Zjazd rodzinny raz proszę VIII

Część ósma o tym, jak Prusy obserwuje różne aspekty Kotła Słowiańskiego

– Ojejej – ciocia Bułgaria wypadła na ganek. – Nie będziemy robić zamieszania, weźmiesz auto Dusi. Dusia!

– Nie pojadę srejczentem! – krzyknął Feliks.

– To jest cinquecento – stwierdziła żałośnie Słowenia, ale usłyszał ją tylko Prusy. Nie mógł wiedzieć, że tym samochodem Dunja jeździ na zjazdy, od kiedy tylko go dostała. Trzy mercedesy spokojnie stały u niej w garażu, z dala od amatorów tuningu i szybkiej jazdy.

Gdyby Prusy choć trochę znał się na modzie i tkaninach, zauważyłby, że garsonka Dusi skrojona jest z najlepszego materiału, w najmodniejszy i najbardziej stylowy sposób, przez profesjonalnego krawca. Jeśli miałby pojęcie o biżuterii, spostrzegłby, że odpustowy pierścionek Słowenii (bo za taki go wziął) to dwudziestoczterokaratowe złoto, a jej zgrabne i skromne kolczyki są wysadzane diamentami. Jako mężczyzna, Gilbert nie mógł też mieć pojęcia, że fryzura Dusi była układana przez sławnego fryzjera, makijaż stworzony przez znaną kosmetyczkę, a jej torebka jest zrobiona z najlepszej jakościowo skóry, buty zaś niechybnie pochodzą od Diora albo kogoś podobnego.

Tego Prusy nie wiedział, a przez skromność Słowenii nie miał się nigdy dowiedzieć.

Dunja podała kuzynowi kluczyki. Z domu wybiegł Łotwa. Bez słowa wpakował się do auta. Za nim wybiegł oburzony Litwa, który chciał coś krzyknąć, ale złowił wzrokiem postać Prus. Poruszał ustami jak ryba wyjęta z wody i najwyraźniej zrezygnował, bo bardzo nachmurzony wrócił do domu. Po chwili Gilbert usłyszał stłumiony głos Kosowa:

– Jest zły, że Łotwa nie powiedział mu o Estonii.

– Pierdolona „Moda na sukces”. – To na pewno był Goran.

Prusy zaśmiał się złowrogo w swoim mniemaniu.

– Dobrze się czujesz? – zatroskał się wujek Macedonia. – Taki kaszel może oznaczać kłopoty z sercem.

Gilbert zwątpił.

Polska odpalił auto. Zgasło. Prusom poprawił się humor. Feliks jeszcze raz je odpalił i ruszył gwałtownie.

Waniuszka wyszedł na ganek i spojrzał na cinquecento wielkimi ciekawskimi oczkami, po czym rzucił się w pogoń, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Trasa Obwodu z pewnością przecinała trasę samochodu i Prusy wstrzymał oddech, mimo że Polska przycisnął hamulec (Gilbert zastanawiał się potem, czy zrobił to, żeby ocalić Waniuszkę czy auto). Przez werandę przemknął Goran, w kilku susach dopadł Obwód, złapał go za tył koszulki i pociągnął do tyłu. Feliks zgrabnie ich objechał i głową skinął jeszcze Serbii w podzięce. Mężczyzna zaś nieco brutalnym gestem pociągnął chłopczyka w stronę domu. Z rozmachem zasadził mu potężnego, a przynajmniej głośnego, klapsa, który raczej nie był bolesny, gdyż Waniuszka tylko bardzo się zdziwił i wlepił fioletowe oczyska w wujka.

Goran nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Burknął za to pod nosem coś w stylu: „Gówniarz nauczy się, jak chodzić”, kiedy mijał Gilberta na werandzie.

– Ładna akcja, tato – pogratulowała mu Wojwodina, stojąca w drzwiach. Cholernie przypominała Erzsébet.

Serbia nie zdążył jej odpowiedzieć, bo spotkał się z ręką Rosji, która posłała go na ścianę. Goran powoli zsunął się po niej, a minę miał równie zdziwioną, co przed chwilą Obwód. Tylko że Waniuszka był raczej otwarty na świat i jego zdziwienie nie miało przejść w taką furię, jak się to zapowiadało u Serbii.

Rosja podniósł Obwód z ziemi i nienaturalnie radosnym tonem oznajmił:

– Nikt nie będzie bił Iwana – i bardzo wesoło uśmiechnął się do synka.

Kosowo przyparł Serbię do ziemi. – Goran, błagam cię…

– Puść mnie, bo jak wam wszystkim wpiedolę…

Prusy poczuł, że drżą mu kolana.

Rosja spokojnym ruchem podniósł Viktora z ojca, a potem pomógł wstać Goranowi. Serbia zamrugał zdezorientowany. Iwan zaczął klaskać.

– Bohater, uratował Waniuszkę – cieszył się.

Goran z konsternacją podrapał się w głowę. Gilbertowy brzuch zrobił się nagle dziwnie lekki, gdy spadło z niego całe napięcie. Tych zjazdów powinno się im zabronić! Trzecia wojna światowa jak amen w pacierzu wybuchnie na jednym z takich!

Z tyłu Czechy pytał Kosowo, co się stało i uzyskał odpowiedź.

– Ops – skomentował, po czym najwyraźniej chciał się ulotnić, ale z kuchni z siłą pędzącej lokomotywy wypadła ciocia Bułgaria.

Prusy cofnął się dalej, niż było to potrzebne.

– Josefie Havlu, miałeś pilnować Waniuszki! – oznajmiła ciocia Bułgaria, a jej tonem można było konia podkuć.

Gilbert był pewien, że gdyby Łotwa został z nimi, właśnie wykonałby znak krzyża do Joszki. Nic dziwnego, że ten mały kraik tyle się telepie, skoro jest taki pyskaty.

– Ja za potrzebą byłem, ciociu – wydukał Czechy.

– Powinieneś być bardziej odpowiedzialny. Coś się mogło stać – ciągnęła dalej ciocia Stasia, zajmując pół korytarza.

– Och – nieco ośmielił się Joszka – Waniuszka wyszedłby z tego cało, mogę za to ręczyć.

– Ale coś mogło stać się z autem Dusi! – warknęła ciocia Bułgaria, odwróciła się, uśmiechnęła do Gilberta i zniknęła w kuchni. To było dziwne.

Josef stał w głębokim szoku. Podobnie Goran.

– Czy wy… Czy wy słyszeliście to co ja? – zapytał drżącym głosem Czechy.

– No – odparł Goran. – Olała Obwód. Kurwa – dodał, ale bez przekonania i z bardzo wyraźnym „r”.

Z kuchni wychyliła się Słowacja. – Waniuszka rozwalił ulubiony kubek cioci – zachichotała.

– Jak łatwo w dzisiejszych czasach stracić protekcję. – Joszka podrapał się w konsternacji w głowę.

– Cholera – dodał na wszelki wypadek Serbia, nadal bardzo wyraźnie wymawiając „r”.

Oczywiście, Gilbert coraz bardziej orientował się w realiach słowiańskich, ale nie był jeszcze pewien, co do symboliki kubka. Bał się spytać.

Goran westchnął i znowu wyszedł na ganek. Prusy spojrzał na Josefa, który w zamyśleniu tarmosił swoją brodę.

– Cuda – mruknął, złowiwszy wzrok Gilberta. Ten wzruszył ramionami, bo nie bardzo wiedział, co u Słowian jest cudem, a co normą. To właściwie temat na pracę doktorską.

Z ganka dobiegło głośne przekleństwo Serbii. Czechy podrapał się po nosie i skinął na Prusy, żeby poszedł za nim. Goran opierał się o kolorową balustradę i patrzył z kwaśną miną na niebo.

– Będzie lało – oznajmił. Faktycznie. Daleko na wschodzie, co z mieszanką satysfakcji i niepokoju zauważył Gilbert, zawisły niemalże czarne chmury.

– Mówili, że ma być dzisiaj ładnie. – Ukraina wychynęła z kuchennego okna.

– Tylko nie płacz! – powiedział szybko Serbia.

Olena spojrzała na niego jak na debila. – A czemu bym miała?

Goran mocno się zmieszał. Gilbert nie zdążył odczuć z tego powodu satysfakcji. Z domu wyszła Bośnia (albo Hercegowina) i uśmiechnęła się uroczo do Prus.

Tym razem Serbia nie zdążył się naburmuszyć i nadal stał z bardzo głupią (według Prusaka) miną. Sanja (albo Sonja) wzięła go delikatnie pod rękę. Goran rzucił spojrzenie w kierunku kuchennego okna. Obok Ukrainy mignęła ciocia Bułgaria. Westchnął. Dał się pociągnąć siostrze z ganka, na stronę, ku bramie.

Prusy zastanawiał się, czego może chcieć od Serbii ta kobieta, no niby są rodzeństwem i pewnie mają pełno zatargów do omówienia, ale gdyby przypadkiem próbowała mu pomóc zejść z tego świata, to Gilbert byłby pierwszy do pomocy w tej pomocy. Josef zachichotał.

Z domu wybiegł Obwód, zderzył się z pruską nogą, zaśmiał się i wbiegł z powrotem.

– Jezu Chryste – westchnął Prusy, nie mogąc wyjść z szoku.

Josef zachichotał głośniej.

– Obawiam się, że przy Waniuszce nawet on niewiele ci pomoże – stwierdził z niewinną miną.

– Nie bluźnij – skarcił go palcem Gilbert, czym wywołał kolejny atak chichotu.

– Gilbercie… – zaczął powoli, siląc się na powagę. – Ja przestałem wierzyć dawno, dawno temu. Już mnie raczej szlag nie trafi.

– Sobór w Konstancji? – Gilbert sam siebie zadziwił kojarzeniem faktów. I przeraził brakiem taktu. Znaczy, tego to mu zawsze brakowało, ale zwykle nie czuł potrzeby być taktownym wobec innych, więc nie ubolewał nad tym. Wesołe usposobienie Czech wręcz zmuszało do zachowywania się grzecznie, aby nie zostać wykpionym. Nie to co zacietrzewiony Polska.

– Nie – odparł po namyśle Josef, wcale nie urażony. Oparł się o barierkę, o wiele dla niego za niską. – Wtedy jeszcze wierzyłem. I to żarliwie. Ale potem? Prawda nie zwyciężyła. Miałem nadzieję, gdy pojawił się Marcin Luter, ale… To już nie była wiara. Wbrew temu, co mówi Feliks, to nie tak, że przestałem wierzyć w XX wieku, bo Iwan mi zabronił. Iwan mi zabronił, a mnie było całkowicie obojętne. Poza tym… Widzisz, Polska budował swoje poczucie odrębności państwowej właśnie na podstawie religii. To Kościół dawał mu oparcie, gdy nadeszły ciężkie czasy. Zawierzył się pod opiekę jakiejśtam swojej królowej…

– Jadwigi – burknął Gilbert, czerwieniejąc po same uszy. Zerknął dyskretnie w stronę kuchennego okna. Słowacja wyszczerzyła się do niego. Zaklął po nosem.

– A tak, Węgierka… Wybacz, nie chciałem cię urazić. – Josef źle zinterpretował pomruk Gilberta. – No to jej zawierzył. I widać jemu wiara była potrzebna. Zresztą, z jednej strony miał prawosławie, z drugiej luteranizm. Wiesz, że każdy lubi się czymś wyróżniać. Ze mną było tak, że do wszystkiego wtrącał się Austria, który był niezwykle zagorzałym katolikiem. No to siłą rzeczy, jakoś człowieka odrzucało od tego. Poza tym, ja nie lubię używać wielkich słów. A taka właśnie jest wiara – zmusza do używania wielkich słów, wielkich gestów i tak dalej. Ja wiem, że każdy naród potrzebuje jakiegoś mesjasza i tak dalej… Ja jestem nienormalny. Nie potrzebuję. Bardzo dobrze wiedzie mi się samemu.

Słowacja wyjątkowo głośno i energicznie wypuściła dym papierosowy z płuc. Zapach spowił mężczyzn. Czechy nie zareagował.

– Nienawidzę patosu. Moim zdaniem katolicyzm to organizacja totalitarna, same nakazy i zakazy, a ja jestem indywidualistą, nie lubię, gdy zabrania mi się z czegoś żartować. Ja nie mogę żyć bez śmiechu. Jestem zbyt pogodny, żeby wyznawać chrześcijaństwo.

Joszka uśmiechnął się rozbrajająco i rzucił spojrzenie ponad pruską głową.

– Nie chcę cię urazić, wiem, że jesteś wierzący, ale dla mnie kościoły są takie przygnębiające. W ogóle wiara katolicka ma w sobie tyle zakłamania, bo nie zakłada najważniejszego. Że ludzie są tylko ludźmi. Strasznie mnie denerwuje Feliks, który co rusz napomina mi, że nie można być dobrym człowiekiem bez wiary w Boga. Otóż można! Nie uważam się za żadnego degenerata, żyje tak, aby wszystkim było dobrze i to wszystko. Zajmowanie się wiarą kończy się wrzodami na żołądku. A jakieś straszenie dziecka „bo się Bozia na ciebie pogniewa” albo „nie pójdziesz do nieba, jeśli kopniesz brata” jest już tot… kompletnie beznadziejne.

– I… I nie jest ci potrzebne żadne oparcie? – Gilbert nie spodziewał się tak zdecydowanego ateizmu w tej części Europy. Był pewien, że wszyscy tutaj są mocno wierzący.

– Och, Gilbercie, sława o twoim ego przebyła Europę w każdą stronę. A jednak potrzebujesz w chwili zwątpienia zwrócić się do Maryi, czy tam potrzebowałeś, bo przecież przeszedłeś na luteranizm. Wybacz, mylą mi się te wszystkie religie – westchnął i ciągnął dalej. – Nie czuję potrzeby zwracania się do kogokolwiek. Ja zwracam się do siebie. Do mojej rodziny, chociaż zwykle to oni są pierwsi do wkurwienia mnie. – Zaskrzypiała okiennica. Prusy nie śmiał się obrócić. – Do przyjaciół. Muszę sam sobie odpuścić moje grzechy, muszę sam sobie je uzmysłowić. To trudniejsze. Zamiast Boga, szuka się racjonalnego wyjścia z sytuacji. Jestem pragmatykiem. Nie krzywdzę nikogo, nikt nie krzywdzi mnie.

Joszka wzruszył ramionami.

– Polska często do mnie wpada, żeby pogadać o chrześcijaństwie. Właściwie, gdyby nie on, to myślę, że w ogóle byłbym niewierzący. Tak stuprocentowo. Nie wiedziałbym o chrześcijańskim bogu prawie nic. Nie wiem, czy byłoby mi z tym lepiej, czy gorzej. Wszystko jedno, jak ktoś sobie chce wierzyć, to niech wierzy. Kiedyś ten Felkowy papież powiedział, że Polacy ratujący wiarę w Czechach spłacają dług za to, że Czesi sprowadzili do nich wiarę. Niech i tak będzie.

Joszka znowu wzruszył ramionami. Mówił i mówił, ale tonem kompletnego braku zaangażowania. Prusy nie śmiał wątpić w to, że Czechy go nie obraża. Sprawiał wrażenie faceta kompletnie niezainteresowanego. Szkoda, że nie ma tu Polski. Na pewno by się z nim pokłócił.

– Wiesz… – zaczął Josef, jakby zastanawiał się, czy na pewno podjąć temat. – Z religią są same problemy. Spójrz na całe Bałkany. Ja wiem, że oni tam się gryzą już bardziej z przyzwyczajenia. Jednak, jak się tak spojrzy, to głównie się piorą ze względu na religię, która napędza nacjonalizm. Goran ma takiego samego bzika na punkcie religii jak Feliks. Przy czym Goran ma bardziej przewalone, bo katolicyzm jednak zreformował się trochę przez stulecia, a prawosławie jakie było, takie zostało. Mniejsza… W każdym razie dla Gorana ważne jest prawosławie, a dla Silviji ważny jest katolicyzm, znowu porównanie do Felka.

– A po drodze jeszcze islam Bośni i Hercegowiny? – domyślił się Prusak, orientując się, że rozmowa wciągnęła go bardziej niż by się spodziewał.

Joszka zacmokał. – Z nimi to jest więcej problemów, bo Bośnia i Serbia nienawidzą się tak pro forma. Religia jest tylko pewnym pretekstem. Oni się bili odkąd pamiętam. Zresztą patrz.

– Która to… – zaczął Gilbert, ale Josef pstryknął go w ramię i pokazał na spacerujących Sanję (albo Sonję) i Gorana.

Kobieta zmieniła chustę zakrywającą włosy i szyję na bardziej kolorową i wydała się Prusom jeszcze ładniejsza. Elementem psującym wrażenia estetyczne był niewątpliwie Serbia. Miał zdecydowanie za duży nos. I wielkie stopy. Rozmawiali w miarę grzecznie i przechadzali się pomiędzy rabatkami i samochodami.

– Patrzę i nie widzę – oznajmił Gilbert. – Która to Bośnia, a która Hercegowina?

– Nie wiem – oznajmił Joszka z rozbrajającą szczerością. – To chyba Bośnia. Im to nie przeszkadza, że je mylimy. To znaczy, Goran i Silvija wiedzą która jest która, więc ich zapytaj, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć. Pozostali zielonego pojęcia nie mają. Nawet ciocia Bułgaria. Czasami odnoszę wrażenie, że jest przy nich wręcz skrępowana.

Prusom za żadną cenę nie chciała utworzyć się w głowie wizja skrępowanej cioci Bułgarii. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk, gdy Bośnia (postanowił w myślach, że będzie tak ją nazywać, nawet gdyby okazała się Hercegowiną) przylała Serbii w ramię. W pierwszej chwili Gilbert myślał, że Goran jej odda. Ale zamiast tego, uśmiechnął się niewinnie, a przynajmniej próbował, bo przy jego mimice niemożliwym byłoby zgrywać niewiniątko. Sanja zauważyła to trochę za późno i dostała cios z biodra. Serbia wepchnął ją niezbyt delikatnie, acz nie po męsku – co zauważył Gilbert – prosto w czerwone gerbery. Bośnia prawdopodobnie odzyskałaby równowagę, ale zaplątała się we własną spódnicę i skończyła w tulipanach.

Zabrzmiał donośny śmiech Serbii. Prusy dziwiąc się sam sobie, jaki jest oburzony, chciał ruszyć z pomocą. Drogę zastąpił mu Czechy. – To nie jest dobry pomysł. Ona sobie poradzi.

Rzeczywiście, śmiech się urwał, gdy Goran dostał w twarz czymś brązowym. Wilgotna ziemia z rabatek pofrunęła po raz drugi i ubrudziła poważnie serbskie spodnie. Goran nie zwrócił na to uwagi, zajęty wypluwaniem grudek po poprzednim rzucie. Odwrócił się do siostry, prawdopodobnie, żeby jej nagadać, ale kolejny pocisk trafił go między oczy i Serbia najwyraźniej skapitulował, chowając się za własne auto. Bośnia zwycięska wynurzyła się z gerber.

Gilbert usłyszał za sobą westchnięcie. Ukraina patrzyła z okna na mocno już zdewastowane rabatki.

– Jak dzieci – oznajmiła ciocia Bułgaria, a pojawiła się na ganku tak nagle, że Prusy ugryzł się w język, żeby znowu nie wzywać imienia Pana swego na daremno.

Obwód znowu wybiegł z domu, ale tym razem wyhamował na rozsądną odległość od cioci Bułgarii. Najwyraźniej bawił się w berka, bo rozpędzona Chorwacja prawie wpadła na niego, ale w porę skoczyła, żeby nie zrobić mu krzywdy, zawirowała tuż za ciocią Bułgarią i w końcu wylądowała w czeskich ramionach.

Ciocia Bułgaria odwróciła się powoli, Waniuszka się cofnął, a czeskie uszy zapłonęły. Ciocia Stasia jedynie pokiwała głową ze średnim uznaniem, spojrzała w kierunku szosy, jakby oczekiwała, że Feliks z Raivisem pojawią się w tej sekundzie, i wróciła do domu, tarmosząc po drodze włosy Obwodowi.

– Ty, szczylu mały! – nadała Silvija z dziwnym polskim zaśpiewem. Wykaraskała się z objęć Josefa, nie dziękując za ratunek. Podeszła do Waniuszki i dźgnęła go palcem. – Berek!

Obwód spojrzał na nią spode łba.

– Nie ma! Totalnie nie umiesz się bawić. – Chorwacja założyła ręce na piersi, a muszelkowe kolczyki i ciemnawy kucyk zakołysały się. – Zobaczysz, ja powiem wszystko twojemu tacie. Że w ogóle nie umiesz się bawić.

Prusy zwątpił w inteligencję Silviji, podobnie jak wątpił w inteligencję Feliksa. Z tym, że na Chorwację wcale przyjemnie się patrzyło. Obwód naburmuszył się tak, że aż posiniał. Prusy zauważył, że Josef rozgląda się odruchowo, czy nie ma w pobliżu Iwana.

– A ja powiem cioci, że Śilcia ma kulki! – powiedział powoli Waniuszka.

Wszyscy przenieśli wzrok na oniemiałą Silviję. Goran zamarł ze stopą na jednym schodku. Sanja zmarszczyła brwi w wyjątkowo uroczy sposób.

– Mój brat przebiera się w sukienki… – zaczął powoli Czechy.

– …a moja siostra ma pierdolone kulki – skończył ponuro Serbia.

– Pasują do siebie – stwierdził niechętnie Gilbert.

Otrzymał kilka niedowierzający spojrzeń. Ej… To był żart, nie?

– O co chodzi? – zapytała w końcu Sanja.

Silvija westchnęła i wywaliła język. Rzeczywiście, tkwiły w nim dwie srebrne kuleczki.

– Ty nie zrobiłaś tego dawno temu? – zapytał Litwa. Zatarasował sobą wejście do domu. – Jeszcze to przed ciocią ukrywasz? – dodał ciszej.

– Ja się nie dziwię – orzekł Joszka, który stoczył z ciocią Bułgarią nie jedną bitwę w sprawie kolczyka w uchu. Trącił go parę razy palcem.

Obwód najwyraźniej bardzo obrażony brakiem zainteresowania jego osobą, pomaszerował do balustrady i kopnął jedną deseczkę. Przeleciała aż do bramy, ścinając przy tym główkę jednego ze słoneczników. Goran z westchnieniem ruszył po nią.

Silvija skapitulowała. – Dobrze, Waniuszka, uciekaj…

Obwód momentalnie zmienił swoje nastawienie i z radosnymi piskami zaczął uciekać do domu. Litwa w ostatniej chwili odskoczył. Prusy zapatrzył się na dziurę w balustradzie. Gdyby Waniuszka wykopał taką z drugiej strony werandy, deseczka niechybnie zakończyłaby swój lot wbita w serbskie auto. Życie jest niesprawiedliwe.

Goran pomachał im deseczką z szosy. Gdy wracał, podniósł słonecznik.

– Koniec gonitw! – krzyknęła ciocia Bułgaria. – Wszyscy do salonu. Feliks dojedzie.

Josef poklepał się z błogością po brzuchu. Gilbert bałby się powtórzyć ten manewr w swoim przypadku. Za bardzo był pełen. Nie widział mu się ten deser. Zresztą, może tylko ciacho dostanie, kawałek tortu, zapije kawką i wszystko. Jak obiad wystawny, to pewnie ze słodkościami skromniej. Nie należy przesadzać.

Powlókł się za innymi.

Jak zwykle się pomylił.

Stół znowu uginał się pod ciężarem jedzenia. Tym razem ciast, owoców, kompotów i różnych innych słodkości. Przed każdym miejscem położono talerzyk z parującym bananem polanym czekoladą. Po bokach umieszczono dwie kulki lodów. To zdecydowanie nie wyglądało na słowiańskie żarcie.

– W tym roku Silvija szykowała desery. – Słowacja potrąciła zamyślonego Prusaka. Gilbert jeszcze bardziej się zastanowił. Chorwacja wyglądała na kiepską kucharkę.

Wujek Macedonia popchnął Prusy lekko do przodu. Gilbert poszedł zająć miejsce.

W miseczkach wyłożono pełno świeżych fig, jabłek, malin, jagód i innych owoców. Stało kilka dzbanków z sokiem i kilka waz z kompotem.

Na środku piętrzyły się dwa stosy naleśników: jeden cienkich jak papier, drugi – znacznie wyższy – potężnych i grubiutkich. Dookoła porozstawiano różne słodkie farsze.

Najbardziej przerażała Prusaka mnogość ciast i ciastopodobnych. Gdy usiedli, Czechy postarał się je poopisywać, ale często jedynym, co mógł powiedzieć o danym łakociu było: „dobre” albo „eee, spróbuj czegoś innego”. Serbia rozgadał się o jednym cieście, co było aż dziwne, ale Bośnia (albo Hercegowina) zauważyły, że tak naprawdę to deser turecki. Goran już chciał coś odpyskować, ale kątem oka zauważył coś. Tym czymś był słodko-gorzki uśmiech Czarnogóry, siedzącej naprzeciwko niego. W dodatku Chorwacja zaczęła strofować brata, że to wcale tak się nie nazywa, tylko inaczej i Serbia wyraźnie stracił ducha walki.

Podano kawę. Prusy prawie ucieszył się, że nie czekają na Polskę, gdy ten wpadł, trzymając śmietankę niczym znicz olimpijski. Zapanował normalny gwar, do którego Gilbert prawie całkowicie się już przyzwyczaił. Zignorował złowrogie burczenie żołądka, kiedy wpakował sobie do ust kawałek pysznego cieplutkiego banana i dopchał go jedną czwartą porcji lodów.

– Banana Split totalnie! – wrzasnął Polska i wycałował Chorwację. Serbia pociągnął go za koszulę na krzesło. Silvija zaczęła mu wygrażać i omal nie wybiła łyżką oka Feliksowi.

Gilbert roześmiał się, a coś zdecydowanie mniej radośnie w nim zabulgotało. Nie zamierzał sobie jednak folgować. Jeśli ci Słowiańcy znaleźli wreszcie sposób, aby go wykończyć, musiał przyznać, że jest on wyjątkowo przyjemny.

Przez ogólny gwar ledwo przebił się dzwonek do drzwi. Ukraina zrobiła zdziwioną minę i pobiegła zobaczyć, kto postanowił złożyć jej wizytę. Ciocia Bułgaria rzuciła wszystkim konspiracyjne spojrzenie. Wujek Macedonia westchnął głęboko. Obwód zamarł cały ubabrany śliwkami z kołacza. Z policzka odpadł mu kawałek posypki.

Objaśnienia:

Bogactwo Słowenii. Owszem, był to biedny kraj zaraz po rozpadzie Jugosławii. Chcę jednak przypomnieć to, co już pisałam – Słowenia jest jednym z najlepiej rozwijających się krajów. W dodatku o oszałamiającej przyrodzie. Może Prusy nie darzy jej zbytnią atencją, ale nie to powód, żeby nie wspomnieć czytelnikowi, że Słowenia to całkiem przyjemny kraik.

Cinquecento Dusi. Dlaczego Włochy nie mogą się lubić ze Słowenią? Co prawda Feliciano gwizdnął Dusi trochę ziem, ale ona jest nieskora do zatargów. No, może poza jednym małym sporem z Chorwacją o granicę…

I tak, cinquecento było produkowane w Polsce. Ale na włoskiej licencji.

Złośliwość Łotwy. Przez kilka rozdziałów mieliście okazje zauważyć, jak złośliwy potrafi być Łotwa. To nie jest moje widzimisię. Politycy łotewscy mają naprawdę cięty język i świetny refleks, jeśli chodzi o różne spotkania międzynarodowe. Bądź co bądź, ich gospodarka jest tragiczna, więc muszą się wykłócać dwa razy głośniej niż inni. Shen znalazła łotewskie kawały. Można powiedzieć, że Łotysze mają bardzo wisielcze poczucie humoru.

Przekleństwa Serbii. Kiedy jest wściekły, nie wymawia „r”. Tak, to już jest moje widzimisię.

Sobór w Konstancji. Sobór trwający w latach 1414 – 1418. Jego postanowieniami zlikwidowano schizmę zachodnią. Potępiono na nim, i tak przy okazji spalono – pomimo gwarancji nietykalności – Jana Husa, czeskiego reformatora religijnego.

Religijność Czechów. Czesi są jednym z najmniej wierzących narodów w Europie (jakoś tak jak Francuzi, wysoko też plasują się Estończycy). Ponad dwie trzecie obywateli tego kraju deklaruje się jako ateiści. Podobnie jak u nas – polska wiara bierze się z historii – tak u Czechów niewiara także jest historycznie umotywowana. Począwszy od tego, że Habsburgowie byli ultrakatoliccy, a Czesi nienawidzili Habsburgów, to można powiedzieć, że na złość im nie wierzyli. Wiara rzymskokatolicka to było coś, co kojarzyło się ze znienawidzonym rodem. Potem pojawił się reformator religijny, Jan Hus, który chciał, aby religia była bardziej do ludzi, mniej zakłamana. Oczywiście, jak każdy głoszący potrzebę ubóstwa Kościoła, został potępiony i spalony na stosie. To dało początek wojnom husyckim. W samoświadomości czeskiej to ważny rozdział w historii, który pozwolił Czechom na zachowanie własnej narodowości. Niestety albo stety, husyci wojnę przegrali, w sumie zwyciężył pragmatyzm. Ważnym, chociaż niekoniecznie w tym miejscu, faktem jest, że Polska i Litwa po cichu wspierały Czechy w tej wojnie. Wracając do religii… Zabili im reformatora, odebrali nadzieję, to potem Czesi zaczęli zauważać wszystkie wypaczenia w Kościele. Wystarczy poczytać „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, żeby uzmysłowić sobie, jak oceniają Kościół i księży. W dwudziestoleciu międzywojennym doszło nawet do profanacji kilkudziesięciu kościołów, księża odchodzili by żyć jako świeccy… Za komuny to wszyscy wiemy, jak to wyglądało, ogólna ateizacja społeczeństw, Czesi nie mieli nic przeciwko. To wybitni pragmatycy. I nieziemsko wkurzają ich pytania Polaków o ich wiarę i dziwienie się ateizmowi. Można powiedzieć, że to główna różnica w naszej mentalności.

Prawda zwycięży. Pravda vítězí. Dewiza czeska. Tak jak nieoficjalna dewiza polska: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Rozmowa o religii. W wypowiedzi Josefa są powplatane luźno cytaty z artykułu „I jak się państwu żyje bez Boga? Ateizm po czesku” Mariusza Szczygła. Polecam. Szczególnie tym, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie, jak można żyć bez wiary.

Serbia i Bośnia. Zawsze zastanawiało mnie, jak to się stało, że Serbowie, którzy mają bliżej do Turcji, i którzy pierwsi powinni przejść na islam są prawosławni, a Bośniacy – zajmujący ziemie nieco dalej – są muzułmanami. Okazało się, że Chorwacja i Słowenia podpadały pod Cesarstwo Rzymskie, a Bośnia i Serbia pod Bizancjum. Przy czym, Bośnia przechodziła z rąk do rąk. Wymyślili sobie sektę, która była miksem religijnym, rzymsko- i greckokatolickim, a co zabawne, wyszło im coś zbliżonego do islamu. Serbowie Bośniaków od zawsze nie lubili i lali się z nimi kiedy tylko mogli. Więc Bośniacy na złość Serbom, gdy tylko przyszli Turcy, zaczęli zmieniać masowo wyznanie na islam. Serbowie, żeby zachować odrębność narodowościową, podobnie jak Polacy, trzymali się swojej religii – prawosławia. Bośniacy, żeby zachować odrębność od Chorwatów (rzymskokatolickich) i Serbów (greckokatolickich) trzymali się islamu. Proste, nie?

Kuchnia serbska. Podobnie jak polska, ma mnóstwo „naleciałości”. Przeplatało się tam kilka kultur, głównie węgierska i turecka. Węgrom serbska kuchnia zawdzięcza zamiłowanie do ostrych potraw, natomiast Turkom – świetne desery.

Banana Split. Ten deser składający się z podsmażonego banana i lodów, bynajmniej nie jest słowiański, ale najlepszy takich deser w swoim życiu jadłam w Chorwacji. Można go tam dostać w każdej, najbardziej zapyziałej knajpce. Dlatego został przemycony na zjazd.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s