Zjazd rodzinny raz proszę II

Część druga o tym, jak Prusy daje się zesłowianić

– Prusy, Prusy, tego kraju już nie ma, prawda? – Ciocia Bułgaria nagle zmieniła temat, a przynajmniej tak się wydawało, bo wcześniej mówiła dużo niezrozumiałych dla niewtajemniczonych rzeczy.

Gilbertowi chwilę zajęło zorientowanie się, że o nim mowa.

– To byłe NRD – wyjaśnił wujek Macedonia.

Ciocia Bułgaria obróciła się i obdarzyła Gilberta promiennym uśmiechem.

– Ach, komuna, komuna, to były czasy… – Wróciła do topienia mięsa w jajku.

– Straszne, ciociu – skomentował Raivis spod stołu.

– Wpadaliście do mnie częściej – powiedziała z rozrzewnieniem ciocia Bułgaria, a Feliks głośno westchnął. – Tak, tak, kochanie, ty i Iwan przyjeżdżaliście o wiele częściej, Joszka wpadał z Misią…

– Czechy ze Słowacją – szepnął Gilbertowi na ucho Taurys.

– Przywoziliście mi prezenty, a ja was nocowałam i jeść wam dawałam… Jeszcze mam suszarkę, co Joszka mi przywiózł… I tak często razem przyjeżdżaliście… A teraz się omijacie.

Wujek Macedonia zaczął się głośno śmiać. – Raz w maluchu przyjechaliście, w szóstkę, jak dziewczyny wzięły syrenkę Felka w trójkę…

Prusy nie pamiętał za wiele z tego okresu. Robił wszystko, żeby dołączyć do Ludwiga. Moment… W szóstkę w maluchu? Chodzi o Fiata 126p?

– Jak to w maluchu…? – Gilbert wolał się upewnić.

– Normalnie – wzruszył ramionami Feliks – ja, Taurys, Raivis, ten palant Estonia, Czechy i Iwan…

– Iwan zmieścił się do malucha?! Nie rób ty mnie w konia, co! – wybuchnął Prusak.

– Babki wzięły wszystkie nasze rzeczy, zapakowały do syrenki i pojechały pierwsze – Polska uśmiechnął się do wspomnień. – Miały też wziąć Iwana, ale głupek nie chciał z Tasią jechać, no to debil został z nami. Wtedy okazało się, generalnie, że wołga Wani nie działa i został tylko maluch Taurysa. Tak, totalnie nawiasem, dostał go ode mnie w prezencie! Tylko że Rosja to wielkie chłopisko, chcieliśmy go totalnie wsadzić za pedała, znaczy, kierowcę, ale tak śmiesznie wyglądał za tym kółkiem, gdy kolana mu sterczały koło uszu, że się tak śmialiśmy, że trzęsło całym malaczem i dupa zbita. Musiał siąść jako pasażer. Joszka, to jest Czechy, też chłopina znacznej postury, wpieprzył się na kierowcę, bo my go w sumie z tyłu nie chcieli. Odsunęli fotele tak, że myśmy już miejsca generalnie na nogi nie mieli. Siedział Taurys, ja na nim, obok ten palant Estonia, na nim Raivis, i jedziemy. Czechy się tak nanarzekał, bo ten malacz wcale nie chciał jechać! Pod górkę to Iwan musiał czasami wysiąść… Potem to się generalnie okazało, że Raivis ma chorobę lokomocyjną… Dobrze, że mu przeszło, chociaż generalnie to było wesoło!

Łotwa był bardzo zajęty ustawianiem słoików w jak najdokładniejszym porządku. Litwa usiadł na blacie, wcześniej go przetarłszy, Olena wykładała rzeczy z siatek, wujek Macedonia przysunął sobie krzesło, ciocia Bułgaria łowiła różowe kawałki z żółtej breji i wsadzała je chyba do piasku…

– Zatrzymywaliśmy się co chwila, ale stwierdziliśmy, że tak do kija dojedziemy, a na Kijów tośmy, kurna, nie jechali. Kazaliśmy mu rzygać do woreczka, ale szyby w Fatalnej Imitacji Auta Towarowego Jednoosobowego Dwudrzwiowego Sześciokrotnie Przepłaconego – rodzinka zaśmiała się jak na komendę – opuszczały się tylko do połowy i tego nie szło wywietrzyć. To się Iwan zaoferował, że się zamieni z tym palantem Estonią i Raivisem, że będą siedzieć z przodu, a jak się kto przyczepi to najwyżej Iwan wysiądzie i się im pokaże, to generalnie nie pewno się odczepią. No to się zamienili…

– Moment… – przerwał Gilbert. – Rosja przesiadł się do tyłu?

– No! Bo z przodu choroba tak nie męczy. Wtedy to jajca były, bo się zmienił totalnie układ, ja wiem, no rozłożenie ciężaru było inne i Czechy znowu narzekał, że mu się chujowo, znaczy, przepraszam ciociu Stasiu… Że mu się źle jedzie.

– Stasiu? – zapytał Prusy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak panicznie brzmi jego głos.

– Stanislawa – ciocia Bułgaria pomachała mu kawałkiem opiaskowanego różowo-żółtego flaka.

– A ja Aleksandar – kiwnął mu wujek Macedonia.

– No i Joszka, że mu się głupio jedzie, a nam to się dopiero jechało! Edward na pierwszym siedzeniu przysunął się do przodu jak tylko mógł, wpakował Raivisa na swoje kolana i tak jadą. A my z tyłu… Wani się jedna noga tam mieściła, jeszcze ją wbijał Estonii w plecy przez fotel, a drugą to miał dosłownie na mnie! A jak Iwan kichnął, tośmy prawie z drogi wypadli! Pamiętasz to Taurys?

– Trudno zapomnieć – zachichotał Litwa. – Szkoda, że już nie mam tego malucha.

– Niezłomny był – przyznał wujek Macedonia.

Prusy pomyślał niemal z podziwem o bohaterskim aucie.

– Ja nie pamiętam – powiedział cicho Łotwa.

– Boś ty miał taki odlot, że Iwan się o ciebie martwił! – zaśmiał się Feliks.

– Wania ma dobre serduszko – zaświergotała ciocia Bułgaria. – On was wszystkich kocha.

Dwa słoiki w rękach Łotwy lekko zaszczękały.

– Heluś, kochanie, przemieszaj mi gulasz. – Kobieta wskazała na olbrzymi gar na kuchence.

– Ciociu, ale on był już gotowy. – Olena niepewnie podniosła pokrywkę.

– Trochę go, jak wy to młodzi mówicie?

Ukraina spojrzała na nią bez zrozumienia.

– Podrasowała go ciotka! – Feliks wybuchnął śmiechem. – Jak ja moją syrenkę!

Gilbert pochylił się w jego stronę, pilnując, żeby nie umoczyć rękawa w misce z czymś białym.

– Nie idziemy do salonu?

Polska zamrugał. – A co chcesz robić w salonie?

Prusy oklapł, czując, że wspólnego języka tu z nikim nie znajdzie. Siedzieć w kuchni? Jak służba? Feliks przechylił głowę i spojrzał z ukosa, a potem uśmiechnął się. Bardzo nieładnie.

– Lekcja numer jeden: życie Słowian toczy się w kuchni – powiedział spokojnie, ani na chwilę nie zmieniając wyrazu twarzy.

Prusy wstrzymał oddech, mając nadzieję, że piętrzące się przed nim góry niegotowego jedzenia nie są już zastawionym stołem, przy którym będą jedli obiad.

– Właściwie Gilbcio ma rację – stwierdziła ciocia Bułgaria.

Prusy omal nie spikował z krzesła.

– Feluś, zabierz Gilbcia do dużego pokoju, trzeba tam nakryć.

Polska zasalutował, chwycił Prusaka za kołnierz i wywlókł z kuchni.

– Gilbcia! – prychnął Gilbert, wchodząc do salonu.

Był to naprawdę sporych rozmiarów pokój. Na środku stały dwa wielkie stoły przysunięte do siebie, z krzesłami wokół. Jeden przykryty białym obrusem. Po bokach ktoś ustawił muzealne gablotki z porcelaną. Prusy zapytał, po co.

– To są kredensy, debilu – poinformował go wyniosłym tonem Feliks. – Przez ciebie stracę wszystkie plotki.

Ukraina latała tam i z powrotem zajęta szukaniem drugiego białego obrusu, bo okazało się, że te dwa, które przyszykowała różnią się nieco odcieniem. Jeden biały, a drugi szary, i według Oleny to była tragedia. Gilbert przeliczył krzesła. Dwadzieścia i jedno małe, ale wysokie, chyba dziecięce. Podszedł do niego. Kiedyś pomalowane na kanarkowy żółty, teraz gdzieniegdzie schodziła z niego farba, najbardziej z siedzenia. Długie nogi miało przyozdobione różnokolorowymi naklejkami: jedne z jakimś czarnym glutem z czerwonym noskiem i wąsikami (nad nim w kółeczku widniało optymistyczne „Ahoj!”), drugie z brodatym facetem z siekierką, jeszcze inne z dwoma chłopcami składającymi się z kółek i prostokątów.

– To Bolek i Lolek – wskazał dumnie Polska na chłopców. – A to Krecik i Rumcajs. Postacie z bajek.

Gilbert przyjrzał się dokładniej. Niektóre Bolki i Lolki i Rumcajsy miały domalowane to i owo, ale prawdopodobnie dostrzegło to bystre oko cioci Bułgarii, bo ktoś próbował zetrzeć tych kilka dodatkowych szczegółów anatomicznym, a w efekcie zmył trochę same naklejki.

Polska zaglądał do kredensu, żeby wyciągnąć talerze i wazy na zupę. Gilbert ocenił odległość i siadł na krześle, które znajdowało się najdalej od dziecięcego fotelika. Z niesmakiem spojrzał na biegającą po domu Ukrainę.

– Jest taka niezorganizowana – poskarżył się. – U nas by to nie przeszło, Ludwig miałby wszystko dopięte na ostatni guzik.

– To, kurna, jaka z tego zabawa? – zapytał Feliks, biorąc ścierkę i przecierając talerze.

– Zabawa? To, że goście muszą pomagać gospodyni?

– Lekcja numer dwa: żaden Słowianin nie jest gościem w domu drugiego Słowianina, tylko domownikiem – powiedział belferskim tonem Polska. – Przygotowywanie żarcia i nakrywanie do stołu to część, ja wiem, rytuału. Nie przychodzimy tu przecież jak do restauracji, no nie? Tak głupio wleźć, totalnie usiąść i generalnie żreć.

Prusy spojrzał na niego wielkimi oczami.

– To znaczy, że goście przygotowują wszystko?

– Nie wszystko, pomagają, ja pomagam, a ty, jak chcesz, to siedź na dupie.

Prusy się poddał. – Co mam zrobić?

Feliks nawet nie skomentował tego precedensu historycznego, w postaci Prusaka proszącego o robotę Polaka.

– Masz – rzucił mu ścierkę. – Wycieraj talerze.

– Po co mam je wycierać?

– Generalnie, stały długo, to mogą być nieco zakurzone, ne? Och, nie patrz tak na mnie, tak się po prostu robi!

Z podwórka dobiegł dźwięk silnika samochodu. Zwalili się kolejni goście. Ile jeszcze krajów będzie widzieć jego sromotną hańbę! Gilbert z pewnym niesmakiem przetarł białą porcelanową miskę. Potem następną, i salaterki, talerze, głębokie talerze, małe talerzyki, wazę, jeszcze trochę talerzy i półmisek. Gdy Polska wyciągnął piątą wazę, nie wytrzymał:

– Możesz mnie nie wykorzystywać do robienia porządków Ukrainie?!

Feliks spojrzał na niego, podrapał nos i spokojnie stwierdził:

– Tego jeszcze, generalnie, jest za mało. Trzeba będzie zmywać – popatrzył na pusty kredens.

– Za mało? – wykrzyknął Prusak. – Za mało na co? Otwieramy bar mleczny?! Po co cztery rodzaje talerzy, salaterki i te wszystkie misy, miski i półmiski?

– Nie wiem jak w krajach germańskich, ale w krajach słowiańskich to generalnie na tym się je.

Gilbert zmełł w ustach przekleństwo. Chciał zapytać, czy wszystkie krzesła będą zajęte, czy też stoją puste w określonym słowiańskim celu. W końcu nie zapytał, bo Feliks zaczął układać zastawę przy każdym miejscu. Najpierw duży talerz, a potem taką półmiskę, półtalerz. Prusy kojarzył, że to się nawet jakoś nazywa, ale nigdy nie zaprzątał sobie głowy takimi pierdołami. Jak opowie Ludwigowi, co dzisiaj widział, to normalnie mu nie uwierzy! Polska zaczął kląć, bo nie zauważył, że talerze i głębokie talerze (o, tak to się nazywało!) mają dwa różne wzory i musiał ułożyć je jeszcze raz, żeby pasowało.

– Ciocia Stasia lubi, jak wszystko jest ładnie – wyjaśnił zdumionemu Gilbertowi.

Prusak rzucił tęskne spojrzenie w kierunku drzwi. Szlag go trafił na miejscu. We framudze stała malutka, może trzyletnia, wersja Iwana. Okrągła buzia, blond włoski jak u aniołeczka, dołeczki w policzkach, wielkie fioletowe oczy. Gilbert rzucił się w jej stronę, przewracając przy okazji krzesło i upuszczając pokrywkę wazy, którą uratował Feliks rzutem sobą na podłogę.

– Cha! Cha! Patrz! Iwan zmalał! Zrobił się taki malutki! Pierwszy go dorwałem! Teraz go podbiję! Będę miał na własność pół Azji!

Prusy doskoczył do dziecka i poderwał do góry za tył koszuli tak, że blondynek zawisł w powietrzu jak szczeniak trzymany za kark. Zamachał nieznacznie swoimi pulchniutkimi nóżkami, ale nie wydał z siebie nawet jęku.

– To nie jest Iwan, deklu jeden – warknął Feliks, rozmasowując obolałe kolana. – To Obwód Kaliningradzki.

– Co? – Gilbert niepewnie spojrzał w wielkie fiołkowe oczy Obwodu.

– Obwód Kaliningradzki, takie małe gówno, co Iwan go tak kocha, że totalnie bez niego nie przeżyje! Gilbercie, przedstawiam ci Iwana Młodszego, Waniuszkę, bachora Rosji.

Prusy zdębiał. Dziecko wlepiało w niego wzrok i coś było w tym przerażającego, ale nie mógł dojść, co to takiego.

– Iwan… Ma syna?

– No, jak totalnie widzisz… – Feliks przyjrzał się krytycznym okiem zastawionej połowie stołu. Druga na razie miała stać odłogiem, bo nie zjawiła się jeszcze Ukraina z obrusem.

– Ale… Ale z kim?!

– Nie wiem. Takie tałatajstwo jak on, to się pewnie wiatropylnie albo przez pączkowanie rozmnaża. – Polska przeniósł salaterki i pucharki na mały stoliczek pod oknem.

Prusy myślał intensywnie. Długa firanka podnosiła się i opadała flegmatycznie przy podmuchach wiatru, a raczej przeciągu.

– Myślisz, że jak go porwę, to Rosja odstąpi mi jakąś Mandżurię albo coś…?

Feliks spojrzał na niego wątpiąco. – Nie wiem. Za to generalnie wiem, że ty wypuścisz go po godzinie. To krwiożercza bestia. Iwan ma tam bazy wypadowe na państwa bałtyckie i skopie ci ryja dodatkowo, tak pro forma. A tak, kurcze, poza tym to Mandżuria jest w Chinach albo w Korei…

Gilbert zrezygnowany powoli postawił Waniuszkę na podłodze. Dziecko ani na chwilę nie oderwało od niego wzroku. Prusy już wiedział, co go przeraża. Bachor nie mrugał, tylko się gapił.

Prusak pozornie spokojnie wrócił na swoje miejsce. Obwód podreptał za nim, w ogóle nie spuszczając z niego oka. Gilbert poczuł się bardzo, bardzo niepewnie. Gorzej niż przy cioci Bułgarii… Która właśnie wpadła do pokoju.

– Tutaj jesteś, mój skarbie, Waniuszka, nio, nio! Mój malutki!

Wzięła blondynka na ręce i przytuliła jego twarz do swojej. Obwód ani na moment nie zmienił mimiki, nie wyrywał się i nie płakał, pozostawał makabrycznie bierny. Powyginał się tylko trochę, żeby cały czas móc patrzeć na Gilberta. Gapił się na niego z półotwartymi ustami i policzkiem rozpłaszczonym na policzku cioci Bułgarii.

– Waniuszka – zaświergotała kobieta – widzę, że masz nowego kolegę!

Chłopczyk uniósł nieco górną wargę. Dla Prusaka był to wstrząsający widok.

– Waniuszka, nie będziemy gryźć nowego kolegi… – ostrzegła go ciocia Bułgaria.

– Ale rodzinkę to wtranżalamy na kilogramy, co? – Feliks pochylił się nad blondynkiem. Gilbert zauważył, że Polska ręce trzyma blisko ciała, daleko od dzieciaka.

– Raz ci tylko trampka nadgryzł.

Raz to ciocia widziała…

– Ależ ty zmyślasz, Feluś…

Waniuszka, w końcu, jak każdy mały chłopczyk, musiał się zacząć zastanawiać, co też chce od niego ta wielka kobieta trzymająca go na rękach i robiąca „ciu, ciu, ciu”. Wsadził rączkę do buzi i nerwowym ruchem obrócił główkę w stronę cioci Bułgarii, żeby spojrzeć na nią swoimi wielki fioletowymi oczami. Na dziecięcej twarzy malował się wyraz zagubienia. Prusy pomyślał, że chyba wie, jak czuje się pędrak.

– Musiałeś spieprzyć nawet taką prostą sprawę, blbcu.

Zza cioci Bułgarii wyłonił się tęgi mężczyzna, blondyn z długimi włosami spiętymi w luźny kucyk, z wąsikiem i bródką znacznie obfitszą niż u Francisa. Jadowicie zielone oczy spoglądały z najwyższą odrazą na Feliksa, który odwdzięczył się tym samym.

– Wpadł mi pod auto, gówniarz – warknął mężczyzna i wskazał na Waniuszkę.

– Ojojoj! Jak wujek Joszka do nas brzydko mówi! – zaciumkała ciocia Bułgaria. – Nic się nie stało? – Pogłaskała blondynka po główce.

– Nie stało? Zderzak mam wgnieciony!

Polska uśmiechnął się złośliwie.

– Ja nie wiem, czy to ci wygląda na Obwód! – rzekomy wujek Joszka wskazał kciukiem na Gilberta, a potem na niego spojrzał. – Chociaż muszę przyznać, że przywiozłeś tu kogoś normalnego, a nie tego udupa Litwę.

– Josef! – zgorszyła się ciocia Bułgaria.

– Już, wybacz – pokajał się mężczyzna i ucałował kobietę w policzek, a schylić się musiał sporo.

Posłał uśmiech w stronę Prus. Jego twarz, wcześniej – gdy patrzył na Polskę, zacięta i nieprzyjemna, teraz promieniowała radością i dobrocią. Podszedł i Gilbert wstał szybko z krzesła, nie wiedząc, czy ma uciekać, czy czekać na rozwój sytuacji. Joszka wyciągnął do niego rękę.

– Miło cię widzieć, Gilbercie. Z daleka umiem poznać konesera piwa – powiedział głębokim, niskim głosem, zmiękczając jednak dziwnie niektóre słowa. – Jestem starszym bratem tego oto debila, mam nadzieję, że któryś z nas jest adoptowany, a tak w ogóle to Czechy. Josef Havel. Spotkaliśmy się kiedyś. Dość sporo czasu przebywałem u Austrii.

Prusak poznał tak zwanego „swojego człowieka”. Natychmiast uścisnął wyciągniętą rękę.

– Starszym bratem Polski?

– A jakże!

– Też mam młodszego brata. Same z nimi problemy!

Feliks wyglądał jakby chciał sobie palnąć w łeb, widząc jak tych dwóch natychmiast znalazło wspólny język. Trudno powiedzieć, czy dostrzegła to ciocia Bułgaria, czy też jej plan od początku zakładał, że oprócz wyściskania Waniuszki, zmusi jeszcze Gilberta do roboty.

– Gilbciu, pomagasz swojemu bratu w prowadzeniu domu?

Prusak prawie się przewrócił, bo Obwód ustawił się dokładanie za jego nogą i Gilbert starając się nie podeptać latorośli Rosji, wykonał kilka dziwacznych ewolucji, by uzyskać wsparcie w mocnym ramieniu Josefa.

– Ciociu, on się nazywa Gilbert.

– Wiem, ale nie ma nic przeciwko Gilbciowi, Joszka. Prawda Gilbciu?

Prusy nie miał odwagi (raczej serca, ale się przed sobą nie przyznał) powiedzieć, że nie.

– Pomagam – stwierdził ostrożnie i złowił zainteresowane spojrzenie Czech. – On jest, wiecie, perfekcjonistą – rzucił niby nonszalancko. – Cokolwiek zrobię i tak mnie poprawi, więc w sumie aż tak się nie udzielam.

– A co pomagasz mu robić? – ciocia Bułgaria zapytała z życzliwym zaciekawieniem. Gilbert wolał, żeby mu po prostu powiedziała, czego od niego chce.

– Różnie…

Figę pomagał, Ludwig zabronił mu tykać jakichkolwiek środków czyszczących w obawie, że Prusy wleje je do ujęcia wody pitnej, któregoś z mniej lubianych krajów. Do kuchni miał wstęp, bo antyzdolności kucharskie były u nich rodzinne. Minus do minusa i mamy plusa, jak stwierdził kiedyś Gilbert po udanym przygotowaniu schabowego.

– Ziemniaki lubisz?

Czechy dał mu jakiś dramatyczny znak, który jednak Prusak dostrzegł ciut za późno.

– Jasne!

– Pomożesz nam obierać?

– Ciociu, to jest gość! – Josef próbował ratować załamanego Gilberta.

– Joszka! Kompan do piwa ci nie ucieknie, piwo też nie, pomóż bratu z porcelaną – zawyrokowała tonem nieznoszącym sprzeciwu ciocia Bułgaria. Prusy przyznał w duchu, że Josef, wbrew temu, co mówią o nim inni, jest odważny, że się jej przeciwstawia.

Czechy i Polska obrzucali się ponurymi spojrzeniami. W sumie byli do siebie bardziej podobni, niż Ludwig z Gilbertem. Prusak dałby sobie rękę uciąć (zresztą, w chwili obecnej marna strata), że gdyby Josef się ogolił, paradowałby z taką samą dziecięcą twarzyczką jak Felek.

– Ciociu, specjalnie się spieszyłem, żeby piwo schłodzone dojechało! – poskarżył się Czechy.

– Przykro mi – ciocia Bułgaria bezradnie rozłożyła ręce. – Lodówka jest już dokumentnie zapchana, a są tam ważniejsze rzeczy niż twoje piwo.

– Na przykład jakie? – dopytywał się Joszka, a Gilbert podziwiał jego zaangażowanie w sprawę.

– Majonez domowej roboty! Nie chcę was czymś otruć! – zapewniła zmartwiona ciocia Stasia.

– To daj mi wypić to schłodzone piwo! Znieczulimy się trochę. Gilbert też się napije, prawda? – Znowu ten uroczy uśmiech.

Prusak poczuł się rozdarty pomiędzy poczuciem kumplostwa, a ciocią Bułgarią. Spojrzał w dół, prawdopodobnie na swoje stopy, ale gdzieś po drodze przeszkodził mu Waniuszka, który chwycił się jego spodni na wysokości kolan i patrzył swoimi wielkimi fiołkowymi oczyma do góry. Gilbert cudem przełknął wrzask.

– Pomóż mi to nosić do kuchni! – krzyknął radośnie Polska i wpakował wielką wazę w ręce Czech. Prusy przez moment był pewien, że Joszka odwinie się naczyniem.

– Gilbcio czuje się tu jak w domu, prawda? – Tak, Słowianie uśmiech mieli zdecydowanie rodzinny.

– Oczywiście – zapewnił niewyraźnie Gilbert, poruszając delikatnie nogą. Waniuszka momentalnie przylgnął do niej.

Prusy już wiedział, że wszystko, co się tu zdarzyło, zdarza i zdarzy na jego oczach zabierze ze sobą do grobu. Ludwig go do czubków odeśle, jak mu powie, że Tyciwan obejmował zaborczo pruską nogę, a właściciel pruskiej nogi obierał ziemniaki dla właścicieli słowiańskich ryjów. No, może tak z własnej woli obrałby kilka dla Joszki. I jeszcze troszeczkę dla cioci Bułgarii. Może ze dwa dla wujka Macedonii. Jakiś większy za bius… Za Ukrainę… Potem i tak wszystko wywali za okno, jeśli spojrzy na Polskę albo Litwę.

– To pomożesz mi? Tauryś mówił, że masz specyficzny stosunek do pracy, czyli co? Lubisz ją, nie?

Ciocia Bułgaria zniknęła w korytarzu, mamrocząc. Prusak miał nieprzyjemne wrażenie, że te plotki, co ominęły Feliksa, dotyczyły w głównej mierze jego własnego, prywatnego, pruskiego tyłka.

Gilbert pewnym ruchem strzepnął z nogi Waniuszkę i ruszył do kuchni. Kątem oka zauważył, że Czechy i Polska wykonują podejrzanie niepolityczne gesty w swoim kierunku. Prusak cicho kibicował Joszce, gdyby doszło do jakiejś potyczki na pięści, czy na słowa.

Objaśnienia:

Suszarka cioci Bułgarii. Ludzie z krajów Bloku Wschodniego nie zawsze mieli dość pieniążków, żeby spędzić przyjemnie wakacje, więc brali różne urządzenia, aby wymienić je na miejscu albo na gotówkę, albo na nocleg z wyżywieniem. Bułgarzy podobno ochoczo szli na podobne transakcje, bo u nich często nie było tego, co było u nas i vice versa.

Choroba lokomocyjna Raivisa. Pojechać do Rygi w slangu znaczy zwymiotować.

Krecik i Rumcajs. Postaci z czeskich bajek.

Obwód Kaliningradzki. Powstało toto właściwie po traktacie poczdamskim (1945), gdy teren Prus Wschodnich został podzielony między Rosję i Polskę. Niemcy w czasie wojny bardzo zacięcie bronili tych terenów, ale Rosja był bezlitosny. Obwód został włączony do ZSRR. Gdy w 1990 roku Litwa ogłosił niepodległość, Obwód został odcięty od Rosji i stał się enklawą. Historycznie to powinny być ziemie Polski (według Polski oczywiście, niemieckie według Niemców, litewskie według Litwy), dlatego Felek tak bardzo nie lubi tego dzieciaka. Rosja nie odda Obwodu z prostego powodu – mieści się tam jego baza floty bałtyckiej i jest to jeden z najbardziej zmilitaryzowanych obszarów na świecie. To tłumaczy krwiożerczość Waniuszki.

Czechy. Czechy jest starszym bratem Polski oraz Słowacji. Stosunki polsko-czeskie zawsze był napięte: bili się o Śląsk, bili się o wpływy – właściwie jedynym pozytywem było przyjęcie chrztu z rąk czeskich. Potem to już tylko mniejsze epizody zgody, a tak to ciągła rywalizacja. Obaj mają cudowną tradycję bratobójczą wśród swoich królów i szlachty.

Obie nacje wyśmiewają się z siebie i wynika, że Czesi mieszkający w Polsce tudzież Polacy mieszkający w Czechach to najweselsi ludzie, bo zauważają odpały obu narodów. Tak więc pomiędzy braćmi wytwarzają się dość zawiłe stosunki polegające na wzajemnej akceptacji, ale i wyczekiwaniu każdej możliwości, żeby wbić sobie szpilę. Bo wygląda to tak, że politycy oficjalnie mają się w nosie, a zwykli ludzie bardzo chętnie współpracują. Nie należy jednak traktować wybryków Polski i Czech jakoś szczególnie poważnie, a zrozumie to prawie każdy, kto ma upierdliwe rodzeństwo.

Trzeba niestety stwierdzić, że Czechy jest samolubem. Jego polityka samozachowawcza jest dopracowana do perfekcji, a on nigdy nie ogląda się na innych, jeśli sam czerpie jakieś zyski. Zyskał na rozpadzie Czechosłowacji, nie udzielił żadnego wsparcia nowopowstałemu państwu słowackiemu. Grupa Wyszehradzka nie ma takiego znaczenia w Europie, ponieważ Czechy przedłożył własny interes – integracja z Unią, nad dbanie o wspólną politykę Słowacji, Węgier, Czech i Polski. Ciężko go za to winić, patrząc na to, jakim zdrowym i dobrze prosperującym krajem jest.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s