Zjazd rodzinny raz proszę – epilog

Epilog, o tym jak Prusy łapie doła słowiańsko-egzystencjalnego

Południowe dziewczyny gwizdnęły pod nieobecność Zachodnich gitarę i same zagrały. Chociaż po chwili i tak ją oddały i zaczęły śpiewać. Nie jakoś idealnie czysto, ale w słowiańskich językach człowiek nigdy nie był do końca pewny, czy to komuś się zafałszowało, czy to słowo tak śmiesznie brzmi.

Goran wzniósł ręce do nieba i zaczął rytmicznie podskakiwać. Miał zamknięte oczy i odchylił głowę tak, że kosmyki włosów, które nie były ani długie, ani krótkie muskały jego kark. Śpiew przyspieszył tak jak improwizowany taniec Serba. Jego buty ledwo dotykały trawy. Ręce wznosiły się ku niebu. Goran był uosobieniem wolności, radości z życia, umiejscowiony kompletnie poza czasem. Dokładnie tak jak wspominała Dunja.

Gilbert z trudem opanował drżenie, mimo gorąca buchającego od ogniska. Bo w tym momencie poczuł, o co tym cholernym Słowianom chodzi. Nic nie zmienili się od momentu, w którym biegali po lasach, kopali tyłki Rzymianom, czcili dziwnych bogów i pozwalali myszom, żeby zjadały ich władców. Kłócili się i tańczyli, żarli bez opamiętania, mordowali się i śpiewali te same pieści. Każdy był panem siebie, swojego losu, a nad nim mógł stać tylko Bóg. Nikt inny. Bo w każdym Słowianinie jest wolność i duma z wolności.

Nikt inny, pomyślał Gilbert i czuł jak cierpki smak gniewu pali mu usta. Ale z nas debile. Z nas wszystkich. Z nas wszystkich, którzy chcieliśmy uczynić z nich niewolników.

Do Serbii przyskoczył Kosowo i Prusy mimowolnie napiął mięśnie gotów do ucieczki. Ale Viktor tylko przytupnął zgrabnie, wziął się z Goranem za barki i po chwili podskakiwali razem wznosząc ręce do nieba.

– Ach, Bałkany – powiedział Feliks z rozmarzonym błyskiem w oku.

– Dzikusy – szepnął Taurys, ale w najmniejszej mierze nie zabrzmiało to przekonująco.

Do duetu, który w normalnym świecie powodowałby u Gilberta wybuch śmiechu, dołączył wujek Macedonia. Poruszał się z równą gracją, co tych dwóch. Prusy widział już podobne sceny, ale wtedy wszyscy byli pijani w sztok, a za ramiona podtrzymywali się, żeby nie upaść. Tamtych wygibasów nijak nie można było porównać z pełnymi gracji, choć zdecydowanie bardziej pewnymi niż ruchy Gorana, przytupami całej trójki.

Chorwacja zaczęła wybijać na udach rytm śpiewanej piosenki. Gilbert wbił palce w pieniek, by zwalczyć chęć powstania i przyłączenia się do bałkańskiego trio. Ta chęć wirowania i zapomnienia o wszystkim wokół przyzywała go. Zazdrościł Serbii gładkiej twarzy niezmąconej żadnymi zmartwieniami. W jakimś sensie gościła na niej pijacka błogość, ale nie tego rodzaju, do której Prusy był przyzwyczajony.

Wystarczyło jedno spojrzenie na Feliksa, że też to czuje. A przecież Polska zawsze wydawał się Gilbertowi dzikusem, wolnym ptakiem, mocno związanym z folklorem, historią i legendami.

– Mężczyźni – ciocia Bułgaria pokręciła głową z rozbawieniem. – Tylko by chlali i tańczyli, synek do domku odprowadzi, a żonka powrzeszczy, bo powrzeszczy, ale obiad zrobi, a ciuchy wypierze.

Kobieta pogrzebała w popiele. Przytoczyła małą czarną kuleczkę. Ujęła ją delikatnie w dłonie i zaczęła przerzucać z ręki do ręki.

– Kobiety – wujek Macedonia wyjął jej spomiędzy palców kij. – Tylko by narzekały na swych chłopów. A przecież widziały gały co brały.

– Ale że czego oczy nie widziały, sercu nie żal, to starały się nie przyglądać – odparowała ciocia.

Prusy dopiero zorientował się, że bałkańskie dziewczyny już nie śpiewają. Gorana zauważył dopiero po chwili, bo ten stał oparty o drzewo, poza kręgiem światła. Obok siedział Viktor.

Joszka zaczął coś pobrzękiwać na gitarze.

– Z Těšína vyjíždí vlaky co čtvrthodinu – zanucił.

– Dziś także nie zasnę, ubieram czapkę i szal – podjął Feliks z uroczym uśmiechem.

– Svatý Medard, můj patron, ťuká si na čelo – śpiewał dalej Joszka i grał.

Feliks zachichotał i razem zaśpiewali:

– Dopóty żyję, dopóki śpiewam i gram!

– Ale dokud se zpívá, ještě se neumřelo!

Wujek Macedonia rzucił w Gilberta ziemniaczkiem. Czarna grudka parzyła mu ręce, rozkojarzony piosenką w ogóle nie spodziewał się ataku od tej strony. Przez myśl przebiegło mu, że może nie trzeba było się tak użerać z Polską. Wystarczyło zakneblować, żeby zdechł. Rozłupał ziemniaczka na pół. Z gorącego wnętrza buchnęła para i smakowity zapach. Coś skapnęło na dwie połówki. Gilbert podniósł wzrok. Nad nim szczerzył się Polska, trzymając łyżkę umazaną białą breją, którą ubrudził również jego ziemniaczka.

– Sosik czosnkowy. Totalna pycha – zachwycał się Feliks.

Gilbert ugryzł ziemniaczka, usilnie pracując płucami i manewrując językiem, aby go schłodzić. Niechętnie przyznał, że z tą białą breją był pyszny. Ktoś nałożył Prusom marynarkę na ramiona.

– Nie przejmuj się, że pobrudzisz, mam chody w jednej pralni – powiedział miękko Taurys. Jego długie brązowe włosy i chłopięce rysy skojarzyły się Gilbertowi z Erzsébet. – A jak się odejdzie od ogniska, to jest chłodno.

Od strony Rosji dobiegł jęk. Prusy łapczywie pochłonął resztę ziemniaczka. Otrzepał ręce i powstał, żeby zeskrobać z Waniuszki ziemniaczka, którego bachor na sobie rozmazał (oczywiście bachor rozbudził się, gdy wrócił ojciec). Gilbert nie musiał widzieć, co się stało, aby to wiedzieć. Jeszcze kilka godzin wcześniej może by go to przeraziło, ale teraz zdecydowanie tak było właściwie. Zmęczony, przejedzony, lekko pijany dał się ponieść atmosferze do tego stopnia, że byłby w stanie powróżyć komuś z ręki i sam uwierzyć we wszystko co powie.

Tekturką z serwetek zaczął zgarniać z Waniuszki ziemniaczane puree. Iwan usiłował trafić do buzi synka kawałkiem oczyszczonego z popiołu ziemniaczka bez pośredniego udziału rąk małego. Drobnymi paluszkami miętosił jeszcze resztki poprzedniego. Gilbert obiecał sobie w duchu, że jeśli Iwan trafi tym w jego włosy, to mu przyłoży. To nic, że jutro na śniadanie Ukraina będzie miała pieczeń po niemiecku.

– Wania – jęknął Kosowo, widząc poczytania dzieciaka.

Ojciec i syn wbili w niego okrągłe dziecięce fioletowe oczy. Viktor zmieszał się.

– Waniuszka, znaczy się – sprostował.

– Sam problem z tymi imionami – uśmiechnął się Rosja.

– Właśnie – westchnął Polska. – Dlaczego ja nazywam się Łukasiewicz? Nie podoba mi się to nazwisko. Wolałbym… Chciałbym się nazywać Kozakiewicz – uśmiechnął się.

– A ja Dubczek – oznajmił Czechy.

– Nie śmiejcie się z Wani – skarciła ich ciocia Bułgaria, która łapała aluzje polityczne akurat wtedy, gdy najmniej trzeba było.

Jeśli Rosję jakoś to ubodło, nie dał tego po sobie poznać.

Prusy doprowadził ubranie Obwodu do porządku. Wstał i obserwował, jak Waniuszka pochłania kawałki ziemniaczka podawane przez ojca. Otwierał dziób wyjątkowo chętnie i przeżuwał niemal z pietyzmem. Iwan najwyraźniej próbował nie zwracać uwagi na Niemca.

Dunja podała Gilbertowi chusteczkę, żeby mógł wytrzeć własne ręce. Uśmiechnął się do niej.

Super, pomyślał, znalazłem sobie miłą dziewczynę, wychowuję dziecko i jestem odpowiedzialny. Zażądam od Bragińskiego prawa do widzenia się z Waniuszką i Ludwig będzie płacił mu alimenty, bo mnie nie stać…

Parsknął wpatrzony w brudną chustkę.

Ludwig powinien mnie zabić dla mojego własnego dobra. To wszystko przez Feliksa…

Co gorsza, Prusy nie był pewien, czy jest zły na Polaka, czy mu wdzięczny.

– Będziemy się już brać – powiedziała cicho Dunja. Gilbert spojrzał na nią zaskoczony. – Nie mam już gdzie zmieścić tych ziemniaków. Sanja i Sonja są zmęczone. Dalmacja też padł i śpi pod jabłonką. Silvija jest pijana i wolę, żeby nie wypiła więcej, bo nie chce mi się po drodze zatrzymywać. Mogłybyśmy w sumie zanocować, ale Olena już i tak jest nami mocno zmęczona.

Żakiecik Słowenii zagiął się przy kołnierzu. Prusy poprawił go, świadom roziskrzonego spojrzenia tej drobnej i eleganckiej blondyneczki. Dunja chwyciła go za rękę i wsunęła do niej liścik.

– Adres bardzo fajnego pensjonatu. Można tam przyjechać o każdej porze roku, zawsze jest co zobaczyć. Mój numer też jest. Zadzwoń, to miejsce na pewno będzie. Przyjedź z Ludwigiem i Feliciano – uśmiechała się uroczo. – Albo bez, jeśli chcesz – dodała z psotnymi iskierkami w oczach.

Gilbert odwzajemnił uśmiech i ścisnął ją mocno za rękę. Nie był pewny, czy to stado motyli harcuje w jego brzuchu, czy też przewala się przez niego obiad.

Usłyszał chrząknięcie. Łotwa podawał Słowenii torebkę. Dunja wzięła ją i mocno uściskała Raivisa.

– Ty też wpadnij. Z Edem – szepnęła.

– Tylko nie kiedy ja przyjadę – mruknął Prusy – mam dość zbiorowisk Słowian na jakiś czas.

– Eduard ma się za Ugro-Fina, a ja jestem Bałtem, mój zgermanizowany kuzynie – odparował Łotwa.

– Cokolwiek – burknął Gilbert. Dunja pogładziła go po ramieniu.

Do Prusaka doszły potępieńcze jęki. To Chorwacja żegnała się wylewnie ze wszystkimi. Serbia podszedł do Słowenii. Łotwa przezornie usunął mu się z drogi. Od Gorana wionęło alkoholem i potem, ale nie był to tak nieprzyjemny zapach, jakby Gilbert sobie życzył.

Prusy postanowił zachować jeszcze trochę godności i odszedł na bok. Żegnał się tylko wtedy, gdy ktoś do niego poszedł. Podobnie postąpił Łotwa, ku jego lekkiemu zdziwieniu.

Chorwacja przytoczyła się do nich. Ramiączko bluzki opadło i pokazywało dużo za dużo, żeby nawet Prusak się nie speszył. Szybko pojawiła się jednak Czarnogóra i umieściła ramiączko na swoim miejscu.

– My też jedziemy, kiedy tylko Natasza odblokuje nasz wóz – powiedziała. – No już widzę Jovanę, jak prowadzi to monstrum…

– Więc i oni się biorą? – zapytał Gilbert, czując ukłucie żalu.

– Tak, jedziemy. – Rosja podszedł z Obwodem na ramieniu. – Waniuszka jest zmęczony i zjadł za dużo. Rozchoruje się.

Czule pogłaskał syna, ale skrzywił się przy tym. Prusy domyślił się czemu.

– Chciał się z tobą pożegnać.

Gilbert wziął malca na ręce. – Miej się dobrze, Königsberg – szepnął tuląc malca.

Zignorował fakt, że Iwan i Raivis zaczęli trząść się w tym samym momencie z taką samą siłą. Goran wybuchł śmiechem. Łotwa zamordował go wzrokiem. Prusy oddał Waniuszkę. Rosja rzucił tylko coś w stylu „do zobaczenia” i odszedł żegnać się z innymi. Zdawało się, że berbeć już zasnął w jego ramionach. Gilbert zdał sobie sprawę, że miętosi kartkę od Dunji.

Po chwili podeszła do nich Wojwodina. Prusy mocniej ścisnął liścik.

– Cześć – rzekła Jovana i wyciągnęła przed siebie rękę. Uśmiechała się jak Węgry.

– Cześć. – Gilbert uścisnął jej dłoń.

– Mógłby wpaść pan do mamy czasami. Jakby pan to odpowiednio rozegrał, na przykład wziął ze sobą ciocię Słowację, to pewnie nawet by pan nie oberwał.

– Rozważę to – stwierdził ostrożnie. Łotwa posłał mu rozbawione spojrzenie.

Ciocia Bułgaria ganiała tam i z powrotem z różnymi pakunkami, „bo przecież nie odjedziecie z pustymi rękami!” Ukraina chcąc, nie chcąc, biegała razem z nią.

Raivis pociągnął Gilberta przed dom. Zdążyli akurat zobaczyć jak Dunja ciężko manewruje swoim autem, próbując nie narobić większych szkód w rabatkach. Zauważyła ich i pomachała, zapinając pas. Dalmacja, rozkojarzony, wystawił łeb przez okno i zaszczekał, gdy ruszyły.

Natasza również brała się do cofania. Ona nie miała skrupułów ani przed rozjeżdżaniem grządek, ani przed spacyfikowaniem płotu. Waniuszka spał w najlepsze na ręku Iwana. Po chwili oni również zniknęli w oddali, w czarnej wołdze.

Czechy nieco chwiejnie stanął za Prusakiem.

– Gilbercie?

– Tak?

– Coś ci wpadło do oka – powiedział usłużnie i poklepał go po plecach. Prusy poczuł trzy mocne uderzenia. Szybko przetarł załzawione ślepia.

Jest późno i jestem zmęczony, rzekł sobie w duchu. To od światła reflektorów.

Jovana wyglądała na śmiesznie małą za kierownicą serbskiego kolosa. Goran siedział obok bardzo zadowolony z życia. Nawet pozdrowił Gilberta machnięciem dwóch palców od czoła. Radmila pomachała im ruchem tyle dystyngowanym co leniwym.

Grupka patrzyła jak serbskie auto znika, ledwo mieszcząc się w bramie.

– Też będziemy się brać – oznajmił cicho Taurys.

Szybko poszło, pomyślał Prusak.

– Zostańcie jeszcze – zaprotestowała Ukraina, ale po zmęczeniu w jej głosie było słychać, że mówi to z grzeczności. – Możecie zanocować.

– Dziękujemy, Helenko. – Feliks cmoknął ją w policzek. – Jak wszyscy się biorą, to tak głupio zostawać. A sprzątać nie będę, wybacz, ale od tego masz Pepino.

Joszka pokazał bratu język.

– No – zacmokała ciocia Bułgaria – kiedy jeden powie, że musi jechać, to nie mija pół godziny a wszystkich nie ma! Straszne! Stra-szne!

Ale pakunki dla Rzeczypospolitej Obojga Narodów miała już przygotowane. Prusy westchnął, spojrzał na różową syrenkę Feliksa i pomyślał, że faktycznie czas do domu. Jutro zapakuje się w pierwszą rzecz, która ruszy do Berlina z Wilna. Wszyscy byli już senni, więc sądził, że wyjazd pójdzie sprawnie. I być może tak by się stało, gdyby Olena w pewnym momencie nie wybuchnęła płaczem. I być może nie byłoby to tak zgubne w skutkach, chyba chwilę później nieco pijackim płaczem nie zaniosła się Michaela. Feliks ściskał obie. Ciocia Bułgaria pomagała poukładać wszystko Taurysowi i Raivisowi. Czechy stał oparty o Prusaka i skubał brodę. Niemiec życzliwie go nie strącał, choć zaczynał zastanawiać się, czy jednego barku nie będzie mieć za chwilę na stałe niżej od drugiego. Wybawił go nie kto inny jak Polska, rzucają się w ramiona brata. Prusy szybko spłacił swój dług, bo gdyby ich nie podtrzymał, to runęli by jak dłudzy.

Sam Gilbert pożegnał się bardzo szybko, nie dając nikomu szans na zmoczenie litewskiej marynarki – choć cioci Bułgarii prawie się udało – i niezwykle szybko też dał się zapakować do syrenki. Miał wrażenie, że żarcia jest jeszcze więcej niż gdy przyjeżdżali. Uściskom Polski, Litwy i Łotwy nie było końca. Wszyscy ich całowali, poklepywali, mierzwili włosy.

Prusy starał sobie wmówić, że wcale nie jest mu żal wyjeżdżać, że nie będzie tęsknił, że jest tylko mocno przejedzony i bardzo chce do domu. Że śpiący Waniuszka w niczym nie przypomina Königsbergu. Ani troszkę. W absolutnie niczym.

Raivis siadł obok niego. Polska i Litwa zatrzasnęli siedzenia. Feliks bez słowa odpalił auto. Radio jedynie na moment złapało sygnał. W tle zagrał fortepian, a dwa głosy zaśpiewały:

Kłócą się i kochają,
Polują i ucztują,
Nad życie wolność cenią,
Godzą się i spiskują.

Sygnał się urwał, nikt w samochodzie nie zwrócił na to uwagi. Łotwa zajęty był moszczeniem się, Polska wyjechaniem na drogę, a Litwa wpatrywał się w mapę, świecąc sobie komórką.

Prusy się obejrzał na bajkowy domek Ukrainy. Na kolorową balustradę, oświetloną lampą zawieszoną na ganku. Na Czechy i przytuloną do niego Słowację, którzy wchodzili do domu. Na zapłakaną i roześmianą Ukrainę w zielonej sukience obszytej białą koronką. Na wujka Macedonię z oliwką na wykałaczce. Na ciocię Bułgarię chowającą chusteczkę do rękawa. Na porozjeżdżane rabatki. Na wystające zza domu konary sadowych drzew w jasnej poświacie ogniska. Na świat dziwny, prawie że dla niego egzotyczny, ale jednocześnie znajomy. Tkwiący gdzieś w nim, w jego podświadomości.

Z pruskich trzewi wydobyło się przeciągłe burczenie skonanego trawieniem żołądka. Polska zazezował na radio i walnął w nie pięścią. Litwa skrytykował go i pouczył, żeby skupił się na drodze. Łotwa śmiał się serdecznie. Gilbert spojrzał na niego nieprzychylnie, coś przemyślał, sam się roześmiał, rozłożył wygodnie i postanowił w całości skupić na trawieniu. W palcach potarł liścik od Dunji.

Objaśnienia:

Czeska piosenka. Dokud se zpívá, Jaromira Nohavicy. Po polsku w przekładzie Renaty Putzlacher.

Piosenka w radiu. Soplicowo, Grzegorza Turnaua oraz Stanisława Soyki.

KONIEC

Cieszyn, kwiecień 2009 – sierpień 2010

Advertisements

One thought on “Zjazd rodzinny raz proszę – epilog

  1. Jedno z najlepszych (jeśli nie najlepsze) opowiadań jakie czytałam. Kiedy trzeba zabawne, kiedy trzeba dające do myślenia. I takie swojskie. Można czytać wiele razy i nigdy się nie znudzi. Za to właśnie dziękuję
    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s