Zjazd rodzinny raz proszę V

Część piąta o tym, jak Prusy bada słowiańskie więzy rodzinne

Ciocia Bułgaria dyskretnie pomachała w stronę drzwi. Gilbert zmobilizował wszystkie siły, żeby ruszyć się z miejsca. Żył nadzieją, że przecież dostanie te ziemniaczane cuda na obiad.

W drzwiach wlazł na dziewczynę. Przez moment myślał, że to Chorwacja, ale nie. To było niższe stworzenie, z włosami zaplecionymi w dwa warkocze, a wzrok i uśmiech miało tak znajome, że Prusy tknęło.

Wojwodina. Córka Węgier.

Prusak poczuł takie ukłucie zazdrości, że aż go skręciło.

– Pan Gilbert, tak? – zapytała ciekawsko Wojwodina. – Mama mi o panu mówiła.

– A co mówiła? – wyrzucił z siebie Prusy tak szybko i w tak desperacki sposób, że Słowacja zachichotała za jego plecami.

– No tak ogólnie to, że pan debil jest…

Gilberta lekko ścięło, ale nie zdążył się odezwać, bo Wojwodinę ktoś lekko, acz stanowczo, popchnął do przodu.

– Jeśli nie chcesz pomóc ojcu to, do cholery, chociaż mu nie przeszkadzaj!

– Goran! – zaćwierkała ciocia Bułgaria, a Bośnia i Hercegowina wymieniły ponure spojrzenia.

Prusak poczuł się nieco osaczony. Przed sobą miał nastoletnią wersję Węgier, może z nieco innymi rysami twarzy, ale mimo wszystko nie umiał się pozbyć uczucia deja vu. Wojwodinę popychał do przodu prawdopodobnie Serbia, starając się dostać do kuchni. Gilberta ręka świerzbiła, żeby mu przyłożyć, ot tak. Z tyłu parła ciocia Bułgaria próbująca się dostać do Serbii. Prusy poczuł się bardzo źle. Już raz go żywioł słowiański zmiótł, a historia, jak wiadomo, lubi się powtarzać.

– Jak dobrze, że jesteście, zaraz będziemy siadać do stołu! – powiedziała ciocia Bułgaria, a Gilbert na szybko opracował plan ucieczki.

Wyminie ciocię Bułgarię kosztem sińca na udzie, gdy odbije się od szafki, zmyli pościg, robiąc skok w kierunku okna nad kranem, a tymczasem rzuci się pomiędzy Bośnią i Hercegowiną do okna, przez które o mało nie wypadł Raivis.

Plan nie wypalił, bo Słowacja wzięła od Serbii jego manatki i kazała zająć się Prusami. Goran klepnął zachęcająco Gilberta w plecy. Prusak zastanawiał się, czy mu nie oddać równie ciepłego gestu celując w nos. Serbia nie wydawał mu się bardziej przystojny od niego. Owszem, może ostre rysy twarzy, ciemne oczy i ich oprawa, burza włosów na głowie i ciemna karnacja nadawały mu wygląd „złego chłopca”, ale… Ale jakim cudem Węgry na niego poleciała?!

Poszli do salonu, gdzie reakcje na przybycie Serbii nie były tak burzliwe, jak się tego spodziewał Gilbert. Feliks kiwnął głową, Taurys powiedział zwykłe dzień dobry. Raivis się nie odezwał. Goran uścisnął dłoń Josefowi i skierował się do wujka Macedonii. Po drodze niezdarnie pogłaskał Obwód po główce. Ktoś usadził Waniuszkę na wysokim dziecięcym krześle. Chłopczyk wpatrywał się z zacięciem w widelec. Nawet nie zauważył Serbii. Prusy zastanawiał się, kiedy widelec zacznie się giąć.

Goran bardzo przykładnie przywitał się z wujkiem Macedonią i usiadł już przy stole. Miał dość ponurą minę i jakby trochę znudzoną.  Gilbert stwierdził, że Serbia zdecydowanie nie jest odpowiednikiem Austrii. Charakterem to on odpowiadał słowiańskiej wersji Szwajcarii. Przy czym, ten drugi był neutralny, a Goran był agresorem kiedy tylko się dało. Czasami nawet, jak się nie dało, co zdążył już wywnioskować z rozmowy.

– Jak życie? – zapytał nieśmiało Taurys.

– Kurwa, nawet nie pytaj. – Serbia przeczesał palcami włosy. – Z babami taki problem, wszędzie się muszą, cholera, panoszyć, zmieniają zdanie co chwilę… Wiem do czego pijesz! Ja tym razem nic nie zrobiłem! Sama latawica uznała, że chce żyć na swoim. I ja jej nic nie zrobiłem!

Tak, siła ekspresji była równa tej od Vasha.

– Spokojnie, Goran – Josef zamachał dłonią. – Nikt ci tu nic nie mówi, to by było takie kociołkowe przyganianie, ja po rozwodzie z Misią, wujek po dawnym rozwodzie z ciocią, Iwan przed przyszłym rozwodem z Nataszą – Polska zaczął się śmiać – no i Felek i Taurys po rozwodzie – śmiech ustał.

Czechy złowił spojrzenie brata i uśmiechnął się perfidnie. – W sumie to Taurys może mieć pojęcie jak to jest, bo Felusia z jego zachciankami zaliczamy do obozu babskiego…

– Ja nie chcę totalnie nic mówić, ale tyś z nas wszystkich to największe gówno robił, żeby odzyskać niepodległość – odparował Feliks. – Przyszedł Ludwiś, powiedział, żeście są jego i Misia się odezwać nie mogła, bo żeś ją zagłuszył swoim skomleniem jak to cudownie…

Prawdopodobnie wybuchłaby kolejna kłótnia, gdyby nie to, że Serbia wrzasnął:

– Zamknąć się, cholerni wy!

– Nie musisz podnosić głosu – żachnął się Czechy.

– Niech krzyczy póki może, Stasia zaraz zacznie znosić wazy – wujek Macedonia postukał paznokciem w głęboki talerz. Waniuszka upuścił widelec. – I już nikt się stąd nie uratuje.

Gilbert bardzo chciał wierzyć, że to żart, ale jakoś poczuł się nieswojo. Usiadł przy stole, z daleka od Waniuszki. Do pokoju wśliznęła się cicho Wojwodina, niosąc wazon z kwiatami, a tuż za nią weszła jeszcze inna kobieta, której Prusy nie znał. Usiłował przypomnieć sobie, o kim jeszcze ta banda rozmawiała, ale nazwiska wylatywały mu z pamięci. Kobieta była elegancko ubrana, w czerń, co doskonale pasowało do jej ciemnej karnacji. Całkiem ładna, przyznał w duchu Prusak, ale miała w sobie coś histerycznego… Takie coś na nutę femme fatale?

– Gilbercie, to jest Czarnogóra, Radmila. – Czechy pośpieszył z wyjaśnieniami.

Czarnogóra przyjrzała mu się dokładnie, podała rękę przez stół i bez słowa wyszła z powrotem do kuchni. Prusy nie mógł nie zauważyć, że Serbia zrobił się jeszcze bardziej ponury, co w sumie zachwyciło Gilberta. Lecz tym, co go jednocześnie zaniepokoiło, to szybka wymiana spojrzeń pozostałej męskiej części słowiańskiej rodziny.

Prusak usłyszał huk. Odgłos, jaki wydaje tona jakiegoś metalu, zderzając się z inną toną pobratymca. Felek, siedząc już za stołem, podparł brodę na ręce.

– Moje auto to nie było, bo generalnie garażowałem tak, że się możecie odpapatkować.

Czechy zrobił się tak blady, że nawet jego blond zarost odcinał się wyraźnie na tle twarzy. Waniszuka zaczął szamotać się na krzesełku. Przekładał nóżkę z jednej dziury do drugiej i nijak nie mógł wyleźć. Chwycił się poręczy, ale przeszkadzał mu widelec, który zdążył odzyskać. Chłopczyk spojrzał na sztuciec w taki sposób, że jeśli ten nie chciałby zniknąć, to chociaż powinien oblać się rumieńcem. Waniuszka entuzjastycznie rzucił go przed siebie. Widelec poszybował krótko i koślawo, by wbić się z mocą w stół, przekłuwając obrus. Gilbert poczuł, że zęby zaczynają mu szczękać.

– Chyba Iwan przyjechał – powiedział w końcu wujek Macedonia to, co każdemu leżało na wątrobie.

– Cholerny Iwan – rzucił Serbia. – Mama wiedziała, jak z nim postępować.

– Moja skoda – wyszeptał płaczliwie Czechy.

– Waniuszka obił ci auto z przodu, Iwan z tyłu, będzie symetrycznie. – Polska przyglądał się swoim paznokciom. – Chociaż myślę, że Tasia prowadziła.

Waniuszka stracił cierpliwość i wbił swoje wielkie fioletowe oczy w wujka Macedonię. Jego mina mówiła wszystko. Jeśli mnie zaraz nie wyjmiesz, rozwalę ten stołek. Wujek Macedonia miał to szczęście czy nieszczęście, zależy od punktu widzenia, patrzeć, jak dorastali kolejni Słowianie, i nauczył się trochę mowy ciała dzieci. Pogłaskał Obwód uspokajająco po główce.

Misia zajrzała do pokoju. – Spoko Joszko, Natasza skasowała ci tylko jeden reflektor.

Czechy przyłożył sobie dłoń do czoła i powoli wstał. Ze zbolałą miną podszedł do stołu, a konkretnie wbitego w niego widelca. Złapał za niego i szarpnął. Cały mebel podskoczył, kilka talerzy się poprzemieszczało, a głowa Polski zjechała z ręki i Feliks omal nie wbił się zębami w stół na wzór widelca.

– Uważaj, debilu!

Josef wyraźnie postanowił wyładować złość na sztućcu i jedną ręką podparł się, a drugą znowu szarpnął. Widelec ani drgnął. Czechy wytarł dłoń o spodnie i spróbował jeszcze raz. Waniuszka bawił się swoimi paluszkami i przyglądał, co też wujek wyprawia.

– Słabi wy, cholerni – rzucił mrukliwie Serbia, wstał, podszedł do Josefa i chwycił za nieszczęsny widelec. Czechy prawie położył się na stole, a Goran szarpnął z furią. Prusy odsunął się z krzesłem jeszcze dalej, chociaż teoretycznie w miejscu, gdzie siedział nic mu nie groziło. Teoretycznie, a teoria przy Słowianach to taka prawdopodobna prawda prawdzie podobna.

Do pokoju ktoś wszedł, ale Gilbert nie zwrócił uwagi, dopóki obcy się nie odezwał.

– Rozwalicie coś – poinformował wybitnie męski głos.

Nie, nie należał do Iwana. Był głębszy, mniej piskliwy, łagodny, ale stanowczy. Prusy odchylił się tak, aby zobaczyć osobę, która wypowiedziała zdanie. Na razie skutecznie zasłaniała mu ją koalicja serbsko-czeska.

– Zamknij się, gnoju! – warknął Serbia.

– Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie – mruknął Polska prostując się na krześle – chodził tę rzepkę oglądać co dzień. Wyrosła rzepka jędrna i krzepka, schrupać by rzepkę z kawałkiem chlebka.

Prusy stwierdził, że Łukasiewiczowi do końca odbiło.

– Goran, spróbuj tym poruszać… – podpowiedział głos.

– I zrób, kuwa, dziurę w tym piedolonym stole! – dalej warczał Goran.

Wujek Macedonia zatkał Waniuszce uszy.

– Więc ciągnie rzepkę dziadek niebożę, ciągnie i ciągnie, wyciągnąć nie może.

Za Goranem pojawił się opalony chłopak, gdzieś na oko w wieku Feliksa. Jego ruchy były pewne, ale powolne i strasznie się z czymś kojarzyły. Na jednej ręce miał opatrunek, a w okolicy łuku brwiowego przyklejony plaster. Pod okiem widniał mu siniec o niezwykłej głębi koloru.

– Zawołał dziadek na pomoc babcię…

Waniuszka stracił zainteresowanie, potrząsnął główką, żeby odpędzić dłonie wujka Macedonii i wzrokiem zażądał, aby wysadzić go z krzesła. Nie uzyskawszy żadnej reakcji, sam się jakoś wykaraskał i wujek tylko bezpiecznie sprowadził go na dół. Widać Obwodu nie wystarczyło odseparować, żeby utrudnić kontakty z ojcem.

– Ja złapię rzepkę, ty za mnie złap się. I biedny dziadek z babcią niebogą…

Chłopczyk wystrzelił jak z procy w kierunku drzwi. Opalony młodzieniec zastąpił mu drogę i Waniuszka odbił się od jego nóg.

– Mam go puścić? – zapytał wujka Macedonii, gdy Obwód próbował przedrzeć się przez niego.

– …ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą.

Wujek machnął ręką. Młodzieniec rozstawił nogi, a Waniuszka śmiejąc się przebiegł między nimi i wypadł na korytarz.

– Co za fąfel – stwierdził chłopak.

– Babcia za dziadka, dziadek za rzepkę, oj, przydałby się ktoś na przyczepkę.

– Feliks! – ryknął Josef. – Masz trzy sekundy, żeby się zamknąć!

Młodzieniec przeszedł za wujkiem Macedonią i uśmiechnął się szeroko.

– Tak w ogóle to cześć wam. Wujku Polsko, wujku Litwo, wujku Czechy, wujku Macedonio – po kolei skłaniał przed każdym głowę. – Wujku Łotwo.

Tutaj Prusaka lekki szlag trafił, chociaż obiecywał sobie, że nie będzie się dziwił niczemu. Tak bardzo go to rozstroiło, że ledwo zauważył, że nikt chłopcu nie odpowiedział. Wzrok młodzieńca padł na Gilberta.

– Kosowo – przedstawił się i pochylił przez stół, aby podać mu rękę. – Viktor Jashari.

– Prusy – powiedział niemrawo Prusy, zdając sobie sprawę jak wiotki musiał być jego uścisk. – Gilbert Beilschmidt.

Kosowo wyglądał co najmniej na osiemnastolatka. W żadnym wypadku mniej. Dlaczego zwracał się do tego pokurcza Łotwy „wujku”?

Litwa westchnął, wstał i dołączył do koalicji serbsko-czeskiej. Goran założył ręce na piersi i patrzył spode łba. Josef wbił w Taurysa bardzo wątpiący wzrok. Brunet tylko ustawił się pomiędzy nimi, chwycił pewnie widelec, podparł się ręką o stół i mocno szarpnął. Mebel nie drgnął, a sztuciec błysnął tryumfalnie w litewskiej dłoni.

– HA! – wrzasnął Feliks. – Brawo Licia!

Oczy Serbii zrobiły się bardzo okrągłe, a Czechy podrapał się w konsternacji po głowie. Taurys uśmiechał się to do jednego, to do drugiego.

– Musieliście go trochę rozruszać. – Podniósł widelec na wysokość oczu.

Gilbert od początku obserwował widelec i był absolutnie pewny, że jak się wbił w stół, tak tych dwóch nie ruszyło go ani milimetr. Myśli same popłynęły gdzieś w okolice sławetnego roku tysiąc czterysta dziesiątego, a potem jeszcze kilku innych wydarzeń, jak tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty, który Prusy wolałby przemilczeć. Poczuł nieprzemożoną chęć solidaryzowania się z widelcem. Wyrzucony obcymi siłami w dalekie niedostępne miejsce, gdzie osiadł, wbił się i nie dał się wykorzenić przez jakieś podrzędne nacje. Trwał niewzruszony dopóki kolejna obca siła nie wyrwała go z oswojonej ziemi.

W obrusie dało się dostrzec cztery malutkie dziurki. Ślad. Zawsze pozostanie ślad.

Do pokoju weszła Chorwacja, przebyła pokój kręcąc zgrabnym tyłeczkiem i Gilbert porzucił ponure rozmyślania. Dziewczyna siadła po jednej stronie Polski, a Goran po drugiej. Feliks rozejrzał się niepewnie.

– Gilbercie…?

Cholera, czemu oni ciągle coś ode mnie chcą?

Prusy wbił wzrok w Czechy.

– No to poznałeś już syna Gorana? – zapytał Joszka. Tonem, jaki rezerwuje się dla negocjacji z terrorystami.

Prusy spojrzał na Kosowo przez Josefa i kiwnął głową. Viktor siadł daleko od ojca, bo nie dość, że po przeciwnej stronie stołu, to jeszcze po skosie. Niemal jak Gilbert i Waniuszka.

– Viktorze, możesz wstać? – zawołał go Josef. Michaela spojrzała na niego krzywo.

Stanęli obok siebie. Kosowo miał raczej posturę Serbii, czyli nie był zbyt widowiskowy.

– Aleś ty urósł! – krzyknął ktoś, a młodzieniec zrobił minę, jakby dokładnie na taki okrzyk czekał.

Do salonu wsunęła się Wojwodina i objęła Kosowo od tyłu. Rodzeństwo uśmiechnęło się do siebie. Prusy nie mógł uwierzyć, że to brat i siostra. Byli całkowicie różni, prawdopodobnie podobni do swoich matek. Gilbert nie umiał powstrzymać uśmiechu, gdy pomyślał mściwie, że geny Serbii są mocne tylko w gębie.

– Ile macie lat? – zapytał z wahaniem, mając na celu rozwiązanie problemu z wujkami.

– W lipnych metrykach, czternaście Kosowo i szesnaście Wojwodina – uściślił wujek Macedonia, a Prusak wytrzeszczył oczy na Viktora. Nie mógł mieć czternastu lat!

Nie zdążył jednak zadać kolejnych pytań, bo na korytarzu powstało zamieszanie. Do salonu wmaszerował Iwan z Waniuszką na ramieniu. Za nim skakała ciocia Bułgaria, usiłując zedrzeć z Rosji płaszcz i Prusy musiał przyznać, że nawet jej to wychodziło, pomimo trudów, jakie się przed nią piętrzyły. Tym bardziej, że Iwan zainteresowany swoim synkiem olał współpracę. Oba Iwany pokazywały sobie nawzajem zęby, a w czterech fiołkowych oczach skakały wesołe iskierki. Gilbert pomyślał, że tak mógłby witać się rekin ze swoim narybkiem, czy co tam miały rekiny.

Iwan przełożył Obwód na drugą rękę i ciocia Bułgaria ostatecznie wydobyła go z płaszcza. Kobieta sięgnęła w stronę szalika, ale Rosja z zaskakującym refleksem, jak na kogoś tak wielkiego, złapał ją za nadgarstek. Prusy poczuł, że serce mu staje. Feliks wstał tak gwałtownie, że krzesło przewróciłoby się, gdyby Silvija go nie przytrzymała. Ten los spotkał jednak krzesło Gorana, który też poderwał się z miejsca.

– Zostaw, ciociu – powiedział łagodnie Iwan, a serce Prusaka odżyło.

Litwa dyskretnie usiadł, a Łotwa równie dyskretnie wychynął spod stołu.

– Ależ Iwanku, tu jest za ciepło – zaćwierkała ciocia Bułgaria.

– Jest mi dobrze. – Rosja uśmiechnął się do synka.

Posadził Obwód na dziecięcym krześle, a sam usiadł obok.

– Zbierać się, zbierać się! – Ciocia Bułgaria klasnęła w dłonie. – Zaraz podamy!

Z tymi słowy pobiegła do kuchni.

Iwan zaczął wyciągać coś z kieszeni swoich spodni. Coś bardzo długiego, bo jakoś nie umiał z tym dojść do ładu i dwa razy się tym owinął. Był to wąziutki szaliczek z frędzelkami na końcach, kolorowy jak tęcza, ze zwierzątkami zjadającymi inne zwierzątka, i Prusy w ogóle uznał, że to bardzo wychowawcza część garderoby. Obwód wyciągnął swoje paluchy w stronę ojca.

– Popatrzcie! On wie, że mu coś kupiłem! – krzyknął uradowany Iwan. – To dla ciebie!

Przed zaduszeniem, ewentualnym podtopieniem w zwojach szala, uratował Waniuszkę wujek Macedonia, który pomógł Iwanowi zaubierać Obwód. Malec obrócił w paluszkach frędzelki, spojrzał na czarnego orła z dwoma głowami, radośnie dziobiącego swego białego kuzyna, przeniósł wzrok na ojca i wpakował tyle szalika do buzi, ile się zmieściło.

Iwan patrzył oniemiały.

– On myśli, że to coś do jedzenia – poskarżył się wujkowi Macedonii, który zrobił zakłopotaną minę.

Mężczyzna delikatnie wyciągnął z otchłani Obwodu zaśliniony już szalik, bo Waniuszka zaczynał się nim powoli dławić. W drzwiach pojawiła się Białoruś i Gilberta przeszył zimny dreszcz. Natasza postawiła na stole wazę z parującą zupą; Prusy uznał, że Terminator zrobiłby to z większą gracją. Dziewczyna obojętnie wyminęła Obwód i usiadła obok Rosji. Litwa momentalnie zmienił miejsce swojego pobytu na krzesło między nią a Serbią.

Potem nastąpił jakiś cudowny rozgardiasz, którego Prusak nie umiał w ogóle ogarnąć, ale bardzo przypominało to scenę w kuchni. Każdy coś robił: Taurys witał się z obojętną Nataszą, Josef wywoził fotel z pokoju i deklarował, że idzie jeszcze szybko zobaczyć, co z tym reflektorem, czym zyskał Spojrzenie cioci Bułgarii. Raivis pikał na komórce, Feliks mówił coś przyciszonym głosem do chichoczącej Silviji, ktoś się pojawiał, ktoś znikał, ktoś się przemieszczał i Gilbert poczuł się bardzo malutki i bardzo zagubiony.

Nagle zauważył, że po jednej jego stronie siedzi Słowacja, a po drugiej Czechy (chyba jednak nie poszedł patrzeć na ten reflektor). Dziwnie tak mieć miejscówkę między rodzeństwem… małżeństwem… Wszystko to jakieś popieprzone u tych Słowian!

Bośnia i Hercegowina także dołączyły do pozostałych. Z odsłoniętymi twarzami i właśnie owal twarzy był jedynym, co Prusy mógł zaobserwować u obu – resztę skrzętnie skrywało ubranie. Ale cóż z tego, skoro Sanja i Sonja miały najbardziej pociągające facjaty w historii ludzkości według Gilberta.

– Pachniesz ogórkami – szepnęła mu do ucha Misia, a włoski na jego karku stanęły dęba.

– Napadły na mnie w samochodzie – wyjaśnił Prusy i odsunął się nieco w stronę Josefa.

– I zaciekle się broniłeś?

– Jak lew – odparł półgębkiem Prusak, rozglądając się, czy inni na nich nie patrzą i przypadkiem nie śmieją się z niego. – Ogórki twojego brata potrafią być krwiożercze.

– Wszystko, czego się dotkniemy potrafi być krwiożercze – Słowacja uśmiechnęła się zalotnie i Gilbert zaczął się modlić, żeby w Czechach nie obudził się syndrom starszego brata albo zazdrosnego męża.

Wujek Macedonia wstał i wszyscy umilkli.

– Chciałem was bardzo serdecznie powitać na naszym kolejnym rodzinnym zjeździe – zaczął mężczyzna. – Którym? Tego nie wiem, bo jak ustaliliśmy koło XVI wieku, nie liczymy kolejnych zjazdów, bo przypominałoby to jacy jesteśmy starzy. Niektórzy oczywiście. – Pogłaskał Obwód po główce, a Waniuszka pokazał zęby. – Cieszy mnie niezmiernie, że spotykamy się w tak licznym gronie, chociaż wielu z was by się ze mną nie zgodziło – mrugnął łobuzersko. – Żałuję, że niektórzy nasi bliscy się nie pojawili, ale za pewne są z nami duchowo. Nie będę przedłużał, bo każdy ma za sobą długą drogę i pewnie głodny jak wilk. Chciałbym tylko jeszcze podziękować naszej kochanej Olence za jej przygotowania. Wszystko jest perfekcyjne.

Ukraina zarumieniła się wdzięcznie, gdy wujek Macedonia podszedł i pocałował ją w rękę.

– Życzę wam wszystkim smacznego – zakończył.

Wszyscy zgodnie odpowiedzieli smacznego. Słowenia i Słowacja wstały i zaczęły nalewać zup innym. Pierwsza została obsłużona ciocia Bułgaria i wujek Macedonia, co Gilberta nawet nie zdziwiło. Hierarchię dało się wyczuć. Jednak zaskoczony poczuł się, gdy to jemu Michaela postanowiła nalać jako następnemu. Prusak nie miał pojęcia, na co się zdecydować.

– Cholera, pośpiesz się – rzucił z irytacją Serbia.

– Goranku, nie popędzaj Gilbusia, jest zagubiony – rzuciła ciocia Bułgaria.

Serbia oparł skroń na dłoni i uśmiechnął się paskudnie, jak na gust Prusaka.

– To jest rosół – Misia pokazała na jedną wazę. – Z makaronem i pulpecikami mięsnymi. Tamto to pomidorowa. Zaraz obok kapuśniak. To przy Feliksie to barszcz ukraiński.

Polska wykonał gest jakby chciał zawłaszczyć sobie ową zupę.

– To takie nijakie to zupa pietruszkowa, bardzo dobra, choć wygląda paskudnie – kontynuowała Słowacja.

– No wiesz! – żachnęła się Silvija, ale natychmiast potem zachichotała. – To jest totalnie pyszne! Ale ja chcę żurek Felka!

– O nie, nie, to ja tego rosołu – zadecydował zrozpaczony Gilbert, a dwóch Bałtów i Polska gwałtownie parsknęli śmiechem.

– Jak Waniuszka – powiedział pogodnie Iwan. – Też lubi rosół, ale tylko z kluseczkami. A po polskim jedzeniu robi mu się niedobrze.

Obwód pokazał ojcu zęby i klasną w dłonie z uciechy, gdy ciocia Bułgaria postawiła przed nim małą kolorową miseczkę z zupą. Natychmiast wziął łyżkę i, trzymając ją pod śmiesznym kątem, zaczął energicznie pakować pulpeciki do buzi. Polska wymruczał coś o bezguściu w sprawach kuchni i wbił wzrok w Dusię, która uwijała się jak mogła. Misia podała Gilbertowi talerz. Prusak zakasał rękawy, zerknął, co robią pozostali i zaczął jeść.

Rosół był zadziwiająco dobry. Makaron nieodłącznie kojarzył się Prusom z Feliciano, ale te kluseczki mięsne… Pycha. No i był jakiś intensywniejszy w smaku. Wielkie oka tłuszczu lśniły zachęcająco.

Gilberta tak bardzo pochłonęło jedzenie, że nie zauważył, że przy stole zrobiło się zupełnie cicho i słychać było tylko poszczękiwanie łyżek o brzegi talerzy. Prusy skończył szybko, mimo że Słowacja nie żałowała mu rosołu. Rozejrzał się niepewnie, zaglądając dyskretnie do waz.

– Chcesz jeszcze? – zapytała bezpardonowo siedząca obok Michaela. Ona jadła makaron z rosołem.

Prusy nie wiedział, czy się honorem unieść, czy co ma zrobić, więc stanęło na tym, że skinął głową. Ani się obejrzał, a już miał pomidorową. Pomidory z kolei nieodłącznie kojarzyły się Gilbertowi z Lovino, a ryż z Kiku, ale ci cholerni Słowiańcy potrafili zrobić coś ze składnikami tak, że wychodziło dobre i słowiańskie. Z ulgą zauważył, że Polska też skończył pierwszą porcję i wrzeszczał „repetę! repetę!”. Zaczęły się nieśmiałe rozmowy.

– Zapowiadali na dzisiaj piękną pogodę…

– Tak, tak, można będzie w ogrodzie posiedzieć.

– Urosły mi piękne maliny w tym roku.

– Ciociu, mam pomysł, wpuścimy Felka w maliny?

– Ależ Joszka, pójdziecie tam razem…

Gilbert za bardzo nie słuchał, bo skupił się na jedzeniu. Wizja ziemniaków odeszła gdzieś w siną dal, był zadowolony z tego co miał. Kiedy skończył, spróbowawszy czterech zup, ze zgrozą zauważył, że prawie wszystko zostało zjedzone. A wydawało mu się to niemożliwe. Polska, jak na swoje gabaryty, jadł zadziwiająco dużo, Iwan jeszcze więcej, ale on to miał w czym zmieścić. Czechy też sobie nie żałował. Serbia już z większym umiarem, za to Kosowo wsuwał wszystko, co mu tylko ktoś do talerza nalał. Prusy starał się nie gapić na Bośnię i Hercegowinę, ale fakt, że siedziały obok Słowacji, jeszcze na rogu, nie pomagał mu. Co do reszty, Gilbert nie miał pojęcia, bo musiałby się bardzo postarać, żeby to zaobserwować, a takie wyginanie szyi mogłoby się skończyć tym, że skupiliby się na nim. To nie było w tej chwili zbyt pożądane. Prusak uwielbiał atencję, ale tutaj… Tutaj raczej wolał siedzieć cicho.

Czechy zapytał grzecznie, czy Gilbert jeszcze coś zje.

– Może żurek? – zaproponował Feliks, a jego oczy lśniły czystą złośliwością.

– Generalnie to już się zjadł – powiedziała Silvija, zaglądając do wazy.

– Upiekło ci się – mrugnął Polska.

Josef ułożył talerz Misi i Gilberta na swoim i posłał dalej. Prusak nie spodziewał się takiej organizacji po Słowianach. Kilka osób poszło do kuchni nosić drugie dania. Słowacja rozparła się na krześle.

– Zapaliłabym sobie teraz… Tak po obiadku… A tu nawet półmetku jeszcze nie ma.

– Lubię biegi długodystansowe – zapewnił Joszka i wychylił się za Gilbertem do siostry. Prusy może zamieniłby się z nim miejscem, gdyby nie to, że po jednej stronie siedziała ekstremalnie dziwna Czarnogóra, a po drugiej Bośnia albo Hercegowina.

Objaśnienia:

Skoda. Czeskie autko.

Wierszyk o rzepce. Feliks recytuje oczywiście wiersz Juliusza Tuwima „Rzepka”.

Siła Waniuszki. Wspominałam już przy jego opisie, że jest to jeden z najbardziej zmilitaryzowanych obszarów na świecie, stacjonuje tam rosyjska flota bałtycka i ogólnie lepiej się do tego nie zbliżać.

Czarny dwugłowy orzeł. Symbol Rosji carskiej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s