A w Słowenii są cykady?

– Pamiętasz dzisiejszą akcję z tańcem? Z tym moim tańcem, polką – podjął Joszka. Gilbert kiwnął głową. – Nazywa się polka, choć na początku nazywał się půlka, czyli połowa. Potem przemianowałem go na polkę. W sumie Feliks ma rację, że po powstaniu listopadowym. Wiesz – na pewno wiesz – polka była jednym z najpopularniejszych tańców w Europie. Taka nazwa to pewnego rodzaju reklama… A kiedy rozreklamuje się Polskę i Polska odzyska niepodległość, to co by o moim narwanym bracie nie powiedzieć – był honorowy, pomógłby, wstawiłby się. Wtedy tak sądziłem i kierowałem się taką logiką. Potem okazało się, że lepiej mieć monopol na kontakty z Zachodem, więcej profitów, ale wtedy myślało się tylko o tym, naród kombinował jak uszczknąć trochę niepodległości dla ciebie… Wybacz, Gilbercie, byłeś jednym z zaborców, może ja cię obrażam moją paplaniną…?

– Nie – Prusy wzruszył ramionami. – Jest mi to obojętne. Dostałem za swoje, nie poczuwam się.

Faktycznie nie miał wyrzutów. Może jedynie taki, że mógł gnębić Feliksa bardziej.

– To dobrze – odetchnął Czechy. – Bo ja nie personalnie… Było mi obojętne, Polska mógł odzyskać ziemie nawet kosztem Rosji czy Turcji, mnie to naprawdę było wszystko jedno. Ale chodził o to, żeby o Feliksie świat usłyszał.

Pamiętam jak raz poszedłem do Francji. Z chęcią zawsze udzielał azylu Polsce. Nie wiem, czy pamiętał jeszcze o Napoleonie, czy też najchętniej wykreśliłby go z życiorysu. Ale pomagał. Mało, ale trochę. Motywy? Nie wiem, Francja albo cieszy się jak durny z niewiadomo czego, albo załamuje pierdołami, ciężko go wyczuć. Ale jak wtedy do niego poszedłem, widziałem wszystkie jego uczucia jak na dłoni. Bezczelnie wlazłem do jego kwater, harda mina, wiesz, tak po polsku. A wtedy akurat nie miałem brody. Ogolony na niemowlaka. Wmurowało go na mój widok. Jestem pewny, że myślał, że stoi przed nim Polska. Gdybyś widział jego minę… Zdębiał, zamarł, zesztywniał normalnie cały, w oczach strach, siódme poty na czole, włosy niemal dęba stanęły. Musiał mieć naprawdę dość Polski.

Joszka zachichotał. Gilbert też. Zaiste ciekawy widok.

– Ludzie naprawdę dziwnie reagują na mojego brata. Ciekawie czasami tego doświadczyć. Ale i tak najprzyjemniejszy jest moment, gdy oddychają z ulgą, że to ja, a nie Feliks. Tutaj tak nie było. Ale pewną satysfakcję miałem, patrząc jak ociera spocone czoło i kark.

„Havel!”, powiedział, „Dobrze cię widzieć!” i takie tam pierdoły, mą szer i inne. Postanowiłem walnąć z grubej rury, w końcu mam słowiańską krew. Polska walczy, a wy tu siedzicie na dupie i pozwalacie sprawom się toczyć. To odparł mi wielce logicznie, że na tym polega historia. Teraz przyznaję, że to było niegłupie, ale wtedy mnie to rozwścieczyło. Wolna Polska, wolne Czechy.

„Havel”, mówił, „Ty jesteś naród rozumny, logiczny. Nie rób rzeczy głupich.” Dobrze, że mi to powiedział, bo byłaby defenestracja paryska. Patrząc z perspektywy czasu – powinienem był to zrobić.

– Powinieneś – przytaknął Gilbert.

– Powinienem – parsknął Josef. – Mniejsza z tym. W każdym razie wtedy najście na Francję wydawało się rzeczą sensowniejszą. Najgorsze jest to, że ze wszystkiego osądzi nas historia. Wkurzyłem się i puściłem plotę, że půlka to polka. Taniec stawał się coraz popularniejszy i się przyjęło. Feliks na początku się ucieszył, ale potem zaczął się puszyć. Taką ma, świnia, naturę. Cóż zrobić. Polka została na cześć Polaków.

– Ale tego Feliksowi nie powiesz. – Gilbert wcale nie zadawał pytania.

– Nie. – Josef uśmiechnął się uroczo.

– Esmeralda dla zmyły to całkiem niezły pomysł – pogratulował Prusy. – Istniała naprawdę?

– Istniała – przytaknął. – I naprawdę miała wielkie cyce. – Wyszczerzył zęby.

Gilbert poczuł przyjemny, świeży, słodki zapach. Skrzyżowanie jodły z orzechami.

– Panowie nie są za bardzo pijani? – zapytała na pozór niewinnie Słowacja. – Po jednym piwie?

– Na tyle, żeby komentować cycki Polek – odparł równie niewinnie Czechy.

Prusy parsknął w kufel. Michaela chwyciła Josefa za kucyk i potarmosiła pieszczotliwie.

Ćevapčići będą zaraz gotowe – uśmiechnęła się do Gilberta.

Nie zapytam, wmawiał sobie Prusak, no nie zapytam.

– Paluszki z siekanego mięsa pieczone na grillu – powiedziała Misia tryumfalnie.

Nie zapytałem przecież, żachnął się w sobie Gilbert.

– Serbia je robi. Bośnia i Hercegowina je przywiozły, ale nie chciało się im pocić przy tym, to wkopały Gorana. Powiedział, co o tym sądzi, ale smaży. Lubi być doceniany. Jak każdy mężczyzna…

Pruski mózg stęknął z wysiłku. – To robicie grilla czy ognisko?

– Jedno i drugie – roześmiała się Michaela. – Ciocia nie mogła się zdecydować i grilla też kazała przynieść. Żebyście widzieli jak się przy nim Felek namachał. Kiedyś rozpalaliśmy za pomocą suszarki do włosów, ale Olena twierdzi, że szlag trafił urządzonko, a ona swojej wypasionej nie da. Więc Felek stał i machał jakąś deseczką, wkurzony jak bąk, ale jak się mężczyzna uniesie dumą, to nie odpuści – zamruczała sugestywnie.

Czy to moje przemęczone trawieniem ciało tak skołowało mój mózg, że myślę, że ona jest pijana, czy ona jest pijana?, zawirowała zdradziecka myśl w głowie Gilberta. Tak zdradziecka, że powiedział ją na głos.

Michaela zadarła nosek, skrzyżowała ramiona na piersi i wpatrywała się zielonymi oczami w Prusy. Może ten kufel piwa do tyłu, deser i obiad, a właściwie cały dzień do tyłu – przejąłby się tym. Teraz było teraz i sądził, że niewiele rzeczy jest jeszcze w stanie go zdziwić. Istniały dalekie egzotyczne kraje z dziwnymi zwyczajami. Co innego dowiedzieć się, że twój bliski sąsiad jest maniakalnym mordercą ze skłonnością do nadużywania alkoholu, dobrego jedzenia i śpiewu. I mieć pewność że dwa kraje, które ze sobą mylił, które miał kompletnie i totalnie gdzieś, będą go prześladować w snach jeszcze długo. W Słowacji było coś hardego. To pewnie przez te góry. W Słowenii coś cichego i pokornego, ale niezłomnego i cierpliwego.

– Przyznaj się, wiśniówka i cytrynówka poszły w ruch – wyszczerzył się Josef.

– A także mandarynówka i żubrówka – odpowiedziała równie złośliwym uśmiechem Michaela.

Prusy już by leżał po takim drinku. Nawet przy słowiańskiej ilości jedzenia.

– No ładnie sobie dziewczynki popijacie w kuchni… – mruknął Czechy.

Gilbert dopił resztę piwa, wierzchem dłoni otarł usta. Zrobiło mu się naprawdę lekko i przyjemnie. Radość zdecydowanie wzmogła się, gdy w wyścigu wrzasków zaczęły wygrywać polskie. Prusy wstał gwałtownie, czując się panem ukraińskiego ogrodu. Bezczelnie wręczył kufel i Słowacji i zwiał. Wykorzystał efekt zaskoczenia idealnie, bo słowackie krzyki i czeski śmiech zaczęły ścigać go dopiero przy malinach. Zadowolony z siebie podążył w stronę agrestu. Rzeczywiście, za tymi jasnozielonymi kulkami liści Słowianie ustawili pokaźny stos chrustu. Wielki stół stał niedaleko i już zastawiony był potrawami.

Raivis siedział na pieńku i wybierał małe ziemniaczki z worka do pudła po farbie. Goran stał z kwaśną miną nieco dalej, założywszy ręce na piersi. Z ręki sterczał mu długi podwójny szpikulec do przewracania mięsa na grillu. Wpatrywał się z nienawiścią w skwierczące danie. Bałkańskie kobiety rozsiadły się na ławeczce i zaśmiewały z niego. Gilbert postanowił ruszyć w tamtą stronę, gdy obok niego przebiegł Feliks. Za nim mignęła Olena.

– Hela, ja nie chciałem, Heluś, nie!, Helenko, nie o to mi chodziło, Helenkuniu, nie, nie, nie! Błaaagam! – darł się Polska, wiejąc ile sił w nogach. Przesadził krzak agrestu, wyminął małe jeszcze drzewo wiśni, by gwałtownie skręcić przed grządkami.

Ukraina, nie pomna na jego potępieńcze wrzaski, gnała za nim, usiłując wymierzyć mu potężnego kopniaka w tyłek. Prusy uznał, że Słoneczny Patrol z Pamelą Anderson może się schować.

– Ach, stare dobre czasy – westchnął Taurys, pojawiając się u jego boku.

Gilbert z trudem oderwał wzrok od Polski, przeskakującego przez maliny, i od biustu Ukrainy, który pięknie reagował na grawitację,  po czym spojrzał bez zrozumienia na Litwę.

– Wojny XVII wieku. Postanie Chmielnickiego. To były czasy – wzdychał dalej Taurys.

– Wtedy nie było różowo – krzyknął Raivis znad ziemniaków.

– Ty zawsze pamiętasz wszystko co najgorsze – powiedziała… Białoruś.

Prusy nie słyszał z jej ust tylu słów nawet razem wziętych. Głowa Łotwy śmiesznie się zatrzęsła, gdy Natasza złapała za spory worek ziemniaków i podniosła go bez najmniejszego trudu.

– Fajnie było – kontynuowała. Choć tym tonem równie dobrze mogła powiedzieć, że idzie zjeść sałatkę albo „masz dziesięć sekund, żeby oddać mi portfel, a potem wypruję ci flaki”. Przeniosła parciany worek dalej, pod jabłonkę, gdzie nie mógł nikomu przeszkadzać.

Gilberta zaalarmował wrzask. Feliks potknął się o cebrzyk i runął jak długi. Olena podbiegła te kilka dzielące ich kroków i po piłkarsku kopnęła go w udo bokiem stopy. Polska aż się zwinął.

– Hela… Helenko…

– Zamknij się i walcz jak mężczyzna! – warknęła Ukraina.

Joszka zarechotał gdzieś za Gilbertem. Trzymał kufel z resztką piwa.

– To jest Ukraina? – niedowierzał Prusak. – Wy sobie ze mnie jaj nie robicie. Ona nie ma siostry bliźniaczki? – Zerknął niepewnie w stronę Sanji i Sonji. Radmila leniwie potarła policzek. Silvija siedziała w taki sposób, że kusa spódniczka odkrywała o wiele za dużo niż życzyłaby sobie ciocia Bułgaria. Dunja dyskretnie wygrzebywała maliny z torebki, na co Gilbert popatrzył niemal z czułością.

– Nie, nie – zachichotał Taurys, który zdążył się otrząsnąć po akcji Nataszy. – Ona jest cicha i spokojna, trochę fatalistyczna, ale jak się zdenerwuje, to trzeba uważać. Jest niezła w boksie i zapasach.

Prusy przypomniał sobie niechętnie, że rozmawiają o Ukrainie.

– Szybko jej przechodzi – podsumował Raivis. – Tylko ona dużo kisi w sobie, no to potem komuś się obrywa.

Nerwowo obejrzał się za siebie.

– Dziwnym trafem najczęściej Feliksowi – dodał Litwa. – Zaraz potem Iwanowi.

– Ciebie to dziwi? – zapytał z niedowierzaniem Josef. – Wiesz jakim paskudnym sąsiadem jest Polska? A Rosja z tymi wybuchami miłości? Oj, nie, nie – pokręcił głową i natychmiast skupił się na swoim kuflu pod wpływem wzroku Białorusi. Łotwa siedział do niej tyłem, a mimo to się trząsł.

Olena poprawiła ułożenie biustu, wygładziła sukienkę i z hardą miną ruszyła do domu. Prusy był w stanie się założyć, że cierpi na chorobę psychiczną. Płakała, bo się jej obrusy nie zgadzały, a potem, bo nie było śmietany do kawy. Teraz pobiła państwo, bo… Jeszcze nie wie „bo co”, ale się dowie. Paranoja!

Feliks pozbierał się, otrzepał z trawy i pobiegł w stronę pól. Złapał się siatki i przesadził ją jednym odbiciem. Zatrzęsła się niebezpiecznie, ale wytrzymała. Prusy parsknął, bo wyglądało to jakby Polska postanowił zwiać.

Ukraina weszła do domu. Towarzyszyły jej oklaski.

Cholerna babska solidarność, pomyślał Gilbert, ale wcale nie miał zamiaru solidaryzować się z Polską.

– Co jej zrobił? – zapytał Taurysa.

– Powiedział, że jak się jej z Euro 2012 nie uda, to wszystko może sam zrobić.

Coś wytarło się o jego spodnie i Prusy odruchowo pogłaskał Obwód. Waniuszka wyszczerzył się do niego. Na spodniach Gilberta widniały tłuste plamy. Prusak odszukał wzrokiem Serbię przy grillu. Ten uśmiechnął się wcale niewinnie. Kosowo podszedł z paczką chusteczek i zaczął wycierać brzdącowi łapki.

– Ale jest zajebiiiiście – Silvija zakołysała się, odchylając głowę.

Męska część towarzystwa podzielała tę opinię, patrząc na jej odsłonięte uda.

Feliks wrócił, znowu złapał się siatki i fiknął przez nią z zielskiem w ustach. Zadowolony dopadł do werandy, zniknął w środku, by po chwili wyskoczyć jak oparzony.

– O kurna… O nie… O fuck… Mamo, proszę, nie… – jęczał.

Prusy wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Czechami. Polska zwariował i nie należało się niczemu dziwić. Pozostało tylko podziwiać widowisko.

– Dobrze się czujesz? – upewnił się Taurys. Po tylu latach z Feliksem nie nauczył się, jak dobrze bawić się obserwując jego pogrążanie się w debilizmie.

Polska powlókł się smętnie do nich.

– Kwiaty… Kwiaty dla Oleny… – Spojrzał na chwasty, których nazbierał. – Zapomniałem, że Sadiq przyniósł jej taki wielki bukiet… I nici z moich przeprosin…

– Zacznij podrywać coś, co nie jest za wysoko na ciebie – skomentował Joszka, bawiąc się pustym kuflem. – Bo ja wiem, Małopolskę?

Feliks w ostatniej chwili powstrzymał się od rzucenia w brata bukiecikiem. Zamiast tego, potrząsnął tylko mokrymi od rosy roślinkami tak, że opryskał Czecha. I Prusaka przy okazji też.

– Waniuszka, bierz go! – zakomenderował Gilbert i ku jego uciesze Obwód ruszył, śmiejąc się i popiskując.

Polska wytrzeszczył oczy. Mały iwanowaty pocisk przewrócił go i zaczął po nim skakać.

– Nie wolno szerzyć nienawiści. – Prusom zjeżyły się włosy na karku. A Rosja kontynuował dalej: – Waniuszka, nie baw się tak z wujkiem, bo go uszkodzisz.

– Skopany przez Ukrainę… Uratowany przez Rosję – jęczał Polska – przed Rosją… Nisko upadłem…

Viktor zachichotał cicho, kucając obok pruskiej nogi.

– Wujek Wania zazdrosny, tego jeszcze nie było – złapał wzrok Prusaka. – No musi być zazdrosny, bo przecież nie ratowałby wujka Feliksa.

Gilbert czuł się lekko po piwie, ale teraz fruwał w przestworzach ponad ruską dominacją, wyżej nawet niż miejsce, gdzie znajdowało się jego ego, zanim tu przyjechał.

Powalczmy o Kaliningrad, o Königsberg, pomyślał buńczucznie Prusy, wiem, że nie wygram, ale przynajmniej cię powkurzam, drogi Iwanie, bo zrobić mi już nic nie możesz.

Gilbert zaliczył ten dzień do jednego z najlepszych w życiu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s