Zjazd rodzinny raz proszę VI

Część szósta o tym, jak Prusy dokumentnie zapycha się słowiańskim żarciem

Prusak pochylił się ku stołowi, zostawiając więcej miejsca dla Josefa. Nie bardzo słuchał, o czym rozmawiają z siostrą, bo wymieniali nazwy miejscowości i chichotali, a Gilbert był zdecydowanie poza tematem. Czechy jakby odruchowo oparł rękę o prusackie plecy. Była tak ciężka jak ręka Ludwiga. Zastanowił się jakim cudem Austria zdołał utrzymać Josefa na wodzy przez te wszystkie lata. Uczynić go kimś w rodzaju kamerdynera. Ten facet był od niego o głowę wyższy. Może nie postury Iwana, ale dużo mu nie brakowało.

– Gilbercie, smakował ci makaron w rosole? – zapytał wujek Macedonia z drugiego końca stołu.

– No… Yyyy… No tak.

– To dobrze, cały ranek go na tej durnej maszynce robiłem.

Prusy podrapał się w głowę. Domowy makaron? Odbiło im?

Słowacja uniosła kciuk w górę. – Był prześwietny, wujku!

Tymczasem stół zapełniał się powoli różnymi potrawami. Mnogość sałatek powaliła Gilberta. Szpinakowa, z krabów, warzywna, z rybami, z mięsem, z fasolą, z ananasem, z figami, z pomidorami, z owczym serem, z cebulą. Potem pojawiły się bardzo egzotyczne potrawy, jak na gust Prusaka. Słowacja chętnie opisywała mu je po kolei. Cykoria w mundurku z szynki pod beszamelem, pirożki, gorący chleb faszerowany gulaszem albo serem (lepinja), mule małże, krymskie czeburieki, penne z owocami morza, pieczona ośmiornica, pierogi ruskie, pljeskavica, czyli zraziki z rusztu. Kiełbaski z mielonego mięsa, kalmary, siekana wołowina, raki, indyk z makaronem, fasola pieczona z cebulą, fasola z żeberkami, ryż gotowany z kałamarnicą. Kotlety miały cudownie zarumienioną skórkę, a malutkie banieczki stopionego masła pękały na nich, wydając cichy syk. Tu i ówdzie pojawiły się też ziemniaczane dziwy Gilberta. Ilość mięs była imponująca. Kurczak z agrestem, wędzone szproty, pieczeń z polędwicy w śmietanie, baranina, nóżki cielęce w cieście, koldūnai, czyli kołduny litewskie, potrawka z wołowiny, mousaka, inaczej plastry mięsa z ziemniakami, bitki na śmietanie, ryżowo-mięsne gołąbki zawijane w cebulę, klnedliki, a obok nich sos.

Dalmacja wśliznął się cichaczem do pokoju i zajął miejsce przy nogach Bośni albo Hercegowiny.

Joszka zakończył swoją rozmowę z Misią i spojrzał na stół.

– FELIKS!!! – wrzasnął, a Prusy prawie wskoczył na kolana Michaeli.

– Morda! – krzyknął Serbia, ale o wiele ciszej. Tylko że Goran miał nóż w ręce.

– No ale… No bo… No bo ta mała wesz… No ja nie mogę… – Josef wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Bezradnie wskazywał na miskę przed nim. – Ja go kiedyś… Nie, ja go teraz… No nie wytrzymam…

– Będziesz musiał – oświadczył lodowatym tonem Serbia.

Prusy przyjrzał się sprawczyni zamieszania. Zwykła porcelanowa miska w czerwone wzorki. W środku bieliła się zawartość, gdzieniegdzie przeświecał groszek, a na wierzchu ktoś artystycznie ułożył połówki jajek. Dla Gilberta sałatka wyglądała nieźle. Po dalszych oględzinach odkrył, że w pobliżu stoi jeszcze kilka potraw z jajek. Faszerowane szynką, jakąś rybą, i kilka małych omlecików.

– Generalnie to chyba mnie wołałeś, nie? – Polska nonszalancko oparł się o framugę.

– Zabije cię, gnoju. – W głosie Czech nie było ani krzty złości, mówił jakby stwierdzał bardzo oczywisty fakt.

Obok Gilberta Michaela śmiała się dźwięcznym i donośnych śmiechem, a z oczu pociekły jej łzy.

– Och, Feluś, niezdaro, wiesz, że Joszka nienawidzi jajek – ciocia Bułgaria skarciła Polskę.

– Ojej, przepraszam, zapomniałem – powiedział złośliwym tonem i poszedł zająć swoje miejsce.

Wujek Macedonia przekonywał Iwana, dlaczego nie powinien dawać Waniuszce owoców morza.

– Jeśli ma uczulenie na Dalmację, to może mieć też uczulenie na jedzenie z tamtych okolic.

Rosji nie bardzo się to podobało, bo Obwód wyciągał rączki po złociste krążki kalmarów. Jedna końcówka szalika dyndała smętnie, przewieszona przez poręcz krzesełka.

– Gilbercie, a wiesz, czemu Pepino totalnie nie lubi jajec? – zapytał niewinnie Polska.

Prusy poczuł się rozdarty. Z jednej strony chciał mieć w Czechach kumpla, z drugiej niezmiernie zastanawiało go, czemu Słowacja nie umie się uspokoić, a Bośnia i Hercegowina chichoczą wdzięcznie, trzepoczą swoimi długimi rzęsami.

…i w tej chwili odwróć od nich wzrok…

Czarnogóra patrzyła z pobłażaniem na Josefa.

– Wszyscy znają tę historię – zauważył Taurys, siadając po drugiej stronie Gorana.

– Słuchaj swojego chłopaka – warknął Czechy.

– Gilbert nie zna, trzeba dbać o naszego gościa – Polska zignorował docinek. – Opowiem ci, prusaku. Dawno temu zbudowano w Pradze, jego stolicy, taki mostek, a że Joszka jest totalna świnia, to uważa to za niewiadomo co. Ten mostek nazwał, generalnie, szumnym mianem Mostu Karola. Według legendy dodawano do zaprawy białek jajek, żeby była trwalsza.

– Badania potwierdziły, że dodawali białek – wtrącił się Josef. – I ja to dobrze pamiętam – dodał ciszej.

– Nie podważam tego faktu. Niech będzie, że totalnie je dodali. Nawet, że to generalnie trzyma bardziej dzięki temu. Ale skądś musieli te białka brać, co nie? Całe Czechy przysyłały te jajca…

Michaela oparła przedramiona na stole i schowała w nie twarz. Chichotała tak głośno, że Waniuszka stracił zainteresowanie kalmarami.

– Ale jakaś wieś przejęła się, jak te jajka dostarczyć w totalnej całości. I wiesz co zrobili? Ugotowali je, generalnie, na twardo. Od tamtej pory Pepino nie może patrzeć na jajka – zakończył ukontentowany Polska.

Serbia powoli podniósł rękę nad głową Feliksa, by szybkim ruchem zdzielić go po głowie. Waniszuka zaczął się odpakowywać z szalika, ku rozpaczy Iwana. Prusy uznał to co najmniej za zabawne. Polska począł się awanturować, podjudzany przez Chorwację, ale Serbia go zignorował. To też było komiczne.

– Ależ na pewno mu się podoba – zapewniał wujek Macedonia, patrząc jak Rosja zwija swoimi wielkimi łapskami szaliczek, który zaczynał się walać po podłodze. – Tylko mu w nim pewnie ciepło.

Iwan smętnie pociągnął nosem, gdy Waniuszka olał szalik, bo bardziej spodobała mu się chustka wystająca z rękawa wujka Macedonii.

Ciocia Bułgaria zajęła swoje miejsce, porwała miskę ziemniaków i połowę jej zawartości wrzuciła na talerz wujka Macedonii. Ten spojrzał na kobietę prawie tak, jak Serbia patrzył na Czarnogórę. A wzroku Serbii nie dało się zignorować. Obwód zaczął niezdarnie otrzepywać swój sweterek z ziemniaków, które rykoszetowały.

Niemniej jednak – był to znak. Przypuszczono atak na różnorodne potrawy. Prusy nie zdążył nawet westchnąć nad ową różnorodnością, a już został obsłużony przez byłą Czechosłowację. Misia wszystko, co sama sobie nakładała, pchała też na talerz Gilberta, a Josef sukcesywnie pozbywał się jajek ze swojego otoczenia.

Prusy czuł się zagubiony. Tyle postaci, tyle nowych osób, które były tak boleśnie zwykłe i nieważne na tle historii wielkich Prus, że Gilbert mógł spokojnie brylować w towarzystwie. Ale nie potrafił. Bo czuł, że jego opowieść o tym, jak toczył wielką wojnę z obojętnie kim, zostałaby przebita historyjką, gdzie Feliks uczył się pływać metodą „Joszka mnie wrzucił na głęboką toń i patrzył, czy wypłynę i cieszył się, że widać tylko bąbelki”. I ową opowiastkę przyjętoby z ogólną aprobatą, śmiechem, tysiącem dygresji o podobnych zdarzeniach. Co tam wielka wojna? Feliks plujący wodą w Josefa był o wiele bardziej… rodzinny.

Gilbert widział naprawdę wielką różnicę między Słowianami a resztą Europy. Tam wszyscy byli mniej więcej tak samo ważni, wybijali się, każdy miał jakieś mniemanie o sobie i łatwo go było zranić. A tutaj? Nikt bardziej nie dopieprzy Słowianinowi niż inny Słowianin. Siedziały tu osoby, na które nie trzeba było patrzeć, bo same jakoś wbijały się w mózg omijając oczy. Taki Czechy. Jego osobowość zajmowała znacznie więcej miejsca niż można by się spodziewać, i to nie w taki sposób, jaki robiła to osobowość Prusaka. Josef roztaczał wokół siebie atmosferę pewnej nonszalancji, dominował innych w sposób niewymuszony, naturalny. Podobnie jak ciocia Bułgaria. Ona też zaliczała się do tego gatunku. I Goran siedzący w tej chwili między Polską a Litwą. Żaden się nim nie interesował, ale i Serbia nie zwracał na nich uwagi. Jadł, chociaż lepszym słowem byłoby tutaj „atakował”, co miał na talerzu i unicestwiał mieląc to powoli w ustach. No i jeszcze Rosja. Iwan zdawał się siedzieć i zakrzywiać czasoprzestrzeń wokół siebie. Całkowicie nieświadomie, co było niezwykle deprymujące.

Potem znajdował się tu typ ludzi, których trzeba było zauważyć, ale kiedy już znaleźli się w polu zainteresowania – wbijali się w umysł całą swoją osobowością. Białorusi zdecydowanie można zaliczyć do tej grupy, uznał Prusak. Chorwacja, jej muszelkowe ozdoby, piękna opalenizna i wyróżniający się uśmiech. Bośnia i Hercegowina, które słowa nie powiedziały, a człowiek czuł się przy nich zagadany na śmierć i w związku z tym nie potrzebował dzielić się z nikim brzmieniem swego głosu.

Byli i tacy, którzy po prostu trwali. Polska był niemal niemożliwą do utworzenia w warunkach naturalnych mieszanką zadziorności i nieśmiałości. Może w laboratorium wyhodowaliby coś takiego, ale normalnie? Litwa siedział i w sumie tyle można o nim powiedzieć. Że coś robił. To samo Słowacja. Kosowo najwyraźniej poszedł w politykę: nie mam pojęcia, o czym te stare pierdoły gadają, to przynajmniej się najem ile mogę. I poczekam aż ktoś zauważy, że urosłem i zapyta jak sobie radzę. A ja na złość ojcu opowiem – świetnie! I ojciec ze złości pozapomina R w przekleństwach. Ale w Kosowie było jednocześnie coś takiego, że miało się ochotę trzeć oczy na jego widok.

Wujek Macedonia był. A był w taki sposób, że zdawało się, że trzeba go co jakiś czas przecierać, bo kurz na nim osiada.

Co do reszty… Patrzyło się na nich, a przez nich. Czarnogóra, dystyngowana i dziwna, Słowenia i Łotwa, którzy mogli równie dobrze siedzieć pod stołem – nikt by nie zauważył różnicy. Ukraina nadrabiała wyglądem, miło było pogapić się na nią, ale w końcu wzrok przebijał się i człowiek nie widział już żadnych przyjemnych krągłości. Wojwodina nawet tych nie posiadała za wiele… Najwyraźniej nijakość odziedziczyła po ojcu, pomyślał Prusak, wmawiając sobie, że to nie ma nic wspólnego z Węgrami. Chłodna kalkulacja.

Ten kolorowy wir postaci zlewał się w jeden śmieszny brązowawy kolor. Co gorsza, ten „brąz” zdawał się znać Prusy ze wszech miar. Wiedzieli o nim dużo, no tak, Zakon Krzyżacki, Prusy, NRD… A on o nich kojarzył tylko tyle, że znajdowali się gdzieś na mapie. O Wojwodinie nigdy nie słyszał. O Macedonii myślał, że to jakiś starożytny kraj, że już dawno wchłonęła go Grecja czy inne takie południowe… A wujek Macedonia siedział na drugim końcu stołu, jadł i uśmiechał się wesoło to do Iwana, to do Waniuszki.

– Coś się stało, Gilbercie? – zapytał nagle Czechy. A że w naturalny sposób przyciągał uwagę, zrobiło się nieciekawie.

– To jest surowe? – zapytał Prusy, wskazując na jakieś czerwone płaty. Nic innego nie umiał na szybko wymyślić, żeby pokryć swoje zmieszanie i wytłumaczyć zamyślenie.

– Och, nie – zaśmiał się Josef. – Wędzone. Taurys przywiózł.

– Taurys słynie z wędzenia mięs – powiedział Polska, a Litwa zarumienił się nieznacznie. – No i kisi prawie wszystko. Kapustę, ogórki, buraki, borówki, jabłka, grzyby, nawet ryby.

Gilbert myślał, że Feliks zmyśla, a nawet się z niego nabija, ale zawstydzona mina Taurysa mówiła co innego.

– A najlepsze, co on w ogóle wymyślił to nalewka trejos devinerios z dodatkiem dwudziestu pięciu ziół.

– Dwudziestu siedmiu – sprostował cicho Litwa, a rodzinka się zaśmiała.

– Feliks się nie zna na alkoholu, to dzieciątko malutkie, co pić nie umie – zaciumkał Czechy. Polska pokazał mu środkowy palec. Serbia mierzył go takim wzrokiem, że Feliks w obawie przed utratą kawałka swojego ciała natychmiast schował dłonie pod stół.

– Raivis ma pyszny chleb – odezwała się nieśmiało Dunja i jakby na dowód ugryzła kawałek.

Łotwa uśmiechnął się szeroko, ale jakoś zbladł, gdy zauważył, że równie szeroki uśmiech ma Rosja i patrzy wprost na niego.

Prusy opychał się i opychał, przestał nawet omijać te dania, które wyglądały na polskie. Gdzieś w połowie talerza stwierdził, że zaraz umrze z przejedzenia, ale za to bardzo szczęśliwy. W jego głowie powstał plan, żeby poszukać łazienki, zwymiotować i jeść dalej. Jeszcze tylu rzeczy chciał spróbować…

– Gratuluję przystąpienia do NATO, ciociu – powiedział nagle Kosowo.

Widelec Serbii zatrzymał się w połowie drogi do ust. Wszyscy wiedzieli, że temat NATO to nie jest coś, o czym powinno się rozmawiać w obecności Południowych.

– Och, dziękuję – rozpromieniła się Chorwacja. – Było strasznie fajnie, bo oprócz mnie przyjęli jeszcze Albanię! – Silvija spojrzała na Viktora. – No tak, przecież o tym wiesz… To w końcu twoja mama.

Widelec Serbii zaczął drgać. Nagle Goran wykonał gwałtowny ruch i kilka strąków czegoś umoczonego w majonezie pofrunęło na spodnie Feliksa. Rwetes jaki zrobił był nieziemski. Podczas śmiania się, Gilbert czuł, że całe to żarcie bulgoce w nim mało radośnie. Serbia półgębkiem przeprosił Polskę i wykonywał pod stołem jakąś czynność, która była chyba rozcieraniem golenia. Czarnogóra siedząca naprzeciw niego miała bardzo podejrzanie zadowoloną minę.

– No tak! Jak się nie powala po ziemi, to nie smakuje! – zakrzyknął gromko Joszka i Obwód z Rosją zachichotali. Dzieciom zawsze podobał się ten dowcip.

Ciocia Bułgaria podbiegła po ścierkę do kuchni.

Serbia zrobił ruch, jakby chciał pomóc Polsce w doprowadzeniu jego spodni do porządku, ale w tym momencie Bośnia albo Hercegowina przesadnie głośno westchnęła. Gilbert mógł obserwować potyczkę na spojrzenia między rodzeństwem… Przy czym, Goran musiałby mieć zeza, żeby ją wygrać, bo zarówno Sanja jak i Sonja patrzyły na niego nieprzychylnie. On zaś musiał przeskakiwać wzrokiem z jednej na drugą.

Nagle stół podskoczył, a oczy Serbii zrobiły się bardzo duże. Prusy zrozumiał, o co chodzi, gdy Goran położył głowę obok swojego talerza. Wróciła ciocia.

– Coś się stało, Goranku?

– Skurcz mnie złapał – wymamrotał Serbia twarzą do obrusu.

– Połamiesz sobie noski – szepnął Czechy do Czarnogóry, która spojrzała na niego wzrokiem, jaki mogło posiadać jedynie wcielenie niewinności.

Natasza wstała. Gwar ucichł. Prusy miał wrażenie, jakby Białoruś zassała wszystkie dźwięki. Stała i patrzyła na swój ubrudzony fartuszek. Jak to ktoś powiedział, w tej sekundzie mógłby skończyć się wszechświat…

– Ojojojoj! Tasia się pobrudziła! – zacmokała ciocia Bułgaria, zostawiła spodnie Feliksa samym sobie i pobiegła ratować świat.

Wszyscy rzucili się, żeby ocalić fartuszek Białorusi. Ciocia usiłowała go doprowadzić do porządku mokrą ściereczką, Ukraina przyleciała z płynem do naczyń, Rosja powiedział, że kupi jej nowy, Litwa podniósł się i zaczął pocieszać Nataszę, chociaż ta wcale nie wyglądała, jakby nad czymś ubolewała. Patrzyła tylko tępo na wielką tłustą plamę.

– Tasia! – wrzeszczał Polska. – Spoko! Ja też się upierniczyłem! To przez tego…

Jeden rzut oka na Serbię kazał mu zniwelować poglądy na temat „tego”.

– …biedaka? – zakończył zdziwiony Feliks.

Goran leżał nadal twarzą tuż przy stole i zawzięcie rozcierał nogę. Za nim znikąd pojawiła się Radmila i pogłaskała go po głowie.

Nataszę udało się wydobyć z fartuszka i wytłumaczyć jej, że fartuszki są po to, żeby je brudzić. Heroiczną była ta walka, jako że Iwan był gotów zdjąć swój szalik dla przykładu.

Prusy poczuł gorący oddech w okolicach swojej kostki. Strach tak go sparaliżował, że nie był w stanie spojrzeć pod stół. Poszukał wzrokiem Obwodu. Siedział na swoim krzesełku. Gilbert powoli powątpiewając w swoje zdrowie psychiczne, zajrzał, unosząc nieco obrus. Dalmacja radośnie ciamkał sznurówki od eleganckich butów Taurysa. Prusy tupnął nogą. Pies rzucił mu urażone spojrzenie, ale stracił zainteresowanie, bo Chorwacja siedząca naprzeciw Gilberta zwabiła go kawałkiem szynki.

Prusak niemal wylizał talerz do czysta, świadom, że może sobie jeszcze czegoś dobrać, tylko że na pierwszej potrawie może zaraz siedzieć, gdy kolejną będzie mieć w ustach… Zresztą wszyscy powoli kończyli. Obwód znudził się patrzeniem na dania, których nie mógł zjeść, więc został wysadzony z krzesełka i dreptał wokoło.

Gilberta coś zaczęło klepać w stopę. Spojrzał dyskretnie pod stół. Dalmacja leżał u stóp Bośni i Hercegowiny; któraś z nich głaskała go nogą i pies wydawał się bardzo ukontentowany. Szczególnie, że jego ogon wędrował w te i we w te, zawadzając co jakiś czas o pruską stopę. Przynajmniej nie wylazł spod stołu i nie ganiał za Waniuszką.

Gilbert zjechał nieco na krześle, uważając by nie kopnąć w Dalmację. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek tyle zjadł. I czy kiedykolwiek zjadł tak dobrze. Podobał mu się też podział, jaki mieli Słowianie. Kobiety zbierały się plotkować do kuchni, a mężczyźni ograniczali się tylko do znoszenia rzeczy ze stołu. Nawet Raivis siedział grzecznie w salonie. Kosowo wyjął komórkę i, sądząc po jego minie, grał w coś. Łotwa poszedł w jego ślady, ale chyba pisał smsa. Dalmacja przemknął do kuchni w nadziei, że dostanie coś, co zostało z obiadu. Gilbert chętnie poszedłby w jego ślady, gdyby Matka Natura dała mu jeszcze jeden żołądek.

Joszka rozparł się na stołku obok Prusaka. Ziewnął i przeciągnął się.

– W zjazdach najlepsza część to kłócenie się i żarcie – poklepał się po brzuchu i uśmiechnął do Gilberta. Ten zdołał mu tylko przytaknąć. Wolał się nie odzywać, bo nie wiedział, czy jedzenie dodarło już do żołądka, czy nadal zalega warstwami w jego przełyku z braku miejsca.

Czechy podniósł się. – Pójdę zobaczyć, co z moją kochaną skodą.

Waniuszka przemieścił się momentalnie w pobliże Josefa i złapał go za rękę.

– Idziesz ze mną? – zapytał radośnie Joszka. Obwód pokiwał główką. Iwan smętnie składał mały szaliczek, który przywiózł synkowi.

Serbia siedział w taki sposób, jakby zastanawiał się nad przywiezieniem sobie fotelu. Polska obrysowywał palcem plamę na obrusie. Łotwa stłumił ziewnięcie. Litwa markotnie spoglądał przez okno. Kosowo zawzięcie pikał na komórce. Rosja bawił się kciukami i najwyraźniej sprawiało mu to radość, bo robił to z podziwu godnym zaangażowaniem. Wujek Macedonia coś przeżuwał; Prusy spostrzegł, że przed mężczyzną leży mały talerzyk pełen zielonych kuleczek. Wujek flegmatycznie wsuwał oliwki. Gilberta zemdliło od sennej atmosfery. Napiłby się piwa, ale nie był pewien, czy nie pęknie.

I wtedy TO poczuł. To niemiłe uczucie, które wzbierało w nim pewnie dłuższy czas, ale nie zwrócił na nie uwagi. Nie było co czekać. Trzeba było interweniować!

– Przepraszam – zaczął Gilbert ochrypłym głosem. – Gdzie tu jest łazienka?

Jego pytanie wywołało lekki zamęt. Jedynie wujek Macedonia machnął ręką.

– W prawo, ostatnie drzwi na lewo.

Reszta rzuciła Prusakowi spojrzenie: tylko nie siedź tam długo, skoro już nam o tym przypomniałeś.

Gilbert niepewnie przeszedł pokój, potem korytarz i stanął niepewny przed wskazanymi drzwiami. Były byle jakie, pomalowane na biało i odrapane. Nacisnął ciężką metalową klamkę. Spodziewał się zobaczyć trochę przestrzeni albo że będzie tu zimno i wiało i w ogóle pójdzie lać na dwór, a tymczasem łazienka była całkiem przyzwoita. Ciasna – wszystkie sprzęty upchnięto maksymalnie: pralka wydawała się wgnieciona w kabinę brodzika, a siedząc na muszli tuż obok policzka miało się umywalkę.

Prusy podniósł obitą czerwonym futrem deskę. Potem pokontemplował sobie jeszcze łazienkę, porozważał umiejętności słowiańskie w kwestii upychania wszystkiego na małej powierzchni, niechętnie przypomniał sobie ogórki, nieco chętniej Michaelę i Josefa, pomyślał, że może to ten skisły zapach na własnych spodniach przyciąga Waniuszkę… Zapiął rozporek i chwilę usiłował się rozeznać jak spłukać wodę. Kiedy myślał, że już będzie spłukiwał przy pomocy kubka, w którym była szczoteczka i pasta, znalazł w końcu guziczek upchnięty (a jakże) gdzieś pomiędzy futro, którym ktoś obił zbiornik.

Gdy umył się i spojrzał w lustro, wstąpił w niego nowe siły. Tak, był zdecydowanie przystojniejszy od Serbii. Wyszedł z łazienki, trzymając się, jego zdaniem, pewnie tej myśli, zdaniem osób postronnych (gdyby takowe istniały) – desperacko. Omal się nie zgubił w korytarzu, zmylił go wzorek na dywanie i kolekcja matrioszek na półkach. Z opresji wybawiła go Wojwodina, która właśnie przemknęła z kuchni do salonu. Prusy stanął za nią, w drzwiach.

– Ciocia Bułgaria powiedziała, że macie iść się przewietrzyć – oznajmiła Jovana.

Wujek Macedonia miał minę w stylu „doprawdy?”, ale nic nie powiedział, tylko powoli się podniósł.

– No i kazała się zapytać, co chcecie do picia.

Wszyscy chcieli kawę, więc i Prusy o nią poprosił. Nie wiedział za bardzo, co innego ma jeszcze do wyboru, więc ta opcja wydała mu się bardzo bezpieczna. Jedynym, który się wyłamał był Iwan, ale Gilbert nie miał ochoty na kakao.

Wojwodina minęła go w drzwiach, uśmiechnęła się do niego z mieszanką życzliwości i złośliwości, a Prusy doskonale znał ten uśmiech. Złośliwość zwalił na geny Gorana.

Wujek Macedonia wyszedł pierwszy, wsunął głowę do kuchni i wymienił z kimś kilka zdań. Polska zdołał odplątać nogi, bo siedział w iście karkołomnej pozycji. Kosowo z dużym ociąganiem schował komórkę do spodni. Podobnie Raivis. Goran za to zaskakująco zwinnie wstał i z ochotą przystał na propozycję cioci Bułgarii. Iwan ruszył powoli, ale minę miał bardzo zaintrygowaną.

Prusy nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Przy okazji wycieczki do toalety (właśnie minął go Feliks, idący w tamtą stronę), zobaczył drzwi na taras po drugiej stronie. Ogród wyglądał wcale przyzwoicie. Natomiast kuchnia była po drugiej stronie i tam stał wujek Macedonia. Tam też poszedł Serbia, który zniknął w drzwiach wejściowych. Za nim podążył Kosowo i Litwa. Tylko Łotwa zatrzymał się przy Prusaku.

– Wszyscy idą zobaczyć, co z Joszkową skodą – oznajmił.

Tak, to rozjaśniło sytuację. Mężczyźni i motoryzacja. Josef na pewno ma normalne auto, nie to co ten porąbany Feliks. Gilbert odetchnął. Jednak to małe coś się przydaje.

Dziękując opatrzności, że wujek Macedonia stoi w kuchennych drzwiach i skutecznie zasłania korytarz, Prusy przemknął szybko. Kobiety to wspaniałe stworzenia, które są po to, żeby go uwielbiać, ale te jakoś nie chciały i w ogóle wybrakowane były. Piękne, bo piękne, inteligentne, bo inteligentne i w ogóle… Ale z pewnością wybrakowane. Jeśli bardziej podoba im się taki Serbia, to musi o czymś świadczyć. Na stówę.

Wyszedł na ganek. Kosowo siedział na schodach i grał na komórce. Raivis opierał się o barierkę i pisał smsa. No to taki standard, tylko zmiana otoczenia. Obwód zauważył Gilberta i podbiegł do niego. No nie…

Zanim jednak Waniuszka dopadł pruską nogę, zjawił się Wania i poderwał synka w górę w akompaniamencie radosnych pisków i wesołego śmiechu. Reszta spojrzała z pewną obawą, czy Obwód nie stanie się kolejnym Sputnikiem, chociaż sądząc po minie Łotwy – ta opcja co najmniej mu nie przeszkadzała.

Gilbert poszukał wzrokiem Josefa. Klęczał przy swoim aucie i coś oglądał. Jego samochód był kanciasty, ale całkiem zgrabny i w ładnym stonowanym kolorze granatowym. W rankingu wiejskiego tuningu, z jakim niewątpliwie miało się do czynienia w słowiańskiej wersji motoryzacyjnej, czeska skoda zajmowała jedno z ostatnich miejsc. Pierwsze miejsce niezaprzeczalnie należało się syrence, potem czarna wołga Wanii z białym kwiatkiem na drzwiach kierowcy i wieloma malowniczymi wgnieceniami, następnie pordzewiałe i odrapane czerwone cinquecento. Niewiele ustępowało mu wielkie auto z kratą z przodu. Prusy nie miał pojęcia co to, ale był w stanie się założyć o Berlin Wschodni, że Serbia tym jeździ. I że składał to sam.

Minął go Polska, który nie omieszkał zahaczyć o niego łokciem, całkowicie przypadkiem zresztą.

– I co? Skasowana? Twoja paskudna skoda wreszcie skasowana? – zapytał Feliks radośnie.

Gilbert z niechęcią stwierdził, że polska syrenka jest tak wmanewrowana w ogród i domek Ukrainy, że trzeba by było się nieźle natrudzić, żeby ją stuknąć. Ale co to dla Prusaka…

Podszedł do skody. Z pewnym przerażeniem zarejestrował, że Josef bierze taśmę klejącą, Feliks trzyma reflektor, Josef tnie taśmę klejącą, Feliks z niego żartuje, Josef przykleja reflektor, uważając, żeby nie przykleić Feliksa, bo czegoś takiego by nie chciał mieć przy samochodzie…

– Co wy robicie? – Prusy usłyszał swój głos.

Bracia nawet na niego nie zerknęli. Dalej zawzięcie kleili.

– Jakoś to trzeba przymocować, nie? – Czechy w końcu podniósł nieznacznie głowę, żeby rzucić średnio zainteresowane spojrzenie.

– Taśmą klejącą? – To przekraczało percepcję Gilberta.

– E tam – zbagatelizował sprawę Joszka. – Przecież się trzyma. Nawet nie jest pęknięty, tylko mu się lekko wyleciało.

Prusy pracował nad tym, żeby nie zemdleć. Jak można tak traktować auto?!

Objaśnienia:

Żarcie. Dużo korzystałam z tej strony: http://www.odyssei.com/pl/kuchnie.php5

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s